banner daniela marszałka

Archiwum: '2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence' Kategorie

Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence

Autor: admin o 15. stycznia 2021

Górskie zakątki Starego Kontynentu zwiedzam od blisko dwóch dekad, a dopiero po raz drugi przyszło mi ruszyć na kolejną wyprawę we wrześniu. Pierwszy tak późny kalendarzowo wyjazd miał miejsce w 2015 roku. Zarówno tamten do Ligurii i Piemontu, jak i tegoroczny we francuskie Alpy Nadmorskie i Prowansalskie nie był przewidziany w tak późnym terminie. Oba zostały wymuszone okolicznościami. Przed pięciu laty powód tego „czasowego poślizgu” był natury stricte prywatnej. Zerwanie więzadeł prawego barku po upadku na czerwcowym treningu, ledwie dwa tygodnie przed planowanym wypadem i około miesięczna rehabilitacja związana z tym faktem. Tym razem przyczyną późno-letniej wycieczki w Alpy było zjawisko o charakterze globalnym. Niesławny Covid-19, który od początku roku 2020 ostro miesza w życiu mieszkańców Błękitnej Planety. Szczęśliwie w moim i mojej rodziny nie wywołał on wielkich wstrząsów. Ot mniej rodzinnych spotkań, inna organizacja pracy zawodowej i konieczne roszady w programie wakacyjnych podróży. Musiałem „ścieśnić” terminy swych rowerowych eskapad. Mimo to jakimś cudem między jedną a drugą falą pandemii udało mi się zorganizować i odbyć dwie alpejskie wycieczki. W dodatku zakończone zdobyciem aż 59 nowych premii górskich.

Celem mojej drugiej wyprawy w sezonie 2020 były Alpy francuskie, a ściślej ich południowa tercja przylegająca do Morza Śródziemnego. W ujęciu północ-południe zwiedzałem teren od wysokogórskiej doliny Ubaye po słynne Lazurowe Wybrzeże. To był mój jedenasty wypad rowerowy do Francji. Tematem sześciu z dziesięciu wcześniejszych wypraw do tego kraju były Alpy. Swoją przygodę z tymi górami zacząłem od południowego podjazdu na legendarną przełęcz Col d’Izoard. Właśnie we francuskich Alpach zaliczyłem swe pierwsze wyścigi z gatunku „Granfondo” czyli: La Marmotte 2005 i 2006 oraz L’Etape du Tour 2006. Każdy z nich kończąc bardzo wyczerpującą (na skutek wcześniejszych premii i dystansu) wspinaczką do stacji L’Alpe d’Huez. Po raz trzeci we francuskie Alpy dotarłem w 2009 roku. Tym razem zwiedzałem je przez dwa tygodnie, przy okazji zaliczając L’Etape z metą na Mont Ventoux. Czwarte spotkanie miało miejsce w sezonie 2013 podczas niezapomnianej wyprawy pod szyldem Route Grandes Alpes. Na trasie od jeziora Genewskiego do Morza Śródziemnego i z powrotem, aż dwanaście z czternastu odcinków wiodło w całości lub częściowo po francuskich szosach. Mimo tych czterech wizyt wciąż sporo zostało mi do zobaczenia w tej części Alp Zachodnich.

Przed kilkoma laty zbadałem temat bliżej i uznałem, iż warto byłoby zaliczyć jeszcze co najmniej sto alpejskich podjazdów na ziemi francuskiej. Oczywiście realizację tak śmiałego planu musiałem rozłożyć na lata. Cały obszar francuskich Alp podzieliłem sobie zatem na trzy strefy: północną, centralną i południową. Zacząłem to zwiedzanie właśnie w takiej kolejności. To znaczy w czerwcu 2017 roku od departamentów Haute-Savoie & Savoie. Wespół z Darkiem Kamińskim i Tomkiem Busztą, zaś od piątego dnia także z Romkiem Abramczykiem i Piotrem Podgórskim „rozpracowałem” w sumie 29 kolarskich wzniesień po francuskiej stronie. Dwa lata później w tym samym wczesno-czerwcowym terminie wybrałem się z Darkiem i Tomkiem na zwiedzanie kolarskich podjazdów w departamentach Isere & Hautes-Alpes. Znów wpadło mi do kolekcji 29 premii górskich poczynając od Saint-Nizier-du-Moucherotte w okolicy Grenoble po unikalną Col du Parpaillon górującą nad Embrun. Pozostało już tylko dopiąć celu i rozegrać ostatnią tercję potyczki z francuskimi Alpami. Jej sceną musiały być górskie szosy departamentów Alpes-Maritimes oraz Alpes-de-Haute-Provence, acz finał całej wyprawy zaplanowałem sobie na Mont Ventoux, który jak wiadomo leży w „rejonie” Vaucluse.

W trakcie minionych kilkunastu lat byłem w tych stronach trzykrotnie. Niemniej zawsze w ramach dłuższych wypraw czyli nie koncentrując się akurat na tym obszarze. Dlatego poznałem dotąd jedynie 12 solidnych wzniesień z południowej części Alp francuskich. Najpierw w lipcu 2005 roku wjechałem na Cime de la Bonette od strony północnej. Cztery lata później zaliczyłem Mont Ventoux (od Bedoin), południową Col de Vars, północną Col de la Cayolle, wschodnią Col des Champs i południową Col d’Allos. Natomiast w sezonie 2013 poznałem zachodnie strony Col Saint-Martin i Col de Turini, południową Col de la Madone, zachodnią Col de Braus, południową Col de Brouis oraz kończący się na granicy z Italią podjazd pod Tunnel de Tende. Dopiero w tym roku całe dwa tygodnie mogłem poświęcić na zwiedzanie wyłącznie Alp Nadmorskich i Prowansalskich. W najnowszej podróży towarzyszył mi po raz pierwszy Adrian Zdrojewski, mój krajan z Sopotu. Człowiek z bogatym górskim doświadczeniem, acz niekoniecznie zdobytym na rowerze. To był jego kolarski debiut w Alpach, gdyż długie podjazdy testował dotąd na Gran Canarii. Dotarliśmy nad Cote d’Azur w pierwszą sobotę września, dokładnie tydzień po tym jak z Nicei wystartowała mocno opóźniona 107. edycja Tour de France. Chcąc zahaczyć o wszystkie najciekawsze podjazdy w tych okolicach ze względów logistycznych musiałem wynająć aż pięć baz noclegowych. Dwie pierwsze w Le Broc i Saint-Dalmas starczały na dłużej tzn. na sześć nocy każda. Trzy kolejne w Annot, Barcelonnette i Faucon były już tylko krótkimi przystankami na naszym długim szlaku.

Jak mogłem się spodziewać sierpniowa „Lombardia” zagwarantowała mi pewną zwyżkę formy. Straciłem parę kilogramów i nabrałem nieco mocy. Nie zakładałem jednak by mogło to wystarczyć do grania pierwszych skrzypiec w naszym górskim tandemie. Zbyt wiele kilogramów nas dzieliło. Adriano ma warunki fizyczne godne „kolarskiej kozicy”, a przy tym moc taką, iż w niczym nie ustępuje mi na pagórkowatych szosach Kaszub. Niemniej dzięki wspomnianej „włoskiej zaprawie” mogłem przynajmniej ograniczać skalę swych strat. Przejechaliśmy razem 28 podjazdów, niemal co drugi kończąc razem. Na 15 nie wytrzymałem tempa mocniejszego kolegi, ale też nie traciłem  zbyt wiele. To jest od kilkudziesięciu sekund do max. 5 minut. Wspinaczkę na Col d’Allos zakończyłem zaś honorowym „zwycięstwem”. Etapy 1-11 przejechaliśmy na drogach Alpes-Maritimes, zaś odcinki 12-14 na szosach Alpes-de-Haute-Provence. Tylko ostatni (piętnasty) wytyczyłem nam poza granicami tych dwóch departamentów. Całą wyprawę chciałem bowiem zwieńczyć wjazdem na Mont Ventoux od strony północno-zachodniej czyli z Malaucene. Na skutek gwałtownego załamania pogody musieliśmy jednak odwołać swój występ w ostatnim akcie naszego górskiego serialu. Tym samym na szlaku przez południowe Alpy francuskie podobnie jak w strefach północnej i centralnej zaliczyłem kolejne 29 wzniesień o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Pośród nich zaś 19 o amplitudzie przeszło tysiąca metrów. Pod względem wysokości bezwzględnej jak i względnej (różnice wzniesień) podjazdy francuskie przewyższały te lombardzkie.

O ile w sierpniu tylko raz wjechałem powyżej 2000 metrów n.p.m., o tyle tu ów pułap przekroczyłem dziewięciokrotnie. Przede wszystkim po długich piętnastu latach wróciłem na najwyższą ze swoich premii górskich. Ponownie wjechałem na Cime de la Bonette (2802), acz tym razem od strony południowej. Poza tym znacznie ponad wspomniany poziom wspięliśmy się zdobywając przełęcze: Moutiere (2452), Lombarde (2347) i Cayolle (2326). Trzy wrześniowe podjazdy miały przewyższenia przeszło 1500 metrów. Najwięcej metrów w pionie trzeba było pokonać podczas wjazdu z L’Escarene na Authion (1670), zaś niewiele mniej na wspomnianej już Bonette (1658). Do tego jeszcze Millefonts (1554), Lombarde (1481) i Andrion (1453) również pod tym względem górowały nad największymi z moich sierpniowych wzniesień. Francuskie podjazdy były też z reguły dłuższe od włoskich. O ile w Lombardii zaliczyłem tylko dwie przeszło 20-kilometrowe wspinaczki, o tyle na francuskich szosach pokonałem aż jedenaście gór tak znacznej długości. W tym dwie iście maratońskich rozmiarów. Po pierwsze Authion liczącą sobie aż 33,1 kilometra. Po drugie Greolieres-les-Neiges, od której zaczęliśmy całą zabawę, mającą 31,6 kilometra. W sumie na trasach 14 etapów przejechałem 1058 kilometrów z łączną amplitudą 31.404 metrów. Co prawda nieco więcej metrów w pionie nabiłem w Lombardii, ale tam wszystkich podjazdów miałem 30. Tu zaś do pełni szczęścia zabrakło nam Mont Ventoux, która w burzowe przedpołudnie 20 września okazała się górą niedostępną dla zwykłych śmiertelników.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem na wrześniowym szlaku od Pont du Loup do Valbelle.

Mój rozkład jazdy:

6.09 – Greolieres-les-Neiges & Col de Vence

7.09 – Mont Vial & Mont Chauve

8.09 – Col d’Andrion & Valberg (S)

9.09 – L’Authion (SW) & Col de Turini (SE)

10.09 – Mont Agel & Fort de la Revere (via Col d’Eze)

11.09 – Madone d’Utelle & Vallon de la Gordolasque (Pont du Countet)

12.09 – Madone de Fenestre & Parking de Salese

13.09 – Cime de la Bonette & Col de la Moutiere

14.09 – Col de la Lombarde & Col de la Couillole

15.09 – Parking de Millefonts & Col de la Sinne

16.09 – Valberg (W) & Col de la Cayolle

17.09 – Lac d’Allos & Col des Champs

18.09 – Col d’Allos, Super-Sauze & Saint-Anne-la-Condamine

19.09 – Montagne de Lure (N) & Montagne de Lure (S)

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence została wyłączona

Lac d’Allos

Autor: admin o 17. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Allos (D226)

Wysokość: 2110 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 692 metry

Długość: 10,6 kilometra

Średnie nachylenie: 6,2 %

Maksymalne nachylenie: 14,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W Annot zatrzymaliśmy się tylko na jedną noc. Był to lokal typu Chambre d’Hotes czyli coś co lepiej znamy pod angielskim hasłem Bed & Breakfast. Owszem w naszym niewielkim apartamencie była dostępna kuchnia, z której skorzystaliśmy w środowy wieczór. Niemniej o poranku mogliśmy liczyć na śniadanie przygotowane przez naszych gospodarzy. Trzeba przyznać, że spisali się na medal, gdyż było ono doprawdy „wypasione”. Najedliśmy się ze smakiem i do syta przy okazji podziwiając piękny przydomowy ogród. Opracowując program naszej dwutygodniowej wycieczki poważnie rozważałem możliwość pokonania aż trzech wzniesień na dwunastym etapie. Na trasie z Annot do Barcelonnette (czwarta baza) podobnie jak dzień wcześniej czekały nas dwa pewne podjazdy. Niemniej tym razem obie wspinaczki mieliśmy zacząć z tego samego miejsca czyli z Colmars. Ta okoliczność oszczędzała nam nieco czasu. Tymczasem całkiem przyjemną górkę mieliśmy tego poranka dosłownie pod naszym nosem. Kusiło mnie by zacząć czwartek od łagodnej wspinaczki na Col de la Colle-Saint-Michel (1431 m. n.p.m.). Tym bardziej, że podjazd ten przed paroma laty znalazł się na trasie Tour de France. W 2015 roku na etapie siedemnastym z Digne-les-Bains do Pra Loup wygranym przez Niemca Simona Geschke. Przełęcz ta była trzecią z pięciu premii górskich tego odcinka. Przyznano jej drugą kategorię. Pierwszy wjechał na nią Belg Serge Pauwels. Startując z Annot mielibyśmy do przejechania 16 kilometrów o średnim nachyleniu tylko 4,5%. Gdybyśmy potraktowali ten podjazd ulgowo byłby dla nas ledwie rozgrzewką przed kluczowymi podjazdami dwunastego etapu. Na dokładne zapoznanie się ze świętym Michałem (podjazd i zjazd) potrzebowaliśmy jednak blisko dwóch godzin. Dlatego ostatecznie odpuściliśmy sobie kolarską wycieczkę na tą przełęcz. Mieliśmy się zadowolić samochodowym przejazdem przez nią, gdyż najkrótsza trasa do Colmars wiodła właśnie po drodze D908. Jednak w ostatniej chwili dowiedzieliśmy się, że jej górny odcinek jest zamknięty z uwagi na roboty drogowe.

