Appennini Nord & Centro vol. II
Autor: admin o 11. grudnia 2025
Moja letnia „sesja poprawkowa” czyli czwarta już wyprawa w Apeniny, z rowerem w roli pierwszo- lub przynajmniej drugoplanowej. Tą pierwszą była romantyczna wycieczka z Iwoną po Toskanii i Ligurii, na którą wybraliśmy się w lipcu 2011 roku. W trakcie tego wyjazdu zaliczyłem dziesięć apenińskich wzniesień m.in. bardzo trudne San Pellegrino in Alpe, samotną Monte Amiata czy Passo dell’Abetone rozsławioną rajdem Fausto Coppiego na Giro d’Italia z roku 1940. Drugą eskapadą było „Grande Giro” z Darkiem Kamińskim czyli 18-dniowy przejazd po północnej i środkowej części Apenin na przełomie czerwca i lipca roku 2014. To już było zwiedzanie Italii w trybie „niemal każda noc pod nowym dachem”. Całe multum ciekawych podjazdów po drodze, niekiedy nawet trzy dziennie. Przebyliśmy długą trasę ze startem w San Marino i zjazdem na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża przez regiony Marche i Abruzję aż do Molise. Biegunem południowym owej wyprawy była znana z kilku edycji „La Crosa Rosa” wspinaczka do stacji Campitello Matese. Następnie po nawrotce na wysokości Montecassino ruszyliśmy na północ szlakiem przez Lacjum, Umbrię, Toskanię, Ligurię i lombardzkie Oltrepo Pavese ku ostatnim etapom na terenie Emilii-Romanii. Zaliczyłem wówczas aż 37 premii górskich, w tym takie góry jak: Monte Nerone, Prati di Tivo, Blockhaus, Sella di Leonessa (via Terminillo), Campo Cecina czy Monte Beigua.
Podobnie zaprojektowałem sobie ubiegłoroczny wypad w Apeniny, na który wybrałem się u progu kalendarzowej jesieni wespół z Mateuszem Dąbrowskim. Z moim kompanem umówiłem się na współpracę od startu w sub-regionie Romagna do końca pierwszego tygodnia na pograniczu Lacjum oraz Umbrii. Mój teren poznawczy znów miał obejmować północne i środkowe Apeniny, acz tym razem wiódł po nieco krótszej trasie podzielonej na prologu i 15 etapów. Niestety pechowe zrządzenie losu sprawiło, iż na tym wyjeździe zaliczyłem mniej niż połowę z zaplanowanych 31 wzniesień. Już na prologu wokół Monte Fumaiolo dopadły mnie dreszcze. Kolejny podjazd czyli Passo di Calla ledwie ukończyłem jadąc w gorączce. Po takim wstępie na cztery dni zostałem wyłączony z wszelkiej aktywności, więc z górami Marche przegrałem walkowerem. Na rower wróciłem w Abruzji, lecz przez trzy pierwsze dni ograniczałem się do jednej wspinaczki na dobę. Dopiero na początku drugiego tygodnia zacząłem kręcić w pełnym wymiarze, choć na nieco zwolnionych obrotach. Po czym gdy powoli zacząłem się rozkręcać nadeszło załamanie pogody. W Toskanii cały czas lało, zaś w Ligurii aura była w kratkę. Cóż mogłem się z tym liczyć wszak zaczął się już październik. Ostatecznie w ciągu 16 dni na włoskiej ziemi pokonałem tylko 13 podjazdów, w tym zaledwie trzy o przewyższeniu ponad 1000 metrów tzn. Valico di Capo la Serra, Rocca Calascio i Passo del Faiallo.
Tym samym po sezonie 2024 na obszarze Apeninów miałem już przejechanych 60 premii górskich, w tym 56 o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Tym niemniej przebieg jak i wynik zeszłorocznej wyprawy pozostawił mi spory niedosyt. Obiecałem sobie czym prędzej wrócić te strony by nadrobić owe zaległości. Odpowiedzią na te niepowodzenia miała być wycieczka o charakterze bynajmniej nie czysto kolarskim. Po długich czternastu latach znów zajechałem autem na włoski półwysep w towarzystwie Iwony. Owszem w międzyczasie zwiedzaliśmy razem centralne czy południowe regiony Italii, ale tylko dzięki lotom do Rzymu, Pizy, Neapolu, Bari czy Katanii. Niemniej moja partnerka nigdy nie miała okazji do przeżycia tak mobilnej wycieczki krajoznawczej. Liczne przeprowadzki dawały szansę odwiedzenia wielu ciekawych miejsc tak w rejonach nadmorskich jak i górskim interiorze Italii. Rower w ciągu tych dwóch tygodni był na drugim planie, choć niemal codziennie miałem tu 2-3 godzinki wolnego czasu na wspinaczkę i niekiedy potrzebny dojazd w rejon wybranej góry. Dwa razy dostałem nawet dłuższą dyspensę konieczną do zaliczenia pewnej wielkiej góry czy też dwóch dużych w ciągu jednego dnia. Równie ważne jak rower były w tych dniach wizyty na włoskich plażach. Odwiedziliśmy zatem kurorty: Rimini, Montesicuro oraz Francavilla al Mare po adriatyckiej stronie półwyspu oraz Marina di Massa nad Morzem Tyrreńskim.
Tym niemniej dla mnie najlepszymi punktami całego programu były liczne okazje do wspólnego przechadzania się po pięknych: miastach, miasteczkach czy urokliwych wioskach, a także do podziwiania cudów natury jakimi może się pochwalić środkowa Italia. Zaczęliśmy nasze Giro od zwiedzania Republiki San Marino. Następne na naszej liście były miejscowości takie jak: San Leo, Frontino, Urbino, Braccano, Ascoli Piceno, Castel del Monte, Rocca Calascio, L’Aquila, Tivoli, Bagnoregio, Orvieto i w końcu miasto Krzysztofa Kolumba czyli Genua. Istną perełką tej wycieczki była wizyta w zjawiskowych jaskiniach Frasassi. Poza tym dwukrotnie wjechaliśmy na majestatyczny płaskowyż Campo Imperatore, za pierwszym razem oglądając jego wschodni kraniec, a za drugim zachodni czyli okolice masywu Gran Sasso d’Italia. O wszystkich tych miejscach postaram się wspomnieć przy okazji opisywania moich kolejnych górskich podjazdów. Tych w lipcu minionego roku zaliczyłem w sumie 14. Tym razem udało się odhaczyć prawie wszystkie z kolarskiego programu. Do pełni szczęścia na tym polu zabrakło choćby jednej wspinaczki w rejonie płaskowyżu Castelluccio. