banner daniela marszałka

Archiwum: 'Route des Grandes Alpes' Kategorie

5 etap: Guillestre – Le Bourguet

Autor: admin o 26. czerwca 2013

TRASA ETAPU 5 > https://www.strava.com/activities/69725248

Po długim czwartym etapie warto było dobrze odpocząć. W środę czekał nas co prawda bardzo wysokogórski, lecz w sumie dość krótki odcinek. Jak miało się okazać najkrótszy w całej dwutygodniowej wyprawie. Według planu na trasie z Guillestre ku dolinie rzeki Tinee mieliśmy do pokonania tylko dwie wzniesienia: Col du Vars (2111 m. n.p.m.) i Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Natomiast sam wybór kolejnego „miasta etapowego” był sprawą otwartą. Gdy zimą opracowywałem szczegóły trasy i dawałem Piotrowi wytyczne co do wyboru miejsca noclegowego w grę wchodziła praktycznie każda lokalizacja pomiędzy Saint-Etienne-de-Tinee a Saint-Sauveur-de-Tinee, W tym dość odludnym zakątku Francji faworytami była stacja Auron lub miasteczko Isola u podnóża podjazdu do Isola 2000, który pojawił się na trasie Tour de France 1993. Niemniej Pietro znalazł ostatecznie coś innego pośrodku tej krainy, a mianowicie górskie schronisko we wiosce Roya położonej ponad leżącą w dolinie osadą Le Bourguet. Taka meta oznaczała, że do przejechania będziemy mieli około 105 kilometrów. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na leniwe przedpołudnie. Mogliśmy wyspać się do woli, bez pośpiechu zjeść śniadanie, a nawet poświęcić dłuższą chwilę na doglądnięcie swych karbonowych rumaków przed dalszą drogą na południe. Około dziesiątej wszyscy jak jeden mąż wyprowadziliśmy swe „wierzchowce” na ganek aby im się bliżej przyjrzeć. Tam dobrą godzinę spędziliśmy na naprawie drobnych usterek i czyszczeniu rowerów. Słońce mocno grzało. Upału nie sposób było uniknąć, niezależnie od godziny startu. Ostatecznie około 12:20 jako pierwszy ruszył Darek. Startując z zapasem około pół godziny nad pozostałymi członkami naszej ekipy mógł mieć pewność, że sporą część tego odcinka przejedzie przed nami lub też później w naszym towarzystwie. W każdym razie plan był taki, żeby do mety środowego etapu dotrzeć razem lub prawie jednocześnie.

Z kolei zadaniem Romka było pokonanie samochodem całej trasy do Saint-Etienne-de-Tinee i następnie wyjechanie już rowerem na spotkanie z nami. Tym sposobem Romano jako jedyny w naszym gronie miał do „zrobienia” Col de la Bonette od strony południowej. Ja wraz z Adamem i Piotrem ruszyłem do boju około trzynastej. Jako, że Gite du Villard położone jest w dolnej części Guillestre startowaliśmy z poziomu ledwie 915 metrów n.p.m. Tym samym mieliśmy do pokonania podjazd pod Vars w wersji o dwa kilometry dłuższej niż profil zaczerpnięty z „archivio salite”. Tym sposobem na pierwsze danie trzeba było przetrawić wzniesienie 21,3 kilometra wspinaczki o średnim nachyleniu 5,6 % i max. 10,5 %. Przełęcz Vars była niegdyś popularną sceną zmagań podczas Tour de France. W sumie przejeżdżano przez nią aż 33 razy, lecz ostatni raz w roku 2000, gdy jako pierwszy na górę wjechał Niemiec Jens Heppner. Zazwyczaj bo aż 22-krotnie pojawiała się na tym wyścigu w swej wersji południowej, w pakiecie ze swą wyższą sąsiadką Izoard na etapach do Briancon. Pierwszym zdobywcą tej przełęczy był w roku 1922 trzykrotny zwycięzca „Wielkiej Pętli” Belg Philippe Thys. Czterem kolarzom udało się tu triumfować dwukrotnie. Dokonali tego Włoch Bartolomeo Aimo, Luksemburczyk Nicolas Frantz, Belg Edward Vissers i Francuz Jean Robic. Jednym słowem górale z międzywojennej i tuż powojennej ery Touru, gdy wyścig ten znacznie częściej niż obecnie zaglądał w południowe rejony francuskich Alp. Warto dodać, że południowy Vars czterokrotnie wystąpił też w Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1949 roku na legendarnym etapie do Pinerolo, na którym wielki Fausto Coppi zmasakrował swych rywali.

Zaczęliśmy podjazd całkiem żwawo i po pewnym czasie jechałem już tylko z Adamem. Piotr z dnia na dzień narzekał na większe zmęczenie i wolał rozpocząć kolejny dzień naszych zmagań z własnymi słabościami w spokojniejszym tempie. Jako się rzekło pogoda była wyborna, więc mimo iż był to dzień powszedni w samym środku tygodnia na drodze ku przełęczy Vars mijaliśmy całe rzesze kolarzy-amatorów. Rzecz jasna widok kolejnych kolarskich sylwetek przed nami wzmagał tylko nasze ambicje by podkręcić tempo i łyknąć kolejnego „zająca”. Policzyłem, że udało nam się wyprzedzić po drodze aż 31 takich osób, w tym hurtem całą 9-osobową drużynę na płaskim odcinku przy przejeździe przez stacje narciarską Saint-Marie–de-Vars. Dwóch „galerników” z ciężkimi sakwami do tego rachunku nie wliczyłem. Na całym podjeździe czułem się bardzo dobrze. W górnej części wzniesienia byłbym chyba nawet w stanie zerwać z koła Adama gdybyśmy się tu bili o punkty na górskiej premii. W każdym razie był to kolejny znak, iż moje lekkie nie dotrenowanie przed wyjazdem nie było problemem, lecz raczej atutem. Wychodziło na to, iż przyjechałem w Alpy na tyle świeży, że na razie jeszcze codzienny wysiłek nie robi na mnie złego wrażenia, a wręcz przeciwnie z etapu na etap nabieram mocy. Adam również radził sobie dobrze, więc do końca podjazdu zgodnie współpracowaliśmy i na przełęcz wjechaliśmy razem. Darka jednak nie zastaliśmy, zdołał umknąć przed naszą pogonią. Jakkolwiek był to ledwie dwudziesty drugi kilometr etapu postanowiliśmy skorzystać z kulinarnej oferty vars-u.

Na przełęczy wyznaczającej granicę między departamentami Haute-Alpes i Alpes-de-Haute-Provence funkcjonuje restauracja L’Igloo. Postanowiliśmy się przy niej zatrzymać. Starszy jegomość prowadzący ten przybytek zadziwił nas znajomością polskiej geografii. Gdy tylko powiedziałem, że kolega jest z Gdańska od razu wymienił dwa pozostałe grody Trójmiasta. Zakupiwszy po kawce i ciastku doczekaliśmy przyjazdu Piotra. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej Pietro jako pierwszy ruszył w dół obierając taktykę a’la Dario czyli „czuję się słabiej, więc jadę przodem i tak mnie pewnie dojdziecie na Bonette”. Jako, że jest on świetnym zjazdowcem i dostał od nas w zapasie co najmniej 10 minut nie było na to większych szans. Zjazd z Vars składa się ze stromych 8 kilometrów do Saint-Paul i następnie łagodnych 6 kilometrów wzdłuż rzeczki Ubaye. Następnie trzeba jeszcze pokonać siedem, raczej płaskich kilometrów po szerszej drodze D900. Górują nad nią po prawej stronie wśród skał imponujące forty Tournoux i Caurres wybudowane w latach 40-tych XIX wieku. Niespodziewanie na dojeździe do Jausiers mieliśmy przymusowy przystanek. Zmurszałe przydrożne skały zagrażały bezpieczeństwu podróżnych. Dlatego miejscowi drogowcy zdecydowali się na akcję profilaktyczną. Jeden z nich musiał wspiąć się na skalną ściankę i odrąbać co bardziej niepewne jej elementy. Natomiast drugi wstrzymywał ruch na drodze, po czym kruszył opadłe odłamki za pomocą mini-walca. Na śledzeniu postępów tych prac minął nam dobry kwadrans. W tym czasie dojechało do nas jeszcze kilkunastu amatorów dwóch kołek, niejeden „znajomy” z podjazdu pod Vars czy też samej przełęczy.

Mało kto z tej grupy wybierał się jednak na spotkanie z „Jej wysokością” czyli Cime de la Bonette. Gdy tylko dojechaliśmy do Jausiers większa część naszego peletoniku pojechała prosto w kierunku Barcelonette. My dwaj zatrzymaliśmy się na chwilę przy wjeździe na drogę D64. Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcia pod tablicą anonsującą najwyższą drogę asfaltową Europy. Nie jest to najbardziej aktualna informacja, albowiem nieco wyżej kończy się austriacka szosa na lodowiec Tiefenbachferner powyżej tyrolskiego Solden. Aczkolwiek w przeciwieństwie do Cime de la Bonette to droga jednokierunkowa. W każdym razie Bonette jest niewątpliwie najwyższym punktem, na który kiedykolwiek wjechali kolarze tak w historii samego Tour de France jak i podczas wszystkich trzech Wielkich Tourów łącznie. Co ciekawe najwyższy punkt na tej drodze prowadzi nie przez przełęcz, która wypada na wysokości 2715 metrów n.p.m., lecz 87 metrów wyżej na zachodnim zboczu Cime de la Bonette, góry której wierzchołek sięga 2860 metrów n.p.m. Szosa osiągająca wysokość 2802 m. n.p.m. to wynik ambicji i pomysłowości miejscowych władz, które koniecznie chciały mieć u siebie drogę rekordzistkę. Aby pobić wysokość sabaudzkiej Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) położono więc asfalt wokół wierzchołka góry dodając do naturalnej drogi pętle długości 1900 metrów czyli m/w po kilometrze wspinaczki od każdej strony. Dodać należy, że owe dodatki należą do najbardziej stromych odcinków każdego z wariantów wzniesienia, więc załączony przeze mnie profil północnego podjazdu wydaje się niedowartościowany w końcówce.

