banner daniela marszałka

Archiwum: 'Bez kategorii' Kategorie

Lac de Moiry

Autor: admin o 8. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2249 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1690 metrów

Długość: 28,6 kilometra

Średnie nachylenie: 5,9 %

Maksymalne nachylenie: 12,4 %

PROFIL

SCENA

Początek nieopodal Sierre vel Siders (Valais). Podjazd zaczyna się przy drodze krajowej B9, na wysokości zjazdu nr 29 z Autoroute de Rhone, niespełna 3 kilometry na południowy-wschód od centrum tego miasta. Sierre ma przeszło 16,8 tysiąca mieszkańców i jest czwartym co wielkości miastem w kantonie Valais. Podobnie jak Fribourg (Freiburg) jest to miasto oficjalnie dwujęzyczne, acz ze zdecydowaną przewagą użytkowników języka francuskiego. Granica językowa przebiega kilka kilometrów na wschód od tej miejscowości na zalesionym terenie Foret de Finges. Najbardziej znani kolarze pochodzący z tych stron to: Alexandre Moos (rocznik 1972) zwycięzca etapów TdS i TdR w latach 2002-2004 oraz urodzony w pobliskiej wsi Miege Johan Tschopp (rocznik 1982) triumfator etapu Giro d’Italia 2010 z metą na Passo del Tonale. W Sierre ma swój początek najdłuższa na świecie trasa kolejki linowo-terenowej (funiculaire). Łączy ona miasto ze stacją narciarską Crans Montana i na dystansie 4191 metrów pokonuje przewyższenie aż 927 metrów w zaledwie 12 minut z sześcioma przystankami po drodze. W swym herbie Sierre ma słońce i uchodzi też za najbardziej nasłonecznione miasto Szwajcarii. Niemniej moje osobiste doświadczenia z lat 2009 i 2017 nie potwierdziły owej reguły. W mieście tym sześciokrotnie kończyły się etapy Tour de Suisse, zaś siedem razy walczono o zwycięstwo etapowe podczas Tour de Romandie. Wyścig Dookoła Szwajcarii po raz pierwszy zawitał tu w roku 1938 gdy wygrał Włoch Giovanni Valetti. Rok później najlepszy był Szwajcar Robert Lang. Następni na liście miejscowych triumfatorów są: Belg Desire Keteleer (1958) i Hiszpan Gregorio San Miguel (1968). Natomiast w bliższych nam czasach zwyciężali: na 30-kilometrowej czasówce z roku 2000 Łotysz Raivis Belohvosciks oraz w sezonie 2010 Niemiec Heinrich Haussler po finiszu z grupy. Z kolei wyścig Dookoła Romandii przyjechał do Sierre już pierwszego dnia swej pierwszej edycji. Zakończył się tu bowiem etap 1b z roku 1947. Wygrał go wspomniany już Keteleer, który to na tyle upodobał sobie to miasto że wygrał w nim również analogiczny odcinek TdR z roku 1950. Później triumfowali tu jeszcze: Szwajcar Adolfo Grosso (1956), Belgowie: Walter Godefroot (1967) i Valere Van Sweevelt (1968) oraz Włosi: Gianni Motta (1971) i Giovanni Lombardi (2002).

Najbardziej znaną szosową wspinaczką z okolic Sierre jest ta do stacji narciarskiej Crans-Montana. W historii tak Tour de Suisse jak i Tour de Romandie po siedem razy służyła ona za finałowy podjazd. W roku 1984 przyjechał do niej nawet Tour de France. Jeden ze swych pięciu etapów wygrał tu będący w życiowej formie Francuz Laurent Fignon. Tym niemniej to słynne wzniesienie nie umywa się do wyzwania jakie czeka na kolarskich śmiałków po przeciwległej stronie Rodanu. Podjazd do zapory na Lac de Moiry to pod każdym względem premia górska najwyższej kategorii. Bez trudu wytrzymuje on porównanie z gigantami takimi jak: Croix de Coeur czy Sanetsch, zaś pod względem amplitudy brutto nawet je przewyższa. Strona „cyclingcols” podaje trzy warianty trasy ku tej tamie. Zachodnia ma 32,3 kilometra o średniej 5,3% i jest najtrudniejsza. Zaczyna się we wiosce Chalais i początkowo wiedzie przez stację Vercorin. Z uwagi na ponad 4-kilometrowy zjazd około półmetka w drugiej części owej wspinaczki trzeba odzyskać sporo metrów utraconej wysokości. Tym samym choć przewyższenie netto wynosi na niej 1719 metrów to de facto trzeba pokonać w pionie aż 2045 metrów. Wygląda zatem podobnie wjazd na Col du Galibier przez przełęcz Telegraphe. Opcje środkowa (północna) oraz wschodnia zaczynają się przy drodze B9 i mają wspólne pierwsze 13 kilometrów do miejscowości Vissoie. Różnią się swą trzecią kwartą. Trasa północna na tym odcinku wiedzie przez Mayoux (gdzie łączy się z zachodnią) i Saint-Jean. Natomiast wschodnia prowadzi drogą do Zinal przez wioski Mission i Ayer. Ponownie łączą się one w miejscowości Grimentz na wysokości około 1570 metrów n.p.m. Ostatnie 8 kilometrów przed zaporą jest już wspólne dla wszystkich trzech wersji tego wzniesienia. Podstawowe dane wybranej przeze mnie północnej drogi podałem na wstępie. Natomiast jej wschodnia „sąsiadka” liczy sobie 32 kilometry o średniej 5,3% i ma przewyższenie brutto 1762 metry. Dodać jeszcze można, iż ta górska szosa dociera nawet wyżej niż korona zapory. Dojechawszy na ten poziom można bowiem ciągnąć dalej wzdłuż wschodniego brzegu jeziora i po przejechaniu jeszcze czterech stosunkowo łatwych kilometrów skończyć wszystko u kresu drogi na wysokości 2350 metrów n.p.m!

W detalach północny szlak do Lac de Moiry prezentuje się następująco. Najpierw solidne 5,3 kilometra o nachyleniu 7-8%. Na trzecim kilometrze efektowna seria serpentyn (sześć wiraży). Natomiast pod koniec piątego kilometra przejazd przez wioskę Niouc, która słynie z blisko stuletniego już mostu wiszącego 190 metrów nad kanionem potoku La Navisence. Obecnie ta lekka konstrukcja służy miłośnikom bungee-jumping. Potem łatwiejszy kilometr i stosunkowo trudne półtora kilometra w okolicy osady Le Pontis. Natomiast od dziewiątego kilometra najpierw łatwe 3500 metrów i umiarkowanie wymagające 1800 metrów na dojeździe do Vissoie. W tej wiosce mamy do wyboru trzy alternatywy dalszej wspinaczki. Droga w lewo prowadzi do stacji Chandolin, prosto jedziemy ku Zinal, zaś w prawo do Saint-Jean i Grimentz. Wybieramy bramkę nr 3 i zrazu trafiamy na ponad kilometrowy zjazd do Mayoux. Dalej mamy solidny, przeszło 6-kilometrowy kawałek podjazdu do Grimentz. Do końca siedemnastego kilometra dość stromy, lecz dalej już tylko umiarkowanie trudny. Na ulicach Grimentz łatwiejszy kilometr, zaś za ostatnim parkingiem w tej miejscowości wjazd na węższą górską drogę. Stąd do sztucznego jeziora pozostaje nam jeszcze 7,5 kilometra o średniej blisko 9%. Do podnóża zapory dojeżdża się na 1300 metrów przed finałem. Trzeba jeszcze pokonać ciężki kilometr na świeżym powietrzu i finałowe 300 metrów w mokrym, wąskim tunelu gdzie stromizna oscyluje w pobliżu 12%. Na mecie tama długa na 610 i wysoka na 148 metrów. Wybudowana w roku 1958. Natomiast jezioro ma powierzchnię 1,4 km2 i głębokość do 120 metrów. Wyścigi kolarskie dość rzadko zaglądają na szosy Val d’Anniviers. Spośród tych najbardziej prestiżowych bywał tu jedynie Tour de Romandie. W 1972 roku górski etap tej imprezy z metą w Grimentz wygrał Włoch Emanuele Bergamo. Najciekawiej było jednak w sezonie 1987. Na okolicznych drogach rozegrano trzy ostatnie etapy Romandii. Najpierw w Grimentz etap 4 wygrał Szwajcar Beat Breu, zaś drugi na mecie Irlandczyk Stephen Roche wywalczył koszulkę lidera. Następnego dnia Roche wygrał zarówno krótki etap 5a do Zinal jak i czasówkę 5b do Chandolin. Tym samym triumfował w całym wyścigu, zaś w kolejnych miesiącach także na Giro d’Italia, Tour de France i Mistrzostwach Świata w austriackim Villach. Ostatni raz peleton TdR zawitał w te strony w 2008 roku, gdy do mety w Zinal najszybciej dojechał Włoch Francesco De Bonis.

AKCJA

Wtorek nie przywitał nas miło. Od rana padało. Do tego temperatura na poziomie kilkunastu stopni i to na naszej wysokości nieznacznie przekraczającej 1300 metrów n.p.m. Tymczasem w planach był podjazd kończący się jakiś tysiąc metrów wyżej. Zazwyczaj staraliśmy się opuszczać bazę w Nendaz około godziny 9:30. Tym razem mogliśmy sobie pozwolić na spokojniejsze przedpołudnie. Wobec fatalnej aury swoje plany postanowiłem ograniczyć do jednego, ale za to wielkiego podjazdu. Piotr i Sławek uznali, że czas na regeneracje po Croix de Coeur i Sanetsch. Tym bardziej, że za rogiem czaił się kolejny olbrzym czyli wyznaczony na środę podjazd pod Barrage de Grand-Dixence. Darek skłonny był jechać na Lac de Moiry, więc początkowo ustaliliśmy iż ruszamy z domu o godzinie jedenastej. Potem jednak nieustający deszcz osłabił wolę mojego kolegi i zaczął sugerować wyjazd dopiero o trzynastej-czternastej. Ja uznałem jednak, iż trzeba trzymać się wcześniejszych ustaleń. W ostateczności wolałem czekać na korzystne „okienko pogodowe” przy trasie wspinaczki niż tracić kolejne godziny na siedzenie pod dachem. Jako, że nie doszliśmy w tej sprawie do porozumienia ruszyłem do Sierre samemu około wpół do dwunastej. Przy okazji zrobiłem sobie kurs jazdy autem znacznie większym od mojego na krętych, górskich drogach. Po tradycyjnym zjeździe do Sionu tym razem trzeba było odbić na wschód. Po płaskim terenie miałem do przejechania w sumie 17 kilometrów, w czego 15 po Autoroute de Rhone. Dojechawszy do miejsca gdzie autostrada ta zmienia się w drogę krajową nr 9 musiałem podjąć ważką decyzję. Zatrzymać się w tym miejscu i jak co dzień startować na rowerze od samego dołu wybranego wzniesienia czy też z uwagi na niekorzystne warunki atmosferyczne opracować jakiś cwany plan B. Lata doświadczeń nauczyły mnie, iż nawet na bardzo wysoką górę da się wjechać w niemal każdych warunkach. W końcu śnieg czy temperatura bliska zeru nie powstrzymały mnie przed zdobyciem Albulapass w sierpniu 2008 czy Edelweissspitze w czerwcu 2010 roku. Prawdziwym problemem jest dopiero długi zjazd w chłodnych i deszczowych okolicznościach przyrody. Tymczasem tu niezależnie od wybranej opcji trasy miałem do pokonania w obie strony po około 30 kilometrów.

Postanowiłem wypróbować fortel jaki trzy lata wcześniej zastosowaliśmy wraz z Darkiem na Monte Penice w północnych Apeninach. Uznałem, iż najbezpieczniej będzie pojechać autem dość wysoko tzn. co najmniej do poziomu Vissoie i dopiero tam lub jeszcze wyżej poczekać na poprawę pogody. Chciałem wystartować gdy tylko przestanie padać lub też gdy ulewa zamieni się w ledwie mżawkę. Gdybym przy takiej poprawie aury ruszył od samego dołu to musiałbym liczyć na to, iż okres lepszej pogody nie tylko utrzyma się przez najbliższe trzy godziny, ale też nie miałbym żadnej gwarancji jaka pogoda jest na górze w chwili startu no i najważniejsze mokry i spocony musiałbym po wspinaczce zjeżdżać do samochodu około 30 kilometrów. Tymczasem robiąc sobie „bazę wypadową” na półmetku czy też w górnej części wzniesienia miałbym lepsze rozeznanie co do tego jakie warunki panują na ostatnich kilometrach wspinaczki. Przede wszystkim jednak mógłbym zacząć zjazd na sucho, ubrany tak ciepło na ile uznam to za konieczne. W końcu zaś nie do przecenienia była ta korzyść, iż po całym podjeździe zostałoby mi do zjechania 10, max. 15 kilometrów. Pojechałem zatem w górę Val d’Anniviers. Przy okazji mogłem sobie zobaczyć jak wygląda pierwsza połowa tego podjazdu. Po dojechaniu do Vissoie postanowiłem podjechać jeszcze wyżej. Niemniej przeoczyłem drogę w prawo i pojechałem prosto szosą nr 210.1. Gdy zdałem sobie sprawę, że wiedzie ona do Zinal musiałem znaleźć sposób by z niej zjechać. Na szczęście za wioską Ayer można było skręcić w prawo do Grimentz. Gdy dojechałem do tej drugiej miejscowości uznałem, iż najwyższy już czas się zatrzymać. Zaparkowałem na parkingu przy Route de Moiry i siedząc w aucie oczekiwałem na zlitowanie się niebios. Tymczasem lało, padało i znów lało. W końcu po półtoragodzinnym postoju uznałem, że można spróbować szczęścia. Ubrałem się ciepło i o godzinie 14:05 rozpocząłem długi zjazd ku Dolinie Rodanu. Z ostrożności postanowiłem zjechać znanym sobie szlakiem przez Ayer czyli wykorzystując wschodni wariant podjazdu. Zjechawszy do Vissoie spostrzegłem, gdzie w trakcie podjazdu trzeba będzie skręcić tak aby do Grimentz dotrzeć wybranym szlakiem przez Mayoux i Saint-Jean. Około piętnastej cały i zdrowy mimo jazdy po mokrym, a niekiedy w deszczu przejechawszy 24,6 kilometra dotarłem do podnóża wzniesienia. Po drodze zrobiłem nieco zdjęć, ale rzecz jasna nie tyle i nie tak dobrych jakościowo co przy dobrej pogodzie. Teraz nie było już odwrotu. Trzeba było zawrócić i zdobyć tą zapłakaną górę, zaś w najgorszym razie co najmniej dotrzeć do samochodu zostawionego tysiąc metrów wyżej.

Na starcie temperatura w sam raz do podjeżdżania (17 stopni), acz nie mogłem oczekiwać, że długo się utrzyma. Gorzej, że trzeba było wieźć z sobą wszystkie mokre ciuchy, wszak miały się jeszcze przydać na samej górze. Wspinaczkę zacząłem o 15:05 i chcąc się rozgrzać zacząłem całkiem żwawo jak na swe możliwości. Przejechałem serpentyny na trzecim kilometrze i niebawem byłem już w Niouc. Segment o długości 4,7 kilometra i średniej 7% pokonałem w 20:57 (avs. 13,4 km/h z VAM na poziomie 940 m/h). Duże wrażenie zrobił na mnie dojazd dojazd do Les Pontis (7,1 km) od połowy szóstego kilometra prowadzący wąską szosą, z wysoką ścianą góry po lewej ręce i głęboką przepaścią w kanion rzeczki La Navisence po prawicy. Na kolejnych kilometrach mocniej się rozpadało, ale przynajmniej kolejne kilometry uciekały szybciej, bowiem teren był łatwiejszy. Sektor o długości 9,4 kilometra i średniej 3,9% między Niouc a Vissoie (13,2 km) przejechałem w 32:16 (avs. 17,5 km/h z VAM ledwie 685 m/h). Na tej wysokości było już tylko 13 stopni. Ostrożnie zjechałem ku La Navisence, gdzie zaraz po zjeździe czekał mnie stromy odcinek pod górę. Na dojeździe do Saint-Jean stromizna utrzymywała się powyżej 8%, zaś maksymalnie sięgnęła poziomu 9,7%. Za wioską św. Jana deszcz się wzmógł, więc w strugach deszczu, przez 6 wiraży na dziewiętnastym i dwudziestym kilometrze brnąłem dalej, acz już przy umiarkowanym nachyleniu. Segment z Mayoux do Grimentz o długości 5,4 kilometra i średniej 6,6% przejechałem w 24:15 (avs. 13,3 km/h z VAM 873 m/h). Po około godzinie i 20 minutach jazdy minąłem stanowisko naszego Renault Traffica i wkrótce dojechałem do dużego parkingu na południowym skraju Grimentz. Warto dodać, że miejscowość ta znajduje się na liście najpiękniejszych szwajcarskich wiosek czyli „Le plus beaux villages de Suisse”, obejmującej 32 wsie, tym trzy z kantonu Valais. Nie było jednak czasu i warunków na zwiedzanie, mój cel znajdował się wyżej. Do przejechania została mi ostatnia, a przy tym najtrudniejsza kwarta podjazdu do Lac de Moiry. Najpierw trudne 4 kilometry na których stromizna w paru miejscach przekraczała 11% z max. 11,8. Ten odcinek do połowy 25-tego kilometra prowadził przez las, po czym na wysokości 1900 metrów n.p.m. wyjechałem na otwarty teren. Pod koniec 26-tego kilometra zbliżyłem się do potoku Gougra. Do  nieustannie towarzyszącego mi deszczu dołączył szum wartko płynącej wody, zaś z oddali przedzierały się błysi piorunów i złowrogie pomruki burzy.

W oddali zobaczyłem zaporę, od której dzielił mnie jeszcze 2-kilometrowy odcinek o nieregularnym nachyleniu. Było na nim wszystko: od wypłaszczenia na poziomie 1,2% do stromizny rzędu 11,6%. W końcu po przejechaniu 27,8 kilometra dotarłem do podstawy Barrage de Moiry. Jednak od jej korony dzieliło mnie wciąż blisko 150 metrów. Z przewyższeniem tym trzeba było się uporać na dystansie zaledwie 1,25 kilometra. Najpierw delikatny łuk w lewo, potem stroma prosta z nachyleniem do 11,9% i wiraż w prawo. Za nim jeszcze jeden prosty odcinek, przez pierwsze 300 metrów w terenie, zaś przez kolejne 300 w ciasnym i mokrym tunelu ze stromizną nawet 12,1%. Finisz w pewnym sensie podobny do tego z Barrage de Mauvoisin, lecz niewątpliwie bardziej stromy. Ostatnie metry mijały mi powoli, gdyż byłem w stanie jechać 8-9 km/h. Gdy wydobyłem się na powierzchnię uznałem swe zadanie za wykonane. Zatrzymałem się po przejechaniu 29,12 kilometra w czasie 2h 05:58 (avs. 13,9 km/h). Całkiem dobrze wytrzymałem ten długi i ciężki podjazd. Na segmencie nr 4 z Grimentz do Moiry byłem w stanie wspinać się z prędkość pionową około 1000 m/h. Natomiast cały sektor o długości 7,45 km i średniej 9,2% pokonałem w 43:23 (avs. 10,3 km/h z VAM 953 m/h). Przy dobrej pogodzie zapewne pojechałbym dalej czyli do kresu szosy na wysokości 2350 metrów n.p.m. Rzuciłbym okiem na okoliczne szczyty przekraczające – niekiedy znacznie – pułap 3000 metrów n.p.m. Mógłbym zobaczyć czoło długiego na ponad 5 kilometrów lodowca Glacier de Moiry, który schodzi z wysokości 3800 na poziom 2400 metrów n.p.m. Pewnie też przejechałbym się tam i z powrotem po koronie zapory. Jednak tego dnia było tu tylko 9 stopni, zaś ja byłem zmęczony i na dodatek zmoczony do przysłowiowej suchej nitki. Na moje szczęście na zaporze Moiry funkcjonuje restauracjo-kawiarnia. Czym prędzej udałem się do niej. Najpierw osuszyłem się w łazience, potem zamówiłem sobie gorącą czekoladę na rozgrzanie plus kawę na pobudzenie. Dopiero po 30-minutowym wypoczynku w tej strefie bufetu niechętnie wsiadłem na rower by zjechać do auta. Znów trzeba było się borykać z chłodem i deszczem. Niemniej za sprawą swego chytrego planu musiałem wytrzymać to wszystko jedynie na odcinku 7,7 kilometra. Do samochodu dotarłem o 18:13 mając w nogach 61,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 1843 metrów. Na samym podjeździe zrobiłem w pionie 1763 metry, o 20 więcej niż dzień wcześniej na słonecznym Col du Sanetsch.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/11238łaski97825

http://veloviewer.com/activities/1123897825

ZDJĘCIA

20170808_001

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lac de Moiry została wyłączona

Lac de Tseuzier

Autor: admin o 7. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1780 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1256 metrów

Długość: 20,8 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 10,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Sionie (Valais). To miasto jest stolicą i zdecydowanie największą miejscowością swego kantonu. Mieszka w nim 34 tysiące osób czyli mniej niż w mym rodzinnym Sopocie. Tym niemniej jest ono niemal dwukrotnie większe niż kolejne najludniejsze miasta tego górskiego regionu tzn. Martigny, Monthey czy Sierre. Sion już trzykrotnie (bezskutecznie) ubiegał się o prawo organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich. Najpierw chciał je mieć u siebie w 1976 roku, a potem jeszcze w latach 2002 i 2006. Centrum tego miasta znajduje się na wysokości 512 metrów n.p.m, lecz jego dwa najbardziej charakterystyczne punkty spoczywają znacznie wyżej, bo na śródmiejskich wzgórzach. Patrząc od strony zachodniej pierwszym jest XIII-wieczna Basilique Notre-Dame de Valere, zaś drugim Chateau de Tourbillon z przełomu XIII i XIV wieku. Osobiście pierwszy raz usłyszałem o tym mieście jesienią roku 1986, gdy piłkarze z miejscowego klubu wyeliminowali w II rundzie Pucharu Zdobywców Pucharów nasz GKS Katowice z Janem Furtokiem i Markiem Koniarkiem. Co ciekawe wyścig Dookoła Szwajcarii mimo ponad 80-letniej historii nigdy nie finiszował w Sionie. Stolica kantonu Valais ledwie trzykrotnie gościła ów wyścig w stacjonarnej roli, przy tym zawsze tylko jako miasto startowe. Za pierwszym razem w 1994 roku, potem zaś dzień pod dniu w sezonie 2001. Tu właśnie rozpoczęła się górska czasówka do stacji Crans-Montana, którą zdecydowanie „wygrał” Lance Armstrong. Znacznie częściej miasto to pojawiało się na trasie wyścigu Tour de Romandie, zasadniczo krążącego jedynie po szosach frankońskiej części Helweckiej Konfederacji. Uczestnicy tego wyścigu finiszowali tu już dziesięciokrotnie, z czego sześć razy w XXI wieku. Pierwszym zwycięzcą na ulicach Sionu był Włoch Gino Bartali (1949), zaś jedynym kolarzem który dwukrotnie wznosił tu ręce do góry w geście triumfu Hiszpan Alejandro Valverde (2006 i 2010). Oprócz nich zwyciężali też: Francuz Tino Sabbadini (1958), Belgowie Nico Emonds (1986) i Edwig Van Hooydonck (1993), Szwajcar Fabian Jeker (2004), Niemiec Andreas Kloden (2008), Hiszpan Luis Leon Sanchez (2012) i jako ostatni Szwajcar Michael Albasini (2014). Z Polaków najwyższej finiszował Sylwester Szmyd, który czwarty etap z 2006 roku ukończył na piątym miejscu.

Podjazd do Lac de Tseuzier zaczyna się w północno-wschodniej części miasta na styku Avenue Ritz i Route de Rawil. Ruszając na północ tą drugą ulicą opuszczamy Sion po przejechaniu 1100 metrów. Pierwsza połowa tej wspinaczki prowadzi przez tereny zamieszkane. Pierwsze miejscowości na tym szlaku to Champlan i Grimisuat przedzielone kilometrową prostą pośród winnic. Po ośmiu kilometrach dojeżdżamy do Botyre-Ayent, zaś kilometr dalej w trakcie przejazdu przez Saint-Romain mijamy odchodzącą w lewo drogę ku stacji narciarskiej Anzere. Do tego ośrodka sportów zimowych zajrzały obie szwajcarskie etapówki. Tym samym można przyjąć, iż pierwsze 9 kilometrów podjazdu do Lac de Tseuzier zostało swego czasu przetestowane przez zawodowy peleton. Etap Tour de Suisse z roku 1994 wygrał w tych stronach Szwajcar Heinz Imboden. Natomiast górskie odcinki Tour de Romandie z lat 1981 i 2005 dwaj błyskotliwi za młodu Włosi: Giuseppe Saronni i Damiano Cunego. Jak widać na załączonym profilu wzniesienie to ma trzy wyraźne fazy. Przeszło 5-kilometrowy początek jest solidny. Środkowa „tercja” o długości 6 kilometrów bardzo nieregularna. Z kolei 7-kilometrowy finał jest równy i naprawdę trudny, bo ze stałym nachyleniem między 8 a 9,5%. Wystarczy powiedzieć, że na odcinku 6,85 kilometra bezpośrednio poprzedzającym parkingi przed wyciągiem Les Rousses stromizna tylko na dwie krótkie chwile spada poniżej 7%. Ostatnie 1600 metrów przed wjazdem na zaporę to już zupełnie płaska droga, częściowo skryta w dwóch tunelach. Pierwszy z nich liczy sobie aż 700 metrów. Barrage de Tseuzier powstała w roku 1957 na rzece La Lienne. Zapora ta ma „tylko” 156 metrów wysokości. Powstałe za nią jezioro  powierzchnię 0,85 km2 i głębokość do 140 metrów. W tle zbiornika wznoszą się szczyty sięgające niemal 2800 metrów n.p.m. Niekiedy konstrukcja ta bywa też wymieniana jako Barrage du Rawil. Ta „rezerwowa” nazwa pochodzi od niedostępnej dla kolarzy szosowych przełęczy Col du Rawil (2429 m. n.p.m.), znajdującej się dalej na północ, w pobliżu góry Mittaghorn.

AKCJA

Z Pont de la Morge do Sionu przedostaliśmy się w kilka minut. Najpierw pokręciliśmy się po mieście by znaleźć miejsce, z którego trzeba zacząć wspinaczkę ku Lac de Tseuzier. Dopiero po tej „inspekcji terenu” wybraliśmy sobie miejscówkę na pozostawienie samochodu. Zatrzymaliśmy się przy Rue Mathieu-Schiner w pobliżu wejścia na teren parku miejskiego. Piotr i Sławek ruszyli stąd pieszo na zwiedzanie starówki oraz wspomnianych już średniowiecznych fortec. Natomiast Darek i ja około wpół do czwartej udaliśmy się na wcześniej upatrzone miejsce by zacząć naszą „robotę na drugim etacie”. Warunki owej „pracy” były ciężkie. O tej porze dnia było jeszcze cieplej niż kilka godzin wcześniej przed wyprawą na Col du Sanetsch. Na pierwszych trzech kilometrach podjazdu temperatura sięgała aż 35 stopni. Poniżej 30-stu spadła dopiero na początku trzynastego kilometra. Nie dość więc, że pierwsze wzniesienie kosztowało nas sporo zdrowia to na drugim upał „dusił” od samego startu. Przyjęliśmy taktykę defensywną co oznaczało spokojną jazdę, przynajmniej do czasu gdy powietrze stanie się bardziej rześkie. Na drugim kilometrze przejechaliśmy cztery wiraże na północno-wschodnich kresach Sionu i niebawem byliśmy już w Champlan (2,6 km). Potem jazda w otwartym terenie z widokami na winnice i dolinę Rodanu. Obrazy podobne do tych z dolnej części Col de la Forclaz. Na dojeździe do Grimisuat (5,2 km) średnie nachylenie wynosi 6,9%. Jadąc ze średnią prędkością około 13 km/h do owego miasteczka dojechaliśmy w 23:26. Kolejne 2,5 kilometra na dojeździe do Ayent (Botyre) były znacznie łatwiejsze, więc przyśpieszyliśmy do 17 km/h. Potem nieco zjazdu i ścianka ze stromizną nawet 10,2% przed Saint-Romain (9 km). Do tej miejscowości dotarliśmy w czasie 37:14. Tu właśnie minęliśmy szosę wiodącą ku stacji narciarskiej Anzere. Za Fortunau (9,5 km) nasza droga stała się węższa, lecz jej nawierzchnia ani trochę nie straciła na jakości. Tymczasem do końca prawdziwej wspinaczki zostało jeszcze 10 kilometrów. Na kilometrze jedenastym i w pierwszej połowie dwunastego stromizna dochodziła do 9%. Potem za przystankiem autobusowym Ayent-Les Giettes był niemal płaski teren na odcinku 900 metrów.

To co najtrudniejsze na tej górze zaczęło się gdy mieliśmy już przejechane 12,7 kilometra. Dojechaliśmy do tego miejsca razem i sytuacja ta nie uległa zmianie na kolejnych czterech kilometrach. Darek czuł się dobrze. Ja nie najgorzej, zważywszy na okoliczności tj. swą przeciętną formę fizyczną, zmęczenie po Sanetsch jak i towarzyszącą nam wysoką temperaturę. Wydawało mi się, że w całkiem niezłym stylu przetrwam do końca owego wzniesienia. Jednak Dario mógł jeszcze przyśpieszyć w dowolnym momencie. Ostatecznie zdecydował się na „atak” tuż po ostatnim wirażu czyli niespełna 3 kilometry przed Les Rousses. Na pierwszym kilometrze po „rozstaniu” jechało mi się jeszcze całkiem dobrze. Dystans między nami rósł powoli i cały czas miałem swego kolegę w zasięgu wzroku. Na razie chciałem już tylko więcej nie tracić, by na ostatnich kilkuset metrach przed tunelami rzucić na szalę resztki energii i zniwelować stratę na tyle ile tylko się da. Jednak śmiałe plany to jedno, zaś praktyczne możliwości to niekiedy zupełnie inna kwestia. Zamiast trzymać swe dotychczasowe tempo, na ostatnich dwóch kilometrach wspinaczki wyraźnie opadłem z sił. Według stravy segment od Le Giete do Les Rousses o długości 6,86 kilometra i średniej 8,7% Darek przejechał w 39:14 (avs. 10,5 km/h z VAM 910 m/h), zaś ja w 40:32 (avs. 10,2 km/h z VAM 881 m/h). Dojechawszy do pierwszego tunelu byłem zadowolony, że podjazd mam już za sobą. Na płaskim dojeździe do zapory Tseuzier nawet nie wrzuciłem twardszego przełożenia. Spokojnie „dowlokłem” się do kresu drogi przeszło dwie minuty po Darku. Zatrzymałem się po przejechaniu 21,7 kilometra w czasie 1h 36:53 (avs. 13,4 km/h). Na mecie musiałem nieco odsapnąć zanim byłem w stanie „pozwiedzać” okolicę. Jakiś kwadrans po osiemnastej zjechaliśmy do centrum Sionu. Czwarty etap Tour de Valais sporo mnie kosztował, ale nie bez powodu. Przejechałem tego dnia w sumie 95 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3035 metrów. Dawno już nie zrobiłem tylu metrów w pionie. Ponad trzy tysiące metrów amplitudy jednego dnia ostatni raz „nazbierałem” w trakcie wyprawy do włoskiego Tyrolu z sierpnia 2014 roku. Wtedy to najpierw z piątką kolegów zdobyłem Passo dello Stelvio od strony Bormio, a potem wraz z Tomkiem Busztą zaliczyłem jeszcze Passo del Foscagno i niejako „na deser” malowniczy podjazd pod Torri di Fraele.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1122367723

http://veloviewer.com/activities/1122367723

ZDJĘCIA

20170807_061

FILMY

20170807_171302

20170807_172107

20170807_173216

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Lac de Tseuzier została wyłączona

Col du Sanetsch

Autor: admin o 7. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2253 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1752 metry

Długość: 25,9 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 14,2 %

PROFIL

SCENA

Początek na pograniczu Pont-de-la-Morge oraz Conthey (Valais). Ta pierwsza miejscowość to wieś na południowo-zachodnim krańcu dystryktu Sion. Natomiast druga to miasteczko będące siedzibą władz gminnych jak i powiatowych. Na terenie gminy Conthey mieszka nieco ponad 8,6 tysiąca osób, zaś w całym powiecie (dystrykcie) 28 tysięcy. Col du Sanetsch to przełęcz położona w zachodniej części Alp Berneńskich, pomiędzy masywami Diablerets (na zachodzie) i Wildhorn (na wschodzie). Z lewej strony spogląda na nią szczyt Sanetschhorn vel Mont Brun (2924 m. n.p.m.), zaś z prawej nieco wyższy Arpelistock (3034 m. n.p.m.). Podjazd zaczyna się przy drodze kantonalnej nr 9. Za wstępny komentarz do skali tego wzniesienia posłużyć mogą jego podstawowe dane. Trzeba przejechać blisko 26 kilometrów, zaś w pionie pokonać przeszło 1750 metrów. Cała wspinaczka zaczyna się bardzo niewinnie od niemal płaskiego odcinka o długości 1100 metrów biegnącego wzdłuż lokalnej rzeczki La Morge. Dopiero po delikatnym łuku w lewo podjazd zaczyna się na serio. Na drugim i trzecim kilometrze poprzez wioski Le Bourg i Saint-Severin dojeżdżamy do nieco większej Sensine. Niemniej nachylenie na razie jeszcze jest umiarkowane trzymając się na średnim poziomie około 6%. Nieco trudniej robi się na kolejnych dwóch kilometrach czyli w trakcie dojazdu do wsi Erde. Tu średnia stromizna wynosi już 8%. Po przejechaniu 4,7 kilometra trzeba skręcić w prawo by przez Premploz obrać kierunek na północny-wschód. Skręt w lewo na wysokości Erde doprowadziłby nas do wsi Aven i dalej do końca wspinaczki w rejonie Lac de Derborence (1464 m. n.p.m.) lub też na nieco wyższej mecie za wsią Godet (1610 m. n.p.m.). Wspinaczka doliną Morge prowadzi po południowych, a więc dobrze nasłonecznionych stokach Alp Berneńskich. Tym samym podobnie jak na Ovronnaz w dolnej fazie podjazdu droga wije się pośród winnic. Uprawy winorośli zanikają dopiero pod koniec siódmego kilometra, na wysokości około 900 metrów n.p.m.

Tymczasem po przejechaniu łatwego szóstego kilometra i dwóch następnych o umiarkowanym stopniu trudności dociera się do wioski Daillon, zaś chwilę później do osady Pomeiron. Na początku dziewiątego kilometra zaczyna się płaski, a nawet minimalnie zjazdowy odcinek o długości 1300 metrów. W połowie kilometra dziesiątego wspinaczka zostaje wznowiona. „Kończą się żarty i zaczynają schody”. Wszystko co dotąd widzieliśmy było jedynie przygrywką przed prawdziwym Sanetsch. Od teraz na dalszych 16 kilometrach tej wspinaczki trzeba pokonać przeszło 1250 metrów przewyższenia co daje średnie nachylenie 7,8%. Najpierw cztery ciężkie kilometry na dojeździe do restauracji Grand-Cernet, w tym kilometr trzynasty o średniej 9,8%. W międzyczasie na poziomie 1060 metrów n.p.m. nasza droga łączy się z alternatywnym początkiem tego podjazdu, który to zaczyna się w Sionie i dociera w to miejsce poprzez wioski La Muraz, Saint-Germain i Chandolin. Ten wariant wzniesienia jest dłuższy, lecz nierówny. Dystans to aż 29,6 kilometra, zaś amplituda brutto to nawet 1870 metrów, bowiem trzeba tu „odzyskiwać” wysokość utraconą na zjazdach za Chandolin. Powyżej wspomnianej Grand-Cernet stromizna naszego podjazdu wyraźnie odpuszcza, bowiem na piętnastym i szesnastym kilometrze trzyma na poziomie tylko 5,5%. Pod koniec tego odcinka mijamy Auberge Zanfleuron, której nazwa pochodzi od „imienia” pobliskiego lodowca, widocznego też z samej przełęczy Sanetsch. Na wysokości owej restauracji przejeżdżamy na lewy brzeg Morge, która swe źródła ma właśnie w topniejących lodach Tsanfleuron Glacier. Na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego kilometra trzeba pokonać serię ciasno zwiniętych pięciu serpentyn. Przeszło kilometr dalej napotykamy następną, acz tym razem kolejne wiraże bierzemy co 400-500 metrów. Wszystko to przy sporej stromiźnie, bowiem kilometry od 17-tego do 21-wszego trzymają na poziomie od 8 do 9,2%.

Ciekawostką jest, iż co 500 metrów lub kilometr mijamy na tej górze przystanki autobusowe linii Postbus. Kolejny z nich wypada przy górskiej osadzie Dorbagnon, oddalonej o 22 kilometry od początku wzniesienia. Kilkaset metrów dalej wjeżdża się w długi na około 700 metrów tunel pod zboczem góry. Gdy z niego wyjedziemy po lewej stronie mamy widok na Hotel du Sanetsch wybudowany na wysokości około 2050 metrów n.p.m. Na finałowym odcinku wspinaczki droga prowadzi w kierunku północno-zachodnim. Nie ma już serpentyn, co najwyżej delikatne zakręty. Ostatnie dwa kilometry znów zmuszają do większego wysiłku, bowiem mają średnie nachylenie 8,8%. Sama przełęcz otoczona jest dwoma parkingami dla samochodów i przystankami spod znaku Postbus. Ma tu swój finał kolarska wspinaczka, lecz to jeszcze nie koniec tej górskiej drogi. Podobnie jak na sabaudzkim Plan du Lac szosa biegnie dalej jeszcze przez 5,5 kilometra, acz z tendencją spadkową do minimalnego poziomu 2012 metrów n.p.m. Kończy się zaś na północnym krańcu Sanetschsee (Lac de Senin) na wysokości 2036 metrów n.p.m. Stąd jest już bardzo blisko do górskiej granicy pomiędzy kantonami Valais i Bern. Po drugiej stronie tych gór znajduje się miejscowość Gsteig, lecz o zjeździe do niej nie ma co marzyć. Po północnej stronie Alp Berneńskich nawet szutrowe drogi docierają tylko na wysokość 1540 metrów n.p.m. Jedynym łącznikiem między tymi regionami jest kolej gondolowa z Innergsteig do Sanetsch-Stausee. Na stronie „cyclingcols” obie wersje podjazdu na Col du Sanetsch znaleźć można pośród tuzina najtrudniejszych szosowych podjazdów Szwajcarii. Tym niemniej ze sportowego punktu widzenia to widokowo przepiękne wzniesienie nadal pozostaje dziewicze. Zważywszy na to jak kapryśna bywa pogoda na rozgrywanym pod koniec kwietnia wyścigu Tour de Romandie trudno sobie wyobrazić by kiedykolwiek cały ten podjazd lub choćby większa jego część została zaserwowana kolarzom na tej imprezie. Tym bardziej, że przełęcz ta zamknięta jest od października do maja. Biorąc pod uwagę wyścigowy kalendarz jedyną nadzieją dla kibiców może być tylko czerwcowy Tour de Suisse.

AKCJA

We wstępie do całego cyklu szwajcarskich opowieści wspomniałem, iż na wyprawie do Valais udało mi się pokonać siedmiu kolarskich Olbrzymów. Tak nazwałem jedynie te podjazdy, na których trzeba było pokonać przynajmniej 1500 metrów przewyższenia. Sanetsch był zarówno najwyższym jak i największym pośród tych wzniesień, acz w ocenie Michiela z „cyclingcols” stanowił wyzwanie nieco łatwiejsze niż czekający mnie jeszcze Alpe Galm i zdobyta dopiero co Croix de Coeur. Tak czy owak na mojej sierpniowej liście ta góra była najbardziej pożądaną. Ją najbardziej chciałem zobaczyć, poznać i w końcu zdobyć. Na dokładkę po poniedziałkowym daniu głównym miałem jeszcze wraz z Darkiem wspiąć się na poziom Lac de Tseuzier. Natomiast Piotr ze Sławkiem ponownie zasadzili się tylko na „grubego zwierza”. Na nasze polowanie ruszyliśmy około 9:30. Po tradycyjnym już zjeździe z Haute Nendaz do Sionu tym razem nie wjechaliśmy na Autoroute du Rhone. Tym razem pojechaliśmy do centrum miasta, skąd skręciliśmy na zachód i po czterech kilometrach dalszej jazdy już byliśmy u podnóża góry. Zaparkowaliśmy w zacienionym miejscu na parkingu po lewej stronie Route de la Morge. Dzień był ciepły i słoneczny. Niespełna pół godziny później czyli na starcie wspinaczki mój licznik zanotował 27 stopni. Podobnie jak dzień wcześniej w Riddes uznaliśmy, iż najlepiej będzie jak Pedro i Sława ruszą z przewagą około 20 minut. Ostatecznie Mazowszanie wystartowali  o godzinie 10:20, zaś Dario i ja o 10:39. W tym czasie nasi dwaj kompani mieli już w nogach przeszło 4300 metrów swej wspinaczki i powoli zbliżali się do Erde. Początkowo Piotr nieco odjechał Sławkowi, lecz od końca siódmego kilometra znów jechali razem. My zaś zaczęliśmy z respektem należnym tak wielkiej górze. Jechaliśmy zgodnie z prędkością około 13-14 km/h zależną od aktualnego nachylenia szosy.

Minęliśmy kilka pierwszych miejscowości i po około 19 minutach dotarliśmy do Erde. Tu skręciliśmy na północny-zachód by po niespełna pół godzinie jazdy minąć Chapelle de Daillon. Za Pomeiron na lekkim zjeździe w połowie dziesiątego kilometra nasza prędkość wzrosła do max. 43 km/h. Niemniej już po chwili trzeba było się dobrze postarać by móc jechać w tempie 12 km/h. Zaczęła się bowiem kluczowa część tego wzniesienia. Czekał nas teraz ciężki dojazd do restauracji Plan-Cernet. W drodze do niej minęliśmy łącznik z drogą od Chandolin (10,4 km), a następnie skręt do wioski Mayens de My na wysokości restauracji Beau-Site (13,2 km). Według stravy 13-kilometrowy segment liczony od początku drugiego kilometra do poziomu Plan-Cernet przejechaliśmy w 55:03 (avs. 14,2 km/h z VAM 928 m/h). Pedro zanotował tu czas 1h 04:09, zaś Sławek 1h 04:22. Jednym słowem stracili do nas około 9 minut, choć byliśmy tu już odrobinę za półmetkiem wspinaczki. Tak to wyglądało jednak tylko pod względem dystansu. Pod kątem przewyższenia do zrobienia pozostało nam jeszcze 910 metrów czyli nieco ponad połowa całej pracy do wykonania. Kolejne dwa kilometry zleciały szybciej, więc po godzinie i 5 minutach jazdy przejechaliśmy obok Auberge de Zanfleuron. Do mety było jednak wciąż daleko. Przeszło 10 kilometrów o średnim nachyleniu 8,1%. Powoli zacząłem odczuwać zmęczenie. Na serpentynach z początku dziewiętnastego kilometra po raz pierwszy musiałem się zmusić do dużego wysiłku by utrzymać koło Darka. Nasi dwaj dzielni „harcownicy” też zaczęli już czuć moc tej góry. Po przejechaniu szesnastego kilometrów mieli nad nami jeszcze 6 minut przewagi, zaś cztery kilometry już niespełna minutę. Kilkaset metrów dalej, gdy w połowie 21-wszego kilometra doganialiśmy Sławka i Piotra puściłem koło Darka. Półtora kilometra dalej traciłem już do niego 45 sekund.

Niezbyt skrupulatna tego dnia „strava” zmierzyła nam czasy na odcinku 5,6 kilometra z Grand Zou do Dorbagnon. Dario pokonał go w 29:40, ja w 30:24 (avs. 11,1 km/h z VAM 956 m/h), Piotr w 38:35, zaś Sławek w 39:27. Ostatnie cztery kilometry przejechałem już na energetycznej rezerwie. Nie był to kryzys jak na La Creusaz czy Avoriaz’09, lecz niewątpliwie nie miałem już z czego dołożyć. Ta góra zmęczyła mnie powoli i konsekwentnie, niczym dwa lata wcześniej przecudna Colle del Nivolet. Wspinaczkę skończyłem po przejechaniu 25,95 kilometra w czasie 1h 59:00 (avs. 13,1 km/h). Według programu Strava Flyby Dario dotarł na przełęcz o 2:50 szybciej. Pedro finiszował niespełna 6 minut po mnie, zaś Sławek 2:20 za Piotrem. Strava złapała czasy Darka i Sławka na segmencie o długości 24,65 kilometra. Dario uzyskał na nim czas 1h 53:06 (avs. 13,1 km/h), zaś Sława 2h 22:00 (avs. 10,4 km/h z VAM 715 m/h). W mojej rozpisce najdłuższy sektor ma jednak tylko 24,03 kilometra, zaś u Piotra ledwie 20,8 – wobec czego trudno nam się z kolegami porównać. Na górze temperatura była bardzo przyzwoita tzn. 19 stopni. Jako, że dla Piotra i Sławka miał to być jedyny poniedziałkowy podjazd początkowo zamierzali pojechać do kresu tej asfaltowej drogi. Niemniej szybko wycofali się z tego pomysłu, gdy tylko zobaczyli stromiznę zjazdów wiodących ku Sanetschsee. Zasadniczy podjazd na tyle dał im w kość, iż chwilowo nie mieli ochoty na wspinaczkowe dokładki. Tym samym zjazd do Pont-de-la-Morge zaczęliśmy w komplecie, kilka minut po trzynastej. W drodze na dół zatrzymaliśmy się na kawę w restauracji Zanfleuron. Na tyle się w tym miejscu rozleniwiłem i rozkojarzyłem, że zapomniałem zrobić zdjęcie naszej strefie bufetu. Potem na szesnastym kilometrze zjazdu wszyscy moi kompani skręcili w kierunku Chandolin. Tym samym swój zjazd skończyli stromym i krętym odcinkiem pośród winnic, uwiecznionym na filmie Darka. Ja rzecz jasna zjechałem po trasie naszego wjazdu, zaś o spontanicznej „dezercji” z oficjalnego szlaku dowiedziałem się na zbiórce przy samochodzie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1122367731

http://veloviewer.com/activities/1122367731

ZDJĘCIA

20170807_001

FILMY

20170807_123826

20170807_130615

20170807_131335

20170807_143121

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Sanetsch została wyłączona

Ovronnaz / Odonne

Autor: admin o 6. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1596 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1109 metrów

Długość: 11,6 kilometra

Średnie nachylenie: 9,6 %

Maksymalne nachylenie: 14,9 %

PROFIL

SCENA

Początek w Leytron (Valais). Podstawowe informacje na temat tego miasteczka wykazują wiele podobieństw do danych przedstawionego w poprzednim odcinku Riddes. Według spisu z grudnia 2016 roku mieszkało tu dokładnie 3135 osób czyli o sto więcej niż u podnóża Col de la Croix de Coeur. Również ta miejscowość należy do dystryktu Martigny i też można o niej rzec, iż leży w pół drogi między Sionem a Martigny. Od obu tych miast oddalona jest o jakieś 16 kilometrów. Leytron i Riddes to praktycznie sąsiedzi zza miedzy. Granicą między nimi jest Rodan. Leżąc na prawym brzegu tej rzeki Leytron znajduje się tym samym na północ od autostrady Autoroute de Rhone jak i drogi krajowej nr 9. Na północ od tego miasteczka piętrzą się południowe zbocza Alp Berneńskich. To pasmo rozciąga się na długości 100 kilometrów od szczytu Dent de Morcles (na zachodzie) po Sidelhorn (na wschodzie). Jest ono niemal równie wysokie co znajdujące się po drugiej stronie Rodanu Alpy Pennińskie. W Alpach Berneńskich stoi 9 czterotysięczników. Niemniej wszystkie najwyższe góry, w tym Finsteraarhorn (4274 m. n.p.m.), Aletschhorn, Jungfrau czy Monch znajdują się na wschodzie. W okolicy Leytron i Ovronnaz najwyższym wierzchołkiem jest Grand Muveran (3051 m. n.p.m.). Wspomniane Ovronnaz to uzdrowisko i zarazem ośrodek narciarski. Stacja ta ma w swej ofercie 15 tras zjazdowych i 4 biegowe o łącznej długości 30 i 25 kilometrów. Miasteczko leży na wysokości od 1150 do 1350 metrów n.p.m., zaś punkt startu najwyższego ze stoków sięga 2463 metrów n.p.m. Szosowa droga łącząca Leytron z Ovronnaz nie kończy się bynajmniej w tej drugiej miejscowości. Podjazd ten przedłużyć sobie można o blisko 2,5 kilometra kończąc go dopiero przy gospodarstwie rolnym w Odonne na wysokości niemal 1600 metrów n.p.m. Niezależnie jednak od wybranego dystansu wzniesienie to jest bardzo strome mając średnie nachylenie na poziomie około 9,5%. Południowo-zachodni szlak przez wioski Montagnon oraz Dugny ma jednak mocną konkurencje.