Tym samym z Annot do Colmars musieliśmy pojechać okrężną 55-kilometrową trasą przez miejscowość Saint-Andre-les-Alpes. Transfer ten początkowo wiódł drogą krajową N202, częściowo wzdłuż brzegów Lac de Castillon. Następnie pod prąd rzeki Verdon szosami D955 i D908. W końcówce dojazd prowadził już lekko pod górę, gdyż nasze czwartkowe podjazdy mieliśmy zaczynać z wysokości około 1250 metrów n.p.m. Małe (490 mieszkańców), lecz atrakcyjne turystycznie Colmars zawdzięcza swą nazwę Rzymianom. Pierwsza osada zbudowana w tej okolicy, na jednym z pobliskich wzgórz, zwała się bowiem Collo Marto. Centrum wsi powstałej w późniejszym okresie u ujścia potoku Lance do Le Vedron nadal otoczone jest średniowiecznymi murami. Poza tym miejscowość ta do dziś „strzeżona” jest przez dwie warownie tzn. Fort de France (na południu) oaz Fort de Savoie (na północy). Przyjechawszy na miejsce zatrzymaliśmy się na parkingu w pobliżu północnej bramy do miejscowej „starówki”. Naszym pierwszym celem było Lac d’Allos. Uznawane przez Francuzów za najwyżej położone jezioro naturalne tej wielkości w Europie. Nie badałem ile w tym prawdy, a ile reklamy. Niemniej fakty są następujące. Jest to jezioro polodowcowe o powierzchni 43 hektarów (950 x 460 metrów) i maksymalnej głębokości 50 metrów. Leży na wysokości 2230 metrów n.p.m. w granicach Parc National du Mercantour. Nad jeziorkiem tym można odpocząć lub posilić się w Refuge du Lac d’Allos lub pomodlić się przy Chapelle Notre Dame des Monts. Nazwa kolarskiego podjazdu wiodącego w jego kierunku jest nieco umowna. Szosa nie dociera do brzegów jeziora, lecz kończy się na Parking du Laus 2110 metrów n.p.m. Do tafli francuskiego „Morskiego Oka” brakuje około dwóch kilometrów. Długość spaceru po tym szlaku oszacowano na 45 minut. Sprawniejsi turyści mogą stąd też w ciągu trzech godzin zdobyć Mont Pelat (3051 metrów n.p.m.) lub w nieco krótszym czasie dotrzeć na Col de la Cayolle.

Pełen podjazd z Colmars na wspomniany parking przed Lac d’Allos liczy sobie blisko 18 kilometrów. Niemniej jego pierwszy odcinek na drodze D908 to ledwie preludium do prawdziwej wspinaczki kolarskiej. Ten łagodny wstęp jest zarazem początkiem podjazdu na znaną z Tour de France przełęcz Allos. Na wspólnym dla obu wzniesień 7-kilometrowym segmencie przeciętne nachylenie wynosi tylko 2,5%. Wszystko zmienia się po wjeździe na szosę D226. Konkretna wspinaczka zaczyna się z poziomu 1414 metrów n.p.m. Główną dolinę opuszcza się tuż przed wioską Allos, zaraz po minięciu kościółka Notre-Dame-de-Valvert. Dłuższy profil tego podjazdu znalazłem na „archivio salite”. Jego krótszą wersję można sobie obejrzeć na „cyclingcols”. Jeśli chodzi o detale zasadniczej części owej wspinaczki to warto zerknąć na stronę „massimoperlabici”. Wedle jej autora mamy tu najpierw do pokonania 2-kilometrowy odcinek do osady Sainte-Brigitte (1529 m. n.p.m.) o nachyleniu 5,7%. Potem 3,5-kilometrowy sektor ze stromizną 8,9%, kończący się na wysokości 1842 metrów n.p.m. Następnie zjazd o długości 1,7 kilometra, na którym traci się aż 72 metry z wcześniej zdobytej wysokości. Na koniec zaś najtrudniejszy segment czyli 3,3 kilometra ze średnią stromizną aż 10,8%. Jazdę zaczęliśmy kilka minut po jedenastej. O tej godzinie było jeszcze pogodnie, acz nie przesadnie ciepło. Na pierwszych 10 kilometrach mieliśmy temperaturę w okolicach 23 stopni, zaś na szczycie 17. Dojazd do Allos posłużył nam za rozgrzewkę przed prawdziwym wyzwaniem jakie czekało nas dalej. Ten łatwy odcinek pokonaliśmy w 18 minut czyli jadąc z prędkością około 23,5 km/h. Wjechawszy na drogę D226 początkowo zawracaliśmy na południe. Po 600 metrach tuż przed pierwszym wirażem nachylenie sięgnęło 10,2%. Na drugim kilometrze też trafiła się chwilowa 10-tka, zaś pod koniec trzeciego mój licznik odnotował już stromiznę 11,1%. Na tych stromych ściankach co raz trudniej było mi utrzymać tempo dyktowane przez Adriana. Jechaliśmy naprawdę mocno, skoro przez pierwsze 2,35 kilometra wykręciliśmy tu VAM na poziomie 1134 m/h.

W końcu na wysokości Villard-Bas, tuż przed zakrętem nr 10, puściłem koło. Nie było sensu zbyt długo przeciągać tej liny. Odpadłbym prędzej czy później, a za zbyt długą walkę z przeznaczeniem mógłby tylko mocniej zapłacić na bardzo stromej końcówce wzniesienia. Należało nieco zluzować i opracować własny rytm jazdy. Niespełna kilometr dalej minąłem ostatnią osadę na tym szlaku czyli Villard-Haut (1784 m. n.p.m.), gdzie stromizna sięgnęła już 11,9%. Niebawem zrobiło się luźniej, zaś pod koniec piątego kilometra nachylenie zupełnie odpuściło. Na pierwszych 5 kilometrach straciłem do Adka 24 sekundy. W połowie szóstego kilometra zaczął się zjazd. Miejscami stromy i prowadzący po wilgotnej nawierzchni. Pokonałem go bardzo ostrożnie. Po 6,4 kilometra od Allos minąłem Parking de la Cluite, zaś skończywszy siódmy kilometr wjechałem do Parku Narodowego Mercantour. Sto metrów dalej zaczęła się najtrudniejsza faza wspinaczki. Na początek 1200 metrów ze średnią 11,9% i max. 14,7%. Potem łatwiejsze 600 metrów wzdłuż potoku Chadoulin. Za mostkiem kolejny bardzo stromy odcinek. Tym razem 1400 metrów, po krętej trasie z sześcioma wirażami. Sektor nieco przyjemniejszy od pierwszej ściany, choć także z poważnymi stromiznami: średnio 11,1% i max. 14,4%. Dopiero na ostatnich 200 metrach można było odetchnąć na delikatnym zjeździe do kresu szosy na końcu Parking du Laus. Cały o podjazd od centrum Colmars zajął mi ponad 64 minuty. Na ciężkiej końcówce straciłem do kolegi tylko minutę. Adriano segment o długości 3,08 kilometra i średniej 10,4% przejechał w 17:09 (VAM 1129 m/h). Ja potrzebowałem na to 18:10 (VAM 1065 m/h). Jeśli chodzi o cały podjazd z początkiem w Allos to straciłem 2:07, z czego przeszło 40 sekund na wspomnianym zjeździe. Pokonałem to wzniesienie w 45:53 (avs. 13,8 km/h), zaś Adrian w 43:46 (avs. 14,4 km/h). Na prędkości pionowe nie ma co patrzeć, gdyż są one „zafałszowane” czasem bezproduktywnie straconym na zjeździe. Pojechaliśmy dobrze. Adi na stravie zajmuje tu obecnie 20., zaś ja 33. miejsce w „peletonie” liczącym 198 osób.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4074638229

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4074638229

ZDJĘCIA

IMG_20200917_001

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Lac d’Allos została wyłączona

Col de la Cayolle

Autor: admin o 16. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Entraunes (D2202)

Wysokość: 2326 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1085 metrów

Długość: 15 kilometrów

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 9,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Col d’Allos, Col de la Cayolle i Col des Champs to ciekawy górski tercet w południowej części Alp francuskich. Każda z tych przełęczy ma wysokość ponad 2000 metrów n.p.m. Można je wszystkie zdobyć w ramach jednej 120-kilometrowej rundy, acz kosztem pokonania w pionie około 3200 metrów. W lipcu 2009 roku wraz z Darkiem Kamińskim zaliczyłem tą okrężną trasę wyruszając z Barcelonnette i jadąc zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Tym samym na Cayolle podjechałem od północy, na Champs od wschodu i na Allos od południa. Teraz chciałem zdobyć te góry od przeciwnych stron. Tamta wyprawa zbudowana wokół naszego udziału w L’Etape du Tour z metą na Mont Ventoux obejmowała niemal cały obszar francuskich Alp od Górnej Sabaudii po Prowansję. Nie mieliśmy czasu na bardzo dokładne poznawanie poszczególnych regionów. Celowaliśmy w najważniejsze premie górskie na szlaku naszej podróży. Natomiast trzy wspomniane przełęcze zaliczyliśmy jednego dnia czyli hurtem. Zasięg terytorialny wrześniowej wycieczki anno domini 2020 był znacznie skromniejszy i ograniczał się do górskich szos dwóch departamentów. Dlatego mogliśmy sobie z Adrianem pozwolić na spokojniejsze zwiedzanie okolicy i poznanie niemal każdej ciekawszej góry na wybranym przeze mnie obszarze. Dzięki temu trzy wspomniane na wstępie miejsca odwiedzałem tym razem na raty przez trzy kolejne doby. W środę zmierzyłem się z południową stroną Col de la Cayolle, w czwartek z zachodnim zboczem Col de Champs, zaś w piątek z północnym obliczem Col d’Allos. Z owej trójki Cayolle jest najwyższa i zarazem najtrudniejsza, przynajmniej w swej południowej wersji. Podjazd północny na tą przełęcz jest co prawda długi, ale łagodny. Ma długość 27,5 kilometra i przeciętne nachylenie tylko 4,4%. Jedynie na ostatnich pięciu kilometrach robi się dość wymagający. Wspinaczka południowa to już „zupełnie inna para kaloszy”. Biorąc za punkt startu miejscowość Saint-Martin-d’Entraunes (1055 m. n.p.m.) mamy do pokonania 21 kilometrów o średniej stromiźnie 6,1%, przy czym na ostatnich 15 kilometrach nawet 7,1%.

Ponieważ był to dzień naszej drugiej przeprowadzki niespecjalnie były warunki ku temu by zaliczyć południową Col de la Cayolle w jej pełnym wymiarze. Tego dnia musieliśmy pokonać autem w sumie 125 kilometrów w górskim terenie. Każdy przystanek na tej drodze wymagał zaś poświęcenia „paru chwil” na wyładunek i załadunek sprzętu przewożonego wewnątrz samochodu. Uznałem, iż rozsądniej będzie ograniczyć długość spotkania z Cayolle. Lepiej było przejechać tylko najbardziej konkretną część tego wzniesienia czyli darować sobie łagodny wstęp między Saint-Martin-d’Entraunes a Entraunes. Zrezygnowaliśmy zatem z 6-kilometrowego odcinka o przeciętnej zaledwie 3,4%. Na pozostałych 15 kilometrach i tak mieliśmy do pokonania grubo ponad 1000 metrów w pionie. Południowy podjazd na Cayolle prowadzi drogą D2202. W pobliżu tej szosy na wysokości 1790 metrów n.p.m. swe źródła ma rzeka Var. Ostatnie 5 kilometrów tej wspinaczki znajduje się na terenie Parku Narodowego Mercantour. Przełęcz leży na wschód od szczytu Mont Pelat (3051 m. n.p.m.) i przebiega przez nią granica między departamentami Alpes-Maritimes oraz Alpes-de-Haute-Provence. Po drugiej stronie tej przeprawy wzdłuż potoku Bachelard biegnie droga D902, która łączy dolinę Var z leżącą na północy Vallee de l’Ubaye. Col de la Cayolle trzykrotnie pojawiła się w programie Tour de France. Za pierwszym razem wspinano się na nią od „naszej” południowej strony, zaś przy dwóch kolejnych okazjach od północy. Zadebiutowała na „Wielkiej Pętli” w sezonie 1950, gdy pojawiła się na trasie etapu siedemnastego z Nicei do Gap. Została wówczas poprzedzona południowo-wschodnim podjazdem do stacji Valberg (Col de Vasson). Odcinek ten wygrał Francuz Raphael Geminiani, lecz na premię górską jako pierwszy wjechał jego rodak Jean Robic, triumfator pierwszego powojennego Touru z sezonu 1947. Północną wersję Cayolle przetestowano w latach 1955 i 1973 na etapach dziewiątych do Monako i Nicei, o których wspomniałem już przy relacji z zachodniego Valbergu. Kolejnymi zdobywcami Cayolle zostali wówczas: Charly Gaul oraz Vicente Lopez-Carril.

Po drugim wjeździe na Valberg podobnie jak na trzecim etapie wpadliśmy na kawkę do restauracji Le Sapet. Potem już czym prędzej udaliśmy się w kierunku Entraunes. Przejechawszy około 30 kilometrów zatrzymaliśmy się na pierwszym parkingu jaki zobaczyliśmy po wjeździe do tej miejscowości. U podnóża podjazdu było gorąco, ale niebo już się zaperzało. Tymczasem jednak, na kilka minut przed wpół do czwartą, mieliśmy tu temperaturę na poziomie aż 33 stopni. Początek wspinaczki wyznaczyliśmy sobie z miejsca położonego nieco niżej niż postój. Cofnęliśmy się do tablicy stojącej na południowej granicy miasteczka. Po 150 metrach od startu przejechaliśmy przez mostek nad młodą tu rzeką Var i wpadliśmy do centrum Entraunes. Po 400 metrach minęliśmy boczną dróżkę wiodącą do kampingu Tellier, zaś samo miasteczko zostawiliśmy za plecami. Od tego momentu podjazd zrobił się poważny. Już na pierwszym kilometrze stromizna przekroczyła 8%. Na drugim nachylenie było podobne, zaś na trzecim chwilowo sięgnęło 9,5%. Na początku trzeciego kilometra zaczęliśmy się wspinać drogą wzdłuż ciemnoszarych skał łupkowych. Krajobraz był kolorystycznie zbliżony do tego, który uczestnicy Giro d’Italia widują na zboczach Etny. Po przebyciu 4,2 kilometra zakończyliśmy pierwszą fazę wspinaczki. Pozostała część piątego kilometra wiodła nas przez niemal płaski teren. Na tym odcinku przejechaliśmy przez dwa krótkie tunele, zaś zakończyliśmy go przejazdem przez most Saint-Roch na prawy brzeg rzeki Var. Po pokonaniu trzeciego wirażu droga ponownie skierowała się na północ i trzymała solidne nachylenie przez kolejne dwa kilometry. Dokładnie po sześciu kilometrach przemknęliśmy przez osadę Saint-Sauveur (1661 m. n.p.m.). Następnie w połowie ósmego kilometra wpadliśmy do Estenc, „wyrosłej” nad jeziorkiem w pobliżu źródeł Varu. Na chwilowo łagodniejszym terenie minęliśmy tu restaurację Relais de la Cayolle.