Trzeba powiedzieć, że „Wielka Pętla” w te strony zagląda od wielkiego święta. W ostatnim półwieczu kolarze zdobywali Bonette tylko czterokrotnie, po dwakroć od każdej ze stron. Po raz pierwszy w 1962 roku gdy na etapie do Briancon górę tą od południa zdobył słynny „Orzeł z Toledo” Hiszpan Federico Bahamontes. Ten sam kolarz dwa lata później najszybciej pokonał to wzniesienie od północnej strony na etapie do Monaco. Po raz trzeci Bonette pojawiła się na trasie Touru dopiero w 1993 roku. Jechano wówczas od północnej strony mając już za plecami przełęcze Izoard i Vars. Przy tej okazji premie górską wygrał Szkot Robert Millar, zaś etap kończył się w stacji narciarskiej Isola 2000. Po raz ostatni kolarze pojawili się tu w roku 2008, gdy na etapie do Jausiers najszybciej od południa wspiął się kolarz z RPA John-Lee Augustyn, który chwilę później wyleciał z drogi na jednym z pierwszych zakrętów. Z naszej piątki w zasadzie tylko Adam i Romek byli debiutantami na tym szlaku. Dla mnie i Piotra był to powrót na północną Bonette po ośmiu latach. Byliśmy tu już bowiem w lipcu 2005 roku podczas drugiego dnia wyprawy, której główną atrakcją był nasz pierwszy start w La Marmotte oraz oglądanie etapów TdF z finiszami w Courchevel i Briancon. Natomiast Darek zdobył Bonette cztery lata później, gdy wybraliśmy się we francuskie Alpy z myślą przede wszystkim o starcie w L’Etape du Tour kończącym się na Mont Ventoux. Przy czym gdy mój kolega zmagał się wówczas z tym podjazdem ja zaliczałem południowy Col de Vars i finałowy podjazd do Pra-Loup. Tymczasem sytuacja na trasie piątego etapu ułożyła się tak, iż Piotr dogonił Darka w dolinie Ubaye, gdy ten podobnie jak my nieco później musiał przystanąć w związku ze wspomnianymi robotami na przydrożnej skale. Tym sposobem na podbój północnej Bonette rzuciliśmy w odstępie 20-30 minut dwa dwuosobowe podzespoły. Mniej więcej w tym samym czasie Romek, chwilowo zablokowany przez przemarsz owczej nawały, dojechał już do Saint-Etienne-de-Tinee i szykował się do ataku na przełęcz od jej południowej strony. Jednym słowem dach kolarskiej Europy braliśmy w dwa ognie.

Owczy peleton

Według informacji z „cyclingcols” północna Bonette to 23 kilometry o średnim nachyleniu 6,9 i max. 11,4 %. Natomiast południowa to 25,3 kilometra o średniej 6,6 % i max. 16 % w samej końcówce. Jako pierwsi do góry ruszyli Piotr z Darkiem dokumentując swój wyczyn serią wykorzystanych tu przeze mnie zdjęć z podróży. Dario starał się dotrzymać tempa Piotrowi i przez sporą część tego wzniesienia mu się to udawało. Ja jechałem cały czas z Adamem, który wydawał się być mocniejszy niż na Vars, więc momentami musiałem się sprężać by dotrzymać mu kroku. Oczywiście im wjeżdżaliśmy wyżej tym robiło się nieco chłodniej. Niemniej nawet po minięciu zabudowań wojskowych fortu Restefond (2558 m. n.p.m.) śniegu na okolicznych zboczach było niewiele, więc nic nie wskazywało na to, iż u kresu wspinaczki będziemy mieli jakikolwiek problem. Na łatwiejszym odcinku dwa-trzy kilometry przed finałem mimo, iż z racji przyjaznego profilu de facto przyspieszyliśmy w praktyce nieco odpuściliśmy szykując się na stromy finał wspinaczki. Tymczasem dojechawszy do ostatniego kilometra ujrzeliśmy tam najpierw śnieżną zaspę blokującą dojazd na wierzchołek od północnej strony, a zaraz potem trzech naszych kolegów stojących na przełęczy z informacją iż po południowej stronie również nie ma przejazdu. Oczywiście niczym niewierny Tomasz musiałem zbadać te śnieżne zawaliska z najbliższej odległości. Romek podkuszony przez Piotra i Darka również dotarł do białej ściany od każdej ze stron. Drogowcy zapewne zwieźli śnieg w te dwa miejsca aby odciąć ludziom niebezpieczną drogę na szczyt, której zagrażały śnieżne zaspy ze skrajów wierzchołka góry. Z tej przyczyny nie dane nam było osiągnąć zaplanowanego dachu naszej wyprawy. Miano to miało przypaść ostatecznie przełęczy Iseran, którą była do zdobycia w drodze powrotnej nad Lac Leman. Niemniej i tak mieliśmy niemało szczęścia, bowiem z powodu długiej zimy i kapryśnej wiosny tak ta jak i niektóre niższe przełęcze jeszcze w połowie czerwca były nieprzejezdne.

Temperatura na Bonette była jak na tą wysokość dość przyjazna tzn. 12 stopni Celsjusza. Niemniej na długi i przynajmniej z początku zimny zjazd trzeba było się odpowiednio ubrać. Najbardziej przed spodziewanym chłodem zabezpieczył się Darek, dzięki czemu z racji oryginalnego wyglądu zasłużył sobie na przydomek człowiek-rakieta. Temu zadaniu poświęciliśmy wszyscy kilka minut, po czym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia po obu stronach przełęczy. Piotr dla żartu zabrał się nawet za odśnieżanie północnej drogi, ale była już godzina siedemnasta więc nawet jakby wytrwał w swym zapale to i tak pewnie nie skończyłby roboty przed zmierzchem. Na zjeździe chłopacy dość szybko mi odjechali. Niemniej nie starałem się koniecznie dotrzymać im tempa. Zatrzymał się też aby zrobić zdjęcia koszarom, które niegdyś wybudowano również po tej stronie przełęczy. Około 17:45 byliśmy już wszyscy w Saint-Etienne-de-Tinee. Tu postanowiliśmy poszukać restauracji i zjeść główny posiłek dnia, bowiem to była ostatnia „większa” miejscowość na naszym szlaku. Dlatego tez już w tym miejscu wyłączyłem licznik wskazujący, iż od Guillestre przejechałem 93 kilometry z łącznym przewyższeniem 2761 metrów w czasie 4 godzin 30 minut i 13 sekund (avs. 20,7 km/h). Po godzinnym przystanku gastronomicznym ruszyliśmy dalej w dół doliny. Przy czym to Piotr wcielił się na ten krótki odcinek w rolę kierowcy samochodu, zaś Romek towarzyszył nam na rowerze. Po przejechaniu pagórkowatych sześciu kilometrów dojechaliśmy do wioski Le Bourguet, gdzie musieliśmy skręcić w prawo i przejechać przez mostek nad Tinee. Gdybyśmy chcieli dojechać do leżącej poza szlakiem Route des Grandes Alpes wioski Roya (1540 m. n.p.m.) musielibyśmy z tego miejsca pokonać jeszcze podjazd wąską doliną po bardzo kiepskiej drodze. Dodatkowe 480 metrów przewyższenia na dystansie 6,5 kilometra przy średniej 7,4 %. Niemniej tak mi, Adamowi jak i Darkowi dopiero co zjedzony posiłek zbyt ciążył by decydować się na trzecią tego dnia wspinaczkę. Dlatego poprosiliśmy Piotra aby zostawił bagaże w schronisku, zjechał i zabrał nas na górę autem. Jedynie Romek mający w nogach „zaledwie” Bonette był na tyle głodny wrażeń, iż dotarł do mety na głębokiej górskiej prowincji o własnych siłach.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 5 etap: Guillestre – Le Bourguet została wyłączona

4 etap: Beaune / Grand Village – Guillestre

Autor: admin o 25. czerwca 2013

TRASA ETAPU 4 > https://www.strava.com/activities/69725345

Na czwartym etapie naszej wyprawy mieliśmy do pokonania kolejne trzy przełęcze. Przede wszystkim bodaj największą legendę francuskich Alp Wysokich czyli słynny Col du Galibier (2646 m. n.p.m.) jako danie główne. Poza tym skoro jechaliśmy z północy na południe to na naszej drodze niejako na przystawkę był również Col du Telegraphe (1566 m. n.p.m.), zaś na deser czy zważywszy porę dnia na podwieczorek także Col d’Izoard (2361 m. n.p.m.). W trakcie etapu do Guillestre mieliśmy opuścić Sabaudię i zarazem wyjechać z regionu Rhone-Alpes, aby po pokonaniu przełęczy Galibier wkroczyć we francuskie Alpy Południowe tj. na szosy departamentu Haute Alpes i regionu Provence-Alpes-Cote d’Azur. Zanim jednak dane nam było ruszyć w dalszą drogę musieliśmy załatwić parę spraw natury technicznej. Przede wszystkim Darek musiał znaleźć jakiś sklep rowerowy i kupić sobie nową korbę, albowiem dotychczas używane przez niego karbonowe cacko okazało się tyleż lekkie co nietrwałe i uległo rozwarstwieniu. W tym celu pojechaliśmy przed południem do Saint-Jean-de-Maurienne. Po drodze na stacji w Saint-Michel-de-Maurienne zatankowaliśmy samochód na dalsze kilkaset kilometrów tej podróży. Tymczasem wizyta w dwóch sportowych marketach u św. Jana nie przyniosła pożądanego rezultatu. Tym niemniej dostaliśmy namiar na znajdujący się na wylocie z miasta hangar, w którym znajdował się sklep o asortymencie niekoniecznie kolarskim, aczkolwiek szczęśliwie mający na zbyciu starą korbę firmy Miche, którą Dario był w stanie dopasować do swego roweru. Wróciwszy do naszej górskiej bazy w Beaune-Grand Village spakowaliśmy bagaże do samochodu, zaś Darek rozpoczął żmudne prace nad reanimacją swego roweru.

W końcu około 12:30 wraz z Piotrem jako pierwsi ruszyliśmy na trasę. Niedługo po nas wystartował również Adam. Natomiast Darek męczył się z naprawą jeszcze około godziny i ostatecznie rozpoczął czwarty etap dopiero tuż przed czternastą. Romek z ostrożności zaczekał na szczęśliwy koniec tych prac i wsiadł do samochodu dopiero gdy ostatni z czterech wojów Hanibala zaczął zjeżdżać ku Saint-Michel-de-Maurienne. Na początku czekał nas bowiem niemal 10,5-kilometrowy zjazd do centrum tego miasteczka. Uczciwie trzeba przyznać przyjemność, na którą nie zapracowaliśmy sobie minionego wieczoru. Ponieważ podjazd ten nie leży na trasie Route des Grandes Alpes postanowiliśmy go sobie darować mając już w nogach blisko 4000 metrów przewyższenia. Nikt z nas jednak nie odmówił sobie prawa do zjazdowej rozgrzewki. Oczywiście Piotr szybko zniknął mi z pola widzenia. Pozostało mi mieć nadzieję, że złapię z nim kontakt na Col du Telegraphe. Zjazd z Beaune niemal od razu przechodził w ten podjazd. Wystarczyło przejechać skrzyżowanie w centrum miasteczka, następnie most nad rzeką l’Arc oraz przemknąć pod wiaduktem kolejowym. Do pokonania było wzniesienie o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 7,2 %, przy max. 10,6 %. Jednym słowem dość trudny podjazd na miarę pierwszej kategorii, który na Tour de France zawsze bywa pokonywany w pakiecie z północnym Galibierem. Począwszy od roku 1911 Telegraphe w tej postaci pojawił się na Tourze 26 razy. Dziesięciokrotnie jako pierwszy meldował się na tej przełęczy późniejszy zdobywca Galibiera. Podobnie było w tym roku na Giro d’Italia, gdy pierwszy w obu miejscach był Włoch Giovanni Visconti, choć ze względu na zimowe warunki pogodowe kolarzom nie było dane dotrzeć na drugą z owych przełęczy.