Do Ovronnaz podjechać można też od południowego-wschodu przyjmując za punkt startu miasteczko Ardon. Ta droga biegnie przez miejscowość Chamoson i jest o 1600 metrów dłuższa. Tym samym ma mniejsze średnie nachylenie, lecz wcale nie jest łatwiejsza. Przede wszystkim jest nierówna. Obok łatwiejszych fragmentów ma dwa kilometry na poziomie 12 i 13,5% oraz maksymalną stromiznę 15,4%. Oba podjazdy łączą się na wylocie z Ovronnaz czyli wysokości 1350 metrów n.p.m. Dzięki istnieniu dwóch dróg z doliny Rodanu do owej stacji stroma wspinaczka do Ovronnaz na wyścigach może być występować w podwójnej roli. Zarówno jako ciężki finałowy podjazd na metę jak i wymagająca premia w dowolnej fazie górskiego etapu. Wzniesienie to nie znalazło się dotąd na trasie Tour de Suisse. Natomiast w niemal równie prestiżowym Tour de Romandie pojawiło się kilkukrotnie. Cztery razy kończyły się tu górskie etapy wyścigu Dookoła Romandii czyli frankofońskiej części Szwajcarii. Pierwszym zdobywcą tej stromej góry został Vito Taccone nazywany „Kozicą z Abruzji”. Ten zwycięzca Giro di Lombardia z roku 1961 oraz pięciu etapów Giro d’Italia 1963 wygrał na ulicach Ovronnaz w roku 1964. Po sprincie z 5-osobowej grupki „na kresce” pierwsza trójka była w pełni włoska, bowiem za Taccone finiszowali dwaj Frankowie: Cribiori i Balmamion. W sezonie 1969 znów najszybszy był tu Włoch. Tym razem Ugo Colombo, który wyprzedził Dina Carletto i Belga Antoona Houbrechtsa. Rok później triumfował tu Francuz Desire Letort z bezpieczną przewagą 32 i 44 sekund nad Włochami: Silvio Schiavonem i Pierfranco Vianellim. W końcu zaś w sezonie 1992 wygrał tu Amerykanin Andrew Hampsten z przewagą 51 sekund nad trójką Francuzów: Charly Mottet, Armand De las Cuevas i Luc Leblanc. Andy z Kolorado jest jedynym pośród czterech triumfatorów z Ovronnaz, który przekuł to zwycięstwo na generalny sukces w Romandii. Jednak po raz ostatni podjazd z Leytron do Ovronnaz wykorzystano na TdR w końcówce ostatniego etapu wyścigu z 2010 roku. Odcinek wokół Sionu jak i cały ten wyścig wygrał Hiszpan Alejandro Valverde. Niemniej wkrótce został zdyskwalifikowany za „dawne grzechy” czyli znajomość z niesławnym doktorem Fuentesem (afera Operacion Puerto). Tym samym to zwycięstwo etapowe przypadło Baskowi Igorowi Antonowi, zaś generalne Słoweńcowi Simonowi Spilakowi.

AKCJA

Z Croix de Coeur zjechałem w niespełna godzinę. W Riddes przy naszym samochodzie pojawiłem się kwadrans po czternastej. Mój drugi cel na niedzielę znajdował się nieopodal, po drugiej stronie Rodanu. To znaczy na północnym brzegu tej rzeki. Wystarczyło przejechać ledwie dwa kilometry by znaleźć się w Leytron u podnóża stromego podjazdu pod Ovronnaz. W tej wspinaczce po zboczach Alp Berneńskich miał mi towarzyszyć tylko Darek. Wszyscy zostawiliśmy sporo energii na pierwszym wzniesieniu, które miało niemal 1700 metrów przewyższenia. Piotr i Sławek byli już rozliczeni z pracy na trzecim etapie wyprawy. Teraz musieli odpocząć, gdyż nazajutrz czekała nas równie ciężka próba na Col du Sanetsch. Natomiast my dwaj wierni swemu wieloletniemu zwyczajowi postanowiliśmy rzucić resztki sił na drugi tego dnia podjazd. Po przyjeździe do Leytron zaparkowaliśmy na placu przy Route de Riddes, w pobliżu miejscowej szkoły podstawowej. O tej porze dnia pogoda była już bez zarzutu. Na starcie drugiej wspinaczki przypomniała nam się upalna aura z dwóch wcześniejszych dni. Gdy o godzinie 14:45 wjeżdżaliśmy na Route de Chamoson mój licznik zmierzył temperaturę 31 stopni. Mieliśmy się teraz wspinać po zboczu góry wystawionym na południową stronę świata, więc przy słonecznej pogodzie mogliśmy się spodziewać mocnego słońca. Niemniej nie ono było naszym głównym zmartwieniem. Otóż u podnóża Ovronnaz mocno wiało i na domiar złego od strony północnej, więc oprócz sporej stromizny musieliśmy walczyć także z przeciwnym wiatrem. Już po 50 metrach od startu skręciliśmy w lewo wjeżdżając na Route d’Ovronnaz. Z Leytron wyjechaliśmy już po czterystu metrach. Następnie znaleźliśmy się pośród winnic, których widok miał nam towarzyszyć niemal do końca trzeciego kilometra. Stromizna szybko wskoczyła na wysoki poziom. Już po 600 metrach wspinaczki nachylenie skoczyło do 11,8%. Stroma droga wiłą się szybko do góry po serpentynach. Na dojeździe do Montagnon (3,3 km) było ich sumie dziewięć. Dario w trakcie późniejszego zjazdu sfilmował wiraż przy przystanku autobusowym przed wioską Produit (2,3 km).

Szybko też przekonaliśmy się na czym polega dodatkowa trudność tego wzniesienia. Wysokie średnie nachylenie tej góry było nam zawczasu znane. Niemniej w szczegółach mogło być różnie. Osobiście wolałbym równe 9-10% na całej długości wspinaczki. Niestety tu trzeba się było zmierzyć z podjazdem zarówno stromym jak i nierównym. Odcinki o ledwie kilkuprocentowym nachyleniu przeplatały się ze ściankami o stromiźnie do 15%. Na dojeździe do wspomnianego przystanku licznik pokazał mi 13,2%, zaś po przejechaniu 2,9 kilometra nawet 14,9%. W połowie piątego kilometra kolejny „skok na wykresie” czyli 13,9%. Między Montagnon a Dugny (5,8 km) minęliśmy siedem kolejnych serpentyn, zaś tuż przed tą drugą miejscowością raz jeszcze rekordową stromiznę 14,9%. Po kolejnych trzech wirażach, pod koniec siódmego kilometra wspinaczki wjechaliśmy do Ovronnaz. Na terenie stacji poza dwoma zakrętami i jednym delikatnym łukiem szosa prowadziła niemal cały czas prosto na północny-zachód. Jechaliśmy cały czas razem. Udawało mi się, acz nie bez trudu, dotrzymywać tempa lżejszemu o kilkanaście kilogramów koledze. Według stravy segment o długości niemal 7,9 kilometra pokonaliśmy w 47:58 (avs. 9,8 km/h z VAM 923 m/h). Następnie przejechaliśmy wspólnie do końca Ovronnaz jak i pierwsze 150 metrów za tym ośrodkiem. Odpuściłem na dwa kilometry przed finałem. Powiedziałem Darkowi by się na mnie nie oglądał i pojechał jak najmocniej czekającą nas stromą końcówkę. Na przełomie dziesiątego i jedenastego kilometra minąłem parking przy wyciągu Jorasse oraz miejscowe centrum sportowe. Za kolejnym parkingiem, po przejechaniu 10,2 kilometra, wjechałem w las na znacznie węższą dróżkę. Początkowo stromizna miała tu blisko 13%, lecz szybko spadła do około 7,5%. Potem jednak na finałowych 900 metrach trzeba było przetrwać stałe nachylenie na poziomie 10-12%. Na ostatnich 2 kilometrach straciłem do Darka około dwie minuty. Tuż przed Odonne droga zmieniła się w szutrową. W tej postaci biegnie ona znacznie wyżej, ku górnym stacjom wyciągów: Jorasse, Bougnonne i Col Express. Zatrzymałem się po przebyciu 11,7 kilometra w czasie 1h 12:46 (avs. 9,6 km/h). Według mojego licznika przejechałem tego dnia 69 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2750 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1120758310

http://veloviewer.com/activities/1120758310

ZDJĘCIA

20170806_041

FILM

20170806_160049

20170806_165104

20170806_165506

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Ovronnaz / Odonne została wyłączona

Col de la Croix de Coeur

Autor: admin o 6. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2172 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1699 metrów

Długość: 21,7 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 9,6 %

PROFIL

SCENA

Początek w Riddes (Valais). Ta miejscowość ma nieco ponad 3 tysiące mieszkańców. Położona jest niemal dokładnie w pół drogi między Sionem i Martigny, przy czym administracyjnie powiązana jest z tym drugim miastem. Leży na lewym brzegu Rodanu, na południe od autostrady A9 i drogi krajowej o tym samym numerze. Z kolei na południe od tego miasteczka wznoszą się północne zbocza Alp Pennińskich. Masyw ten oddziela Szwajcarię od Włoch na odcinku między przełęczami Grand-Saint-Bernard (na zachodzie) i Simplon (na wschodzie). Przeszło 30 gór w tym paśmie wznosi się na wysokość ponad 4000 metrów n.p.m. Niemniej szczyty znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie Riddes mają bardziej tatrzańskie rozmiary. Nie przeszkodziło to jednak miejscowym inżynierom w wytyczeniu drogi znacząco przekraczającej pułap 2000 metrów n.p.m. To 22-kilometrowy szlak na Col de la Croix-de-Coeur. Zważywszy na to, iż dolina Rodanu w okolicy Riddes znajduje się na wysokości niespełna 500 metrów n.p.m. stwarza to okazję do zmierzenia się ze wzniesieniem o przewyższeniu ponad półtora tysiąca metrów! Dodatkowym wyzwaniem jest fakt, iż po tej stronie przełęczy droga nie do końca jest asfaltowa. Ostatnie 6,5 kilometra tego podjazdu prowadzi bowiem po szutrze. Na szczęście jest on na tyle utwardzony, iż umożliwia wspinaczkę na rowerze szosowym. Pod wieloma względami północny wjazd na Croix-de-Coeur jest podobny do włoskiego podjazdu z Susy na Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.), który to pojawił się na trasach Giro d’Italia w latach 2005, 2011 i 2015. Oba wzniesienia mają bardzo podobną wysokość i przewyższenie. Finestre jest wyższa o cztery metry, zaś Croix-de-Coeur jest z kolei większa o metrów siedem. Włoska góra jest o przeszło trzy kilometry krótsza i przez to rzecz jasna bardziej stroma. Niemniej średnie nachylenie „Sercowego Krzyża” też musi budzić respekt, szczególnie przy ponad 20-kilometrowym dystansie. W Piemoncie jest też przeszło kilometr więcej szutru. Nie dziwi więc, że na stronie „cyclingcols” gigant z Piemontu zwycięża olbrzyma z Valais na punkty, w stosunku 1577 do 1338. Na przełęcz Croix de Coeur wjechać można również od strony południowej z początkiem 16-kilometrowej wspinaczki w miasteczku La Chable na wysokości 806 metrów n.p.m.

W przeciwieństwie do piemonckiej Finestre szwajcarska góra nie została jak dotąd w pełni wykorzystana na żadnym ze znaczących wyścigów. Owszem ścigano się na niej kilkanaście razy. Niemniej zawsze do „bezpiecznej” wysokości około 1500 metrów n.p.m. Większą popularnością cieszył się dotąd południowy podjazd do stacji Verbier. Po raz pierwszy wykorzystany na Tour de Romandie 1975, gdy wygrał w niej Bask Francisco Galdos. Następnie w latach 1979-2014 wspinaczka ta siedmiokrotnie pojawiła się na trasach Tour de Suisse, zaś w roku 2009 wypróbowana została również na Tour de France. Po północnej stronie przełęczy C-d-C walczono jak dotąd trzykrotnie, za każdy razem na Tour de Romandie. Metę wyznaczono zawsze w ośrodku narciarskim Mayens-de-Riddes, znanym również pod nazwą La Tzoumaz. W 1982 roku wygrał tu Norweg Jostein Wilmann, który o przeszło minutę wyprzedził Włocha Silvano Continiego i Szweda Tommy Prima. W sezonie 1988 pierwszy do linii mety dotarł Szwajcar Urs Zimmermann z przewagą ponad 30 sekund nad swym rodakiem Tony Romingerem i Amerykaninem Andy Hampstenem. Natomiast w roku 1994 najszybciej do tej stacji wspinał się inny Helwet Pascal Richard, który o ponad minutę wyprzedził Hampstena i francuskiego Baska Armanda De las Cuevasa. Co ciekawe czwarty tego dnia był ścigający się do dziś Włoch Davide Rebellin. Dodać jeszcze warto, że Wilmann i Richard dzięki swym zwycięstwom etapowym wygrali też cały wyścig Dookoła Romandii. Północny podjazd nie poraża stromiznami. Najtrudniejszy kilometr ma średnie nachylenie na poziomie 8,8%. Tym niemniej w sumie aż dwanaście kilometrowych segmentów trzyma tu na poziomie około 8%, zaś dwa najłatwiejsze mają średnio 6,7%. Wzniesienie to można podzielić na trzy części o podobnej długości. Dolne 8 kilometrów o średniej 8,4%. Nieco łatwiejsza środkowa faza o średniej 7,2%. Na dobicie szutrowa końcówka zaczynająca się na wysokości około 1680 metrów n.p.m. Na całym wzniesieniu mamy 22 serpentyny, z czego tuzin poniżej La Tzoumaz. Poza tym na pierwszych 10 kilometrach podjazdu trzeba przejechać przez 5 tuneli. W sierpniu 2018 roku ostatnie 14,7 kilometra tego wzniesienia pokonają amatorzy kolarstwa uczestniczący w wyścigach spod szyldu Look Marmotte Valais na trasach Ultra Fondo i Grand Fondo.

AKCJA

Mauvoisin była wymagającą górą, zaś Ferret ledwie solidną. Planachaux i La Creusaz można już było uznać za trudne podjazdy. Niemniej dopiero trzeciego dnia miałem poznać pierwsze wzniesienie z gatunku tych, dla których przyjechałem do Valais. Wspinaczki o długości przynajmniej 20 kilometrów i przewyższeniem przeszło 1500 metrów. Prawdziwe kolarskie giganty, z którymi amator mojego pokroju musi się zmagać przez co najmniej półtorej godziny. We wcześniejszych latach przejechałem już 37 premii górskich o takiej amplitudzie. W Sabaudii nie pokonałem żadnej nowej góry o takich rozmiarach. Tymczasem tu w dolinie Górnego Rodanu miałem ich spotkać aż siedem w przeciągu kolejnych 9 dni. Ponieważ zaprogramowałem nam zwiedzanie kantonu Wallis od zachodu do wschodu moim pierwszym mega-podjazdem miała być przełęcz Croix de Coeur. Jedynie nasi dzielni szwajcarscy debiutanci czyli Piotr i Sławek mieli już w nogach batalię z podobnym olbrzymem, jako że pierwszego dnia zdobyli Col du Grand-Saint-Bernard. W niedzielny poranek po wcześniejszych upałach nie było już śladu. Powitała nas umiarkowana temperatura i częściowe zachmurzenie. Jadąc z Nendaz do Riddes utartym już wcześniej szlakiem przez obrzeża Sionu mieliśmy do przejechania 30 kilometrów. W miasteczku startowym pojawiliśmy się kilka minut po godzinie dziesiątej i zaparkowaliśmy w uliczce Chemin de Fer, jakieś 600 metrów od podnóża podjazdu. Uradziliśmy, iż Pedro i Sława dostaną około 15-20 minut zaliczki tak byśmy mogli się zjechać w końcówce wspinaczki lub też przynajmniej byśmy dojechali na szczyt o podobnej porze. Na starcie było pochmurno, lecz temperatura była dość komfortowa czyli 24 stopni. Piotr ze Sławkiem do boju ruszyli o godzinie 10:28, zaś ja z Darkiem 18 minuty po naszych kolegach. Podobnie jak oni nie pojechaliśmy do centrum Riddes, lecz objechaliśmy to miasteczko od zachodu i zaczęliśmy naszą wspinaczkę na drodze Chemin de la Palettaz biegnącej pośród upraw winorośli. Po pierwszych 700 metrach czyli na pierwszym wirażu szosa ta połączyła się z ulicą wychodzącą prosto z miasta. Tuż przed dotarciem do tego miejsca stromizna pierwszy raz dobiła do 8,5% czyli poziomu, który miał być normą na kolejnych ośmiu kilometrach tej wspinaczki.

Korzystając z umiarkowanej temperatury postanowiłem podyktować solidne tempo od początku podjazdu. Darek na początku drugiego kilometra zaczął powoli tracić do mnie dystans. Niemniej różnica między nami zaczęła rosnąć szybciej dopiero po przejechaniu pierwszych trzech kilometrów. W tym czasie zdołaliśmy już minąć pierwszy z anonsowanych na „cyclingcols” pięciu tuneli. Z ich to powodu obciążyłem swój rower dodatkowymi gramami pod postacią lampek. Szeroka szosa o wysokim, lecz równym nachyleniu konsekwentnie pięła się, zaś jedynymi miejscami na złapanie głębszego oddechu były kolejne serpentyny. Odstępy między kolejnymi zakrętami były rozmaite. W najlepszym razie niespełna 500 metrów, w najgorszym prawie 2 kilometry. Na dziewiątym wirażu, który pokonałem przejechawszy już 8,3 kilometra minąłem wlot do tunelu, który otwiera przed podróżnymi drogę do stacji Iserables jak i „naszego” Haute Nendaz. To właśnie tu na drogę pod Croix de Coeur wpadną uczestnicy Look Marmotte Valais. Do tego miejsca dotarłem w niespełna 39 minut, przy czym na stravie można znaleźć segment o długości 7,5 kilometra liczony od pierwszego wirażu. Na tym odcinku zmierzono mi zaś czas 36:00 (avs. 12,6 km/h z VAM 1066 m/h). Darek pokonał go w 38:43, Piotr w 44:34, zaś Sławek uzyskał na nim czas 47:44. Po chwili przejechałem przez czwarty już tunel, zaś z początkiem dziesiątego kilometra nachylenie wyraźnie odpuściło. Przez dwa kolejne kilometry mój licznik ani razu nie odnotował stromizny powyżej 7,5%. Na kilometrze dwunastym i trzynastym znów zrobiło się trudniej i właśnie pod koniec tego odcinka tuż przed delikatnym łukiem w prawo dojechałem do Sławka. Krótka wymiana zdań na temat dotychczasowych wrażeń i po chwili się rozstaliśmy. Tymczasem ośrodek narciarski La Tzoumaz (13,6 km) był już na wyciągnięcie ręki. Ta stacja wespół z pobliskimi Nendaz, Veysonnaz i Thoyn (na wschodzie) oraz Verbier (na południu) wchodzi w skład regionu zimowego „4 Vallees”. Ona sama ma w swej ofercie 18 tras zjazdowych o łącznej długości 55 kilometrów. Najwyższa startuje z wysokości 2354 metrów n.p.m. w pobliżu szczytu Savoleyres. Na górę tą wiedzie kolej gondolowa, zaś zjechać można także po trasie saneczkowej o długości 10 kilometrów i różnicy wzniesień 819 metrów. Strava na segmencie 12,6 kilometrów poniżej Tzoumaz zanotowała mi czas 59:44 (avs. 12,6 km/h z VAM 1008 m/h). Darek dotarł tu w 1h 02:42, Piotr potrzebował 1h 16:26, zaś Sławek 1h 17:42. Do Tzoumaz pierwszy dotarł Pedro. Niemniej różnice czasowe między naszą czwórką mocno się już zatarły. Dario na razie jeszcze zamykał stawkę, lecz ze stratą niespełna 4 minut do lidera.

Na początku piętnastego kilometra zmieniłem Piotra na prowadzeniu. Kilometr dalej minąłem ukwiecone rondo na wysokości baru Etablons. Od tego miejsca droga prowadząca na szczyt zwie się już Route de la Croix-de-Coeur. Jednak jedynie przez najbliższe kilkaset metrów pozostaje asfaltowa. Po przejechaniu 15,7 kilometra wjechałem na nawierzchnię szutrową. Niemniej na pierwszych kilometrach górnego segmentu wciąż jeszcze można było napotkać resztki asfaltu wystające spod kamienistej warstwy wierzchniej. W połowie siedemnastego kilometra minąłem ostatni przydrożny parking przed przełęczą. Tymczasem Dario wyraźnie przyśpieszył i zaczął niwelować dzielący nas dystans. Najpierw przy wspomnianym rondzie wyprzedził Sławka, zaś na początku siedemnastego kilometra dogonił też Piotra. Ja na szutrowym dukcie skupiłem się przede wszystkim na bezpiecznym pokonaniu niepewnego dla szosowych opon odcinka. Tempo jazdy zeszło na plan dalszy. Na szczęście szuter na Croix-de-Coeur okazał się całkiem „przyjazny”, chyba nawet lepszy jakościowo niż ten z Colle delle Finestre. Powyżej 1700 metrów n.p.m. temperatura zaczęła dość szybko spadać. Na ostatnich sześciu kilometrach zleciała z 19 na 13 stopni. Na początku dwudziestego kilometra byłem już poza górną granicą lasu i po raz pierwszy przejechałem pod linią wyciągu Taillay. Na tej wysokości kolejne wiraże mijałem co 700-800 metrów. Z czasem widzialność stała się co raz bardziej ograniczona, gdyż wjechałem już na niski tego dnia pułap chmur. Na przedostatnim kilometrze najpierw usłyszałem, a po chwili spostrzegłem, iż zbliża się do mnie Darek. Był w gazie czyli na dobrej drodze by również mnie połknąć. Według stravy ostatnie 6,9 kilometra pokonał w 34:58. Ja na finałowym odcinku uzyskałem 38:08 czyli Dario odrobił tu do mnie 3:10. Złapał mnie na 600 metrów przed finałem i w stylu „rasowego górala” od razu zaatakował. Udało mi się odeprzeć ten atak, po czym już zgodnie dojechaliśmy do zamglonej mety. Zatrzymałem się po przejechaniu 22,22 kilometra w czasie 1h 47:59 (avs. 12,3 km/h). Na szczęście na przełęczy otwarta była restauracja. Weszliśmy do niej by schować się przed chłodem i przebrać. Zamówiłem coś gorącego do picia. Po około dziesięciu minutach dojechał do nas Piotr, zaś po niespełna trzynastu Sławek. Nasze wyniki ze stravy na najdłuższym 21-kilometrowym segmencie są następujące: Daniel & Darek – 1h 44:58 (avs. 12 km/h z VAM 940 m/h), Piotr – 2h 12:23 (avs. 9,5 km/h z VAM 745 m/h) oraz Sławek – 2h 14:43 (avs. 9,4 km/h z VAM 732 m/h).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1120758326

http://veloviewer.com/activities/1120758326

ZDJĘCIA

20170806_001

FILM

20170806_131053

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de la Croix de Coeur została wyłączona

La Creusaz

Autor: admin o 5. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1780 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1315 metrów

Długość: 16,5 kilometra

Średnie nachylenie: 8 %

Maksymalne nachylenie: 11,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Martigny (Valais). Wedle ostatnich danych miejscowość ta ma blisko 18 tysięcy mieszkańców. Tym samym jest drugim pod względem wielkości miastem w swym kantonie, minimalnie dystansując opisane wcześniej Monthey. Podobnie jak sąsiad z północy również ono jest stolicą dystryktu o nazwie tożsamej z własną. Martigny leży w iście strategicznie miejscu. To znaczy u zbiegu drogi krajowej nr 21, która przez przełęcz bądź tunel Grand-Saint-Bernard biegnie do Włoch oraz szosy nr 203, która przez przełęcz Forclaz zmierza ku Francji. Obie łączą się na rondzie w południowo-zachodniej części miasta, w dzielnicy Martigny-Combe. Z kolei na północ od tej miejscowości Rodan dotąd płynący na zachód skręca na północ ku Jezioru Genewskiemu. Wkrótce też pochłania wody górskiej rzeki Dranse, która na swym końcowym odcinku przepływa przez to miasto. W Martigny zorganizowano start do szesnastego etapu Tour de France z roku 2009, wiodącym przez trzy kraje i obie przełęcze św. Bernarda do mety w sabaudzkim Bourg-Saint-Maurice. Giro d’Italia bywało tu jedynie przejazdem. Natomiast Tour de Suisse gościło czterokrotnie, lecz za każdym razem kolarze słuchali tu jedynie wystrzału startera. Co ciekawe w latach 2002, 2012 i 2014 za każdym razem (podobnie jak na wspomnianym TdF) działo się to dzień po górskim finiszu w stacji narciarskiej Verbier. Można więc powiedzieć, że te dwie miejscowości ostatnio „chodzą w pakiecie”. Jedynie uczestnicy Tour de Romandie mieli tu okazje pościgać się o etapowe zwycięstwa. W sumie dziewięciokrotnie w ponad 70-letniej już historii tego wyścigu. Jako pierwszy w 1952 roku wygrał tu Holender Wout Wagtmans. Rok później w Martigny wyznaczono zarówno start jak i metę całej Romandii czyli początek pierwszego odcinka i finisz piątego etapu. Ten dzień należał do przyszłego triumfatora TdF Francuza Louisona Bobeta, lecz cały wyścig padł łupem Szwajcara Hugo Kobleta. W 1957 roku czasówkę wygrał tu Francuz Jean Forestier, zaś na etapach ze startu wspólnego triumfowali: Szwajcar Kurt Gimmi (1959), Francuzi Edouard Delberque i Jean Milesi (1962 & 1965), Szwed Alf Segersall (1981) i Włoch Mario Cipollini (1996). W końcu zaś w 2011 roku zaledwie 3-kilometrowy prolog na ulicach Martigny wygrał Hiszpan Jonathan Castroviejo.

Na obrzeżach Martigny zaczynają się trzy trudne wzniesienia, z czego dwa na wspomnianym już rondzie. Pierwszym jest podjazd pod Col de la Forclaz (1528 m. n.p.m.) o długości 12,9 kilometra przy średniej 7,9%. Przełęcz ta siedmiokrotnie znalazła się na trasie Tour de France, w tym sześć razy forsowana była właśnie od wschodniej strony.  Najczęściej na etapach „Wielkiej Pętli” wiodących do Chamonix, lecz ostatnim razem w 2016 roku na odcinku do Finhaut-Emosson. Etap ten wygrał co prawda Ilnur Zakarin, lecz wcześniej na Forclaz najszybciej wjechał nasz Rafał Majka. Z tego samego miejsca, lecz w przeciwnym kierunku odbija lokalna dróżka na Col des Planches (1411 m. n.p.m.). To podjazd o długości ledwie 10,2 kilometra, lecz ze średnim nachyleniem aż 8,9%. Można go jeszcze przedłużyć o 3,5 kilometra kończąc całą wspinaczkę na Col du Lein (1658 m. n.p.m.). Planches nie jest znane narodowym tourom, lecz w ostatnich latach dwukrotnie została wykorzystana na Tour de Romandie. W 2014 roku na etapie do Aigle i w 2016 na odcinku do Villars-sur-Ollon. Najmniej znana, lecz najtrudniejsza z okolicznych wspinaczek skrywa się jednak w górach na północny-zachód od miasta. To podjazd do górskiej osady La Creusaz. Zaczyna się on przy drodze nr 21 (Route de Leman) jakiś kilometr na północ od centrum Martigny. Pierwsze czterysta metrów to w zasadzie płaski dojazd do podnóża góry. Wspinaczka zaczyna się w pobliżu Centrale de la Batiaz, elektrowni produkującej prąd dzięki wodom ze sztucznego Lac d’Emosson. Przez pierwsze 2,5 kilometra nachylenie jest umiarkowane, po czym przed wioską Gueuroz wjeżdża się do 500-metrowego tunelu. Za nim przejeżdża się przez most przerzucony nad głębokim kanionem potoku Le Trient. Czwarty i piąty kilometr trzymają już na poziomie od 8,5 do 9,5%, po czym droga nieco odpuszcza na dojeździe do miasteczka Salvan (6,8 km). Niebawem jednak, tuż po minięciu torów kolejowych zaczyna się najtrudniejsza faza tej wspinaczki. Trzeba jeszcze pokonać 9,5 kilometra o średniej 9,1%. Od połowy dziewiątego kilometra droga niemal cały czas biegnie przez las. Za wyjątkiem szesnastego kilometra praktycznie nie daje odsapnąć. Asfalt kończy się na wysokości 1812 metrów n.p.m. Jakieś ćwierć kilometra za osadą La Creusaz, do której prowadzi też kolejka gondolowa z miejscowości Les Marecottes.

AKCJA

Z Planachaux do Monthey zjechałem kwadrans po czternastej. Piotr i Sławek po zjeździe z Morgins byli tam już niemal od godziny. Natomiast Darek tak się rozpędził na dolnym odcinku drogi nr 201, iż minął skręt do centrum miasta i zajechał do sąsiedniego Collombey. Drugie ze swych sobotnich wzniesień mieliśmy zaliczyć w drodze powrotnej do Nendaz. Pedro i Sława umówieni byli na spotkanie z Col de la Forclaz. Natomiast w sprawie wyboru drugiej góry dla siebie i Darka wahałem się do samego końca. Przed wyjazdem planowałem któregoś dnia zmierzyć się z ekstremalną Riondą (2157 metrów n.p.m.). To potężne wzniesienie na prawym brzegu Rodanu zaczynające się w miejscowości Levey-les-Bains (kanton Vaud). Cały podjazd ma 1715 metrów przewyższenia do pokonania na dystansie 15,3 kilometra! To daje średnie nachylenie 11,2 %. Jednym zdaniem to jakby Zoncolan od strony Ovaro tyle, że o 50% dłuższy. Niemniej nie cały ów podjazd jest szosowy. Gdybyśmy się zdecydowali na bitwę z tym kolosem prawdopodobnie naszą wspinaczkę musielibyśmy skończyć we wiosce Le Martinaux na wysokości 1670 metrów n.p.m. To jednak wciąż oznaczałoby konieczność przejechania 11,4 kilometra ze średnim nachyleniem 10,8%. Po problemach na Planachaux nie czułem się na siłach by podjąć tego rodzaju wyzwanie. Poza tym przeciwko wyprawie na Riondę przemawiał jeden aspekt praktyczny. Musielibyśmy wysiąść z auta przed półmetkiem drogi z Monthey do Martigny, zaś po walce do kresu sił na hardcorowym wzniesieniu przejechać jeszcze 13 kilometrów do samochodu. Uznałem, że lepiej będzie wybrać bardziej przystępny podjazd do La Creusaz. Choć i on bezsprzecznie zasługuje na miano premii górskiej najwyższej kategorii. Do Martigny dojechaliśmy drogą kantonalną nr 21 i zatrzymaliśmy się na północnych obrzeżach miasta w pobliżu Rue de la Batiaz. W zamierzeniach miała to być jedynie baza wypadowa dla naszej dwójki. Niemniej nasi koledzy wkrótce stwierdzili, że nie ma sensu wsiadać do wozu na parę minut i ku swojej górze również ruszyli z tego miejsca, acz pół godziny później. Około piętnastej wciąż było gorąco, lecz wzmagający się silny wiatr z północy był zapowiedzią zmiany pogody. U podnóża góry mój licznik zanotował temperaturę 31 stopni, zaś półtorej godziny później w La Creusaz wciąż komfortowe 23.