Na początku dziewiątego kilometra stromizna znów stała się poważna. Przejechawszy 8,5 kilometra minęliśmy stare Refuge Cantonniere zbudowane na wysokości 1850 metrów n.p.m. Powyżej tego schroniska zaliczyliśmy zakręty nr 4 i nr 5, po czym za mostkiem nad strumykiem Garret (1911 m. n.p.m.) wjechaliśmy do Parku Narodowego Mercantour. Po chwili droga odbiła na wschód, po czym delikatnym łukiem zawróciła na zachód. Skończywszy jedenasty kilometr wpadliśmy do kolejnego ciemnego tunelu. Po jego drugiej stronie spotkała nas zoologiczna niespodzianka. Z owej czeluści wyjechaliśmy wprost na krowy, które nonszalancko zwiedzały sobie ów odcinek drogi nie zważając na to, iż wytyczono ją na półce skalnej. Akurat w tym miejscu teren po naszej lewej ręce dość gwałtownie się urywał. Spokojnym slalomem ominęliśmy to zagubione stadko i po chwili już nieco szybciej ruszyliśmy dalej przed siebie. Widok przed naszymi oczyma nie nastrajał optymistycznie. Chmury kłębiące się nad przełęczą zdążyły już ściemnieć i przybrały wręcz granatową barwę. Można było mieć poważne wątpliwości czy zdążymy skończyć wspinaczkę zanim rozpęta się pogodowy armagedon. Na początku trzynastego kilometra zaczęliśmy najbardziej pokręcony segment drogi D2202. To znaczy sektor z pięcioma wirażami (numery 7-11) na dystansie około 2,2 kilometra. Ostatni z nich znajdował się na wysokości 2287 metrów n.p.m., nieco ponad pół kilometra przed finałem. Mimo sporej wysokości otaczająca szosę roślinność nie ograniczała się bynajmniej do traw czy krzewów. Drzewka iglaste (jodły) całkiem dobrze się tu przyjęły. Dotarliśmy na przełęcz w niespełna 65 minut. Segment ze stravy o długości 14,13 kilometra z przewyższeniem 1063 metrów pokonaliśmy w 1h 02:32 (avs. 13,6 km/h i VAM 1020 m/h). To dało nam miejsce wśród 6% najlepszych wyników z południowego Cayolle.

Na górze było już tylko 16 stopni, ale na nasze szczęście jeszcze nie padało. Spotkaliśmy tu starsze małżeństwo zmotoryzowanych turystów. Dzięki temu załapaliśmy się na dwójkowe zdjęcie przy pamiątkowej steli. Po 10-minutowym pobycie na przełęczy ruszyliśmy z powrotem mając ledwie nieśmiałą nadzieję na to, iż uda nam się uniknąć deszczu. Mimo nader dobrze widocznego zagrożenia na zjeździe nie zaniedbywałem „obowiązków” fotograficznych. Ryzyko się opłaciło i jakimś cudem udało się nam zjechać do Entraunes na sucho. Niemniej wicher, który dopadł nas na dole zwiastował rychłą już ulewę. Ta dopadła nas dosłownie chwilę po tym jak ruszyliśmy samochodem w dalszą drogę. Była gwałtowna, ale potrwała może z kilkanaście minut. A zatem wielce opłaciła się nam decyzja o skróceniu podjazdu. Gdybyśmy start owej wspinaczki wytyczyli sobie w Saint-Martin-d’Entraunes to bez dwóch zdań zostalibyśmy ostro zlani. Jeśli nie na podjeździe, to już na pewno w trakcie zjazdu. Po kwadransie niebo przestało płakać. Tymczasem w dalszej części trasy na południe czekała nas jeszcze nie lada atrakcja turystyczna. To znaczy przejazd przez malowniczy Gorges du Daluis. Droga D2202 co chwila wpadała tu do krótkich tuneli, niekiedy jednokierunkowych. Zmęczony ciężkim dniem kierowca łatwo mógł się pogubić. W jednym podstępnym miejscu przydała się przytomność umysłu towarzyszącego mu pilota 😉 Po wyjeździe z wąwozu wspomniana szosa zmieniła się w drogę D902, zaś po rozstaniu się z doliną Var wpadliśmy na krajówkę N202. Pod sam koniec tego transferu musieliśmy jeszcze skorzystać z szosy D908 prowadzącej na Col de la Colle-Saint-Michel (1431 m. n.p.m.). Nasza trzecia baza noclegowa czyli Chambres d’Hotes Le Baou znajdowała się na początku łagodnego podjazdu wiodącego na tą przełęcz. Według booking.com jakieś 900 metrów na północ od centrum Annot.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4069761247

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4069761247

ZDJĘCIA

IMG_20200916_049

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Col de la Cayolle została wyłączona

Valberg (via Saint-Bres)

Autor: admin o 16. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Guillaumes (D28)

Wysokość: 1672 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 881 metrów

Długość: 13,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po trzech ciężkich etapach od niedzieli do wtorku ten środowy w teorii wyglądał na znacznie łatwiejszy. W trakcie ósmego, dziewiątego i dziesiątego dnia wyprawy za każdym razem mieliśmy do pokonania więcej niż 2500 metrów w pionie. Tym razem łączne przewyższenie z obu podjazdów miało wynieść mniej niż 2000. Jednak etapy przejazdowe nigdy nie są łatwe, choćby dlatego że na ogół więcej czasu niż zwykle trzeba spędzić w samochodzie. Druga środa była właśnie takim dniem. Przed południem tym razem już na dobre opuściliśmy Saint-Dalmas (Valdeblore), by pod wieczór pojawić się na jedną noc w Annot. Gminie zamieszkanej przez nieco ponad 1000 osób i leżącej na terenie sąsiedniego departamentu Alpes-de-Haute-Provence (Alpy–Górna Prowansja). W trakcie tego transferu mieliśmy zaplanowane dwa przystanki, gdyż nasz dzienny program zgodnie ze świecką tradycją musiał zawierać dwie kolarskie wspinaczki. Etap jedenasty był już ostatnim na szosach Alp Nadmorskich. Na pożegnanie z departamentem Alpes-Maritimes mieliśmy zaliczyć jeden z dwóch zachodnich podjazdów na Col de Valberg oraz wjechać od południa na wysoką Col de la Cayolle. W obu tych miejscach byłem już wcześniej. W stacji Valberg zaledwie przed ośmioma dniami, zaś na przełęczy Cayolle jedenaście lat wcześniej. Teraz chodziło zaś o to by zdobyć te wzniesienia od innej strony niż za pierwszym razem. Do ośrodka narciarskiego na przełęczy Valberg (znanej też pod nazwą Vasson) można podjechać trzema drogami. Południowo-wschodnią przez Gorges de Cians i miejscowość Beuil przetestowaliśmy na trzecim etapie wycieczki. Poza tym do stacji tej dotrzeć można na dwa sposoby od strony zachodniej. Obie te górskie ścieżki zaczynają się w Guillaumes. Najkrótszy i zarazem najszybszy dojazd do tego miasteczka prowadził nas przez Col de la Couillole. To jest przełęcz, którą na rowerach zdobyliśmy w poniedziałek. Jako, że Valberg był nam już znany wiedzieliśmy, gdzie na terenie tego ośrodka będzie można się spokojnie wypakować i przygotować do jazdy. Dlatego pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie na górze, po czym etap 11a zaczęliśmy od zjazdu do Guillaumes.

Przy okazji relacji z trzeciego dnia wspomniałem, że w stacji Valberg widywano już ważne kolarskie imprezy. Zacznijmy od tej największej czyli Tour de France. Uczestnicy „Wielkiej Pętli” przemknęli tędy czterokrotnie. Trzy razy walczono tu o punkty do klasyfikacji górskiej, w tym dwukrotnie gdy na Col de Valberg podjeżdżano od zachodu. W sezonie 1955 jako pierwszy wjechał na nią od tej strony Luksemburczyk Charly Gaul. „Anioł Gór” zgarnął tu premię górską na 275-kilometrowym etapie dziewiątym z Briancon do Monaco wygranym przez Francuza Raphaela Geminianiego. Po raz drugi przetestowano ten podjazd w roku 1973 i też na dziewiątym odcinku podczas innego górskiego maratonu. Był to 235-kilometrowy etap z Embrun do Nicei wygrany przez Hiszpana Vicente Lopeza-Carilla, na którym to Valberg należał do jego rodaka Pedro Torresa. Natomiast południowo-wschodni podjazd na Valberg pojawił się na Tourze już w sezonie 1950. Na etapie siedemnastym z Nicei do Gap, także wygranym przez Geminianiego. Męski Tour de France nigdy się tu nie zatrzymał, co innego jego kobieca wersja rozgrywana w latach 1984-2009 pod czterema różnymi nazwami. Górskie odcinki Tour Cycliste Féminin 1996 oraz Grande Boucle Féminine Internationale 1998 zakończone w tym miejscu należały do Włoszki Fabiany Luperini. Znakomitej „góralki”, która w swej karierze pięciokrotnie wygrała wyścig Dookoła Włoch i trzy razy ściganie Dookoła Francji. Luperini była jeszcze trzecia na mecie w Station du Valberg podczas „Pętli” z roku 2003. Niemniej wówczas tak etap jak i cały wyścig należał już do Baskijki Joane Sommariba, zawodniczki która Grand Boucle wygrała w sumie trzykrotnie. Warto też wspomnieć, iż w sezonie 1999 zakończył się tu przedostatni etap Paris – Nice. Po finiszu z 10-osobowej grupki na ulicach Valberg triumfował śp. Frank Vandenbroucke. Belg na progu najlepszego sezonu swej „pokręconej” kariery wyprzedził tu Francuza Richarda Virenque i Włocha Dario Frigo. Swoją drogą tercet asów na miarę dopingowych czasów. Siódmy na kresce był Holender Michael Boogerd, zwycięzca tej 57. edycji „Wyścigu ku Słońcu”.

Z dwóch zachodnich podjazdów do stacji Valberg wybraliśmy ten południowy, prowadzący drogą D28 przez osadę Saint-Bres. Zadecydowały względy techniczne i estetyczne. Ta wspinaczka jest nieco trudniejsza od opcji północnej korzystającej z szosy D29 i przechodzącej przez wioskę Peone. Według danych ze strony „cyclingcols” pierwsza ma długość 13,1 kilometra przy średniej stromiźnie 6,7%. Natomiast druga 14,2 kilometra i przeciętne nachylenie 6,2%. Nasza została wyceniona przez Michela na 643 punkty (ta druga na 552). Na dobrą sprawę całe przewyższenie musieliśmy pokonać na dystansie niespełna 12 kilometrów, albowiem końcówka jest tu zupełnie płaska. Przed dokonaniem wyboru zrobiłem też rozpoznanie terenu oglądając zdjęcia obu dróg opublikowane na google-maps. Po tej „lustracji” uznałem, że szlak biegnący po D28 jest nie tylko trudniejszy, ale też atrakcyjniejszy widokowo. Kolarska historia niewiele miała tu do dodania. Udało mi się jedynie ustalić, iż przez Saint-Bres jechano w trakcie Tour de France z roku 1973. Wielokrotnie przerywany zjazd do Guillaumes zabrał nam przeszło 40 minut. Miejscowość ta powstała u ujścia potoku Le Tuebi do rzeki Var. Mieszka w niej na stałe nieco ponad 600 osób. Prezentowała się całkiem ładnie, ale mieliśmy czasu na jej zwiedzanie. Zatrzymaliśmy się na chwilę pod budynkiem lokalnego merostwa w pobliżu drogi D29, którą wkrótce mieliśmy zignorować. Około wpół do pierwszej na dole było 31 stopni. Temperatura jeszcze nieco wzrosła na pierwszych kilometrach podjazdu. Mój licznik zanotował maxa na poziomie 33, zaś u kresu wspinaczki przyjemniejsze 23. Na samym początku przejechaliśmy przyozdobiony licznymi flagami most nad Tuebi. Brązowa tablica przy wjeździe na tą przeprawę informowała, iż nasz podjazd pod Valberg znajduje się na słynnej trasie Route des Grandes Alpes. Dodam, iż chodzi tu o alternatywną wersję tego szlaku wynikającą z wcześniejszego wyboru przełęczy Cayolle zamiast Bonette. Już po stu metrach jazdy odbiliśmy w lewo wracając na górską D28.

Na pierwszym kilometrze jechaliśmy przez wioskę Saint-Claire. Dopiero wraz z końcem drugiego kilometra szosa obrała zdecydowanie wschodni kierunek. Wiodła nas odtąd zboczem góry wzdłuż prawej strony Vallon du Riou. W połowie czwartego kilometra przecisnęliśmy się przez mostek, na którym obowiązywał ruch wahadłowy. Pod koniec piątego skaliste otoczenie szlaku zamieniliśmy na bardziej zielone okolice. Na trzecim wirażu zostawiliśmy za sobą dróżkę prowadzącą do osad: Le Veynas, Saint-Jean i Cardenas. Na siódmym kilometrze szosa początkowo zawracała na zachód, ale na czwartym zakręcie przypomniała sobie, że jej cel znajduje się przecież na wschodzie. Niebawem, bo pod koniec ósmego kilometra wpadliśmy na chwilę do Saint-Bres (1361 m. n.p.m.). Na dziewiątym kilometrze minęliśmy jeszcze mniejsze Les Couletas, zaś na dziesiątym zaliczyliśmy wiraże nr 5 i 6. Ogółem na tej drodze było do pokonania tylko siedem serpentyn. Ostatnia znajdowała się po niespełna 11 kilometrach od podnóża wzniesienia. Na wysokości bramy do lokalnego punktu recyklingu. Stąd do stacji mieliśmy jeszcze niemal dwa i pół kilometra, lecz do końca wspinaczki już tylko kilometr. Przejechawszy 11,8 kilometra minęliśmy znajdujący się po naszej lewej stronie punkt widokowy na Cime Negre (2553 m. n.p.m.) i sąsiadujące z tą górą szczyty. Po chwili minęliśmy białą tablicę z napisem „Col du Valberg” i tym samym ów podjazd mieliśmy już za sobą. Na ostatnich 1400 metrach było już zupełnie płasko. Na wjeździe do stacji trzeba było nieco uważać na prowadzone w tych dniach roboty drogowe. Po 13 kilometrach od Guillaumes wjechaliśmy na pierwsze rondo, gdzie nasza droga połączyła się z szosą D29. Potem już najkrótszą ścieżką przez centralny deptak dotarliśmy do naszego samochodu. Podjazd do stacji zabrał nam około 54 minuty. Nieco mniej faktyczna wspinaczka, bowiem segment o długości 11,76 kilometra pokonaliśmy w 50:26 (avs. 14 km/h z VAM 1053 m/h). Ten czas dał całkiem niezłe miejsce na stravie tj. pośród 7% najlepszych wyników.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4069761143

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4069761143

ZDJĘCIA

IMG_20200916_001

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Valberg (via Saint-Bres) została wyłączona

Col de la Sinne

Autor: admin o 15. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Vallee de la Tinee / M2205 (M59)

Wysokość: 1438 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1019 metrów

Długość: 14,1 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 10,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z wysokogórskiej mety na Parkingu de Millefonts zjechaliśmy sobie grzecznie do naszej bazy noclegowej w Saint-Dalmas. Grzechem byłoby nie skorzystać z bliskości tego miejsca. Dlatego tak sobie zaprogramowaliśmy ów dzień, by między dwoma tradycyjnymi wspinaczkami wpaść do naszego apartamentu na krótki odpoczynek połączony z posiłkiem. Do domu wpadliśmy o wpół do drugiej, zaś ponownie opuściliśmy go po godzinie trzeciej. W tym czasie zjedliśmy sobie obiad, acz w wersji light. Przydatny do nabrania energii, lecz nie na tyle syty by obciążał nasze żołądki w trakcie forsowania drugiego z wtorkowych wzniesień. Najbliższe godziny były przeznaczone na wschodni podjazd pod Col de la Sinee. Przełęcz nieznaną kolarskim wyścigom i leżącą jakby na uboczu głównych alpejskich traktów. Niemniej było tu do zrobienia przeszło 1000 metrów w pionie. Takie przewyższenie było dla mnie wystarczającym magnesem do podjęcia tego wyzwania. Poza tym lokalizacja tego podjazdu sprawiała, iż było to idealny wspólnik do sparowania go wcześniejszą wspinaczką na Millefonts. Znów zjechaliśmy do samego dna Valdeblore czyli styku dróg M2565 i 2205, acz tym razem już samochodem. Po dotarciu do Vallee de Tinee musieliśmy skierować się na południe. Po przebyciu ledwie 1,5 kilometra znaleźliśmy dogodne miejsce na „wyładunek” ludzi i sprzętu. Okazał się nim być parking przed lokalnym wysypiskiem śmieci. W jego bezpośrednim sąsiedztwie, acz po drugiej stronie głównej szosy znajdował się początek drogi M59, która miała nas zaprowadzić na Col de la Sinne. Przełęcz ta podobnie jak poznana przez nas dzień wcześniej Col de la Couillole łączy doliny rzek Cians (na zachodzie) oraz Tinee (na wschodzie). Tym samym na bazie tych dwóch przełęczy można przejechać ładną trasę typu okrężnego. Wymagającą, acz niezbyt długą. Runda ze wschodnim podjazdem na Couillole oraz zachodnim na Sinne liczy sobie 69 kilometrów. Na tym dystansie trzeba pokonać łączne przewyższenie 2127 metrów.

Na przełęcz Sinne mogliśmy wjechać już tydzień wcześniej, gdyż drugi podjazd trzeciego etapu zaczynaliśmy w Le Moulin du Rigaud na terenie doliny Cians. Niemniej wtedy naszym celem była stacja Valberg, więc trzymaliśmy się kurczowo szosy D28 pokonując na tym szlaku ciasny wąwóz Gorges du Cians uwięziony między brunatnymi skałami. Na początku tamtej wspinaczki minęliśmy wąską dróżkę D428, która zaczyna się na wysokości 578 metrów n.p.m. i poprzez wioskę Pierlas prowadzi właśnie na Col de la Sinne. Ten podjazd jest krótszy i mniejszy od wschodniego. Jego dystans to 11,7 kilometra, zaś przewyższenie wynosi 860 metrów. Tym niemniej ma on dwa bardzo trudne sektory i maksymalną stromiznę na poziomie 13%. Poza tym można go poprzedzić łagodnym 8-kilometrowym odcinkiem w dolnej Vallee de Cians. Wówczas do przejechania i podjechania jest blisko 20 kilometrów oraz około 1100 metrów w pionie. Stawiając na Valberg uznałem, że wystarczy nam wschodnia Sinne. Trzeba przyznać, iż pod wieloma względami podobna do swej sąsiadki Couillole. Początki podjazdów na obie te przełęcze dzieli dystans ledwie 6 kilometrów. Droga M59 podobnie jak M30 też zaczyna się od krótkiego zjazdu do mostku nad rzeką Tinee. Potem spora część podjazdu również prowadzi po półce skalnej efektownie wytyczonej wzdłuż zbocza góry. Charakter całego wzniesienia też jest podobny czyli kilkanaście kilometrów równej góry o średnim nachyleniu nieco ponad 7%. Przy tym dzieląc wschodnią Sinne na trzy podobnej długości segmenty widać, iż skala trudności ma tu tendencję rosnącą. Pierwsze 5-kilometrowa tercja ma przeciętne nachylenie 7,1%. Druga 4,5-kilometrowa ma średnią 7,2%. Natomiast stromizna ostatnich 4,5 kilometrów to już 7,6%. Przy czym większa część tego górnego sektora trzyma na ostrym poziomie 8-9%, zaś średnia owej tercji zaniżona jest przez znacznie łatwiejszy ostatni kilometr na poziomie tylko 5%. Wystartowaliśmy po wpół do czwartej przy temperaturze 33 stopni. Dopiero po 11 kilometrach na dobre spadła ona poniżej 30, zaś na górskiej premii mieliśmy przyjazne 26.

Zaczęliśmy naszą wycieczkę od mini-zjazdu. Bardziej stromego niż ten przed Couillole. Po drugiej stronie mostu powitała nas charakterystyczna niebieska tablica wystawiona przez władze Metropole Nice Cote d’Azur. Podjazd od początku był konkretny. Po 500 metrach czekał nas wiraż w prawo, zaś po 1200 kolejny, rzecz jasna w lewo. Potem przez ponad kilometr jechaliśmy na południe. W międzyczasie po dwóch kilometrach od startu minęliśmy osadę Irougne. Chwilę później zaś ciasny tunelik, za którym szosa skręciła w prawo. Na początku czwartego kilometra na poboczu drogi dojrzeliśmy siedem skrzyneczek pocztowych. Niemal do końca piątego kilometra mieliśmy po lewej ręce widoki na ginącą w dole Valle de la Tinee. Na początku siódmego kilometra na jakiś czas skręciliśmy w kierunku północnym, więc nznów znalazła się ona w zasięgu naszego wzroku, choć już po naszej prawej stronie. Po przebyciu 7,3 kilometra odbiliśmy wyraźniej na zachód. Na dziesiątym kilometrze zaliczyliśmy dwa ciasne zakręty i po przejechaniu kilkuset trudnych metrów dotarliśmy do wioski Ilonse (10,7 km). Wybudowanej piętrowo na wzgórzu i z kościółkiem św. Michała w najwyższym jej punkcie. Piękny widok na nią mieliśmy jeszcze z paru wyższych punktów naszej trasy. Droga cały czas była wąziutka, a miejscami podniszczona. Na ostatnim kilometrze nachylenie wyraźnie odpuściło. Postanowiliśmy zawalczyć o zdobycie przełęczy w czasie poniżej godziny. Korzystając z łatwiejszego terenu mocno przyśpieszyliśmy. Na wcześniejszych stromych odcinkach jechaliśmy z prędkością 12-13 km/h. W lżejszej końcówce gnaliśmy już w tempie 18-20 km/h. Metą tej wspinaczki okazał się być zakręt w prawo. Cel został osiągnięty, albowiem strava na dystansie 14,13 kilometra zmierzyła nam czas 59:57 (avs. 14,2 km/h i VAM 1022 m/h). Mój wynik jest 31. na liście obejmującej 304 nazwiska. Przed nami niemal sami zawodowcy. Co ciekawe byliśmy szybsi od Egana Bernala. Natomiast Marcin Białobłocki ma tu wynik lepszy od Richarda Carapaza. Zaiste jest to magiczna góra 😉

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4064597754

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4064597754

ZDJĘCIA

IMG_20200915_071

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Col de la Sinne została wyłączona

Parking de Millefonts

Autor: admin o 15. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Vallee de la Tinee / M2205 (M2565)

Wysokość: 2034 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1554 metry

Długość: 24 kilometry

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 12,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na koniec kilkudniowego pobytu w Saint-Dalmas (Valdeblore) zostawiliśmy sobie górki położone najbliżej domu. Podjazdy, które moglibyśmy zaliczyć nawet w razie nagłego załamania pogody, dzięki bliskości naszej bazy noclegowej. Tym niemniej aura we wtorek nadal była wyborna. Tego dnia mogliśmy nawet nie odpalać samochodu. Byłoby to możliwe gdybyśmy po zjeździe do Vallee de Tinee jako pierwszą wybrali sobie wspinaczkę na Col de la Sinee. Uznaliśmy jednak, iż najpierw lepiej będzie się zmierzyć ze znacznie trudniejszym podjazdem na Parking de Millefonts. To potężne wzniesienie o długości 24 kilometrów i przewyższeniu przeszło 1550 metrów jest nieznane kolarskim wyścigom. Przynajmniej w swej pełnej wersji. Jednak składa się ono de facto z dwóch odrębnych części. Pierwsze 14,8 kilometra o średnim nachyleniu 6,1% to odcinek na drodze M2565 będący niemal całym podjazdem na Col du Saint-Martin (1502 m. n.p.m.). Ze szlaku prowadzącego do stacji La Colmiane trzeba zjechać na 1,8 kilometra przed przełęczą. Pozostała część wspinaczki prowadzi po cichej Route de Millefonds. Na tej wąskiej dróżce trzeba pokonać w pionie jeszcze 652 metry na dystansie 9,2 kilometra co daje średnią stromiznę 7,1%. Tym samym na Millefonts powtórzyłem swój manewr z ostatniego etapu sierpniowego Giro di Lombardia. Kiedy to pierwszą wspinaczkę zacząłem na szlaku pod słynne Passo del Mortirolo, po czym finiszowałem na wyższej, lecz słabo znanej przełęczy Carette di Val Bighera. Tutaj takim powszechnie znanym „środkiem” do tajemniczego celu był zachodni podjazd na przełęcz św. Marcina. Col du Saint-Martin przypadła ostatnio do gustu organizatorów spod szyldu ASO. W sezonie 2020 kolarze wspinali się na nią zarówno podczas marcowego Paryż – Nicea, jak i opóźnionego o blisko dwa miesiące Tour de France. Niemniej kolarska historia tego wzniesienia jest nieco bogatsza.

Przełęcz św. Marcina trzykrotnie pojawiła się w programie „Wielkiej Pętli”. Zadebiutowała w roku 1973 na etapie dziewiątym z Embrun do Nicei, wygranym w wielkim stylu przez Vicente Lopez-Carrila. Wspinano się tu od zachodniej strony, zaś premię górską zgarnął Pedro Torres, który na tym wyścigu zwyciężył w klasyfikacji górskiej. Dwa lata później na Saint-Martin podjeżdżano od wschodu czyli od doliny Vesubie. Była ona pierwszym z pięciu wzniesień na legendarnym odcinku piętnastym z Nicei do Pra Loup, o którym wspomniałem już przy relacji z Col de la Couiolle. Na przełęczy jako pierwszy zameldował się Lucien Van Impe. Belg wygrał klasyfikacje górską już po raz trzeci i zarazem stał się pierwszym zdobywcą charakterystycznej białej koszulki w czerwone grochy. Świętego Marcina po raz trzeci zaproszono na największą z kolarskich imprez dopiero w 2020 roku. Na drugim etapie wokół stolicy Alp Nadmorskich zatytułowanym Nice – Haut Pays – Nice podjechano na tą przełęcz od zachodu. Premię górską wygrał młody Francuz Benoit Cosnefroy, który nie nawiązał jednak do sukcesów Torresa i Van Impe’a. Przed ubiegłorocznym powrotem na trasę Touru zachodni podjazd na Col du Saint-Martin pod alternatywną nazwą Valdeblore / La Colmiane został dwukrotnie przetestowany na wyścigu Paris – Nice. W obu przypadkach wystąpił on w roli finałowej wspinaczki na sobotnim czyli siódmym etapie. W 2018 roku wygrał go Simon Yates, który o 8 sekund wyprzedził Belga Dylana Teunsa oraz Baska Iona Izagirre. Anglik odebrał koszulkę lidera od Hiszpanowi „Lulu” Sanchezowi. Niemniej całego wyścigu nie wygrał, gdyż na ostatnim etapie zdetronizował go Katalończyk Marc Soler. Natomiast etap z sezonu 2020 zaplanowany jako przedostatni z przymusu okazał się ostatnim. Tym samym na przełęczy św. Marcina zakończył się cały wyścig. Wygrał go prowadzący od samego początku Niemiec Maximilian Schachmann. Niemniej ostatni akt owych zmagań należał do Nairo Quintany. Kolumbijczyk wygrał z przewagą 46 sekund nad Belgiem Tiesjem Benoot i 56 sekund nad grupką, którą przyprowadził Francuz Thibaut Pinot.

Na tym jednak nie koniec „romansu” Marcina z marcową tygodniówką. W sezonie 2021 cały siódmy etap „Wyścigu ku Słońcu” będzie kopią tego finałowego sprzed dwunastu miesięcy. Ja z Col du Saint-Martin miałem już przyjemność przed siedmioma latami. Była to wówczas nasza pierwsza góra na szóstym etapie Route des Grandes Alpes. Odcinku rozpoczętym w górskiej osadzie Roya i zakończonym w Menton na upragnionym Lazurowym Wybrzeżu. Obecnie nie interesują mnie powtórki z rozrywki. Trenuję i podróżuję po to by poznawać nowe góry i miejsca. Millefonts była dla mnie taką nowością, zaś ponowna wizyta na szlaku św. Marcina trafiła mi się niejako w pakiecie z główną atrakcją tego dnia. Zresztą bez owych 15 kilometrów na drodze M2565 nie odczulibyśmy jak trudny jest podjazd do Parkingu „Tysiąca” Źródeł. Wspomnę, iż wyceniony przez „cyclingcols” na 1034 punkty. Z bazy wyjechaliśmy tuż przed dziesiątą. Tym razem na rowerach. Z samochodu mieliśmy skorzystać dopiero popołudniu na dojeździe do podnóża Col de la Sinne. Etap 10a zaczęliśmy od przeszło 13-kilometrowego zjazdu ku dolinie rzeki Tinee. Potrwał on dłużej niż mogłoby się wydawać, bo musiałem zadbać o dokumentację zdjęciową z tej części wzniesienia. Późniejszy zjazd ze szczytu mieliśmy zakończyć w Saint-Dalmas. Naszą wspinaczkę zaczęliśmy na kwadrans przed jedenastą. Na głównej drodze czekały nas dwa segmenty o umiarkowanym nachyleniu przedzielone kilkusetmetrowym wypłaszczeniem na dojeździe do La Bolline. Pierwszy miał mieć 8,2 kilometra i przeciętne nachylenie 6,2%, zaś drugi 6 kilometrów o średniej 6,3%. Tym niemniej początek tego wzniesienia okazał się bardziej wymagający. Do połowy trzeciego kilometra normą była stromizna na poziomie 7-8%. Już po 250 metrach zaliczyliśmy pierwszy wiraż, zaś nieco dalej pierwszy z dwóch krótkich tuneli wybitych w litej skale. Droga przyklejona do zbocza góry ochoczo zdobywała wysokość. W połowie drugiego kilometra zmieniła kierunek z południowego na północny. Z czasem okolica stała się bardziej zielona, zaś nachylenie nieco zelżało.