Zacząłem podjazd pod Telegraphe energicznie i już na czwartym kilometrze dogoniłem Piotra. W tym momencie chciałem zwolnić i kontynuować jazdę w tempie swego kolegi. Niemniej Pietro stwierdził żebym jechał swoje i poczekał na niego na przełęczy. Dla nas obu było to już trzecie spotkanie z Telegrafem, gdyż w latach 2005-2006 startowaliśmy w wyścigu La Marmotte. Ponieważ Darek i Piotr też mieli za sobą po jednym występie w słynnym Świstaku można powiedzieć, że dla całej naszej czwórki był to powrót do przeszłości. Tym niemniej po raz pierwszy jechaliśmy w bardziej turystycznej niż sportowej formule, więc mogliśmy się w końcu lepiej przyjrzeć otaczającej nas przyrodzie. Tym niemniej mając zielone światło od swego kompana pojechałem dalej w dość mocno dojeżdżając na przełęcz w czasie niespełna 48 minut. Na Piotra nie musiałem długo czekać. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Poprosiliśmy przygodnego turystę o zrobienie nam wspólnych fotek. Po czym Piotr ruszył w stronę Valloire stwierdziwszy, iż nie czuje się tego dnia najlepiej, więc lepiej będzie jak zacznie podjazd pod Galibier z pewnym zapasem czasu. Zanim ja zabrałem się do tego mini-zjazdu na przełęczy pojawił się Adam, więc jemu również zrobiłem zdjęcia do albumu z podróży. Następnie ruszyliśmy w ślad za Piotrem. Na krótkim zjeździe Adam nieco mnie zdystansował, lecz dołączyłem do niego na brukowanym uliczkach Valloire, dzięki czemu ten bodaj najbardziej kultowy podjazd ze wszystkich na naszym szlaku zaczęliśmy razem.

Galibier to wielka legenda Tour de France. Przed 102 laty był pierwszym alpejskim „dwutysięcznikiem”, który przetestowano na trasie Wielkiej Pętli. Od tego czasu organizatorzy użyli go aż 58 razy w trzech różnych wariantach. Za klasyczną i zarazem najtrudniejszą uchodzi droga północna. Pozornie to tylko 18,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i max. 11,8 %. Niemniej zważywszy na to, iż przełęcz Telegraphe od początku właściwego Galibiera dzieli niespełna 5 kilometrów powiedzieć można, że praktycznie jedno wzniesienie w dwóch aktach. Przełęcz ta jest nieco niższa od Bonette czy Iseran, lecz rzecz można największa pod względem wysokości względnej. Otóż pominąwszy stratę wysokości między Telegraphe a Valloire na 35 kilometrach dzielących Saint-Michel-de-Maurienne od Col du Galibier trzeba pokonać aż 2096 metrów przewyższenia! Ta wersja podjazdu na trasie TdF pojawiła się 26 razy. Po raz pierwszy we wspomnianym już roku 1911. Odkrywcą zarówno Telegraphe jak i Galibier został Francuz Emile Georget. Na przełęcz prowadzą też dwie drogi z południa tzn. południowo-wschodnia od Monetier-les-Bains oraz południowo-zachodnia od Les Clapiers. Obie łączą się na Col du Lautaret (2068 metrów n.p.m.). Drogą zachodnią kolarze jechali 14 razy, po raz pierwszy w 1913 roku. Natomiast wschodnią 18-krotnie, począwszy od roku 1922. Chcąc uczcić stulecie Wielkich Alp na trasach TdF kolarzom zaserwowano aż dwukrotny przejazd przez tą przełęcz. Najpierw od strony południowo-wschodniej w końcówce osiemnastego etapu i dzień później od północy na początku etapu dziewiętnastego. Wśród wielu zdobywców tej mitycznej góry wymienić należy siedmiu „recydywistów”. Swój wyczyn powtarzali jedynie: Henri Pelissier, Honore Barthelemy, Federico Ezquerra, Federico Bahamontes, Charly Gaul, Julio Jimenez i przed dwoma laty Andy Schleck. Dla mnie zaś atak Zenona Jaskuły na tej właśnie górze w trakcie TdF 1993 sprawił, iż kolarstwem szosowym przestałem się interesować i … zacząłem się nim pasjonować.

Północny Galibier sensu stricto czyli 18-kilometrowy odcinek od Valloire zaczyna się dość niewinnie. Na pierwszych dziesięciu kilometrach do większego wysiłku zmusza jedynie drugi kilometr na dojeździe do Les Verneys, a następnie kilometry: ósmy i dziewiąty. W żadnym momencie nie jest to wspinaczka trudniejsza niż przebyta wcześniej Telegraphe, acz widoki już na tej wysokości są przecudnej urody. Po pewnym czasie na długich prostych w oddali ujrzeliśmy znajomą sylwetkę Piotra. Na tej górze zabawa kończy się w miejscu zwanym Plan Lachat leżącym na wysokości około 1980 metrów n.p.m. To tu droga opuszcza alpejskie hale, skręca w prawo i pnie się dalej po półce skalnej. Każdy z pozostałych do szczytu ośmiu kilometrów ma nachylenie od 7,5 do 10 %, zaś w samej końcówce stromizna sięga blisko 12 %. Oczywiście trzeba było wrzucić bardziej miękkie przełożenia by sobie poradzić z takim wyzwaniem. Około pięciu kilometrów przed przełęczą dogoniliśmy Piotra i zdecydowaliśmy się jechać dalej w trójkę. Minęliśmy Les Granges ze szklanym pomnikiem Marco Pantaniego na wysokości około 2300 metrów n.p.m. Po drodze niczym na imprezie cyclosportive czyhali na nas profesjonalni fotografowie robiący zdjęcia i rozdający wizytówki z adresem swej strony internetowej. Niespełna kilometr przed finałem na wysokości 2566 metrów n.p.m. minęliśmy boczną drogę prowadzącą do tunelu, w którym do roku 1976 kończyła się ta wspinaczka. Na ostatnim kilometrze Adam przyśpieszył i jako pierwszy z nas przeciął linię górskiej premii. Ja do końca jechałem w towarzystwie Piotra robiąc za głównego aktora krótkometrażowego filmu, który mój kolega kręcił za pomocą swego telefonu. Dlatego na ostatniej prostej niejako „pod publiczkę” zerwałem się do sprintu aby przed szczytem dognać trzech wyraźnie wolniejszych od nas cykloturystów.

Zjazd do Lautaret

Cały podjazd przejechany tym razem w towarzyskiej atmosferze zajął mi godzinę i 23 minuty. Na przełęczy było dość gwarno tak, iż musieliśmy czekać na swą kolei do pozowania przed tablicą wyznaczającą granicę między północną i południową częścią francuskich Alp. Ze szczytu roztaczały się przepiękne widoki na obie strony góry. Niemniej szczególnie imponujące wrażenie robiła panorama południowa w kierunku Briancon. To tam mieliśmy teraz podążyć. Niemniej zanim na dobre zaczęliśmy zjeżdżać zatrzymaliśmy się już po 900 metrach przy wylocie z tunelu, w którym obowiązuje ruch wahadłowy. Zrobiliśmy tam kilka zdjęć, przede wszystkim pod stojącym nieopodal pomnikiem ku czci Henri Desgrange, pomysłodawcy i pierwszego dyrektora Tour de France. Następnie zjechaliśmy ku przełęczy Lautaret by i tu zatrzymać się na krótką chwilę. Najbardziej stromą i krętą 8,5-kilometrową część zjazdu mieliśmy już za sobą. Teraz musieliśmy skręcić w lewo i pokonać szybkie trzynaście kilometrów, prowadzące długimi prostymi odcinkami do Le Monetier-les-Bains. W górnej części tego odcinka mocno wiało. Na wylocie z jednej z dwóch tamtejszych galerii nagły podmuch wiatru niemal mnie przewrócił. Piotr i Adam czekali na mnie na obrzeżach tego miasteczka. Na dłużej zatrzymaliśmy się jednak dopiero sześć kilometrów dalej w La Salle-les-Alpes. Tu zrobiliśmy sobie strefę bufetu uzupełniając bidony po wizycie w sklepie spożywczym oraz kupując sobie coś konkretnego do zjedzenia, a mianowicie naleśniki z serem przyrządzone na słono. Pozostałą część już łagodnego zjazdu pokonaliśmy razem. Minęliśmy Chantemerle / Serre Chevalier, osadę w której kończył się wspomniany etap TdF z 1993 roku. Po chwili dotarliśmy do Braincon czyli najwyżej położonego miasta we Francji. Tym niemniej na zwiedzanie położonej wyżej starówki nie mieliśmy czasu. Natomiast przez dolne miasto tylko przemknęliśmy, gdyż skoro już wcześniej pojedliśmy i popiliśmy zabrakło nam szczególnego powodu do zatrzymywania się.

Od razu zaczęliśmy szukać drogi wylotowej z miasta w kierunku Col d’Izoard czyli D902. W tym miejscu warto wspomnieć co wczesnym popołudniem porabiali stanowiący naszą ariergardę Darek i Romek. Romano z uwagi na późny start postanowił zrezygnować z przejechania przełęczy Telegraphe i od razu pojechał do Valloire mijając Darka robiącego zdjęcia na moście w Saint-Michel-de-Maurienne. Tym samym na Col du Galibier dotarł jako czwarta osoba z naszego grona. Dario dotarł na tą przełęcz tuz przed siedemnasta, po drodze na szczyt spotykając zjeżdżającego do samochodu Romana. Ten wsiadł następnie do auta i już w roli kierowcy raz jeszcze pokonał przełęcz. Dalej podobnie jak my zjechał do Briancon, po czym wybrał drogę N94 aby najkrótszą z możliwych dróg dotrzeć do kolejnej bazy noclegowej. Nas czekało tym czasem spotkanie ze słabiej znaną stroną słynnej Izoard. O ile południowa wersja tego podjazdu pokazała się na trasie Wielkich Tourów aż 33-krotnie tzn. 27 razy na Tourze i 6 razy na Giro d’Italia, o tyle północna jej strona tylko sporadycznie trafiała do programu francuskiego wyścigu. Pojawiła się na nim tylko 6-krotnie, począwszy od roku 1936. Przed drugą wojną światową górę tą zdobyli: Antonin Magne i rok później Julian Berrendero. W trakcie pierwszej powojennej edycji pierwszy na szczycie był Jean Robic. Następnie w roku 1973 premia ta padła łupem Jose Manuela Fuente, zaś w bliskim sercu polskich kibiców TdF 1993 triumfował tu Claudio Chiappucci. W końcu na trasie etapu do Gap z 2003 roku, który przeszedł do historii z uwagi na groźny upadek Belokiego i przełajowe wyczyny Armstronga, jako pierwszy z grupy harcowników na przełęczy tej zameldował się Aitor Garmendia.

Północny Izoard to w sumie 19,1 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i max. 9,6 %. Podjazd dość nieregularny i na pierwszych 10 kilometrach przed Cervieres dość łatwy jak na alpejskie warunki. Wyjechawszy z Briancon zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę by odpowiedzieć na tzw. zew natury. Potem ruszyliśmy z Adamem na tyle żwawo, iż Piotr włączył swój tryb oszczędny. Adam na tyle mocno się rozbujał, iż na wylocie z Cervieres urwał również mnie. Postanowiłem nie jechać za wszelką cenę jego tempem. Wolałem skupić się na równej jeździe z rytmie na który mnie stać. Okazało się to dobrym pomysłem, gdyż na dojeździe do Le Laus nie tylko go dogoniłem, ale nawet chwilowo wyprzedziłem. Niemniej nie przyjechaliśmy w Alpy aby ścigać się między nami, lecz po to by przejechać pełen dystans koleżeńskiej atmosferze. To znaczy współpracując z sobą, przynajmniej w te dni gdy forma poszczególnych członków naszej ekipy będzie zbliżona. Dlatego też ostatnie siedem kilometrów tej wspinaczki pokonaliśmy znów razem, zgodnie zmieniając się na prowadzeniu. Na przełęczy poczekaliśmy około dziesięciu minut na przyjazd Piotra. Zbliżała się godzina dziewiętnasta i było tu pustawo. Do Guillestre mieliśmy jeszcze ponad 30 kilometrów, więc czym prędzej zabraliśmy się do pokonania tego odcinka. Na 14-kilometrowym zjeździe zatrzymałem się tylko w Casse Deserte przy pomniku Fausto Coppiego i Louison Bobet. Zjazd zakończyłem w towarzystwie Adama. W przepięknym wąwozie Queyras jechałem już na rezerwie i na ogół korzystałem z koła kolegi.

Piotr czekał na nas na rondzie przy wjeździe do Guillestre. W tym miejscu wyłączyłem licznik, który wskazał mi dystans 134,8 kilometra o łącznym przewyższeniu 3363 metrów. Na pokonanie tego etapu potrzebowałem 5 godzin 57 minut i 38 sekund przy przeciętnej prędkości 22,6 km/h. Piotr telefonicznie próbował uzyskać od gospodyni wskazówki w sprawie sposobu dojazdu do Gite du Villard. Efekt przyniosła dopiero rozmowa z mężem tej miłej kobiety. Okazało się, że do pokonania mamy jeszcze 4,3 kilometra, gdyż baza noclegowa nr 5 leży przy ulicy Route de Campings w dolnej części tego miasta. Nieco ponad kilometr od biegnącej doliną rzeki Durance drogi krajowej nr 94. Nasza kolejna przystań okazała się dużym domem o wiejskim charakterze. Mieliśmy w nim do dyspozycji, poza pomieszczeniami wspólnymi dla wszystkich gości, duży pokój z sześcioma łóżkami i okradłem stołem w centralnej części tej sypialni. Po rozgoszczeniu się na miejscu trzymałem rękę na pulsie w sprawie postępów Darka. Dobiegał już zmierzch a naszego kolegi nie było jeszcze w bazie. Później okazało się na Col d’Izoard wjechał dopiero o godzinie 21:00 czyli w promieniach zachodzącego słońca. Pierwszą część zjazdu pokonał gdy na dworze robiło się już szaro. Gdy dotarł do Combe de Queyras było już niemal ciemno. Według relacji Darka najgorzej czyli najmroczniej w pierwszej fazie tego odcinka z uwagi na utrudniony dostęp resztek dziennego światła do najwęższej części tego kanionu. Gdy udało nam się nawiązać kontakt telefoniczny ustaliliśmy, iż podjadę samochodem do znanego mi ronda aby go odebrać. To było lepsze rozwiązanie niż tłumaczenie zawiłej drogi do bazy, którą musiałby przecież pokonać po ciemku.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 4 etap: Beaune / Grand Village – Guillestre została wyłączona

3 etap: La Lechere – Saint-Michel-de-Maurienne

Autor: admin o 24. czerwca 2013

TRASA ETAPU 3 > https://www.strava.com/activities/69725319

Niestety w poniedziałkowe przedpołudnie potwierdziły się pesymistyczne prognozy pogodowe. Niebo było całkowicie zachmurzone i niemal cały czas lżej lub mocniej padało. Z tej przyczyny nie bardzo nam się śpieszyło by ruszać na trasę trzeciego etapu. Z drugiej jednak strony w perspektywie długiego i bardzo trudnego odcinka nie mogliśmy czekać bez końca, co najwyżej do południa. Po śniadaniu spakowaliśmy bagaże do samochodu i przebrani w stroje z naszych kolekcji jesiennych zasiedliśmy w hotelowym holu. Dłuższy czas czekaliśmy na pierwsze promienie słońca lub przynajmniej koniec deszczu. W końcu kilka minut przed jedenastą jako pierwszy do boju ruszył Dario, ubrany jak zwykle w takiej okazji w najbardziej nieprzemakalną wersję swego odzienia. Po nim w drogę ruszył Adam, zaś dokładnie o 11:30 ja z Piotrem. Razem z nami wyjechał Romek, który miał za zadanie odstawić nasze bagaże na nocleg nr 4 w Beaune powyżej Saint-Michel-de-Maurienne, po czym zjechać samochodem do Saint-Jean-de-Maurienne i następnie już rowerem dojechać na spotkanie z nami w Saint-Etienne-de-Cuines. Chcieliśmy bowiem w pełnym składzie pokonać podjazdy pod Glandon z Croix de Fer oraz Mollard. Aby nie męczyć samochodu Romano wybrał przejazd dolinami, najpierw wzdłuż Izery drogą N90, a potem w górę Maurienne po szosie N6. Tym samym asystował nam autem jedynie na pierwszych czterech, płaskich kilometrach wskazując zarazem, w którym momencie mamy zjechać z głównej drogi w stronę najsłynniejszej w kolarskim światku Magdalenki.

Pierwszym podjazdem naszego trzeciego etapu była bowiem Col de la Madeleine (1993 m. n.p.m.), którą nasz kolega-kierownik przerobił już dzień wcześniej. Klasyczna wersja Route des Grandes Alpes po pokonaniu Cormet de Roselend prowadzi przez Col de l’Iseran via Val d’Isere. Z dwóch względów wybrałem dla nas niższą, acz moim zdaniem wcale nie łatwiejszą wersję owej trasy czyli z przejazdem przez Madeleine. Po pierwsze w przeciwieństwie do północnej „Magdalenki” tak ja, Piotr jak i Darek mieliśmy już okazję poznać północny podjazd na najwyższą przełęcz Sabaudii. Po drugie Iseran i tak mieliśmy jeszcze zdobyć, acz od południa na trasie jedenastego etapu całej wyprawy. Tym sposobem naszym pierwszym wyzwaniem na dzień 24 czerwca było z najtrudniejszych alpejskich wzniesień. Przy tym bardzo popularne w najnowszej historii Tour de France. Po raz pierwszy pojawiła się ona na trasie „Wielkiej Pętli” dopiero w roku 1969 i od tego czasu w ciągu 45 edycji organizatorzy TdF skorzystali z niej aż 25 razy. Trzynaście razy jechano od południa ze startem w La Chambre i dwanaście razy od naszej północnej strony z początkiem w La Lechere. Pierwszym zdobywcą północnej Madeleine został Bask Andres Gandarias. Gdy zaś w 1975 roku przełęcz ta odkryła przed kolarzami swój południowy podjazd jako pierwszy na niej pojawił się inny Bask Francisco Galdos. Ostatni triumfatorzy na tej górze to Słowak Peter Velits (północ w 2012 roku) i Francuz Pierre Rolland (południe w 2013 roku). Jednak największymi bohaterami obu szlaków pozostają: Belg Lucien Van Impe i Francuz Richard Virenque, którzy wygrywali na tej przełęczy trzykrotnie i przy tym co najmniej raz od każdej strony.

Północna Madeleine to podjazd o długości aż 25,2 kilometra o średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11,4 %. Jednym czekała nas blisko dwugodzinna wspinaczka. Wystartowaliśmy przy temperaturze około 15 stopni Celsjusza. Na szczęście resztki deszczu towarzyszyły nam tylko na płaskim odcinku dojazdowym. Gdy tylko dotarliśmy do podnóża podjazdu niebo zaczęło się rozpogadzać. Dlatego Piotr ubrany w ciepłą kurteczkę Cofidisu już na pierwszym kilometrze podjazdu musiał ją zdjąć aby się nie zagotować. Ja ubrałem się lżej i nie miałem takich kłopotów. Z początku jechałem spokojnie w nadziei, że kolega mnie do dojdzie. Później nieco przyspieszyłem postanowiwszy niejako „korespondencyjnie” pościgać się z Romkiem, który w niedzielę zszedł kilka minut poniżej wspomnianych dwóch godzin. Jak widać na załączonym obrazku ta strona Magdalenki jest podjazdem dość nieregularnym. Rodzaj wspinaczki w trzech aktach przedzielonych dwoma niemal płaskimi odcinkami. Po drodze przejazd przez Villard-Benoit, Celliers Dessous i parę pomniejszych osad. Jakieś osiem kilometrów przed szczytem niespodziewanie dogoniłem Darka. Oczywiście nie było szans by złapać Adama. Dojechałem na przełęcz w czasie 1 godziny i 14 minut czyli ze średnią około 14,2 km/h. Uznałem to za niezły wynik i dobry omen w perspektywie dalszych wyzwań. U góry w oczekiwaniu na kolegów postanowiłem zajść do tamtejszej restauracji. Spotkałem tam Adama, zjadłem ciastko i wypiłem kawkę. Wkrótce dołączyli do nas Piotr z Darkiem. Po wyjściu na zewnątrz zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia i czym prędzej udaliśmy się na drugą stronę góry w kierunku doliny Maurienne. Na zjeździe nie mieliśmy przystanków, stąd nawet Darek nie cyknął żadnych fotek z tego odcinka naszej podróży.

Na dłużej zatrzymaliśmy się dopiero w La Chambre na końcu drogi D213. Tu nawet w cieniu było co najmniej 20 stopni, więc w końcu mogliśmy zdjąć rękawki, nogawki czy kurtki i ogrzać ręce, nogi w promieniach alpejskiego słońca. Postaliśmy w tym miejscu dobry kwadrans ustalając dalszy plan działań. Uradziliśmy, że Darek z Adamem ruszą jako pierwsi, zaś ja z Piotrem będziemy do skutku czekać na Romka z Saint-Etienne-de-Cuines. Aby tam dotrzeć musieliśmy przedostać się na drugą stronę drogi krajowej N6. Z Romkiem byliśmy w kontakcie telefonicznym. Przyjazd kolegi nieco się przeciągał, więc zrobiliśmy sobie z Piotrem przystanek kawowy w mini-barze przy drodze dojazdowej do podnóża Glandon. Mieliśmy z tego miejsca dobry punkt obserwacyjny na drogę, którą powinien był dojechać Romano. Jako, że wszyscy poza Romkiem startowaliśmy swego czasu w górskim maratonie La Marmotte dane nam było poznać południowy podjazd pod Col du Glandon (1924 m. n.p.m.). Natomiast uchodzący za trudniejszy z dwojga szlak północny zapadł nam w pamięci jako szybki i dosłownie śmiertelnie niebezpieczny zjazd. Teraz czas było się przekonać jak trudny to podjazd. Północny Glandon to na warunki francuskie stromy podjazd. Co prawda suche liczby czyli 19,8 kilometra przy średnim nachyleniu 7,2 % i max. 11 % nie robią oszałamiającego wrażenia, ale trzeba pamiętać iż średnią znacząco zaniża łatwy odcinek w okolicy Saint-Colomban-des-Villards.