Ruszyliśmy z Darkiem o godzinie 15:08. Na samym początku kilkaset metrów płaskiego terenu, lecz już na tym odcinku powitał nas mocny przeciwny wiatr. Z tym żywiołem trzeba się było zmagać niemal do końca czwartego kilometra, bowiem przez cały ten czas jechaliśmy w tym samym kierunku czyli fachowo rzecz ujmując NNW. Na początku czwartego kilometra przejechaliśmy przez tunel, zaś chwilę później przez Pont du Gueuroz. Dario zatrzymał się potem przy nim na dłużej w trakcie zjazdu. Za mostem czekał nas najtrudniejszy odcinek z dolnej części tego wzniesienia. To znaczy kręty kilometr z pięcioma serpentynami, na którym stromizna cztery razy przekroczyła 10%, osiągając max. na poziomie 11,2%. Jechaliśmy zgodnie w jednakowym tempie. Nie czułem się dobrze, ale zgodnie ze „świecką tradycją” chciałem w dobrym stylu pokonać choć pierwsze 7 kilometrów. Za punkt honoru postawiłem sobie utrzymanie się z Darkiem do okolic Salvan. To się jeszcze udało. Według stravy segment o długości 6,6 kilometra między początkiem wzniesienia a centrum tego miasteczka przejechaliśmy w czasie 30:14 (avs. 13,1 km/h z VAM 908 m/h). Niezbyt szybko, ale w końcu Planachaux mieliśmy w nogach, a do tego wspomniany wiatr na powitanie. Nie będzie chyba dla nikogo zaskoczeniem, że liderem na tym sektorze jest Sebastian Reichenbach, profesjonał pochodzący z Martigny. Mijając Salvan czułem, że sił mi szybko ubywa. Uprzedziłem Darka, że niebawem będzie musiał sobie radzić sam. Stroma druga część tego wzniesienia zaczęła się zaraz po przejechaniu pod wiaduktem, na którym ułożone są tory kolei Mont-Blanc Express. Wytrzymałem z Darkiem pierwsze kilkaset metrów i na pierwszym wirażu odpadłem. Do szczytu zostało jeszcze 9 kilometrów i trzeba się było skoncentrować na tym bym w ogóle owo La Creusaz mógł zobaczyć. Pod koniec dziewiątego kilometra minąłem dziwaczny, podwójny wiraż w prawo. Opcja nr 1 to była ślepa droga do wioski Les Granges. Trzeba było wziąć szerszy łuk i wybrać górny skręt w Route de Van. Pamiętam jak rok wcześniej w Katalonii (pierwszego dnia na podjeździe pod Col de Jou) daliśmy się obaj nabrać na tego typu serpentynie i nadłożyliśmy nieco dystansu.

Kolejnym ważnym miejscem był ciasny zakręt na końcu jedenastego kilometra wspinaczki czyli po przebyciu 11,4 kilometra od naszego startu. Tu trzeba było skręcić w prawo, a nie jechać prostu ku osadzie Planajeur. Wciąż jeszcze byłem na tyle przytomny, że się nie pogubiłem. Tym niemniej z minuty na minutę gasnąłem. Stromizna trzymała z reguły na poziomie 9%, momentami przekraczając 10%, a ja goniłem resztkami sił. Czułem się już tak słabo, że musiałem ten kryzys opanować zabiegami natury psychologicznej. Zamiast myśleć o tym jak dużo mi jeszcze zostało do kresu wspinaczki zacząłem sobie wyznaczać bardziej realne cele. Pod koniec dwunastego kilometra pomyślałem sobie, że dojadę przynajmniej do poziomu 1500 metrów n.p.m. by zaliczyć kolejny podjazd o przewyższeniu tysiąca metrów. Gdy to stało się faktem na początku czternastego kilometra nachylenie na chwilę nieznacznie odpuściło, więc nie stanąłem i dalej mozoliłem się ku górze. W zasadzie najbardziej strome kawałki tej góry miałem już za sobą i to zapewne mi pomogło. Przebrnąłem przez dwa kolejne, wciąż wymagające kilometry, po czym szesnasty pozwolił mi zaczerpnąć nieco oddechu i zyskać pewność że jednak dojadę do La Creusaz. Na czterysta metrów przed wioską zaczęła się kolejna nieprzyjemna ścianka. Minąłem linię wyciągu z Les Marecottes, lecz na wysokości restauracji dopadł mnie kurcz uda tak mocny, że musiałem się na chwilę zatrzymać. Stwierdziłem, że moje ciało ma już serdecznie dość tego podjazdu i czas uznać zadanie za wykonane. Odpuściłem sobie zatem ostatnie 300 metrów asfaltowej drogi, na krańcu której Darek stał już od paru minut. Dowlokłem się na restauracyjny taras i poszedłem zamówić sobie coś słodkiego do jedzenia i picia. Na moje szczęście ten lokal otwarty było do godziny siedemnastej. Wkrótce zjechał do mnie Dario i po chwili poszliśmy się rozejrzeć po okolicy. Na stravie nie sposób znaleźć dłuższych segmentów z górnej części tego wzniesienia. Odnotuję jedynie, że niespełna 17-kilometrowy dystans pokonałem w 1h34:02, zaś powyżej Salvan straciłem do swego towarzysza przeszło sześć minut. Tymczasem po południowej stronie miasta Piotr i Sławek w 35-stopniowym upale zmagali się z Forclaz. Sława dotarł na szczyt w czasie 1h 26:18, zaś Pedro zawrócił w połowie szóstego kilometra. Ja mocno sponiewierany, acz nie złamany swój drugi etap na szosach Valais skończyłem przejechawszy 81 kilometrów z przewyższeniem 2752 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1118940979

http://veloviewer.com/activities/1118940979

ZDJĘCIA

20170805_061

FILMY

20170805_165515

20170805_170529

20170805_174540

20170805_175117

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania La Creusaz została wyłączona

Planachaux / Le Chaudron

Autor: admin o 5. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1818 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1404 metrów

Długość: 21 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 16,2 %

PROFIL

SCENA

Początek w Monthey (Valais). To trzecie pod względem wielkości miasto w tym kantonie, mające wedle oficjalnych danych na koniec 2016 roku dokładnie 17.573 mieszkańców. Jest stolicą dystryktu o tej samej nazwie. Położone jest nad rzeką La Vieze, będącą lewym dopływem Rodanu. Leży 48 kilometrów na północny-zachód od Sionu i zarazem 22 kilometry na północ od Martigny. Bliżej stąd do Jeziora Genewskiego, którego południowo-wschodni brzeg oddalony jest o ledwie 18 kilometrów. Na ulicach Monthey czterokrotnie walczono o zwycięstwo etapowe podczas Tour de Romandie. W 1955 roku ostatni etap tej imprezy wygrał tu Szwajcar Rolf Graf, zaś prolog z roku 1985 padł łupem Włocha Moreno Argentina. Pozostałe dwa odcinki wygrali zaś: Holender Frans Maasen (1988) i sławny Mario Cipollini (1997). Tour de Suisse gościł tu tylko raz, w zamierzchłym 1952 roku, kiedy zwyciężył Luksemburczyk Jean Goldschmit. W Monthey zaczynają się co najmniej trzy ciekawe wspinaczki. Mają one wspólny początek. To znaczy pierwszy kilometr na Route de Morgins i kolejne co najmniej 4200 metrów na drodze nr 201. Na rondzie przed miejscowości Troistorrents (skąd pochodzi Steve Morabito z FdJ) szosa ta skręca w prawo i wiedzie ku granicy z Francją na Pas de Morgins (1370 m. n.p.m.). To przełęcz, która w ostatnich czterech dekadach 6-krotnie została wykorzystana na trasie Tour de France, w tym w latach 1977, 1985 i 1988 była forsowana od trudniejszej, szwajcarskiej strony. Co godne podkreślenia w XXI wieku 3-krotnie kończyły się na niej etapy Tour de Romandie. W 2004 roku wygrał tu Szwajcar Alexandre Moos, w 2007 Bask Igor Anton (szósty był Sylwester Szmyd), zaś w 2016 roku jako pierwszy linię mety minął Ilnur Zakarin, lecz sędziowie uznali, iż Tatar zajeżdżał drogę Nairo Quintanie i ostatecznie zwycięstwo etapowe przyznano Kolumbijczykowi. Chcąc dotrzeć do Planachaux na wspomnianym rondzie trzeba jednak wybrać drugi zjazd i wjechać na drogę nr 202. Niebawem przejeżdża się obok dworca w Troistorrents (5,4 km). Na kolejnych kilometrach nachylenie nieco łagodnieje.

Po dojeździe do Val-d’Illiez (8,8 km) przed śmiałkami łaknącymi stromego finału wspinaczki pojawia się druga alternatywna. W prawo od tej miejscowości odchodzi bowiem boczna droga, która po około siedmiu dalszych kilometrach rozchodzi się ku dwóm stacjom narciarskim. Jedna to Les Crosets (1790 m. n.p.m.), zaś druga zwie się Champoussin (1670 m. n.p.m.). Szczególnie ta pierwsza końcówka jest wymagająca, lecz nawet ona nie równa się z dojazdem na ciut wyższe Planachaux. Kto zmierza do najwyższej kolarskiej góry w tej okolicy musi pozostać na szosie nr 202 i przejechać stosunkowo łatwy odcinek do Champery (13 km). To miejscowość znana w kolarskim światku. W roku 2011 była ona gospodarzem Mistrzostw Świata w kolarstwie górskim, na których Maja Włoszczowska i Marek Konwa (U-23) zdobyli srebrne medale. W ostatnich latach finiszowali w niej uczestnicy Criterium du Dauphine oraz Tour de Romandie. Pierwszy etap „Delfinatu” z roku 2013 wygrał tu Kanadyjczyk David Veilleux, zaś pierwszy odcinek Romandii z roku 2017 Szwajcar Michael Albasini. Wcześniej peleton TdR bywał w tym miasteczku w latach 1954 i 1993, gdy zwyciężali Francuz Jean Forestier i Helwet Pascal Richard. Dokładnie w centrum Champery, na wysokości sklepu Coop i dolnej stacji kolejki gondolowej na Planachaux należy skręcić w prawo. Tu zaczyna się stroma i przeszło 8-kilometrowa, najtrudniejsza faza tej wspinaczki. Odtąd każdy kilometr trzyma na poziomie co najmniej 7,5%. Przy tym dwa pierwsze są najtrudniejsze, nie tylko za sprawą samej stromizny. Po przejechaniu 1800 metrów trafiliśmy na szutrowy odcinek, z nachyleniem początkowo sięgającym aż 16%. Na szczęście gruntowa droga utrudnia tu życie tylko przez jakieś 1700 metrów. Potem asfalt wraca na kolejne 5 kilometrów z hakiem. Profil rodem z „cyclingcols” kończy się na rozdrożu przy gospodarstwie rolnym. Niemniej z tego miejsca szosa biegnie jeszcze dalej i to w dwóch kierunkach. My odbiliśmy w lewo ku pobliskiej restauracji Le Chaudron. Jednak mapa z programu „veloviewer” poucza, iż jadąc prosto ku szczytowi Croix de Culet można dotrzeć na wysokość aż 1920 metrów n.p.m. Ta meta znajduje się pod wyciągiem Planachaux, zarazem w pobliżu górnej stacji wspomnianej kolejki gondolowej.

AKCJA

Poranny wyjazd z Nendaz przebiegł dość sprawnie. Ruszyliśmy z niewielkim poślizgiem względem wyznaczonej pory czyli godziny 9:30. Na początek przeszło 13-kilometrowy zjazd do Sionu, a po nim blisko 50-kilometrowy dojazd do Monthey, prawie w całości po autostradzie nr 9. Z tej drogowej arterii korzystaliśmy niemal codziennie. Na wjeździe do Szwajcarii trzeba było kupić winietę za 40 CHF (lub podobną sumę w Euro). Koszt niemały, ale zysk jeszcze większy. Za tą cenę można bowiem jeździć po szybkich drogach tego kraju przez cały rok, więc wydatek szybko się zwraca. Na dobrą sprawę trzy dwustronne przejażdżki na trasie z Gdańska do Torunia wychodzą drożej. W niespełna godzinę dojechaliśmy do Monthey i zaparkowaliśmy w podwórku przy Avenue de Simplon. Z tego miejsca o godzinie 10:55 ruszyliśmy do boju w pełnym 4-osobowym składzie. Wkrótce mieliśmy się jednak rozłączyć, bowiem podobnie jak na piątkowym etapie wybraliśmy dwa różne cele. Można by rzec, iż nasze górskie motto brzmi: każdemu wedle potrzeb i upodobań. Piotr i Sławek mieli wjechać na Pas de Morgins czyli pokonać podjazd o długości 15,2 kilometra i średniej 6,3% oraz płaski kilometr do francuskiej granicy. Poznałem to wzniesienie w czerwcu 2009 roku, więc teraz szukałem czegoś innego, mocniejszego. Darka nie musiałem przekonywać do wyboru Planachaux. On szuka możliwie najtrudniejszych wyzwań. Koniecznie takich z przewyższeniem ponad tysiąca metrów i w miarę możliwości odpowiednio stromych. Jazdę zaczęliśmy w płaskim terenie, na prawym brzegu La Vieze. Przez pierwsze 500 metrów jechaliśmy spokojnie przez centrum Monthey. Po minięciu Place Centrale za małym zielonym rondem po lewej stronie ujrzeliśmy początek wzniesienia. Dario rozpędził się na ostatnich metrach dojazdu by na pierwszych metrach podjazdu wystrzelić jak z katapulty. Musiałem się nieźle sprężyć by możliwie szybko złapać z nim kontakt.

Pedro i Sława nie przejmowali się naszą potyczką i od początku jechali swoje czyli w dogodnym dla siebie tempie. W dolnej części wzniesienia było bardzo ciepło. Na pierwszych dziesięciu kilometrach temperatura utrzymywała się na poziomie 34 stopni. Darek postawił twarde warunki i od startu zdopingował mnie do szybkiej jazdy. Poniżej Troistorrents nachylenie było solidne, acz z rzadka przekraczało 8%. Odkąd na początku drugiego kilometra wjechaliśmy na drogę nr 201 jazdę zaczął nam uprzykrzać duży ruch samochodowy. Było gorąco, głośno i dość niebezpiecznie. Jak słusznie zauważył Pedro niektórzy weekendowi kierowcy wyprzedzali tu na przysłowiową żyletkę. Do ronda, na którym nasi koledzy mieli skręcić w kierunku Pas de Morgins dojechałem z niewielką przewagą nad Darkiem. Wedle stravy początkowe 4,6 kilometra pokonałem w 17:38 (avs. 15,6 km/h z VAM 1038 m/h), zaś mój kolega uzyskał tu 18:05. Piotr i Sławek dotarli do tego miejsca razem, w czasie 24:29. Niemniej w kierunku swojej przełęczy nie skręcili już w tym miejscu, lecz blisko dwa kilometry dalej czyli za miejscowością Troistorrents. W środkowej części swego podjazdu wykorzystali tzw. Drogę Leśników, po czym na szosę 201 wrócili dopiero 3,5 kilometra przed przejściem granicznym. Według stravy do swojej premii górskiej dojechali w 57 minut jadąc z prędkością 11,7 km/h. Z powrotem do Monthey zjechali zaś już klasycznym szlakiem. Tymczasem u nas jeszcze przed końcem szóstego kilometra Darek dojechał do mnie. Teraz to ja zająłem się dyktowaniem zdrowego tempa na odcinku do Val-d’Illiez. Pod koniec dziesiątego kilometra zaczęliśmy się zmieniać na prowadzeniu, po czym Dario na lekkim zjeździe do Champery mocno przyśpieszył. Do miasteczka wpadliśmy z prędkością sięgającą nawet 47,5 km/h.

Gnając przed siebie jak dzikie zające przeoczyliśmy skręt na Planachaux, znajdujący się tuż za linią mety z tegorocznego Tour de Romandie. Kilometr dalej byłem już niemal pewien, iż popełniliśmy błąd. Niemniej droga nagle znów zaczęła się wznosić, więc postanowiliśmy sprawdzić dokąd nas zawiedzie. Ta ścianka miała jednak ledwie czterysta metrów, zaś po kolejnych trzystu szosa skończyła się na parkingu przed dolną stacją kolejki Grand Paradis. Wróciliśmy zatem do centrum Champery i po znalezieniu bocznej drogi na Planachaux ponowną wspinaczkę zaczęliśmy mając „nabite” już prawie 17 kilometrów. Przesadna prędkość i nieuwaga kosztowały nas dodatkowe 3,4 kilometra i przeszło 10 minut straconego czasu. Tym razem ruszyliśmy wolno. Wspomniana pomyłka wybiła nas z rytmu. Poza tym wiedzieliśmy, że od tego miejsca ma być ciężko, więc jechaliśmy spokojnie czekając na to co nam droga przyniesie. Pierwszy kilometr wyprowadził nas poza Champery. Droga była wąska i stroma, ale jechało się przyjemnie. To znaczy w malowniczym otoczeniu, pełnym drewnianych domków. Kilkaset metrów dalej, tuż za prowizorycznym mostkiem czekała nas niemiła niespodzianka. Szutrowa droga, im dalej w las tym bardziej stroma. W końcu uznałem, że na tym podłożu mogę nie utrzymać równowagi. Dlatego zszedłem z roweru by przespacerować się do najbliższego wypłaszczenia. Miejsce to było pełne turystów tak pieszych jak i amatorów górskiego downhillu. Darek jakoś poradził sobie z tym podwójnie ciężkim odcinkiem, więc gdy tylko ponownie wskoczyłem na rower musiałem go gonić. Nawierzchnia była nadal kamienista, lecz z maksymalnym nachyleniem rzędu 11,5% można było sobie poradzić. Płynną jazdę utrudniały jednak gęsto przecinające ów dukt poprzeczne rynny do odprowadzania wody ze zbocza góry. Bałem się, że w takich warunkach będziemy musieli jechać jeszcze te kilka kilometrów pozostałe nam do szczytu wzniesienia.

Gdy na początku czwartego kilometra za Champery dojeżdżałem do Darka ucieszyłem się podwójnie. Za wirażem w prawo spotkała nas bowiem miła niespodzianka. Podjazd ni stąd ni zowąd znów stał się szosowy. Drzewa wokół drogi zaczęły się przerzedzać otwierając przed nami widoki pierwszej klasy. Nachylenie niemal cały czas trzymało powyżej 8%, momentami skacząc do 12%. Wcześniejsza pogoń po stratach z leśnego spaceru kosztowała mnie jednak sporo sił. Owszem dojechałem do Darka, ale nie byłem w stanie długo się z nim utrzymać. Na około 2,5 kilometra przed finałem puściłem koło. Wkrótce minęliśmy wyciąg ku górze Pauvre Conche. Do końca miałem Darka na widoku, ale nie byłem w stanie nic zrobić. Jechałem już na rezerwie. Dario na rozjeździe u góry początkowo pojechał prosto, ale szybko zawrócił gdy krzyknąłem, że jedziemy w lewo. Bez trudu ponownie mnie wyprzedził na 400-metrowej końcówce ze stromizną dochodzącą do 12%. Wzniesienie to pod pewnymi względami przypomniało mi czerwcowe Col du Joly. Tu też mieliśmy do przejechania ponad 20 kilometrów. Dzień był słoneczny, zaś widoki przednie. Meta znajdowała się przy zamkniętej restauracji z tarasem widokowym. W końcu także w tym miejscu towarzyszący mi kompan okazał się nieco mocniejszy. Darek poszedł w ślady Romka. Jednym słowem górskie dejavu. Na koniec garść newsów z nieocenionej stravy. Środkowy segment o długości 6,5 kilometra między Troistorrents a Champery Darek przejechał w 20:36, zaś ja o 10 sekund wolniej. Nachylenie było mniejsze niż na dolnym sektorze, więc jechaliśmy z prędkością 19 km/h. Z kolei finałowe 8,45 kilometra Dario pojechał w 53:20, zaś ja w 53:30. Jechaliśmy w tempie 9,5 km/h. Czasy netto mieliśmy nieco lepsze. Darek 51:06, a ja nawet 49:34. Nie znaczy to wcale, że byłbym szybciej na górze. Spacer z rowerem pewnie nie wliczył mi się do czasu jazdy, zaś mój kolega stracił też około minutę na rozjeździe przed finałem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1118940944

http://veloviewer.com/activities/1118940944

ZDJĘCIA

20170805_001

FILMY

20170805_125832

20170805_130334

20170805_131119

20170805_131909

20170805_132340

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Planachaux / Le Chaudron została wyłączona

Val Ferret

Autor: admin o 4. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1795 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1077 metrów

Długość: 22,4 kilometra

Średnie nachylenie: 4,8 %

Maksymalne nachylenie: 9,9 %

PROFIL

SCENA

Początek w Sembrancher (Valais). Z tej racji nie muszę przedstawiać miejsca startu, gdyż uczyniłem to już w odcinku poświęconym Barrage de Mauvoisin. Tak jak w przypadku większości wzniesień z tego rejonu wystartować możnaby nawet z wysokości 500 metrów n.p.m. Wolałem jednak pominąć 10-kilometrowy odcinek pomiędzy Martigny a Sembrancher. Tak z uwagi na nędzne nachylenie tego segmentu (średnia 2,1%) jak i spory ruch samochodowy. Tym samym za punkt startu do naszych trzech piątkowych wspinaczek przyjąłem miejsce, w którym szosa krajowa nr 21 skręca na południe. Podjazd ku Val Ferret przez pierwsze 5100 metrów wiedzie tym samym szlakiem co północny podjazd na Col du Grand-Saint-Bernard. Na początku szóstego kilometra trzeba zjechać z krajówki na boczną Rue de Ferret, gdzie wspinaczka staje się bardziej odczuwalna, acz nachylenie jest umiarkowane. Wkrótce przejeżdża się przez tory kolejowe prowadzące do miasteczka Orsieres (6,1 km). Odtąd stopniowo oddalamy się od potoku Dranse d’Entremont. Pod koniec ósmego kilometra mijamy miejscowość Som-la-Proz (7,7 km), gdzie w prawo odbija droga ku stacji Champex-Lac. Szosa biegnie teraz wzdłuż Dranse de Ferret, zaś nachylenie powoli rośnie. Kolejnymi wioskami na szlaku są: Issert (9,7 km), Les Arlaches (10,6 km) i Praz-de-Fort (11,3 km). Dopiero w ich okolicy nachylenie zaczyna trzymać na poziomie powyżej 6%. Wkrótce trzeba też pokonać najtrudniejszy kilometr czternasty o średniej 8,5% i max. 9,2%. To ścianka w otwartym terenie na dojeździe do Branche d’en Bas (14,6 km). Na czterech kolejnych kilometrach nachylenie trzyma się w pobliżu 6%. Potem w okolicy miejscowości La Fouily (19 km) podjazd odpuszcza na jakieś 700 metrów. Pod koniec 21-wszego kilometra na dojeździe do Ferret (21,3 km) trzeba się zmierzyć z blisko 10%-ową stromizną. Za tą wioską trzeba jeszcze pokonać 1100 metrów z dwoma krótkimi przejazdami przez las. Szosowy podjazd przez Val Ferret kończy się na wysokości górskiej osady Les Ars Dessous. Docieramy tu do rozdroża, z którego odchodzą dwie szutrowe drogi. Prawa dociera do schroniska Le Peule, stojącego na wysokości 2100 metrów n.p.m. Kraniec doliny Ferret to skrawek Szwajcarii geograficznie najbliższy masywu Mont Blanc. Niemniej Białą Górę zasłaniają nam okoliczne szczyty, takie jak choćby Tete de Ferret (2714 m. n.p.m.).

AKCJA

Po trwającym 45 minut pobycie na Barrage de Mauvoisin oraz przeszło 80-minutowym zjeździe z tej góry kwadrans przed piętnastą zajechałem na parking w Sembrancher. Tuż przed trzecią dojechał do mnie Darek. Piotra i Sławka jeszcze tu nie było. Ich wspinaczka była pod każdym względem trudniejsza (dłuższa, większa, wyższa) od naszej, więc potyczka z Wielkim Bernardem musiała zabrać więcej czasu. Mogłem się tylko zastanawiać na ile da im w kość. To znaczy czy będą jeszcze mieli chęci na podjechanie z Orsieres do Champex Lac czyli powtórzenie całej drogi mojej, Andrzeja, Jarka i Łukasza z czerwca 2009 roku. W cieniu Renault zjedliśmy małe co-nieco, przebraliśmy się, zaś zbędne rzeczy ukryliśmy w beczce. Dokładnie o 15:13 ruszyliśmy ku Val Ferret. Powiedzieć, że było ciepło to pewne niedomówienie. Na starcie mieliśmy 37 stopni. Przypomniały się „klimaty” z czerwcowej Sabaudii. Dario, który lubi upały, zaś pierwszą górę potraktował ulgowo od początku ruszył ostro. Na moje szczęście pierwsze kilometry wzniesienia były łatwe, na poziomie 2,5-3%, więc siadłem koledze na koło i spokojnie czekałem aż spuści z tonu. Początkowy odcinek na krajówce nr 21 przejechaliśmy w tempie 25,5 km/h. Za Orsieres zaczęliśmy zmieniać się na prowadzeniu, po czym Dario nieco odpuścił. Do Som-la-Proz dotarłem w przewagą kilkunastu sekund. Według stravy segment o długości 7,6 kilometra przejechałem w 19:40 ze średnią prędkością 23,4 km/h. Mimo to VAM był mizerny czyli 744 m/h, z uwagi na łagodne nachylenie ledwie 3,2%. Na rozdrożu minęliśmy znaki wskazujące drogę w prawo do Champex-Lac. To stacja bywała w ostatnich latach na trasach Tour de Romandie. W 2015 roku kończący się w niej piąty etap wygrał Francuz Thibaut Pinot, zaś drugi „na kresce” Tatar Ilnur Zakarin zdobył koszulkę lidera i dzień później triumfował w całym wyścigu. Wtedy jednak kolarze podjeżdżali do owego kurortu od trudniejszej północnej strony. Niemniej rok wcześniej wspinali się też od południa zmierzając do mety w Aigle. My jednak wybraliśmy sobie inny cel, więc musieliśmy jechać dalej wzdłuż potoku Dranse de Ferret. Nachylenie rosło stopniowo, co mi jak najbardziej odpowiadało. Na dobrą sprawę po raz pierwszy bardziej się pomęczyłem dopiero na czternastym kilometrze, gdzie szosa wiodła długi prostymi przez łąkę, zaś stromizna momentami przekraczała 9%.

Pokonawszy tą przeszkodę dojechałem do Branche d’en Bas, zaś po chwili byłem już Branche d’en Haut (15,2 km). Trasa częściej prowadziła przez pola i łaski niż przez las. Owa łagodna dolina była zresztą dość gęsto zaludniona. Co kilka minut mijałem tablicę z nazwą kolejnej miejscowości. Wymieniam tylko te większe, jak choćby Prayon, napotkane po przebyciu 16,3 kilometra od startu. Na początku dziewiętnastego kilometra szosa na kilkaset metrów schowała się w lesie, po czym na wysokości niemal 1600 metrów n.p.m. dotarłem do La Fouly (19 km). Według stravy odcinek z Som-la-Proz do La Fouly o długości 10,7 km i średniej 5,8% przejechałem w 41:14 (avs. 15,7 km/h z VAM 904 m/h). Darek wykręcił na nim czas 43:22. W archiwach memoire-du-cyclisme wygrzebałem zaś informację, iż w 1991 roku we wiosce tej zakończył się drugi etap Tour de Romandie. Po trójkowym finiszu wygrał go Szwajcar Tony Rominger przed Szkotem Robertem Millarem. Trzeci ze stratą 6 sekund był Amerykanin Mike Carter. Natomiast szósty tego dnia Zenon Jaskuła stracił już 2:30. Po prawie płaskim przejeździe przez La Fouly zostało nam jeszcze 3100 metrów podjazdu. Najpierw niemal do końca dwudziestego kilometra jazda przez las, ku osadzie Le Clou. Potem niezbyt trudny odcinek do Les Granges (20,4 km) i znacznie trudniejszy dojazd do wioski Ferret (21,3 km). Na ostatnim kilometrze już tylko raz nachylenie skoczyło powyżej 8%. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 22,4 kilometra w czasie 1h 14:56 (avs. 18 km/h). Najdłuższy segment ze stravy to odcinek z Orsieres do Les Ars czyli 16,7 kilometra o średniej 5,2%. Ten dystans pokonałem w 1h 02:09 (avs. 16,2 km/h z VAM 846 m/h), zaś w Dario spędził na nim 1h 05:34 (avs. 15,4 km/h z VAM 802 m/h). Na mecie spotkaliśmy grupkę zmotoryzowanych turystów, lecz nie było spodziewanego widoku na Mont Blanc. Temperatura zdążyła spaść do 23 stopni, zaś niebo wyraźnie się zachmurzyło. Do samochodu, przy którym od czekali już na nas Piotr ze Sławkiem zjechałem kwadrans przed osiemnastą. Na swym pierwszym etapie przejechaliśmy 98,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2350 metrów. Zdobywcy Wielkiego Bernarda musieli pokonać około 66 kilometrów z amplitudą ponad 1750 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1117194270

http://veloviewer.com/activities/1117194270

ZDJĘCIA

20170804_061

FILMY

20170804_164033

20170804_170019

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Val Ferret została wyłączona

Barrage de Mauvoisin

Autor: admin o 4. sierpnia 2017

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1976 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1259 metrów

Długość: 25,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA

Początek w Sembrancher (Valais). To miejscowość będąca stolicą dystryktu Entemont. Według danych na koniec 2016 roku miejscowa gmina miała 1011 mieszkańców. Położona u zbiegu górskich potoków Dranse de Bagnes i Dranse d’Entremont przy drodze krajowej nr 21. Szosa ta biegnie od granicy francuskiej w Saint-Gingolph nad Jeziorem Genewskim do granicy włoskiej na Col du Grand-Saint-Bernard (2469 m. n.p.m.). Sembrancher leży 14 kilometrów na południowy-wschód od miasta Martigny, zaś aby dotrzeć stąd do Sionu trzeba pokonać dystans 41 kilometrów. Wielka Przełęcz św. Bernarda to niewątpliwie najbardziej atrakcyjna, lecz bynajmniej nie jedyna kolarska wspinaczka, którą można zacząć z tej miejscowości. Ruszając w kierunku południowo-zachodnim można dotrzeć do kurortu Champex-Lac (1497 m. n.p.m.) lub do kresu Val Ferret (1784 m. n.p.m.). Kierując się na północ mamy do wyboru przełęcze: Planches (1411 m. n.p.m.), Lein (1658 m. n.p.m.) i Tronc (1606 m. n.p.m). Natomiast wybierając się na wschód po pięciu kilometrach dostajemy do wyboru dwie alternatywy. Można skręcić na północ by poprzez znaną w kolarskim światku stację Verbier (1490 m. n.p.m.) dotrzeć na przełęcz Croix de Couer (2172 m. n.p.m.) bądź też na południe ku zaporze na Lac de Mauvoisin (1976 m. n.p.m.). Właśnie ów ostatni cel miał się stać moim pierwszym wyzwaniem na sierpniowej wyprawie do kantonu Valais. Podjazd ten zaczyna się na drodze nr 205. Jest długi i dość trudny, acz zaczyna się niewinnie. Średnie nachylenie na żadnym z pierwszych dziesięciu kilometrów nie sięga tu nawet 5%. Na trzech początkowych kilometrach szosa wznosi się łagodnie. Potem na dojeździe do La Chable i dalszym ku Le Martinet jest niemal płasko, a nie brak nawet odcinków zjazdowych. Na ósmym i dziesiątym kilometrze nachylenie jest widoczne, acz umiarkowane. Prawdziwa wspinaczka zaczyna się w połowie dziesiątego kilometra za wioską Champsec, po przejeździe na prawy brzeg Dranse de Bagnes.