Na początku piątego kilometra droga zaczęła się piąć po serpentynach. Na kolejnych dwóch kilometrach sześć razy przyszło nam zmieniać kierunek jazdy. Przejechawszy 6,3 kilometra minęliśmy boczną M66, która biegnie do wioski Rimplas oraz wybudowanego ponad nią fortu Ouvrages de Rimplas. Od tego miejsca nasza szosa zaczęła stopniowo zbaczać na wschód. Po przebyciu 8,1 kilometra przejechaliśmy mostek nad potokiem Gros, za którym czekał nas 400-metrowy płaski odcinek. To był początek przeszło dwukilometrowego przejazdu przez „trójmiasto”: La Bolline, Valdeblore i La Roche. Pierwsze 10 kilometrów z małym hakiem przejechaliśmy w 39:15 (avs. 15,5 km/h). Wiejskie klimaty powróciły w połowie jedenastego kilometra. Po dwóch zakrętach w połowie dwunastego znaleźliśmy się już na przedpolu Saint-Dalmas. Pod koniec trzynastego kilometra byliśmy już na naszej „dzielni”, gdzie za kościółkiem Sainte-Croix (13,1 km) droga skręciła na północ. Po kolejnych 800 metrach odbiliśmy na zachód, zaś na kolejnym zakręcie porzuciliśmy szosę M2565. Skromna tabliczka z napisem „Millefonts” wskazała nam ścieżkę do górskiego raju. Po chwili pokonaliśmy mostek nad potokiem Bramafam. Po chwili ujrzeliśmy przydrożny znak straszący, iż dalsza droga jest niebezpieczna. Ostrzeżenie dotyczyło stanu tutejszej szosy. Asfalt był tu chropowaty, tu i ówdzie posypany kamyczkami lub dziurawy. Pod koniec szesnastego kilometra droga skręciła na północ i zaczęliśmy się wspinać po serpentynach. Z pierwszego wirażu był dobry widok na dolną część Valdeblore, zaś z drugiego na stację La Colmiane. Na kolejnych trzech kilometrach zaliczyliśmy siedem wiraży. Pod koniec tego sektora stromizna niemal dobiła do 12%. Gdzieś pomiędzy tymi zawijasami wyprzedził nas „wycieniowany” gość jadący w stroju UAE – Team Emirates. Był to Amerykanin Joe Dombrowski, który tego dnia zrobił sobie 135-kilometrowy trening z trzema solidnymi podjazdami: niepełnym Millefonts, Roubion oraz Isola 2000. Tutaj zaś na odcinku 4,5 kilometra nadrobił nad nami równo 3 minuty.

Rosyjskie przysłowie mówi: „Tisze jediesz, dalsze budiesz”. Jankes zawrócił na wysokości 1900 metrów n.p.m., zaś nas nic nie mogło powstrzymać przed dotarciem do parkingu u kresu szosy. W połowie dwudziestego kilometra droga bardziej zdecydowanie skierowała się północ. Jechaliśmy teraz prawą stroną Vallon de Bramafan. Widoki na okoliczne szczyty były przednie. Choć kierunek wspinaczki był jasno określony, to nie była to bynajmniej prosta jazda przed siebie. Na ostatnich trzech kilometrach mieliśmy do zaliczenia jeszcze dziewięć wiraży. Przy pierwszym z nich minęliśmy gruntową dróżkę prowadzącą do gospodarstwa na Plan de la Gourra. Nasza wspinaczka de facto zakończyła się na wysokości 2040 metrów n.p.m., którą osiągnęliśmy na dwieście metrów przed parkingiem. W samej końcówce teren już delikatnie opadał. Na tym odcinku szosa była wręcz w fatalnym stanie. Znajdowała się jakby w stadium przejściowym między asfaltem a szutrem. Do mety na niewielkim parkingu dotarliśmy około 12:20, po przeszło półtoragodzinnej wspinaczce. Pogoda była wyborna. Temperatura wysoka: w cieniu 23, zaś w słońcu 28 stopni. W połowie września i na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. można tu się było nawet opalać. Zważywszy, że na górnej części podjazdu było bardzo spokojnie, zdziwił nas widok około 20 samochodów zaparkowanych w tym miejscu. Najwyraźniej amatorzy górskich wędrówek wjechali tu już o poranku i teraz dreptali po okolicznych ścieżkach. Najwyższy z tutejszych szczytów czyli Mont Pepoiri mierzy 2674 metry n.p.m. Na Parking de Millefonts dotarliśmy razem, więc strava zanotowała nam identyczny czas na dystansie 23,69 kilometra. Przejechaliśmy ten segment w 1h 36:04 (avs. 14,8 km/h). Przyjmując, że góra miała przewyższenie 1560 metrów wykręciliśmy na niej VAM 974 m/h. Zapracowaliśmy sobie nawet na podium tj. ex-aequo drugie miejsce. Nasz „sukces” wyjaśnia fakt, iż peletonik zdobywców Millefonts jest bardzo skromny. Stosowna tabelka obejmuje czasy ledwie osiemnastu śmiałków.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4062769328

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4062769328

ZDJĘCIA

IMG_20200915_001

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Parking de Millefonts została wyłączona

Col de la Couillole

Autor: admin o 14. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Sauveur-de-Tinee (M30)

Wysokość: 1678 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1169 metrów

Długość: 15,8 kilometra

Średnie nachylenie: 7,4 %

Maksymalne nachylenie: 9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Wycieczka na Col de la Lombarde zajęła nam blisko cztery i pół godziny. Z tego tylko 2 godziny i 11 minut było czystej jazdy w obu kierunkach. Drugie tyle czasu spędziliśmy na samej przełęczy, przerwie obiadowej w Isola 2000 jak i rozlicznych foto-przystankach w trakcie przeszło 20-kilometrowego zjazdu. Gdy dotarliśmy do auta zbliżała się już godzina wpół do czwarta. Niemniej program dnia nie był zagrożony. Drugie z poniedziałkowych wzniesień mieliśmy zacząć w pobliżu Saint-Sauveur-de-Tinee czyli z miejscówki położonej przy drodze powrotnej do naszej bazy noclegowej. W Isoli zatankowaliśmy samochód na kilka kolejnych dni i ruszyliśmy w dół Vallee de Tinee. Po 14 kilometrach jazdy szosą M2205 zatrzymaliśmy się tuż przed wspomnianym miasteczkiem. To znaczy w zatoczce dostrzeżonej podczas przedpołudniowego transferu. Z tej miejsca widzieliśmy nawet początek drogi M30, na której mieliśmy się zmierzyć ze wschodnim podjazdem na Col de la Couillole. Ta niespełna 16-kilometrowa wspinaczka jest wymagająca, choć nie razi w żadnym momencie przesadną stromizną. Nachylenie tego wzniesienia jest bardzo równe i na całym dystansie solidne. Według profilu z „cyclingcols” najłatwiejszy kilometr tego podjazdu (piąty od końca) ma średnio 6,6%, zaś najtrudniejszy (ostatni) 7,9%. Jak widać ta różnica jest niewielka. Tego typu góra nie podcina nóg żadną stromą ścianką. Raczej powolutku zamęcza solidnym nachyleniem, które ani na moment nie odpuszcza. Przez Couillole przebiega droga łącząca doliny Tinee i Cians, które są dopływami Var czyli największej rzeki Alp Nadmorskich. Oznacza to, iż na przełęcz tą wjechać można również od strony zachodniej poprzez miejscowość Beuil. Wówczas wykorzystuje się szlak przez Gorges du Cians, z którego my skorzystaliśmy na etapie 3b podjeżdżając jednak do stacji Valberg.

Col de la Couillole tylko raz pojawiła się na trasie Tour de France. Niemniej był to legendarny etap i co tu dużo mówić pamiętny dzień w dziejach największego z kolarskich wyścigów. Na odcinku o którym mowa, a był to piętnasty etap Tour de France z roku 1975, zakończyły się kilkuletnie rządy Belga Eddiego Merckxa na trasach „Wielkiej Pętli”. Na 217-kilometrowym odcinku z Nicei do stacji narciarskiej Pra-Loup „nasz” poniedziałkowy podjazd był drugą z pięciu premii górskich. Wygrał ją rodak Merckxa – Lucien Van Impe’a, który wówczas już po raz trzeci triumfował w klasyfikacji górskiej TdF, zaś w sumie uczynił to sześciokrotnie. Natomiast sam etap padł łupem Francuza Bernarda Thevenet, który odebrał „Kanibalowi” koszulkę lidera i tydzień później triumfował na Polach Elizejskich. Ten sam wschodni podjazd na Couillole pojawił się przed paru laty w programie marcowej etapówki Paryż – Nicea. W 2017 roku na przełęczy tej zakończył się przedostatni odcinek tej imprezy. Finałowy podjazd został wtedy poprzedzony wspinaczką na Col du Saint-Martin od strony wschodniej czyli przez dolinę Vesubie. Etap ten wygrał Richie Porte. Niemniej Australijczyk, który wygrał ów wyścig w latach 2013 i 2015, tym razem nie liczył się w „generalce” po tym jak już drugiego dnia stracił niemal kwadrans. Walka o najwyższą stawkę rozegrała się za plecami kolarza z Tasmanii. Tempa najgroźniejszych rywali nie wytrzymał dotychczasowy lider Francuz Julian Alaphilippe. Jako drugi ze stratą 21 sekund do zwycięzcy finiszował Hiszpan Alberto Contador. Trzeci był Irlandczyk Daniel Martin, zaś czwarty Kolumbijczyk Sergio Henao (obaj + 0:32). Ten ostatni zdobył koszulkę lidera. Przed ostatnim etapem miał 30 sekund zapasu nad Martinem oraz 31 nad Contadorem. „El Pistolero” oczywiście zaatakował w niedzielę na tradycyjnym odcinku wokół Nicei. Niemniej odrobił tylko 29 sekund i podobnie jak w 2016 roku musiał zadowolić się drugim miejscem w generalce.

Warto jeszcze dodać, iż ze wszystkich sześciu około 15-kilometrowych wspinaczek jakie w minionej dekadzie pojawiły się na trasach Paris – Nice w roli finałowych wzniesień to właśnie wschodni podjazd na Couillole był tym najtrudniejszym. Według „cyclingcols” jest on wart 853 punktów czyli o 32 więcej niż zachodnie Col du Turini wykorzystane w 2019 roku. Pozostałe „nicejskie” mety czyli: Station de Lure (2013), Croix-de-Chaubouret (2015), Madone d’Utelle (2016) czy La Colmiane z przełęczy św. Marcina (2018 i 2020) były już wyraźnie łatwiejsze. Na spotkanie z Couillole ruszyliśmy kwadrans po czwartej. Po wjeździe na drogę M30 przed rozpoczęciem wspinaczki najpierw należało delikatnie zjechać do mostu nad rzeką Tinee. Jak już wspomniałem czekał nas podjazd bardzo równy. Massimo na swej stronie podzielił go na siedem segmentów o długości od 1,3 do 3,6 kilometra i ze średnim nachyleniem od 6,92 do 7,89%. Takie wzniesienie na stałym poziomie 7 czy 8% byłoby idealne do sprawdzenia w jakiej formie aktualnie się znajdujemy. Tudzież przekładając ów temat na cyferki: jaki VAM jesteśmy w stanie wykręcić. Niemniej dla dobrego efektu do takiego testu należałoby „przystąpić na świeżości” (a nie po wielkiej Lombardzie) oraz w innych warunkach pogodowych niż nas tu zastały. Na starcie mieliśmy aż 37 stopni. Poniżej 30 temperatura spadła dopiero w połowie siódmego kilometra. Po ciężkiej pierwszej wspinaczce i przy tak uporczywym upale od startu nie czułem się najlepiej. Podziękowałem Adrianowi za towarzystwo już po przejechaniu pierwszego kilometra. Trzeba przyznać, że pierwsze kilometry tej drogi zostały bardzo śmiało i efektownie poprowadzone wzdłuż zbocza góry. Z pierwszych dwóch wiraży widać jeszcze w dole miasteczko Saint-Sauveur-de-Tinee. Potem droga biegnie po półce skalnej równolegle do lewego brzegu potoku La Vionene. Pod koniec trzeciego kilometra trzeba było pokonać pierwszy tunel wykuty w skale. Nieoświetlony, ale na szczęście zaledwie 80-metrowy. Po przejechaniu 3,7 kilometra zostawiłem za plecami drogę M130 wiodącą do wioski Roure.