Glandon jako premia górska wystąpił na Tourze trzynastokrotnie. Siedem razy zdobywano go od północnej strony. Po raz pierwszy w 1952 roku gdy najszybszy był słynny włoski „Campionissimo” Fausto Coppi, zaś ostatni w 2001 roku gdy uciekał Francuz Laurent Roux. Od południa wspinano się sześć razy. Po raz pierwszy w 1983 roku gdy wygrał Szwajcar Serge Damierre, zaś ostatni raz niespełna miesiąc po naszej wizycie gdy w tegorocznym Tourze premia ta padła łupem Kanadyjczyka Rydera Hesjedala. Już pierwsza faza północnego podjazdu jest wymagająca, zaś trzecia finałowa po prostu trudna. Przy tym najtrudniejsza w samej końcówce, gdzie stromizna nie schodzi poniżej 10 %. Piotrek zluzował po kilku kilometrach, więc większość podjazdu przejechałem w towarzystwie Romka. Będąc świeższy od nas Romek czuł się bardzo dobrze kręcąc na bardziej miękkim niż moje przełożeniu. Na ostatnich dwóch kilometrach miałem odrobinę problemów by dotrzymać mu kroku, ale nie pękłem i na przełęcz wjechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka osób, ale nie było wśród nich Adama czy Darka. Postanowiliśmy poczekać na Piotra około 10 minut w międzyczasie robiąc sobie zdjęcia nie tylko na tle tablicy, ale też wbitej „maillot jaune” na patyku. Na przełęczy było słonecznie, ale niezbyt ciepło. Ponieważ nie ma niej żadnego przytułku dla „zmęczonych wędrowców” stwierdziliśmy w końcu, że nie czekając dłużej na Piotrka dokręcimy brakujące trzy kilometry do sąsiedniej przełęczy Żelaznego Krzyża i tam na niego poczekamy w razie potrzeby pod dachem miejscowej restauracji.

Odcinek między przełęczami Glandon a Col de la Croix de Fer (2068 m. n.p.m.) to zaledwie 2900 metrów, z czego pierwsze dwieście to króciutki zjazd do rozjazdu przy zamkniętej na cztery spusty restauracji. Z tego miejsca można odbić w lewo i przedłużyć sobie wspinaczkę niezbyt stromym odcinkiem na poziomie 6-7 %, albo też skręcić w prawo w kierunku doliny Romanche i leżącego u podnóża L’Alpe d’Huez miasteczka Le Bourg d’Oisans. Croix de Fer można zdobyć aż od trzech stron tzn. północno-wschodniej z Saint-Jean-de-Maurienne (czego dokonaliśmy z Darkiem w lipcu 2009 roku), południowej z Le Verney oraz od północnego-zachodu czyli właśnie z Saint-Etienne-de-Cuines via Glandon. Na trasie Touru jako premia górska przełęcz ta pojawiła się 16 razy. Po raz pierwszy w 1947 roku gdy od strony południowej najszybciej wspiął się Włoch Fermo Camelliniemu. Rok później od północnego-wschodu jako pierwszy nadjechał jego słynny rodak Gino Bartali. W sumie od południa jechano sześciokrotnie, od wschodu osiem razy, zaś naszym zachodnim szlakiem tylko dwukrotnie. W obu przypadkach wzniesienie to zdobyli Skandynawowie czyli Duńczyk Michael Rassmussen w 2006 roku i Szwed Fredrik Kessiakoff w 2012 roku. Dojechawszy do wspomnianego rozdroża widzieliśmy w oddali przełęcz Żelaznego Krzyża. Widoki w tym miejscu są nie tylko piękne, ale iście panoramiczne. Po pewnym czasie ujrzeliśmy przed sobą znajomą sylwetkę Darka, więc przyśpieszyliśmy by doszlusować do niego przed przełęczą co prawie nam się udało. Na tym odcinku wspinaczki najbardziej zapadł mi w pamięci leżący na skraju drogi pasterz. Jegomość ów czytając sobie książkę ze stoickim spokojem przy pomocy jednego pieska ogarniał pasące się w dole na hali stado kilku tysięcy owiec.

Na przełęczy w końcu byliśmy w komplecie. Piotr przyjechał jako ostatni z niewielką stratą czyli gdybyśmy poczekali jeszcze ze dwie-trzy minuty spotkalibyśmy się już na Glandon. Zbliżała się godzina osiemnasta, więc temperatura spadła już do skromnych 7 stopni. Dlatego przed zjazdem musieliśmy się cieplej ubrać. Pierwsze siedem kilometrów do Saint-Sorlin-d’Arves jest wąskie i kręte, więc choć to najbardziej stromy po tej stronie góry i tak nie można było jechać zbyt szybko. Kolejne siedem z przejazdem przez Saint-Jean d’Arves do Pont de Belleville było już łatwiejsze technicznie. Niemniej bardziej płaskie fragmenty trasy zmuszały do kręcenia. Mniej więcej w połowie typowego zjazdu do Saint-Jean-de-Maurienne musieliśmy odbić w prawo by zmierzyć się z podjazdem, który przygotowałem nam na deser. Col du Mollard (1638 m. n.p.m.) to przynajmniej od tej strony podjazd z gatunku drugiej kategorii czyli 5,9 kilometra długości przy średniej 6,8 % i max. 10,5 % około kilometr przed przełęczą. Na Tourze pojawił się jak dotąd dwukrotnie w latach 2006 i 2012. Przy obu okazjach w swej południowej wersji po wcześniejszym przebyciu przez kolarzy kombinacji Glandon & Croix de Fer. Co ciekawe zwycięzcy tej górskiej premii czyli Rasmussen i Rolland triumfowali później również na mecie etapu w stacji narciarskiej La Toussuire. Dolną część wzniesienia przejechaliśmy w czwórkę. Później Adam z Romkiem na przemian zaczęli podkręcać tempo i Piotr powiedział basta jadę swoim tempem. Przyznam, że skłaniałem się do podobnej decyzji, ale ostatecznie zwyciężyła ambicja aby do samego końca nie odpuszczać koła bardziej żwawym kompanom. Na samej przełęczy powitał nas zerwany asfalt, na szczęście tylko na odcinku około stu metrów.

Po przejechaniu półtora kilometra przemknęliśmy przez Albiez-le-Vieux i każdy z nas wybrał opcję skrętu w lewo co oznaczało, iż cały zjazd zakończymy w Saint-Jean-de-Maurienne, a nie Villargondran. Romek i tak musiał zjechać do miasteczka św. Jana by odebrać samochód z parkingu. Niemniej dla pozostałych ze względu na kierunek dalszej jazdy nieco bardziej pasowałaby wschodnia wersja zjazdu do doliny Maurienne. Na zjeździe trzeba było zignorować wywołany robotami drogowymi zakaz przejazdu. Droga była na tyle zwężona, iż stała się nieprzejezdna dla samochodów, ale nam bez trudu udało się przecisnąć. Romek z Piotrem dotarli na dół jako pierwsi następnie obaj już autem przejechali do Saint-Michel-de-Maurienne. Ja zakończyłem zjazd w towarzystwie Adama i zgodnie współpracując pokonaliśmy ostatnie trzynaście kilometrów tego etapu. Nie były one takie najłatwiejsze gdyż na dojeździe do grodu św. Michała trzeba było jeszcze pokonać 177 metrów przewyższenia. Zatrzymaliśmy się w samym centrum tej miejscowości przy skrzyżowaniu głównej drogi z górskimi drogami wiodącymi do Beaune (na północ) i na Col de Telegraphe (na południe). Poszliśmy w czwórkę do najbliższego baru by godnie się posilić po długim i ciężkim dniu w drodze. Postanowiliśmy poczekać tu na Darka, który dojechał do Saint-Michel około 20:20. Na całe szczęście mieliśmy pod ręką nasz samochód, bo nikomu nie uśmiechała się perspektywa pokonania o własnych siłach podjazdu do wybranej przez Piotra bazy noclegowej. Przejechaliśmy już 128,1 kilometra o łącznym przewyższeniu 3909 metrów. Potrzebowałem na to 6 godzin 9 minut i 54 sekund (avs. 20,8 km/h). Dlatego też po kolacji załadowaliśmy trzy rowery na klapę oraz dwa na dach samochodu aby już „na leniucha” pokonać ostatnie 630 metrów w pionie do schroniska Le Shantone. W przybytku tym musieliśmy zdjąć buty niczym przy wejściu do meczetu. Metraż mieliśmy bardzo skromny, ale też za niewygórowaną cenę 18 Euro od osoby. Spać należało we własnych śpiworach na piętrowych łóżkach. Niemniej po ciężkim dniu w trasie każdy lokal z łóżkiem nam pasował. Problem mieliśmy jedynie z wysuszeniem zawilgoconych ubrań.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 3 etap: La Lechere – Saint-Michel-de-Maurienne została wyłączona

2 etap: Le Chinaillon – La Lechere

Autor: admin o 23. czerwca 2013

TRASA ETAPU 2 > https://www.strava.com/activities/69725297

Niedzielny poranek 23 czerwca powitał nas kapryśną aurą. Gdy około 9:45 kończyliśmy przygotowania do drugiego etapu naszej wyprawy na dworze było ledwie 14 stopni Celsjusza. Na domiar złego było pochmurno i momentami mżyło. Uradziliśmy, iż podobnie jak dzień wcześniej Romek pokona wspólnie z nami odcinek do szczytu pierwszej premii górskiej, po czym wróci po samochód, pojedzie najkrótszą możliwą trasą na nasz kolejny nocleg i korzystając z wolnego czasu wybierze sobie po południu jakiś atrakcyjny podjazd do zdobycia w okolicy mety. Jako pierwszy w drogę ruszył Dario, ciepło odziany na okoliczność rześkiego przedpołudnia. Kilka minut za nim ruszyła pozostała czwórka. Jako, że nasz kolega tuż przed Le Grand Bornand wybrał niewłaściwą drogę po pokonaniu 8-kilometrowego zjazdu byliśmy już w komplecie, po tym jak chwilę na niego poczekaliśmy. Po chwili płaskiego terenu, jeszcze przed dojechaniem do Saint-Jean-de-Sixt, rozpoczęliśmy na wysokości około 880 metrów podjazd pod pierwsze tego dnia wzniesienie czyli Col des Aravis (1486 m. n.p.m.). Całkiem przyjemny podjazd o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 5,1 %, przy max. tylko 8,2 %. Dobry na rozgrzewkę niczym sobotnie przetarcie pod Col du Cou. Dla mnie i Darka nie było to pierwsze z nim spotkanie. Mieliśmy z nim do czynienia już w lipcu 2009 roku podczas pierwszego dnia ówczesnej wyprawy, gdy zrobiliśmy go od tej samej strony, acz w pakiecie z Croix-Fry (od Thones) i Colombiere (od Le Grand Bornand).

Podjazd pod leżącą na pograniczu Górnej Sabaudii i Sabaudii (swoją drogą ciekawe czemu nie nazywanej Dolną) przełęcz Aravis jest jednym z najstarszych i najpopularniejszych w dziejach Tour de France. Wspinali się pod nią uczestnicy już dziesiątej edycji tego wyścigu. Jako pierwszy w 1912 roku na długiej liście jej zdobywców zapisał się Francuz Eugene Christophe, słynny pechowiec któremu połamane widelce w latach 1913 i 1919 stawały na drodze do zwycięstwa w „Wielkiej Pętli”. W sumie kolarze przejeżdżali przez tą przełęcz aż 37 razy, acz tylko 10-krotnie forsowali ją od naszej północnej strony. Po raz ostatni w 2010 roku gdy na etapie do Saint-Jean-de-Maurienne jako pierwszy zameldował się na niej Francuz Jerome Pineau. Spośród wielu zdobywców tej góry wyróżnić należy Belga Josepha Demuysere, Włocha Gino Bartalego i Francuza Thierrego Claveyrolat, którzy jako jedyni wygrywali na niej dwukrotnie. Dwa ostatni mieli okazje to uczynić od każdej ze stron. Tyle wielkiej kolarskiej historii. Dla nas ta premia górska drugiej kategorii była przyjemnym wstępem jednego z najdłuższych etapów naszej podróży. Jeszcze przed Saint-Jean-de-Sixt czyli wjazdem na D-909 zgubiliśmy Darka. Tempo dyktowaliśmy dość żwawe, ale bez przesady. W każdym razie bez zbytniego męczenia się nawzajem. Niemal cały podjazd pokonaliśmy zgodnie po drodze wyprzedzając nieliczne grupki słabszych od nas amatorów kolarstwa. Na szczycie nadal było pochmurno i dość chłodno (tylko 11 stopni). Tym niemniej było tam dość tłoczno i gwarno, gdyż nadzialiśmy się tam na imprezę w typie górskiej czasówki ze startem po przeciwnej stronie przełęczy w La Giettaz. Poczekaliśmy na Darka, zrobiliśmy zdjęcia i skubnęliśmy co nieco z niespodziewanego bufetu.