Dalej podjazd jest już wymagający, acz nierówny. Trudniejsze kilometrowe odcinki o stromiźnie 8-10% przeplatają się ze znacznie łatwiejszymi o średnim nachyleniu na poziomie 4-6%. Z większych wiosek mijanych po drodze wypada wymienić Lourtier pod koniec dwunastego oraz Fionnay na początku dziewiętnastego kilometra wspinaczki. Tuż przed wjazdem do tej drugiej miejscowości mija się zbiornik elektrowni wodnej. W środkowej fazie wzniesienia zdecydowanie najtrudniejszy jest prowadzący przez las kilometr czternasty. Niemniej i tak zdecydowanie najtrudniejsza jest sama końcówka. W drodze na szczyt trzeba przejechać przez trzy tunele, w tym ostatni na finałowych 300 metrach. Gdyby więc metę górskiego etapu zrobić na koronie Barrage de Mauvoisin to kibice do samego końca zastanawialiby się kto wygra, czekając na to kto pierwszy wynurzy się z czeluści ostatniej „czarnej dziury”. Ciężki finałowy segment zaczyna się 3300 metrów przed wjazdem na zaporę Mauvoisin. Niespełna 2,6 kilometra przed finałem przejeżdża się przez ostatni most nad Dranse de Bagnes. Następnie po pokonaniu trzech serpentyn i w sumie 24 kilometrów za łukiem w lewo możemy wjechać do osady Mauvoisin. Turyści mają tu do swej dyspozycji hotel, parkingi i kaplicę Notre Dames des Neiges (Matki Boskiej Śnieżnej). Niemniej chcąc dotrzeć na tamę należy tu odbić w prawo. Po przejechaniu stromego odcinka o długości 1100 metrów z dwoma wirażami dociera się do ostatniego tunelu. Co ciekawe w jego wnętrzu można pomylić drogę, bowiem jest tam rozjazd, na którym trzeba skręcić w lewo. Nasz cel czyli Barrage de Mauvoisin to zapora powstała w latach 1951-58. Oryginalnie miała wysokość 237 metrów, lecz w roku 1991 została podwyższona o 13,5 metra. Tuż po powstaniu była najwyższa na świecie, zanim nie przerosła jej włoska Vajont. Obecnie pod tym względem jest jedenasta, zaś w Europie czwarta. Konstrukcja ta utworzyła sztuczne Lac de Mauvoisin o powierzchni 2,08 km2 oraz maksymalnej długości 4,9 kilometra i głębokości 180 metrów. Jest ono wciśnięte pomiędzy górski masyw Grand Combin (4314 m. n.p.m.) i szczyt La Ruinette (3875 m. n.p.m.), przy czym najwyższą widoczną z niego górą jest Combin de la Tsessette (4135 m. n.p.m.).

AKCJA

Do naszej bazy w Haute Nendaz dojechaliśmy w czwartkowe popołudnie 3 sierpnia. Niemniej na tyle późno, że mało kto miał ochotę na górski prolog w dniu przyjazdu. Jedynym niezłomnym okazał się Darek. Mimo zbliżającego się zmierzchu postanowił zgodnie z planem zaliczyć wspinaczkę z Aproz (492 m. n.p.m.) do naszego Górnego Nendaz (1329 m. n.p.m.). Wyjechał z domu około 18:30 i w ciągu następnych dwóch godzin przejechał niemal 40 kilometrów o przewyższeniu przeszło 1200 metrów. Nie zadowolił się bowiem niespełna 13-kilometrowym powrotem do centrum stacji. Pojechał wyżej drogami Peroua i Pracondu docierając na wysokość 1715 metrów n.p.m. Dla mnie, Piotra i Sławka pierwszym dniem „górskiej roboty” był dopiero piątek 4 sierpnia. Tego dnia wybraliśmy się wszyscy do Sembrancher. Co prawda dzień wcześniej do Nendaz przyjechaliśmy wąską i krętą szosą z Aproz przez Fey. Niemniej szybko zorientowaliśmy się, że bezpieczniej będzie nam co dzień zjeżdżać w dolinę Rodanu drogą 207 prowadzącą do centrum Sionu. Dojazd przez Sion i oczywiście Martigny liczył sobie 57 kilometrów. Zaparkowaliśmy w okolicy stacji Agip, około 700 metrów przed miejscem gdzie droga krajowa nr 21 skręca na południe w stronę Col du Grand-Saint-Bernard. Tego dnia nie wybierałem się jednak ku szwajcarsko-włoskiej granicy. Pokonałem ten podjazd już w czerwcu 2009 roku. Po czym w lipcu 2013 roku poznałem też włoską stronę tego wzniesienia. Wielki Bernard był wyzwaniem dla Piotra i Sławka. Pedro zaliczył już kilka gór podobnej wielkości, choćby Val Thorens i Galibier w czerwcowej Sabaudii. Dla naszego „Sławy” był to debiut w wysokich górach. Rzuciłem go zatem od razu na głęboką wodę. Ale cóż sam nie miałem w życiu łatwiej. Gdy w lipcu 2003 roku pierwszy raz pojechałem w Alpy to na „dzień dobry” musiałem pokonać Kaunertal (2750 m. n.p.m.), zaś nazajutrz zmierzyć się z Passo dello Stelvio (2757 m. n.p.m.) od tyrolskiej strony. Darek nie wjechał na Wielkiego Bernarda od szwajcarskiej strony. Niemniej na dwunastym etapie Route des Grandes Alpes pokonał ten podjazd od strony południowej, po czym zjechał na północ. Obejrzał zatem ową przełęcz z obu stron i teraz dał się namówić na inne wyzwanie.

Naszym pierwszym piątkowym celem była zatem wspinaczka pod Barrage de Mauvoisin, zaś drugim nieco łatwiejszym podjazd do kresu Val Ferret. Wystartowaliśmy razem o godzinie 11:04 przy temperaturze 29 stopni. Potem skoczyła nawet do 33. Nie ujechaliśmy nawet kilometr gdy trzeba było się pożegnać. My dwaj musieliśmy wjechać na drogę nr 205 prowadzącą przed dolinę Bagnes. Początek wzniesienia się był na tyle łatwy, że zacząłem jazdę z dużej tarczy. Dario w swoim stylu spokojnie zaczął, więc już na początku drugiego kilometra się rozstaliśmy. Pierwsze 5 kilometrów przejechałem z prędkością 26 km/h. Średnia godna mistrzów tego sportu, gdyby tylko był to realny podjazd, a nie przygrywka do prawdziwej wspinaczki. Po dwunastu minutach byłem już w centrum La Chable. To w tej miejscowości zaczyna się podjazd do Verbier, znany z wyścigów: Dookoła Szwajcarii i Dookoła Francji. W historii Tour de Suisse kolarze już siedmiokrotnie finiszowali w tej stacji. Jako pierwszy triumfował tu Beat Breu, lecz zdyskwalifikowano go za doping i zwycięstwo przypadło innemu Szwajcarowi tzn. Josephowi Fuchsowi. Później wygrywali: Francuz Pascal Herve (2000), Szwajcar Alexandre Moos (2002), Hiszpan Pablo Lastras (2005), Luksemburczyk Kim Kirchen (2008), Portugalczyk Rui Costa (2012) i jako ostatni Kolumbijczyk Esteban Chaves (2014). Tour de France odwiedził to miejsce w roku 2009. Etap piętnasty okazał się kluczowy dla losów 96. edycji tego wyścigu. We wspaniałym stylu wygrał Alberto Contador, który o 46 sekund wyprzedził Andy Schleck’a oraz o 1:03 Vincenzo Nibalego. Dzięki temu zwycięstwu „El Pistolero” nie tylko odebrał żółty trykot lidera Włochowi Rinaldo Nocentiniemu, lecz przede wszystkim pozbawił złudzeń swego „kolegę” z drużyny Lance’a Armstronga. Teksańczyk był na tym odcinku ledwie dziewiąty i stracił ponad półtorej minuty. Ja zdobyłem Verbier kilka tygodni przed tym wielkim wydarzeniem, zaś w dniu kluczowym dla TdF 2009 wespół z Darkiem brałem udział w L’Etape du Tour z metą na Mont Ventoux.

Dlatego też tym razem po przejechaniu 5,2 kilometra od Sembrancher skręciłem w prawo by dalej jechać wzdłuż rzeczki Dranse de Bagnes, zrazu ku wiosce Champsec (9,2 km). Dopiero za nią podjazd stał się wymagający. Pierwszy trudniejszy odcinek doprowadził mnie do Lourtier (11,8 km). Pod koniec trzynastego kilometra wjechałem w bardziej odludny i zalesiony teren. Do połowy piętnastego kilometra znów było ciężko, tym bardziej że wcześniej było za łatwo. Zmiana rytmu jazdy potrafi przytkać. Tymczasem tu nachylenie sięgało nawet już poziomu 10,2%. W połowie siedemnastego kilometra pokonałem pierwszy tunel, a zaraz potem trzeba było skręcić w prawo na rozdrożu. Dokładnie po siedemnastu kilometrach minąłem przydrożny wodospad. Po czym w połowie osiemnastego kilometra po pokonaniu dwóch wiraży wyjechałem na płaskowyż przed wioską Fionnay (18,1 km). Nagrodą dla moich oczu był widok soczyście błękitnych wód miejscowego zbiornika kompensacyjnego. Na dwudziestym kilometrze zbliżając się do wioski Bonatchiesse (20,3 km) po raz pierwszy ujrzałem w oddali zaporę na Lac de Mauvoisin. Po przejechaniu 20,7 kilometra zaczęła się finałowa faza tej wspinaczki. Powyżej 1500 metrów n.p.m. łatwiejsze fragmenty drogi były nieliczne, a przy tym krótkie. Na kilometrze 24-tym szosa wiła się po trzech serpentynach. Stroma końcówka za parkingiem przy osadzie Mauvoisin była zaś ostrym finałem. Wysoka tama zdawała się być już bardzo blisko. Niemniej trzeba było jeszcze pokonać odcinek długości 1300 metrów z nachyleniem od 8,7 do 11,5%. Na sam koniec niespodzianka czyli finisz w tunelu, w tym wspomniany rozjazd pod ziemią. Potem już tylko wylot na światło słoneczne i zarazem koronę zapory. Wspinaczkę skończyłem przejechawszy 25,4 kilometra w 1h 30:15 (avs. 16,9 km/h). Na stravie nie sposób znaleźć segment z całej tej góry. Najdłuższy z moich to odcinek ledwie 7,1 kilometra między Fionnay i samym szczytem. Pokonałem go w 32:49 (avs. 13,1 km/h z VAM 965 m/h), zaś Dario wykręcił na nim czas 43:56. Nadspodziewanie długo czekałem na swego kolegę. Następnie poszliśmy zwiedzać to cudo inżynierii. Okazało się, że galeriami biegnącymi wzdłuż obu brzegów jeziora można pokonać jeszcze pewien odcinek drogi, acz już po szutrowej nawierzchni.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

www.strava.com/activities/1117194249

http://veloviewer.com/activities/1117194249

ZDJĘCIA

20170804_001

FILMY

20170804_131258

20170804_133151

20170804_135604

20170804_141735

20170804_142411

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Barrage de Mauvoisin została wyłączona

Sabaudia 2017

Autor: admin o 17. czerwca 2017

Po czterech latach przerwy postanowiłem wrócić do Francji. Ostatni raz przemierzałem górskie szlaki tego kraju w trakcie niezapomnianej, podwójnej Route des Grandes Alpes z przełomu czerwca i lipca 2013 roku. Eskapady, która na zawsze pozostanie jedną z najtrudniejszych i najbardziej śmiałych przygód w historii moich rowerowych wypraw. Od tego czasu wybierałem się niemal wyłącznie do pięknej Italii. Zwiedzałem środkowe i północne Apeniny, lombardzką Valtellinę, okolice Lago di Garda, Sud Tirol, Ligurię z zachodnim Piemontem czy w końcu Trentino. Jedynym wyjątkiem od tej włoskiej reguły była ubiegłoroczna Volta po szosach Katalonii i Andory. Rzecz jasna w trakcie transferu na półwysep Iberyjski spędziłem nieco czasu między zachodnim brzegu Renu a północną stroną Pirenejów, lecz na francuskiej ziemi stawałem tylko na stacjach benzynowych. W 2017 roku postanowiłem nadrobić owe zaległości. Podarowałem sobie kolejne wycieczki do Włoch, aby przypomnieć się górskim regionom Francji i Szwajcarii.

Na okres od 1 do 16 czerwca zaplanowałem przegląd kolejnych podjazdów w północnej części Alp francuskich. Tym niemniej swój “rewir łowiecki” ograniczyłem tylko do terenu dwóch departamentów: Haute Savoie oraz Savoie. Jedyny wyjątek uczyniłem dla położonego tuż za francuską granicą szwajcarskiego podjazdu do Barrage d’Emosson. Tak z racji bliskości jak i faktu, że został on przetestowany na francuskich wyścigach czyli: Criterium du Dauphine Libere 2014 i Tour de France 2016. Adekwatnie do liczby kolarskich atrakcji w każdym z departamentów na Górną Sabaudię przeznaczyłem tylko cztery dni, zaś na Sabaudię „właściwą” aż dwanaście. Na wyjazd w pełnym 16-dniowym wymiarze namówiłem dwóch kolegów z Gdańska tzn. Darka Kamińskiego oraz Tomka Busztę. Naszą pierwszą bazą w trakcie tej wyprawy było miasteczko Cordon leżące powyżej Sallanches, znanego z roli gospodarza kolarskich Mistrzostw Świata z lat 1964 i 1980. Piątego dnia  tj. w trakcie przeprowadzki do Sabaudii dołączyli do nas kompani z Mazowsza: Piotrek Podgórski i Romek Abramczyk. Po czym już w 5-osobowym składzie zameldowaliśmy się w drugiej bazie noclegowej. We wiosce Les Emptes leżącej powyżej Aigueblanche, nieopodal Moutiers. Z tego miejsca wyprawialiśmy się na podbój kolarskich wzniesień w dolinach: Beaufortain, Tarentaise oraz Maurienne.

Przy okazji naszego wyjazdu przyjrzeliśmy się asom światowego peletonu. Profesjonalistów zobaczyliśmy w Albertville przed startem do ostatniego, ósmego etapu Criterium du Dauphine. Natomiast kilka dni później w Termignon ujrzeliśmy ich następców, ruszających na trasę drugiego odcinka młodzieżowego Tour de Savoie. W trakcie owych 16 dni podjeżdżałem pod sabaudzkie przełęcze i płaskowyże. Ku stacjom narciarskim i zaporom wodnym. W końcu zaś do gospodarstw rolnych wciąż prowadzonych bądź już porzuconych pośród górskich hal. Poznałem w sumie 30 nowych podjazdów, z których 18 miało przewyższenie ponad 1000 metrów. W tym czasie przejechałem 998 kilometrów z sumą przewyższeń 33.369 metrów. Zatem w pionie wyszło mi o 1800 metrów więcej niż przed rokiem w Katalonii i Andorze. Tylko trzy razy wjechałem na wysokość ponad 2000 metrów n.p.m., przeto ciężko było uciec przed 30-stopniowym upałem, który w owych dniach nawiedził Sabaudię. Największym i zarazem najtrudniejszym wzniesieniem na mojej liście był Lachat. Najdłuższym podjazdem pod względem długości (acz niekoniecznie czasu) Col du Joly. Natomiast najwyższą metą wszystkich wspinaczek Plan du Lac (Bellecombe) na terenie Parc National de Vanoise – najstarszego parku narodowego Francji.

Plan podróży jak zwykle w moim przypadku był mega-ambitny i hurra-optymistyczny. W trakcie wyprawy zarówno górska pogoda jak i moja niedoskonała kondycja nieco zweryfikowały wstępne zamierzenia. Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które dzień po dniu udało mi się zaliczyć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia.

Mój rozkład jazdy:

1.06 – Col de la Pierre Carree & Romme-sur-Cluses

2.06 – Plateau de Saix & Les Gets / Le Mont Chery

3.06 – Plateau de Solaison & Le Mole

4.06 – Barrage d’Emosson (CH) & Le Bettex

5.06 – Col de l’Arpettaz & Col des Cyclotouristes

6.06 – Val Pelouse

7.06 – Col du Joly & Col du Pre

8.06 – Signal de Bisanne & Col des Saisies

9.06 – Meribel-Mottaret & Col du Pradier

10.06 – Tignes-le-Lac & Cormet d’Areches / Plan Pichu

11.06 – Lachat & Valmorel / Club Med

12.06 – Frumezan & Col du Grand Cucheron

13.06 – La Toussuire & Col du Chaussy via Lacets de Montvernier

14.06 – Barrage de Plan d’Amont & Valfrejus

15.06 – Col du Mollard & Lac de Pramol

16.06 – Plan du Lac

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Sabaudia 2017 została wyłączona