Przez kolejne trzy kilometry podjazd wiódł jeszcze ciasną doliną, gdzie szosa jeszcze cztery razy przeciskała się pod zboczem góry dzięki małym tunelom. Wszystkie króciutkie, bo o długości od 30 do 70 metrów. Niemniej ciemne, więc trzeba było patrzeć pod koła czy nie czyha tam jakaś dziura. W połowie siódmego kilometra przejechałem most nad Vionene, pod którym zawieszono rower szosowy z dawnej epoki. Droga skręciła w lewo i przez kolejne półtora kilometra wiodła na południe. Następnie zawróciła na północ, po czym przez półtora kilometra pięła się serpentynami w kierunku Roubion (1336 m. n.p.m.). Wkrótce po prawej ręce otworzył się widok na tą średniowieczną wioskę „wyrosłą” pod strzelistymi skałami. Po przejechaniu 10,7 kilometra minąłem wjazd do tej miejscowości. Na zjeździe z przyjemnością wpadliśmy do niej na krótką inspekcję. Tymczasem w połowie dwunastego kilometra dojrzałem na murze portret Monalisy. Na początku trzynastego kilometra musiałem skręciłem ostro w prawo, aby nie wjechać na ślepą M330. Ta krótka dróżka prowadzi bowiem do stacji narciarskiej Les Buisses i bardzo szybko kończy się wjazdem na Col de Tournaeuro (1469 m. n.p.m.). Na czternastym kilometrze przejechałem przez Villars, gdzie na przydrożnej szopie dojrzałem dzieło kolejnego z miejscowych „artystów”. Powyżej tej wioski szosa na około kilometr wpadła jeszcze do lasu, ale wobec temperatury na poziomie 21 stopni cień nie miał już większego znaczenia. Do samego końca starałem się jechać na tyle mocno, na ile mogłem sobie pozwolić. Ostatecznie na przejechanie tej góry potrzebowałem 1h 11:58 (avs. 13,4 km/h). Adriano wykręcił tu czas 1h 06:39 (avs. 14,4 km/h). Biorąc pod uwagę realne przewyższenie tego podjazdu ja wycisnąłem VAM tylko 975 m/h, zaś kolega mocne 1052 m/h. Na tym etapie straciłem łącznie dziewięć i pół minuty, co było największą różnicą w trakcie całej wyprawy. Po jego zakończeniu przy samochodzie spotkaliśmy dwóch rodaków ze Śląska, którzy zakończyli właśnie bardzo długi zjazd z Cime de la Bonette i czekali jeszcze na przyjazd słabszych członków swej ekipy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4059878636

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4059878636

ZDJĘCIA

IMG_20200914_071

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Col de la Couillole została wyłączona

Col de la Lombarde

Autor: admin o 14. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Isola (M97)

Wysokość: 2347 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1481 metrów

Długość: 20,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 11,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dziewiąty etap tej wyprawy pod jednym względem był szczególny. Tylko tego dnia w pogoni za kolejnymi kolarskimi szczytami mogliśmy przekroczyć granicę V Republiki. Wszystko dlatego, że naszym pierwszym i zarazem głównym celem na poniedziałek była Col de la Lombarde. Przełęcz, która od lutego 1947 roku wyznacza granicę między Francją a Włochami na tym odcinku Alp Nadmorskich. Licząc od południa jest to druga z siedmiu wysokogórskich przepraw drogowych pomiędzy tymi państwami. Bliżej Morza Śródziemnego mamy jedynie przełęcz Tende, zaś dalej na północy Larche, Agnel, Montgenevre, Mont-Cenis i Petit-Saint-Bernard. Pośród nich Lombarde jest też drugą pod względem wysokości. Przełęcz ta leży pomiędzy szczytami Tete de l’Ardech (2475 m. n.p.m.) na zachodzie oraz Cime de la Lombarde (2800 m. n.p.m.). Tej drugiej górze zawdzięczając swą nazwę. Włoski podjazd ku granicy zaczyna się między miasteczkiem Vinadio a wioską Pratolungo. Natomiast francuski w miejscowości Isola. Ten górski szlak prowadzi drogami SP255 oraz M97 łącząc doliny: Valle Stura di Demonte i Vallee de la Tinee. Podobnie jak w przypadku Bonette obie wspinaczki mają bardzo podobną skalę trudności. Na bazie danych z „cyclingcols” można przyjąć, iż francuska Col de Lombarde jest od włoskiej Colle di Lombarda nieco krótsza (o 400 metrów), lecz odrobinę większa (o 13 metrów). Przy tym ma wyższe średnie nachylenie (o 0,2%), ale za to mniejszą stromiznę maksymalną (o 0,6%). Ogólnie „przegrywa” porównanie ze swą włoską sąsiadką stosunkiem 1099 do 1108 punktów. Gdyby ktoś chciał jednego dnia zdobyć tą przełęcz od obu stron musiałby przejechać 83 kilometry z łącznym przewyższeniem 2951 metrów. Ja tego robić nie musiałem. Włoską stronę tej góry zaliczyłem bowiem już w lipcu 2010 roku. Teraz po przeszło 10 latach przyszła pora na szlak francuski. Warto jeszcze wspomnieć o głównych atrakcjach turystycznych z obu stron granicy. Na północ od przełęczy jest nim barokowe Santuario di Sant’Anna z roku 1681. Druga pod względem wysokości położenia (2035 m. n.p.m.) świątynia Europy.

Można rzec, iż „Italia się tu modli, zaś Francja bawi”. Dlatego, że po południowej stronie granicy uwagę przykuwa przede wszystkim stacja narciarska Isola 2000. Ten ośrodek sportów zimowych oddano do użytku w 1971 roku. Jest całkiem duży i dzięki swemu mikroklimatowi słynie ze świetnych warunków śniegowych. Obejmuje obszar 20km2 rozciągający się na poziomach od 1840 do 2603 metrów n.p.m. Działają w nim 22 wyciągi mogące obsłużyć 20.000 osób na godzinę. Narciarze i fani snowboardu mają tu do swej dyspozycji 42 trasy o łącznej długości 120 kilometrów. Ponadto: snowpark, half-pipe oraz stoki do boarder-crossu i jazdy na muldach. Col de la Lombarde z każdej strony oferuje przewyższenie niemal 1500 metrów. Z kolarskiego punktu widzenia jest więc potężną górą, nieco większą niż takie „sławy” jak Tourmalet czy Monte Bondone. Niemniej leży w południowych Alpach i na granicy państw, więc jest rzadko wykorzystywane przez kolarskie wyścigi. Dość powiedzieć, iż Wielkie Toury „odkryły” ją dopiero w XXI wieku. Niemniej zanim peleton Tour de France czy Giro d’Italia przejechał przez tą przełęcz, kolarze ścigali się już wcześniej na niepełnym francuskim podjeździe. To znaczy kończąc 16-kilometrową wspinaczkę w Isola 2000. W sezonie 1976 zakończył się tu pierwszy etap Tour de l’Avenir. Wygrał go Szwed Sven-Ake Nilsson, który o 43 sekundy wyprzedził Francuza Gilberta Chaumaz, zaś pozostałych rywali o dwie-trzy i więcej minut. Kolarz z Malmo prowadził w tej imprezie od pierwszego do ostatniego dnia wygrywając „generalkę” z przewagą ponad 9 minut nad Czechem Milosem Hrazdirą. Nilsson miał już na swym koncie medale Mistrzostw Świata. Przede wszystkim drużynowe złoto (Montreal 1974) oraz indywidualne srebro (Yvoir 1975). Niemniej dopiero ten sukces stał się dla niego przepustką do profesjonalnego peletonu. W trakcie ośmioletniej kariery zawodowej dwukrotnie ukończył TdF w czołowej „10” oraz zajął trzecie miejsce w Vuelta a Espana 1982.

Tour de France dojechał w to samo miejsce dopiero w sezonie 1993. W Isola 2000 zakończył się jedenasty etap „Wielkiej Pętli”, rozpoczęty w stacji Serre Chevalier nieopodal Briancon. Odcinek bardzo ciężki, bo prowadzący przez przełęcze: Izoard, Vars oraz Cime de la Bonette. Na ostatnich kilometrach w walce o zwycięstwo liczyło się siedmiu kolarzy. Szkot Robert Millar bezskutecznie zaatakował cztery kilometry przed metą. Na 1000 metrów przed kreską szczęścia spróbował Zenon Jaskuła. Niestety szybko i skutecznie skontrowali go dwaj najmocniejsi kolarze tego wyścigu. Finisz wygrał Szwajcar Tony Rominger przed hiszpańskim Baskiem Miguelem Indurainem. Trzeci Włoch Claudio Chiappucci stracił do nich 13 sekund. Jaskuła i Kolumbijczyk Alvaro Mejia po 15, Duńczyk Bjarne Riis 31, zaś Millar równo minutę. Przełęcz została zdobyta przez Tour dopiero w 2008 roku. Na etapie z Cuneo do Jausiers wjechano na nią od strony włoskiej. Premię górską na Colle di Lombarda wygrał podejrzanie mocny na tym wyścigu Niemiec Stefan Schumacher. Kolarz ekipy Gerolsteiner triumfował na obu czasówkach 95. TdF, ale po trzech miesiącach został zdyskwalifikowany za korzystanie z EPO CERA. Szesnasty odcinek TdF rozstrzygnął się na podjeździe i zjeździe z Bonette. Wygrał go Francuz Cyril Dessel. Znacznie większe znaczenie miał francuski podjazd pod Col de la Lombarde na dwudziestym etapie Giro d’Italia 2016. Odcinek z Guillestre do Santuario Sant’Anna di Vinadio rozstrzygnął o losach tego wyścigu! Przed Lombardą trzeba było pokonać przełęcze Vars i Bonette. Mieliśmy w tym dniu dwa wyścigi w jednym. Z przodu uciekinierzy walczyli o sukces etapowy. Za ich plecami liderzy o zwycięstwo i podium generalne. Premię górską jak i sam etap wygrał Estończyk Rein Taaramae, który o 52 sekundy wyprzedził Kolumbijczyka Darwina Atapumę oraz o 1:17 Amerykanina Joe Dombrowskiego. Z tyłu działy się ważniejsze rzeczy. Na kilkanaście kilometrów przed metą Vincenzo Nibali urwał liderującego Estebana Chavesa. Sycylijczyk musiał tego dnia odrobić do Kolumbijczyka 44 sekundy. Zyskał aż 1:36 i po raz drugi w karierze wygrał wielkie Giro.

Trasę samochodowego dojazdu przetestowaliśmy dzień wcześniej. W poniedziałek kierunek był ten sam, acz dystans skromniejszy o 20 kilometrów. Dokładnie o godzinie jedenastej rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę. Było gorąco. Na samym dole mieliśmy temperaturę 30 stopni. Wiedziałem, że początek będzie ciężki. Na profilu z „archivio salite” pierwsze trzy kilometry mają przeciętne nachylenie aż 9,1%. Według tabelki z „massimoperlabici” początkowy segment 2,8 kilometra ma średnio nawet 9,8%. Po dwustu metrach od startu przejechaliśmy most nad potokiem Guercha i skręciliśmy w prawo zostawiając za sobą uliczkę wiodącą do centrum Isoli. Po tym zakręcie od razu zrobiło się stromo. Na kolejnych trzystu metrach zaliczyliśmy pierwsze dwa wiraże. Ukończona w roku 1968 droga M97 z pozoru nie wygląda na szczególnie krętą. Do poziomu ośrodka Isola 2000 poprowadzona jest wzdłuż dwóch potoków. O pierwszym już wspomniałem, w dolinę drugiego tj. Chastillon wjeżdża się pod koniec czwartego kilometra. Ta górska szosa biegnie zrazu na północny-, zaś następnie na południowy-wschód. Dopiero powyżej stacji skręca na północ. Jej budowa musiała być skomplikowana. Na całym tym szlaku jest aż 41 wiraży, 8 mostów i 5 galerii. Od początku jechało mi się tu ciężko. Droga była stosunkowo szeroka, więc nie sprawiała wrażenia szczególnie stromej. Niemniej realną stromiznę czuć było w nogach i płucach. Dodatkowo przeszkadzał nam upał i przeciwny wiatr. Zaczęliśmy dość szybko, bo z VAM-em w okolicy 1050 m/h. Przetrwałem pierwsze trzy kilometry w towarzystwie Adriana, ale na początku czwartego puściłem koło. Musiałem wyrównać oddech i złapać równy rytm, by nie wpaść w jakiś głębszy kryzys. Gdy nachylenie nieco odpuściło podjąłem jeszcze próbę pościgu, ale Adek jechał na tyle mocno, że nie sposób było się do niego zbliżyć. W dolinie Guercha dłuższe proste były przerywane parami zakrętów. Gdy szosa przeszła w dolinę Chastillon z miejsca trafiła się seryjka czterech wiraży. Pod koniec piątego kilometra na moście nr 5 przejechałem na lewy brzeg potoku.

Po czternastym zakręcie czekała mnie dłuższa prosta, zaś na początku siódmego kilometra kręty odcinek z czterema serpentynami. Potem w drugiej połowie siódmego i na całym ósmym kilometrze trzeba było przejechać przez cztery galerie anty-lawinowe. Trzy z nich były pół-otwarte czyli ze światłem wpadającym z lewej strony do ciemnego korytarza. Na szóstym moście wróciłem na prawą stronę doliny, po czym zaliczyłem zakręty nr 21-23 i ostatnią galerię, a w zasadzie ciemny tunel. Na początku dziesiątego kilometra droga zaczęła skręcać na południe. W pierwszej połowie jedenastego skorzystała z siódmego już mostu, dokładnie na wysokości 1690 metrów n.p.m. Do stacji wciąż brakowało stąd sześciu, zaś do przełęczy dziesięciu kilometrów. Niemniej ponad połowa podjazdu była już za mną i to ta trudniejsza. Po 25 zakrętach na pierwszych 10 kilometrach teraz szosa biegła grzecznie wzdłuż lewego brzegu Chastillon aż do końca trzynastego kilometra. Nachylenie też było łagodniejsze, za wyjątkiem jednej 250-metrowej ścianki. Pod koniec tego odcinka minąłem pierwsze wyciągi narciarskie, zaś na początku czternastego kilometra skorzystałem z ostatniego mostku na tym szlaku. Do końca piętnastego kilometra nachylenie nadal było umiarkowane. Dopiero na wjeździe do Isola 2000 przypomniała się stromizna z dwucyfrową wartością. Po przebyciu 15,8 kilometra w czasie 1h 08:30 (avs. 13,8 km/h) dotarłem do dużego ukwieconego ronda w centrum stacji. W tym miejscu traciłem już do Adriana 3:13. Na tym rondzie i zarazem wirażu nr 29 zaczyna się ostatni segment wspinaczki pod Lombardę. Na stronie „massimopelabici” cały podjazd podzielono na pięć segmentów. O stromiźnie pierwszego już wspomniałem. Na trzech środkowych średnie nachylenie oscyluje w granicach od 6,3 do 7%. Partia szczytowa jest od nich nieco trudniejsza. Finałowy odcinek zaczyna się na wysokości 2008 metrów n.p.m. i liczy sobie 4,7 kilometra przy średniej 7,3%.