Akrobata w La Giettaz

Zgodnie z planem do Sabaudii wjechaliśmy już we czwórkę. Romek zawrócił do Le Chinaillon po samochód. Natomiast nas czekał teraz ponad 11-kilometrowy zjazd. W szczegółach: najpierw siedem kilometrów szybkiego zlotu do La Giettaz, potem około trzy kilometry płaskiego terenu w okolicy Manant i na koniec jeszcze półtora kilometra w dół do Flumet. Na początku zjazdu trzeba było trochę uważać na nadjeżdżających z naprzeciwka niedobitków wspomnianej wspinaczki. Pozytywnym sygnałem był pojawiający się tu i ówdzie za szarych chmur błękit nieba. Do Flumet gdzie przywitała nas temperatura 16 stopni jako pierwsi dotarli Piotr i Adam. Gdy do nich dotarłem postanowiliśmy trochę poczekać na Darka, lecz na nic zdał się kwadrans oczekiwań. Później okazało się, że Dario robił sobie na zjeździe liczne przystanki dzięki, którym owa relacja również na tym odcinku może liczyć na lepszą oprawę fotograficzną. Nasz niedługi postój w dolinie rzeczki L’Arly wypadał u podnóża drugiego podjazdu czyli Col de Saisies (1657 m. n.p.m.). Można powiedzieć, że tego dnia mieliśmy regularne stopniowanie górskich przyjemności. Każda kolejna góra stawiać nam miała wyższe wymagania. Podjazd do centrum narciarstwa alpejskiego i klasycznego na przełęczy Saisies miał już 14,8 kilometra długości przy średniej 5 % i max. 11,4 %. Dla wyścigu Dookoła Francji odkryto go w roku 1979, gdy na etapie do stacji Les Menuires zdobył go Holender Henk Lubberding. W sumie Tour przejeżdżał tędy 11-krotnie, acz tylko 4 razy od naszej północnej strony. Po raz ostatni w 2010 roku gdy podobnie jak na Aravis pierwszy był Jerome Pineau.

Na początku naszej wspinaczki Adam podyktował na tyle mocne tempo, że zgubiliśmy Piotra. Ja czułem się dobrze i postanowiłem przetestować nogę. Umiarkowana temperatura czyli 16-20 stopni w pierwszej połowie podjazdu bardzo mi odpowiadała. Na dość stromym odcinku w trakcie przejazdu przez Le Planay mocniej nacisnąłem na pedały i niespodziewanie dla mnie zostawiłem w tyle Adama. Aby test był w pełni wiarygodny postanowiłem sprawdzić czy dam radę utrzymać solidne tempo do samego szczytu. Udało się to bez większych problemów. Tym łatwiej, iż ostatnie sześć kilometrów tego wzniesienia jest wyraźnie łatwiejsze. Jest na nim nawet półtora kilometra zupełnego luzu za osadą Arcaniere. Tym czasem im wyżej się wspinaliśmy tym mniej widać było wkoło. Gdy wjechałem na przełęcz ta spowita była nisko opadłymi chmurami. Po krótkim oczekiwaniu z tego mglistego mleka najpierw wyłonił się Adam, a niedługo po nim Piotr. Mieliśmy już za sobą dwie premie górskie, lecz ledwie 48 kilometrów trasy. Ponieważ na szczycie było tylko 13 stopni i wokół sama wilgoć nie było sensu tam dłużej bawić. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Strzeliłem jeszcze chłopakom fotkę przed rondem z pomnikiem cyklisty-zjazdowca i tyle nas widziano na tej przełęczy. Do pokonania mieliśmy około 15 kilometrów zjazdu. Pokonaliśmy go dwa różne sposoby. Piotr z Adamem wybrali wschodni szlak przez Hauteluce i zakończyli zjazd na drodze ku Cormet de Roselend (1967 m. n.p.m.). Dlatego aby dotrzeć do Beaufort musieli się cofnąć o jakiś kilometr. Ja zaś w dolnej części tego zjazdu wybrałem opcję południową. W konsekwencji do doliny rzeki Doron wpadłem na wysokości osady La Pierre, po czym dobiłem do Beaufort od zachodu.

Spotkaliśmy się w centrum tego miasteczka u zbiegu na naszej szosy D-925 z drogą D-218A prowadząca do Areches i dalej na Col de Pre. Przed nami było 20,3 kilometra o średniej 6 % i max. 8,5 %. Podjazd 10-krotnie przetestowany na Tour de France, w tym 6 razy od naszej zachodniej strony. Jako, że Roselend najczęściej bywa jeżdżony w parze z Saisies nie dziwi, iż „ojcem chrzestnym” tej góry został we wspomnianym 1979 roku Henk Lubberding. Ostatnim zdobywcą, acz od przeciwnej strony był w 2009 roku Włoch Franco Pellizotti. Okazało się jednak, że Piotr przebił gumę w tylnym kole i musiał wymienić dętkę. Niestety naszymi podręcznymi pompkami nie daliśmy rady uzyskać zadowalającego ciśnienia. Na szczęście po przejechaniu ledwie kilometra podjazdu natknęliśmy się na widziany już wcześniej van, który prowadziło dwóch starszych jegomości z okolic Zurychu zabezpieczających wycieczkę grupki amatorów ze Szwajcarii. Poprosiliśmy ich o pomoc w potrzebie. Piotr tak ochoczo zabrał się do dopompowania dętki, że po chwili rozległ się huk rozerwanej gumy. Całą operacje wymiany trzeba było więc powtórzyć. Następnie Pietro poczuł zew natury i zatrzymał się w ustronnym miejscu co by narażać się na karę finansową ze strony sędziów. Ja i Adam pojechaliśmy dalej, lecz przez parę kolejnych kilometrów kręcąc tylko 11-12 km/h, zamiast możliwych w tym miejscu 14 km/h. Mieliśmy nadzieję, że dzięki temu kolega szybko nas dogoni. Piotra długo jednak nie było widać w oddali. Ostatecznie zdecydowałem się podyktować mocniejsze tempo, acz bez specjalnego napinania się. Natomiast Adam uznał, że nadal będzie jechał wolniej czekając na Piotra.

Po dwunastu kilometrach podjazdu wjechałem na Col de Meraillet czyli na wysokość sztucznego jeziorka Lac de Roselend. Ten płaski odcinek przejechałem na spokojnie, od czasu do czasu oglądając się za kolegami. Na razie jednak nie widziałem ich za plecami. Tymczasem po minięciu jeziora do szczytu zostało mi jeszcze sześć kilometrów. Szare chmury nadal wisiały na tyle nisko, iż szczyty pobliskich gór były za nimi schowane. Po minięciu schroniska Plan de Lai ujrzałem w oddali za sobą dwie znajome sylwetki. Jechało mi się ciężej niż w pierwszej połowie podjazdu, więc uznałem że odetchnę sobie odrobinę jak lekko zwolnię i poczekam na swych współtowarzyszy. Ostatni kilometr przejechaliśmy już razem. Na przełęczy niewielu było ludzi, acz kramy ze swymi towarami rozstawili tam dla podróżnych lokalny rolnik i sprzedawca minerałów. Na wysokości bliskiej 2000 metrów n.p.m. było już tylko 9 stopni, a do tego dość mocno wiało. Pragnęliśmy czym prędzej dostać się niżej i poczuć w końcu promienie słońca na zmarzniętych grzbietach. Chłopaki na długich prostych w pierwszej fazie zjazdu rozwinęli się do ponad 80 km/h. Ja z wrodzonej ostrożności naciskałem hamulce zbliżając się już do bariery 70 km/h. Po sześciu kilometrach zjazdu minąłem skręt ku Ville des Glaciers, zaś w środkowej fazie tuż za La Bettex słynny wiraż w lewo, na którym w 1996 roku wyleciał w przepaść Johan Bruyneel. W dolnej części zjazdu przycisnąłem na tyle, iż do Bourg-Saint-Maurice zjechałem niecałą minutkę za kolegami. Piotr stwierdził, iż najwyraźniej mocno poprawił ten zjazdowy element kolarskiego rzemiosła.

Za sobą mieliśmy już 107 kilometrów, lecz do pokonania pozostało ponad trzydzieści w dół doliny Tarentaise. Teoretycznie powinna to być czysta przyjemność, lecz w początkowej fazie jazdy po drodze krajowej N-90 było trochę podcinających zmęczone nogi hopek, zaś jazdę dodatkowo utrudniał mocny, przeciwny wiatr. Niemniej im dalej na zachód tym teren stawał się zdatny do szybszej jazdy. Temperatura na dojeździe do Moutiers oscylowała w granicach 22-26 stopni, więc w końcu mogliśmy się nieco rozgrzać. Po dojechaniu do tego miasta Piotrek wypytał miejscowych o dojazd na nasza metę w Aigueblanche. Do miejscowości tej dotarliśmy już boczną dróżką. Na miejscu okazało się, że aby dotrzeć do Hotel les Clarines musimy przejechać jeszcze kilka kilometrów, gdyż nasza kolejna przystań znajduje się na wylocie z owego miasteczka, w zasadzie już na terenie sąsiedniej wioski La Lechere. Zanim udaliśmy się na dalsze poszukiwania zrobiliśmy sobie słodką strefę bufetu w miejscowej cukierni. Tymczasem Romek, który ruszył naszym śladem z Le Chinaillon przez Aravis do Flumet, następnie pojechał czym prędzej drogą D-1212 ku Albertville i pojawił się pod hotelem z dużym zapasem czasu. To umożliwiło mu wyprawę ambitniejszą niż na odkryty przez Criterium du Dauphine podjazd do Valmorel. Wybrał sobie na deser 25-kilometrową wspinaczkę pod słynną Col de la Madeleine. My zakończyliśmy drugi etap przejechawszy 140 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2987 metrów w czasie netto 5 godzin 47 minut i 50 sekund (Avs. 24,2 km/h). Na koniec trzeba było jeszcze wtargać nasze toboły na pierwsze piętro hotelu. Pod wieczór przeszliśmy się po wsi i ledwie sto metrów od hotelu znaleźliśmy restaurację, w której zjedliśmy smaczną obiadokolację. Niestety nad nami zbierały się chmury, zaś prognozy pogodowe na poniedziałek były kiepskie. Nie nastrajało nas to optymistycznie, tym bardziej że trzeciego dnia czekały nas podjazdy nie tylko bardzo długie, lecz przede wszystkim kończące się wysokości około 2000 metrów n.p.m.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 2 etap: Le Chinaillon – La Lechere została wyłączona

1 etap: Thonon-les-Bains > Le Chinaillon

Autor: admin o 22. czerwca 2013

TRASA ETAPU 1 > https://www.strava.com/activities/69725317

Sobotę 22 czerwca rozpoczęliśmy od solidnego śniadania. W L’Ermitage serwowano je w formie szwedzkiego stołu więc każdy z nas mógł wybrać coś miłego dla swego podniebienia i w ilości dostosowanej do możliwości zaspanego jeszcze nieco żołądka. Po śniadaniu zeszliśmy na podwórze aby spakować bagaże do samochodu i przede wszystkim przyszykować rowery do pierwszego etapu naszej wielkiej wyprawy. Około dziesiątej byliśmy gotowi do drogi. Ponieważ mieszkaliśmy na wzgórzach sto-kilkadziesiąt metrów powyżej tafli Jeziora Genewskiego aby zacząć całą przygodę w najwłaściwszym miejscu musieliśmy najpierw zjechać do Thonon-les-Bains, a ściślej na plac przed budynkiem tamtejszego merostwa. To tu właśnie w chodnik wmontowano symbol wyznaczający kilometr zero słynnej Route des Grandes Alpes. Zjechaliśmy spokojnie, lecz na dół nie dotarliśmy w komplecie. Gdzieś na tym krótkim odcinku zagubił nam się Adam. Po dłuższej chwili oczekiwań i próbie kontaktu telefonicznego postanowiliśmy zawrócić do Armoy aby go poszukać. Nasza zguba odnalazła się po chwili, jeszcze na ulicach miasta. Okazało się, że najmłodszy członek naszej ekipy już na pierwszym kilometrze zjazdu przeleciał przez wysepkę drogową i „poszlifował” się, acz niegroźnie. W wypadku tym gorzej ucierpiał jego rower, a w zasadzie przednie koło, które nie nadawało się już do dalszej jazdy. Na szczęście mieliśmy z sobą dwie pary zapasowych kół, więc Adam skorzystał z zapasu Piotra i szybko do nas dołączył. W centrum Thonon-les-Bains zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Najważniejszym z nich była fotka całej drużyny wokół wspomnianej rozety.

Ze startu ruszyliśmy wzdłuż brzegów jeziora w kierunku zachodnim. Dopiero po przejechaniu przeszło trzech kilometrów zorientowałem się, że nie jedziemy we właściwym kierunku. Stanęliśmy na wylocie z miasteczka w dzielnicy Morcy i uradziliśmy, iż trzeba zawrócić by bliżej centrum Thonon poszukać właściwego skrętu w prawo. W góry wyprowadzić nas bowiem miała droga D-12 czyli na tym odcinku Avenue des Allinges. Tym sposobem zaserwowaliśmy kilka kilometrów dodatkowej rozgrzewki. Gdy już znaleźliśmy się na właściwej drodze mieliśmy przed sobą 8-kilometrowe „falsopiano” do wioski Maugny (640 metrów n.p.m.). Dopiero w tym miejscu miał się zacząć podjazd pod Col du Cou (1117 m. n.p.m.) czyli pierwszy z ponad 40 podjazdów na całej trasie naszego dwutygodniowego Wielkiego Touru. Góra ta była moim wynalazkiem, albowiem uznałem iż pierwszy etap RGA w swej klasycznej wersji jest dla nas zbyt łatwy. Nie chciałem jechać do Cluses po drodze D-902 przez Morzine i Les Gets czyli niemal cały czas delikatnie pod górę, lecz bez konkretnych podjazdów. Tymczasem przy wjeździe na przełęcz Cou mogliśmy już skorzystać z małej tarczy, wejść we właściwy rytm jazdy i przy tym wszystkim niespecjalnie się zmęczyć. Podjazd ten ma bowiem 8,9 kilometra długości przy średniej 5,4 % i maximum niespełna 7 %. Jednym słowem typowa premia górska drugiej kategorii. „Wielka Pętla” przemierzała tą przełęcz 5-krotnie, lecz tylko raz zdobywano ją od naszej północnej strony. Działo się to w 1984 roku i co ciekawe jako pierwszy na szczycie zameldował się Francuz Bernard Borreau ten sam który jedenaście lat wcześniej stał obok Ryszarda Szurkowskiego i Stanisława Szozdy na podium amatorskich MŚ w Barcelonie.

Pierwsze kilka kilometrów tego podjazdu przejechaliśmy wspólnie. Romek co jakiś czas wyjeżdżał przed grupę by zrobić pozostałym zdjęcia w akcji. W drugiej części podjazdu nieco osłabł Darek. Niemniej widać było, że w odróżnieniu od poprzednich dwóch lat całkiem przyzwoicie przepracował wiosnę i powinien sobie poradzić z czekającym nas wszystkich wyzwaniem. Na przełęczy stanęliśmy na kilka minut w towarzystwie miejscowych amatorów kolarstwa. Potem rozpoczęliśmy krótki zjazd do Habere-Poche. Ogólnie pierwsze 11 kilometrów za przełęczą było mieszanką krótkich zjazdów i podjazdów, z których najbardziej wyrazisty był 2,5-kilometrowy wjazd na Col de Terramont (1094 m. n.p.m.). Odcinek na płaskowyżu skończył się dla nas dojazdem do Col du Jambaz (1027 m. n.p.m.). Do tego miejsca zdążyliśmy stracić kontakt z Darkiem, który jednak uzbrojony w automapę wgraną przed wyjazdem do swego smarfona nie potrzebował mojej pomocy w nawigacji po trasie żadnego z etapów. Jambaz było też miejscem, w którym musieliśmy się rozstać z Romkiem. Zadaniem naszego kolegi było teraz pojechać drogą D-26 na północ w kierunku Armoy, tam zaś odpalić samochód i pognać na metę w Le Chinaillon. Przy odpowiednim zgraniu czasu mieliśmy się zobaczyć ponownie na przełęczy Colombiere. Z kolei dla mnie, Piotra i Adama rozjazd w Jambaz był początkiem szybkiego i niezbyt trudnego technicznie zjazdu do Saint-Jeoire, miejscowości której nazwę nawet Piotrowi trudno było wymówić. Na tym ponad 14-kilometrowym zjeździe miałem okazję się przekonać ile dała mi przesiadka ze starego Colnago Active na nowego Ridleya Orion. Pewniej czułem się w zakrętach, zaś gdy nawet straciłem kilkanaście sekund do swych szybkich jak wiatr kompanów łatwo byłem w stanie odrobić dystans na odcinkach, na których trzeba było nieco pokręcić. Po zjeździe znaleźliśmy się na drodze D-907. Czekał nas teraz 5-kilometrowy dojazd do Mieussy, który choć prowadził doliną bynajmniej nie był zupełnie płaski.

Dojechawszy do tej miejscowości teoretycznie mogliśmy jechać prosto do Taninges, lecz to byłoby zbyt łatwe zadanie dla takich kolarskich zawadiaków jak nasz kwartet. Teraz w planach mieliśmy skręt w lewo i wymagający wjazd na Col du Ramaz (1610 m. n.p.m.). To już nie była przystawka za jaką mogła uchodzić pierwsza przełęcz. Bez dwóch zdań to było pierwsze danie w naszym sobotnim menu. Ramaz to 14-kilometrowy podjazd o średnim nachyleniu 7 % i max. 12,5 %. Najtrudniejszy kilometr tego wzniesienia ma zaś średnie nachylenie 10,8 %. Po tej drodze Tour de France przejeżdżał trzykrotnie, acz na samej przełęczy premię górską wyznaczano tylko w latach 2003 i 2010. Za pierwszym razem wygrywał tu Francuz Richard Virenque podczas rajdu po zwycięstwo etapowe i koszulkę lidera na mecie w Morzine, zaś przy drugiej okazji Belg Mario Aerts na etapie do Avoriaz wygranym przez Andy Schlecka. Podczas naszego przejazdu w dolnej części wzniesienia zadania dodatkowo utrudniał nam wysypany na drogę żwir. Niemniej niewątpliwie w gorszej od nas sytuacji znaleźli się ci amatorzy dwóch kółek, którzy ową stroną góry zjeżdżali. W środkowej części podjazdu było kilka prawdziwie wymagających kilometrów. Ten najtrudniejszy odcinek kończy się przy wjeździe do Stadion du Sommand. W tym miejscu stanąłem z Adamem na dwie minutki aby poczekać na Piotra. Gdy Pietro do nas dołączył pokonaliśmy już razem pozostałe nam do szczytu 4 kilometry, niezbyt trudne a przy tym cieszące oczy ładnymi widokami. Co ciekawe na przełęczy pomimo stosunkowo nieznacznej wysokości bezwzględnej zastaliśmy jeszcze ostatnie łachy śniegu. Ostatnie ślady długiej zimy straszącej w Alpach do późnej wiosny.

Pierwsze 9,5 kilometra zjazdu wiodło drogami D-308 i D-328. Na odcinku za La Savoliere był on szczególnie stromy i krety, a przez to trudny technicznie i niebezpieczny. Straciłem kolegów z pola widzenia, zaś odetchnąć mogłem dopiero wyjechawszy na wspomnianą drogę D-902 nieopodal osady Fry tzn. na wysokości około 980 metrów n.p.m. Pozostawało jeszcze niespełna 7 kilometrów znacznie łatwiejszego zjazdu i do Taninges udało mi się dotrzeć z niewielka stratą do chłopaków. Za sobą mieliśmy już 86 kilometrów, więc zgodnie uznaliśmy iż to dobry moment na zorganizowanie sobie strefy bufetu. W zachodniej części tego miasteczka znaleźliśmy supermarket Super U czyli zatrzymaliśmy się u sponsora ekipy dowodzonej niegdyś przez śp. Laurenta Fignona. Wzmocniwszy się udaliśmy się w drogę, na której czekał nas 2,5-kilometrowy podjazd do Chatillon-sur-Cluses (735 m. n.p.m.) i dwa razy dłuższy zjazd do Cluses. Nie mieliśmy jednak zamiaru wjeżdżać do centrum tej miejscowości. Objechaliśmy miasto od zachodu aby dostać się do Scionzier, gdzie zaczyna się bardzo popularny w dziejach wyścigu Dookoła Francji podjazd na Col de la Colombiere (1613 m. n.p.m.). Począwszy od 1960 roku na przełęczy tej peleton TdF pojawiał się aż 20 razy. Niemniej tylko 6-krotnie organizatorzy zafundowali kolarzom wjazd czekająca teraz nas północno-wschodniej strony. Ta znacznie trudniejsza z dwóch stron liczy sobie 16,2 kilometra przy średniej 6,9 % i max. 12,5 %. Średnią znacznie zaniża wypłaszczenie w środkowej fazie wzniesienia. Ostatnie 6 kilometrów to już nie przelewki, a na domiar złego najgorszy jest ostatni kilometr o średnim nachyleniu 10,7 %. W latach 2007 i 2009-2010 od tej strony górę tą zdobywali: Niemiec Linus Gerdemann, Luksemburczyk Frank Schleck i Francuz Christophe Moreau.