Przez pierwsze półtora kilometra jechałem jeszcze przez teren ośrodka narciarskiego. Po wirażu nr 31 droga stała się węższa. Na początku osiemnastego kilometra przejechałem pod linią kolejnego wyciągu. Do pokonania w pionie pozostawało stąd przeszło 250 metrów na dystansie 3,2 kilometra. O stromiźnie kolejnych kilometrowych odcinków informowały eleganckie tabliczki z pobocza drogi. Krajobraz stawał się bardziej dziki i surowy, acz ostatnie drzewa iglaste rosły jeszcze na wysokości ponad 2200 metrów n.p.m. W samej końcówce droga wiła się już tylko pośród skąpych pastwisk i skałek. Na trzysta metrów przed finałem przejechałem pod ostatnim z wyciągów. Wkrótce minąłem tabliczkę z napisem „Italie” i po chwili zameldowałem się na przełęczy. Górny odcinek przejechałem w 21:14 (avs. 13,1 km/h) tj. o 1:06 wolniej od swego kompana. Cała wspinaczka zabrała mi zaś przeszło półtorej godziny, bowiem na „oficjalnym” segmencie ze stravy mam czas 1h 30:29 (avs. 14 km/h z VAM 957 m/h). Niemniej jest to 134. wynik na 1001 osób, więc mimo pewnych kłopotów i zmęczenia trudnym niedzielnym etapem nie poszło mi najgorzej. Adriano wykręcił tu czas 1h 26:11 (avs. 14,7 km/h z VAM 1005 m/h) czyli nadrobił nade mną 4:18. Średnio 15 sekund na każdym kilometrze od momentu rozstania. Co ciekawe KOM z tej góry należy do „Rekina z Messyny”. Nibali na wspomnianym etapie Giro-2016 wjechał na tą premię górską w czasie 57:37 (avs. 22 km/h z VAM 1503 m/h). W późniejszych latach tylko Stephane Rossetto na treningu z lipca 2020 roku zszedł tu poniżej godziny. Na samej górze spędziliśmy przeszło pół godziny. Pogoda była wyborna. W cieniu 19, zaś w słońcu 25 stopni. Nie było przed czym uciekać. Pokręciliśmy się pieszo po obu stronach granicy. W oddali dostrzegłem Santuario di Sant’Anna, które zwiedziłem z Iwoną przed dziesięciu laty. Ponieważ podjazd dał mi się we znaki w trakcie zjazdu namówiłem Adka na coś więcej niż standardowy zestaw kawa & ciastko. W Isola 2000 zatrzymaliśmy się na obiad w restauracji Le Vieux Chalet, gdzie szybko zleciała nam kolejna godzina z małym hakiem.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4059878708

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4059878708

ZDJĘCIA

IMG_20200914_001

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Col de la Lombarde została wyłączona

Col de la Moutiere

Autor: admin o 13. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pont-Haut (M63)

Wysokość: 2452 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1105 metrów

Długość: 14,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,8 %

Maksymalne nachylenie: 14,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Jak wiadomo na Kuli Ziemskiej jest 14 „ośmiotysięczników” czyli górskich szczytów wznoszących się przeszło 8000 metrów nad poziom morza czy też raczej wszechoceanu. Z tego dziesięć w Himalajach i cztery w Karakorum. Rowerem po asfaltowej drodze też można wjechać bardzo wysoko, wyżej niż nam Europejczykom mogłoby się wydawać. Obecnie za osiągającą najwyższy poziom uchodzi szosa przez przełęcz Semo La (5565 metrów n.p.m.) w Tybecie. W Himalajach nie brak innych szlaków o wysokości ponad 5000 metrów. W południowoamerykańskich Andach można przekroczyć pułap 4800, zaś w północnoamerykańskich Górach Skalistych 4300 metrów n.p.m. Nieco niżej kończy się droga na hawajskim wulkanie Mauna Kea (4200 metrów). Tymczasem na Starym Kontynencie tylko w jednym miejscu można wjechać powyżej 3000 metrów. Niemniej zawsze można się pobawić miarami. Postanowiłem zatem sprawdzić, ile na terenie Europy mamy „ośmiotysięczników” liczonych wedle miary brytyjskiej. Przeliczając metry na stopy (jedna to 30,48 cm) wychodzi na to, iż takim „ośmiotysięcznikiem” jest każda góra lub przełęcz wznosząca się co najmniej 2438,4 metra n.p.m. Takowych  szosowych szczytów na naszym kontynencie mamy 20. Niemniej trzy z nich są tak naprawdę jedną górą z dwoma końcówkami. Mam tu na myśli „dubeltówki” typu: Pico Veleta / Obserwatorium IRAM w Andaluzji, lodowce Tiefenbachferner / Rettenbachferner w Tyrolu oraz Edelweissspitze / Hochtor na granicy Salzburglandu i Karyntii. Tym samym ową listę europejskich „drapaczy chmur” należałoby zawęzić do 17 premii górskich. Są wśród nich po cztery wzniesienia francuskie i włoskie, trzy austriackie, dwa szwajcarskie i jedno hiszpańskie. Oprócz nich zaś jeszcze trzy, na których Bella Italia graniczy z Francją, Szwajcarią i Austrią. Do roku 2020 zdobyłem niemal wszystkie z nich, zaś niektóre z więcej niż jednej strony. Do kolekcji brakowało mi tylko dwóch. Tej najwyższej (Pico Veleta) oraz najniższej (Col de la Moutiere). Na półmetku wrześniowej wyprawy tą mniejszą miałem dosłownie pod nosem.

Z Cime de la Bonette na postój poniżej Pont-Haut zjechaliśmy przed wpół do czwartą. Od przełęczy Moutiere dzieliło nas mniej niż 15 kilometrów, lecz zarazem przeszło 1100 metrów w pionie. Znów miało być wysoko, a przy tym jeszcze stromo. Aczkolwiek dolny odcinek na drodze M63 wyglądał na przyjemny wstęp do ogólnie ciężkiej wspinaczki. Na stronie „massimoperlabici” podjazd ten podzielono na cztery segmenty, acz my pierwszy z nich pominęliśmy. Cóż zatem zostało nam do przejechania? Najpierw sektor o długości 2,9 kilometra z przeciętnym nachyleniem 5,1%. To jest dojazd do jedynej wioski na tym szlaku czyli Saint-Dalmas-le-Selvage (1494 m. n.p.m.). Potem dłuższy odcinek 6,4 kilometra do Plateau de Sestriere (2000 m. n.p.m.) o stromiźnie 7,9%. Jednak najtrudniejsza miała być finałowa tercja o wymiarach 4,9 kilometra przy średniej 9,3%. Tak wygląda południowa wspinaczka na Moutiere. Ciężka sama w sobie, a tym bardziej „w pakiecie” z wielką Bonette. Na Col de la Moutiere można dotrzeć także od strony północnej i to na dwa różne sposoby. Niemniej żaden z nich nie jest „samodzielnym” podjazdem, ani też w pełni szosowym. Przy obu trzeba wykorzystać pierwsze 20 kilometrów tras prowadzących na Col de la Cayolle lub Col de la Bonette. Szlak biegnący na Cayolle opuścić należy przy Refuge-Hotel de Bayasse na wysokości 1783 metrów n.p.m. Do pokonania zostaje blisko 9 kilometrów podjazdu, z czego tylko ostatnie 700 metrów wiedzie po asfalcie. Z kolei wspinaczkę na Bonette trzeba przerwać na Faux-Col de Restefond (2638 m. n.p.m.) i następnie zjechać przeszło 3 kilometry drogą szutrową do poziomu 2402 metrów n.p.m. Szosowa końcówka jest ta sama co przy wersji a’la Cayolle. Ponieważ przełęcz Moutiere leży na kompletnym odludziu i nie ma w pełni szosowego dostępu pozostaje nieznana wyścigom kolarskim. Co nie przeszkadza „profim” trenować na niej. Na najdłuższym segmencie KOM należy do Australijczyka Richie Porte’a. Natomiast Michał Kwiatkowski przejechał się tędy 26 czerwca 2020 roku w towarzystwie Pawła Siwakowa i Dylana van Baarle.

Ruszyliśmy na Moutiere na kilka minut przed szesnastą. Przejechawszy przez Pont-Haut tym razem odbiliśmy w lewo. Wjechaliśmy na drogę M63 biegnącą równolegle do potoku Jalorgues. Przez pierwsze trzy kilometry nachylenie podjazdu było umiarkowane. Na tym odcinku stromizna ani przez moment nie sięgnęła 8%. Po 11 minutach jazdy pod koniec trzeciego kilometra wjechaliśmy do Saint-Dalmas-le-Selvage, na wstępie mijając miejscowy kościół parafialny. To najwyżej położona miejscowość gminna w departamencie Alpes-Maritimes. Według ostatnich danych mieszka w niej tylko 113 stałych mieszkańców. Na wylocie z wioski przejechaliśmy przez plac i wąski mostek nad potokiem Sestriere. W dolinie Jalorgues pozostaliśmy do połowy czwartego kilometra. Potem droga skręciła na północ i zaprosiła nas na stromy szlak przez dolinę Sestriere. Od tego miejsca do przełęczy pozostawało jeszcze 11 kilometrów o średnim nachyleniu 8,5%. Pierwszy kilometr był kręty, bowiem trzeba było na nim pokonać aż pięć wiraży. Następnie po kilkusetmetrowej prostej wraz z końcem piątego kilometra wpadliśmy do lasu. Na szóstym kilometrze czekały nas trzy kolejne zakręty. Po czym przez dłuższy czas jechaliśmy niemal prosto na zachód. Dopiero na początku dziewiątego kilometra nasza dróżka skręciła na północ, zaś na początku dziesiątego przeskoczyła nad potokiem Braisse. Ostatnie dwa kilometry przed tą przeprawą trzymały już na poziomie około 9%. Niemniej najtrudniejsze miało dopiero nadejść. Po przebyciu 9,3 kilometra dotarliśmy na wysokość 2000 metrów n.p.m. i wjechaliśmy na teren Parku Narodowego Mercantour. Na polanie Plateau de Sestriere można było przez chwilkę odsapnąć, ale jeszcze przed końcem dziesiątego kilometra przypomniały się nam dwucyfrowe stromizny. Niebawem, bo na samym początku jedenastego kilometra trzeba było pokonać ściankę z nachyleniem 13,5%. Kilkaset metrów dalej zostawiliśmy za plecami leśne ostatki i wyjechaliśmy na otwarty teren.

Odtąd mieliśmy przed oczyma piękne widoki na okoliczne szczyty, w tym na naszą dobrą znajomą Cime de la Bonette. W połowie jedenastego kilometra zaliczyliśmy krótki zjazd, lecz po tym chwilowym przyśpieszeniu czekała nas już tylko mozolna jazda pod górę. Finałowy odcinek o długości 3,5 kilometra ma tu średnio 9,5%. W sumie naliczyłem na nim siedem ścianek o nachyleniu ponad 12%. Ta najbardziej stroma miała wartość 14,5% i była zlokalizowana na 2,5 kilometra przed finałem. Przed każdą z nich pojawiało się w mojej głowie pytanie czy wytrzymam jeszcze nasze wspólne tempo. Na szczęście żadna z nich nie była na tyle długa by mnie złamać i razem skończyliśmy ową wspinaczkę „na zapleczu” wielkiej Bonette. Stopniowo zmieniał się krajobraz. Powyżej 2000 metrów wokół drogi dostrzec można było jeszcze pojedyncze drzewa iglaste. Z czasem już co najwyżej krzewy, zaś w pobliżu przełęczy ostała się w tej okolicy jedynie trawa. W połowie czternastego kilometra przejechaliśmy obok bagienka Le Sagnas, z którego startuje żwawy potok Sestriere, wzdłuż którego biegnie lwia część tego podjazdu. Po minięciu tych mokradeł do mety pozostało nam jeszcze 500 metrów. Do samego końca trzeba było ostro walczyć z grawitacją. Ostatecznie zameldowaliśmy się na przełęczy w czasie 1h 09:37 (avs. 12,2 km/h z VAM 952 m/h). Zatrzymaliśmy się jakieś sto metrów dalej tzn. na jedynym zakręcie krótkiego asfaltowego zjazdu. Wspinaliśmy się w tempie zbliżonym do tego z Bonette. Łatwo nie było, więc „trochę” nas ta wspinaczka kosztowała. Jednak nie aż tak dużo jak mogłoby sugerować zdjęcie, które strzeliłem tu Adrianowi. W tej dzikiej krainie nie byliśmy jedynymi ludźmi. Kilkuosobowa grupka wyglądająca na „szkółkę niedzielną” miała tu mały wykład z geologii. Po 20-minutowym postoju rozpoczęliśmy zjazd. Tylko na górnym odcinku miałem dobre światło do zdjęć. Na środkowym (leśnym) sektorze było zbyt ciemno, zaś na dolnym około godziny osiemnastej raziło już nisko zawieszone słońce. Na chwilę zatrzymałem się w Saint-Dalmas-le-Selvage, gdzie miejscowi umilali sobie czas grą w boule (petanque).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4055713891

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4055713891

ZDJĘCIA

IMG_20200913_081

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Col de la Moutiere została wyłączona

Cime de la Bonette

Autor: admin o 13. września 2020

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Etienne-de-Tinee (M2205 -> D64)

Wysokość: 2802 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1658 metrów

Długość: 25,4 kilometra

Średnie nachylenie: 6,5 %

Maksymalne nachylenie: 16,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Niedziela była równie ciepła i słoneczna jak sobota, więc warto było ruszyć na Cime de la Bonette. Do przyjemnego i bezpiecznego zdobywania najwyższych premii górskich potrzebna jest jak najlepsza aura. Na podjazdy w dolinie rzeki Tinee przeznaczyłem nam trzy najbliższe dni. Ten pogodowo najlepszy trzeba było wykorzystać właśnie na Bonette i jej „sąsiadkę” czyli Col de la Moutiere. Prognozy na kolejne doby były bardzo dobre, ale wolałem nie odkładać naszych najwyższych wspinaczek na później. Skoro okno pogodowe było otwarte już w niedzielę należało skorzystać z takiej okazji. Bonette bywa reklamowana przez Francuzów jako „najwyższa droga Europy”. Taki slogan można zobaczyć choćby na tablicy drogowej w rejonie Jausiers, po północnej stronie góry. Mówi się też o niej, że to „najwyższa szosowa przełęcz Starego Kontynentu”. Ile w tym prawdy? Niewątpliwie należy do kultowych (legendarnych) wzniesień kolarskich. Choć przyznajmy jest niezbyt często wykorzystywana przez organizatorów największych imprez. Zapewne z uwagi na swe geograficzne położenie, dalekie od centrów turystycznych. Jak wiadomo wszelkie legendy są mieszanką prawd, półprawd i mitów. Tak też jest w przypadku Bonette. Nie jest ona najwyższą drogą (szosową) Europy. Wszak utwardzona droga na andaluzyjskiej Pico Veleta w Górach Betyckich dociera na wysokość aż 3367 metrów n.p.m., zaś asfalt położony na tyrolskim lodowcu Tiefenbachferner osiąga pułap 2829 metrów. Nie jest ona również najwyższą drogową przełęczą na Starym Kontynencie, bowiem prawdziwa przełęcz czyli Col de la Bonette znajduje się na poziomie 2715 metrów n.p.m., a zatem jest o kilkadziesiąt metrów niższa niż Iseran, Stelvio i Agnel (Agnello). Owszem droga przez Bonette osiąga wyższy od nich pułap 2802 metrów. Niemniej czyni to za sprawą dwukilometrowej pętli nieco sztucznie wytyczonej wokół wierzchołka góry. Ścieżki powstałej nie z konieczności, lecz z potrzeb turystyczno-propagandowych.