Podjazd ten zaczęliśmy mając już w nogach 100 kilometrów. Piotrek podobnie jak przy wjeździe pod Ramaz z lekka odpuścił. Tym niemniej jechał swoim równym tempem, więc po pokonaniu pierwszych sześciu kilometrów niewiele do nas tracił. Dlatego wraz z Adamem zdecydowaliśmy się odrobinę zwolnić na dojeździe do Le Reposoir i w ten sposób umożliwić koledze dołączenie do nas. Za wspomnianą miejscowością, w której schodzą się drogi z Scionzier i ta biegnąca od odkrytej w 2009 roku przełęczy Romme zaczęły się prawdziwe schody. Przede wszystkim dla mnie. Z naszej trójki niewątpliwie najsłabiej przepracowałem zimę i wiosnę. Do momentu wyjazdu przejechałem od marca tylko 3400 kilometrów, zaś mój najdłuższy kaszubski trening liczył sobie w ujęciu czasowym jakieś 4 godziny 45 minut. Gdy zbliżyłem się do owej bariery czasowej mój organizm powiedział stop, nie jestem na to przygotowany. Najpierw odpadłem od kolegów wśród których pierwsze skrzypce grał Adam, potem widziałem ich coraz dalej przed sobą, a jakiś kilometr przed finałem wspinaczki musiałem się po prostu zatrzymać by na spokojnie zjeść baton, dopić napój z bidonu i już na kompletnej rezerwie doczłapać się na przełęcz. U góry powitał nas Romek, który wjechał na przełęcz od przeciwnej strony. Przez kwadrans odsapnęliśmy sobie przy tamtejszej restauracji, po czym rozpoczęliśmy przyjemny zjazd do mety. Okazało się, że Piotr załatwił nam nocleg m/w w połowie zjazdu. Tym samym nasz pierwszy etap (wyjąwszy początkowy zjazd do Thonon-les-Bains) liczył sobie 124,1 kilometra przy łącznym przewyższeniu 3277 metrów. Na pokonanie takiego odcinka potrzebowałem 5 godzin 42 minuty i 55 sekund (Avs. 21,7 km/h), choć dodając wszystkie postoje w drodze byliśmy w sumie 7 godzin i 10 minut. Nasza nowa przystań schronisko L’Isalou z zewnątrz wyglądało niepozornie, lecz w środku niewiele mu brakowało. Wygodne łóżka, prysznic z ciepłą wodą – więcej do szczęścia nie było nam trzeba. Wieczorem zjechaliśmy do Le Grand Bornand na obiadokolację i krótki spacer po tym znanym kurorcie.

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania 1 etap: Thonon-les-Bains > Le Chinaillon została wyłączona

Prolog: Route des Grandes Alpes

Autor: admin o 21. czerwca 2013

W poprzednich dziesięciu latach moje górskie wyprawy miały raczej stacjonarny charakter. To znaczy niezależnie od tego czy wycieczka trwać miała kilka dni czy dwa tygodnie z hakiem działałem wedle zasady: namierzyć ciekawy kolarsko region, znaleźć dogodnie zlokalizowany nocleg i objechać wszystkie najciekawsze podjazdy w wybranej okolicy. W przypadku dłuższych eskapad po kilku dniach zwiedzania danego regionu robiłem przeprowadzkę do kolejnej bazy noclegowej by z nowego punktu wyjścia powtórzyć ten sam schemat działania. W realizacji wybranych celów na ogół pomocny był samochód służący dojazdowi do podnóży wybranych podjazdów, bowiem z bazy na rowerze wyjeżdżałem tylko na podbój tych najbliżej położonych wzniesień. Z grubsza powiedzieć można, iż wyprawy te przybierały postać od kilkunastu do około trzydziestu górskich czasówek, niekiedy okraszonych startem w jednym, dwóch max. trzech wyścigach z gatunku Gran Fondo. Taki format górskiej eskapady mam już gruntownie przetestowany i zakładam, że nie raz jeszcze z niego skorzystam.

Tym niemniej od pewnego czasu kusiło – nie tylko mnie zresztą – by spróbować czegoś innego, większego, śmielszego. Co najmniej od dwóch lat w rozmowach z Piotrkiem Mrówczyńskim, moim wypróbowanym kompanem w podróżach z lat 2005-2008, powracał temat zorganizowania wyprawy szlakiem Drogi Wielkich Alp czyli Route des Grandes Alpes. Marzyło nam się przemierzenie słynnej trasy z Thonon-les-Bains nad Jeziorem Genewskim do Menton na Lazurowym Wybrzeżu. Drogi, która powstała w latach 1909-1937 z inicjatywy stowarzyszenia Touring Club de France. Ostatnim akordem prac nad jej stworzeniem było otwarcie przeprawy przez przełęcz Iseran (2770 m. n.p.m.) w sabaudzkiej części Alp Graickich. Trasa ma swoje rozmaite warianty, lecz w najbardziej klasycznej wersji liczy sobie 684 kilometrów i 15.713 metry przewyższenia za sprawą szesnastu przełęczy, z których pięć znajduje się na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. Aby przebyć ów szlak teoretycznie mogliśmy pójść na łatwiznę tj. zgłosić się do udziału w organizowanym od roku 2011 wyścigu etapowym Haute Route Alps. Imprezie, która w krótkim czasie stała się w Alpach Zachodnim tym czym we wschodniej części najwyższych gór naszego kontynentu jest transgraniczny Tour Transalp. Tym niemniej owa wygoda organizacyjna wiązałaby się z drożyzną niestrawną dla naszych portfeli, albowiem organizatorzy tego wyścigu dla amatorskich drużyn różnej wielkości winszują sobie tytułem wpisowego 1500 Euro od łebka za ledwie siedem dni zabawy. Zgodnie uznaliśmy, iż z moją pomysłowością w zakresie kolarskiej geografii oraz Piotra znajomością języka francuskiego oraz szerzej kultury tego kraju możemy się pokusić o zorganizowanie dwa razy dłuższej wyprawy za raptem dwie-trzecie owych kosztów czyli kwotę około 4000-4500 złotych od uczestnika.

Niemniej warunkiem koniecznym do tego byśmy w ogóle mogli czynić przymiarki do takiej wyprawy było zapewnienie sobie odpowiedniej obstawy. W odróżnieniu od poprzednich wycieczek w trakcie tej codziennie mieliśmy się przecież przemieszczać z punktu A do punktu B, następnie z punktu B do C itd. Niezbędny był nam Dobry Samarytanin tzn. kolega, który w tym samym czasie przewiózłby nasz samochód wraz z bagażami ze startu na metę danego etapu. Trzeba było znaleźć osobę chętną do odbycia górskiej wycieczki w takiej właśnie roli, choćby w zamian za wpisowe niższe o połowę. Mógł to być zarówno zwykły turysta jak i kolarz-amator taki jak my, w tym drugim przypadku miałby on czas na zaliczenie około połowy spośród wszystkich zaplanowanych podjazdów. Zimą 2011/2012 ta sztuka nam się nie udała. Rok później znaleźliśmy właściwego człowieka i zabraliśmy się do opracowania szczegółów całego projektu. Najpierw uznaliśmy, iż nie warto jechać w Alpy tylko na tydzień. Postanowiliśmy zagrać vabank tzn. przejechać trasę z Thonon-les-Bains do Menton i z powrotem nad Lac Leman. Przy tym drogę z północy na południe mieliśmy przemierzyć w sześć dni m/w po klasycznej trasie RGA, zaś odcinek z południa na północ pokonać w osiem dni, innym, bardziej krętym i dłuższym szlakiem, prowadzącym również szosami Włoch i Szwajcarii. Na bazie takich założeń opracowałem trasy czternastu etapów i mogliśmy przystąpić do rezerwacji 14 lokali na 15 noclegów dla 5 osób. Zdecydowaliśmy się bowiem że pojechać do Francji dwoma samochodami tzn. jednym z Trójmiasta (3 osoby) i drugim z Mazowsza (2 osoby). Większa część pracy nad rezerwacjami przypadła Piotrowi, bowiem 10 z 14 „przystani” znajdować się miało na terenie Francji, względnie frankońskiej części Szwajcarii. Ja zadbałem jedynie o punkty wypoczynku po włoskiej stronie granicy.

W lutym wszystko było już gotowe i pozostało nam jedynie szlifować formę na miarę górskich wyzwań. Tymczasem z uwagi na zawirowania na rynku pracy zawodowej u progu wiosny wycofało nam się dwóch niedoszłych uczestników wycieczki, w tym kolega-kierowca. Czas płynął nieubłaganie, kolejni znajomi i godni zaufania „kandydaci” do zastępstwa za kółkiem nie byli w stanie przejąć sterów wyprawy. Zacząłem już myśleć, iż nad tym śmiałym projektem wisi jakieś fatum. Daliśmy sobie z Piotrem czas do połowy maja na znalezienie człowieka gotowego do pełnienia owej strategicznej funkcji w naszym zespole. W końcu gdy już niemal pogodziłem się z myślą, że pomysł trzeba będzie odłożyć „ad acta” na kolejny sezon, uratował nas Roman Abramczyk. Kolega z Płochocina na co dzień startujący w serii zawodów Powerade Volvo MTB i mający pod nogą dość mocy by pokonać całą trasę w naszym towarzystwie. Tym niemniej Romek uznał, iż zadowoli go w tym dziele rola kolarza na pół-etatu. Tym samym przede mną, Piotrem, a także naszymi kolegami z Gdańska tzn. Darkiem Kamińskim i Adamem Kowalskim wrota do Wielkich Alp stanęły otworem.

Wyjazd zaplanowaliśmy na czwartkowy wieczór 20 czerwca. Zanim udaliśmy się w drogę trzeba było zamontować bagażnik na klapę, który okazyjnie w ostatniej chwili kupił Darek.  Mieliśmy też bagażnik dwumiejscowy dach samochodu, więc w ostateczności moja Kia była gotowa przyjąć na pokład rowery wszystkich członków ekipy. Przed nami było około 16 godzin czystej jazdy przez okolice Poznania, Berlina, Lipska, Norymbergi, Karlsruhe, Bazylei i Berna. Mazowszanie ruszyli dobre dwie godziny wcześniej, w dodatku z wykorzystaniem otwartej przed Euro 2012 autostrady A-2, więc znacznie wyprzedzili nas na trasie dojazdu. Dlatego już w drodze uznaliśmy, iż spotkamy się dopiero na miejscu czyli na pierwszej stancji w Armoy na wzgórzach ponad Lac Leman. Co ciekawe oba pododdziały naszej drużyny Hanibala – jak ze względu na okoliczność forsowania Alp się przezwaliśmy – przy przejeździe przez Kraj Helwetów skorzystały z nadarzającej się okazji i nawiedziły siedzibę władz światowego kolarstwa w cichutkim Aigle. Między innymi za sprawą tego przystanku my Pomorzanie dotarliśmy do naszej bazy wypadowej dopiero około 19:30 w piątek 21 czerwca. Jak się nazajutrz okazało nie tylko nasza piątka szykowała się w tym miejscu na spotkanie z wielką przygodą. Byli tu również Brytyjczycy spod znaku Rapha, którzy dla swych klientów mieli przygotowany pełen zestaw rowerów Pinarello i samochód techniczny marki Jaguar. Na tle takiego sprzętu nasza Kia Cee’d i każdy rower z innej parafii wyglądały nader skromnie. Niemniej pomysł na Alpy mieliśmy ambitniejszy i serca do walki z własnymi słabościami z pewnością trzy razy większe!

Napisany w Route des Grandes Alpes | Możliwość komentowania Prolog: Route des Grandes Alpes została wyłączona