Czym więc jest ta góra w wersji Cime de la Bonette? Pod jakimi względami zasługuje na miano „NAJ”? Co najmniej pod trzema. Na pewno jest najwyższą szosową drogą we Francji, o 30-kilka metrów wyższą niż trakt wiodący przez przełęcz Iseran w Alpach Graickich (masywie Vanoise). Jest też najwyższą dwukierunkową drogą Europy, albowiem na Veletę i Tiefenbach można wjechać tylko z jednej strony. Poza tym Bonette pozostaje najwyższą premią górską jaką kiedykolwiek pokonywał kolarski peleton na trasach trzech Wielkich Tourów. Jej prymat w pierwszej i drugiej kategorii wydaje się być niezagrożony. Natomiast pierwszeństwo w trzeciej zależy od przyszłych decyzji organizatorów Vuelta a Espana i Giro d’Italia. Ci pierwsi mogą wszak wytyczyć finisz górskiego etapu ponad Granadą, nie w stacji narciarskiej Sierra Nevada, lecz przy Obserwatorium IRAM (2845 metrów n.p.m.). Natomiast drudzy mogą poprowadzić swój wyścig przez Passo del Rombo do austriackiego Solden i stamtąd wysłać kolarzy na wspomniany już Tiefenbach. Jaka jest historia Cime (Col) de la Bonette na trasach wyścigów wieloetapowych? Jak dotąd tą mega-górę czterokrotnie wykorzystano w trakcie Tour de France oraz jeden raz podczas Giro. Przy tym na „La Grande Boucle” za każdym razem przejeżdżano przez najwyższy punkt tej drogi (Cime), zaś w „La Corsa Rosa” etap poprowadzono przez przełęcz (Col). Bonette zadebiutowała na „Wielkiej Pętli” w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych. W owym czasie najwyżej po kolarskich górach latał „Orzeł z Toledo” czyli Federico Bahamontes. Hiszpan wygrał zatem premie górskie wytyczone na Cime w 1962 i 1964 roku. Przy tym najszybciej wjechał na „dach kolarskiej Europy” zarówno od strony południowej jak i północnej. Najpierw na odcinku osiemnastym z Juan-le-Pins do Briancon, zaś dwa lata później na dziewiątym z Briancon do Monaco. Tym niemniej w obu przypadkach z Bonette do mety było bardzo daleko, więc na finiszach ze zwycięstw cieszyli się inni zawodnicy tzn. Belg Emile Daems i wielki Francuz Jacques Anquetil.

Bonette wróciła na trasę Touru po blisko trzech dekadach w sezonie 1993. Podczas 80. edycji wyścigu Dookoła Francji, którą na trzecim miejscu ukończył Zenon Jaskuła. W trakcie jedenastego etapu tej imprezy z Serre Chevalier do Isola 2000 podjechano na nią od strony północnej. Premię górską wygrał wówczas Szkot Robert Millar, który na Cime wjechał z przewagą 50 sekund nad niewielką grupą asów. Niemniej to nie Bob (znany dziś jako Philippa York), lecz Szwajcar Tony Rominger cieszył się tego dnia ze zwycięstwa etapowego. Potem jeszcze wskoczyła do programu Touru tylko w roku 2008. Na etapie szesnastym z włoskiego Cuneo do Jausiers zdobywano ją od południa. Jako pierwszy na szczycie pojawił się kolarz z RPA John-Lee Augustyn, lecz chwili później sam wyeliminował się z walki o sukces etapowy wypadając z drogi na pierwszym zakręcie zjazdu. Na dole po finiszu z 4-osobowej grupki triumfował zaś Francuz Cyril Dessel. Jednym słowem żaden ze zdobywców Bonette nie został na TdF bohaterem dnia. Nie inaczej było na Giro d’Italia z 2016 roku. Organizatorzy Giro zapewne z uwagi na wcześniejszy termin swej imprezy poprzestali na poprowadzeniu trasy etapu dwudziestego z Guillestre do Saint Anna di Vinadio przez przełęcz na wysokości 2715 metrów n.p.m. Tą premię górską wygrał Bask Mikel Nieve, który tym samym zagwarantował sobie zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Niemniej etap należał do Estończyka Reina Taaramae, zaś szalę zwycięstwa w całym wyścigu przechylił na swą korzyść Włoch Vincenzo Nibali. Jak dotąd dwukrotnie sprawdzałem swe siły na Bonette, w obu przypadkach podjeżdżając tą górę od strony północnej. Za pierwszym razem w lipcu 2005 roku udało mi się dotrzeć na Cime. Natomiast przy drugiej okazji w czerwcu 2013 roku, na piątym odcinku Route des Grandes Alpes, musiałem przejechać przez Col, gdyż z uwagi na ryzyko zejścia lawiny szczytowy odcinek podjazdu zablokowano pokaźnymi zwałami śniegu.

W każdym razie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem południowe zbocze Bonette, choć tylko z perspektywy zjazdowca. Teraz po piętnastu latach od naszego pierwszego spotkania mogłem ją w końcu dobrze poznać z tej cieplejszej strony. Przełęcz Bonette jak i opleciony asfaltową wstążką szczyt Cime de la Bonette (2860 metrów n.p.m.) leżą w masywie Mercantour-Argentera, na północnym skraju Alp Nadmorskich. Znajdują się w granicach Parku Narodowego Mercantour. Przez przełęcz biegnie granica między departamentami Alpes-Maritimes i Alpes-de-Haute-Provence. Drogi prowadzące ku niej czyli C4 i D64 łączą doliny rzek: Ubaye (na północy) i Tinee (na południu). Ponoć w linii prostej leży ona mniej niż sto kilometrów od Lazurowego Wybrzeża. Tyle czystej geografii. Teraz trochę tej kolarskiej. Południowy podjazd jest dłuższy i większy od północnego. Jednak różnice są niewielkie. Ot 2,2 kilometra dystansu i zaledwie 72 metry przewyższenia. Wspinaczka północna ma za to wyższe średnie nachylenie, choć sama końcówka jest bardziej stroma po stronie „śródziemnomorskiej”. Na stronie „cyclingcols” porównanie obu podjazdów minimalnie wygrywa opcja „prowansalska”, stosunkiem 1138 do 1137 punktów. To wszystko wszak przy założeniu, iż południowy podjazd zaczniemy w miasteczku Saint-Etienne-de-Tinee czyli 1144 metrów n.p.m. Wspinaczkę tą można jednak poprzedzić dowolnej długości odcinkiem falsopiano w dolinie Tinee. Dla przykładu start w Saint-Saveur-de-Tinee da już amplitudę 2305 metrów, lecz za cenę 29-kilometrowego dojazdu na „start ostry” przez teren o średnim nachyleniu ledwie 2,2%. Na stronie „massimoperlabici” przeszło 25-kilometrowy podjazd z Saint-Etienne podzielono na 6 odcinków. Pierwszy do mostu Pont Haut (1347 m. n.p.m.) ma długość 4,3 kilometra i przeciętne nachylenie 4,7%. Drugi do osady Bousieyas (1880 m. n.p.m.) to 8,2 kilometra ze średnią 6,5%. Trzeci do ex-koszar Camp de Fourches (2268 m. n.p.m.) to 5,3 km i 7,3%. Czwarty do pośredniej przełęczy Col des Granges Communes (2505 m. n.p.m.) to 3,8 km i 6,2%. Piąty do Col de la Bonette ma równo 3 kilometry o średniej 7%, zaś szósty to sztywna końcówka 900 metrów ze średnią 9,7%.

Z domu na spotkanie z „Jej wysokością” wyruszyliśmy około godziny dziesiątej. Do przejechania samochodem mieliśmy w sumie 51 kilometrów. Najpierw 13-kilometrowy zjazd, a potem dłuższy odcinek lekko w górę Vallee de la Tinee. Transfer zabrał nam blisko godzinę, choćby dlatego iż na miejsce „rozładunku” wybraliśmy okolice wspomnianego mostu Pont-Haut, a nie miasteczko świętego Stefana. Dlatego by przy okazji drugiej wspinaczki nie powtarzać już pierwszych kilometrów powyżej Saint-Etienne. Tym samym podobnie jak w piątek czy sobotę zaczęliśmy „zabawę” od kilkukilometrowego zjazdu. Pogoda trafiła się nam wyborna. Na starcie jak i mecie tego odcinka mój licznik odnotował temperaturę 29 stopni. Na szczycie mimo znacznej wysokości mieliśmy 25, zaś minimum wykazanym podczas zjazdu było 21. Na miejsce startu wybraliśmy sobie styk dróg M39 i M2205 po wschodniej stronie mostu nad Tinee. Tablica zawieszona na murze świadczyła o tym z jakim gigantem mamy się zmierzyć. Przez cztery pierwsze kilometry jechaliśmy wzdłuż lewego brzegu rzeki. Nachylenie było stabilne i umiarkowane. To jest sięgające co najwyżej 7%. Po około 13 minutach minęliśmy nasz samochód, zaś chwilę później wjechaliśmy na Pont-Haut przedostając się na prawy brzeg Tinee. Tuż za mostem trafiliśmy na rozjazd. W lewo biegnie stąd droga M63 do Saint-Dalmas-le-Selvage i na przełęcz Moutiere, z której mieliśmy skorzystać tego popołudnia. Tymczasem musieliśmy skręcić w prawo i wjechać na szosę D64. Pod koniec szóstego kilometra wróciliśmy na lewą stronę rzeki korzystając z Pont de Vens (1445 m. n.p.m.). W połowie siódmego kilometra zaliczyliśmy dwa pierwsze wiraże, zaś przy drugim z nich ujrzeliśmy mały wodospad. Do końca ósmego kilometra szlak wiódł nas na północ, zaś później zaczął skręcać na zachód. Na razie jeszcze okolica drogi była zalesiona. To się zmieniło gdy w połowie dziesiątego kilometra minęliśmy osadę Le Pra, by chwilę później wąskim mostem przeskoczyć nad wartkim potokiem Salso-Moreno.

Do końca jedenastego kilometra droga szła niemal prosto na zachód, by następnie zacząć zdobywać wysokość za pomocą serpentyn. Za trzecią z nich po przebyciu 12,3 kilometra od startu minęliśmy osadę Bousieyas, w której na dłużej zatrzymaliśmy się podczas zjazdu. To ostatnie ludzkie osiedle na tym górskim szlaku, choć do końca wspinaczki brakuje przeszło 900 metrów w pionie. O tym co nas czeka byliśmy dokładnie informowani przez ustawione co kilometr tablice. Aktualna wysokość, nachylenie kolejnego odcinka i odległość od Cime. Więcej nie trzeba było wiedzieć. Trzymaliśmy równe tempo z VAM-em na poziomie 950 m/h. Rzekłbym, że całkiem niezłe jak na tak długie i bardzo wysokie wzniesienie. Tego dnia czułem się wyśmienicie i było ono dla mnie w pełni komfortowe. Jeszcze przed Bousieyas wyjechaliśmy w otwarty teren, pomiędzy górskie łąki gdzie przestrzeń i widoki mogły zapierać dech w piersiach bardziej niż sam wysiłek. W drugiej połowie czternastego kilometra droga skręciła na wschód i następnie krętym szlakiem przez siedem wiraży doprowadziła nas między z dawne opuszczone zabudowania Camp de Fourches (17,4 km). Te alpejskie koszary wybudowano na wysokości blisko 2300 metrów n.p.m. w latach 1890-1906 i były one w stanie pomieścić batalion złożony z czterech kompanii, po 150 ludzi w każdej. Do tego miejsca największa chwilowa stromizna (z początku szesnastego kilometra) wyniosła 10,1%. Pierwszy kilometr za dawnym obozem wojskowym był niezbyt wymagający, lecz kolejny wręcz przeciwnie. Od połowy dziewiętnastego kilometra trzeba było mocniej popracować. Stromizna tym razem skoczyła do poziomu 10,6%. Pod koniec dwudziestego kilometra zaczęliśmy spokojniejszy odcinek biegnący na zachód, który w półtora kilometra doprowadził nas na przełęcz Raspaillon (2513 m. n.p.m.). Następnie po kolejnych trzech kilometrach jazdy wzdłuż zbocza góry w kierunku południowo-zachodnim i nachyleniem dochodzącym do poziomu 10,1% w końcu dotarliśmy na Col de la Bonette.

Do celu mieliśmy już blisko, lecz przedwcześnie byłoby się witać z gąską. Finał tego podjazdu to dopiero wyzwanie. Pozornie krótki odcinek, bo z tej strony ledwie 900-metrowy. Niemniej ze średnią stromizną niemal 10% i maximum przekraczającym 16%! Całkiem soczysty deser po 100 minutach wcześniejszej jazdy. Na dobrą sprawę był to jedyny odcinek Bonette, na którym musiałem się mocniej sprężyć by dojechać na szczyt z Adrianem. Obaj staraliśmy się godnie wykończyć tą piękną wspinaczkę. Mimo sporej stromizny udało nam się finiszować w tempie około 11 km/h. Zdaniem niektórych szczyt owej góry przypomina kapelusz, zaś asfalt ją oplatający jest rondem owego kapelusza. Ja mam skojarzenia rodem ze świata zwierząt. Dla mnie pozbawiony jakiejkolwiek roślinności szczyt Cime de la Bonette wygląda niczym głowa słonia, zaś dwa schodzące się paski asfaltu widziane od strony przełęczy przypominają trąbę największego z lądowych ssaków. Ta wizja bardziej mi pasuje do kolarskiej góry nad górami. Nasze „polowanie” na francuskiego słonia trwało przeszło godzinę i trzy kwadranse. Według stravy segment o długości 25,61 kilometra przejechaliśmy w 1h 45:51 (avs. 14,5 km/h). Dostosowując przewyższenie do prawdziwej wartości dało to nam VAM na poziomie 940 m/h. Najwyższy punkt owej drogi znajduje się na wysokości cokołu przypominającego dawny projekt drogowy z czasów cesarza Napoleona III. Za owym pomnikiem dostrzec można w dole pokręconą dróżkę prowadzącą na niższą o jakieś 350 metrów Col de la Moutiere. Na Cime było tłoczno i gwarno. Liczni turyści docierali tu tak samochodami, motocyklami czy jak my rowerami. Niektórzy decydowali się jeszcze na pokonanie pieszej ścieżki wiodącej na punkt widokowy zlokalizowany na szczycie góry. Na owej premii górskiej spędziliśmy blisko pół godziny. Potem w połowie zjazdu zaliczyliśmy niemal równie długi „coffee break” przy barze w Bousieyas. Po drodze korzystając z pięknej aury udokumentowałem nasz wyczyn licznymi filmikami i ponad setką zdjęć.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/4055713966

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/4055713966

ZDJĘCIA

IMG_20200913_001

FILM

Napisany w 2020b_Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence | Możliwość komentowania Cime de la Bonette została wyłączona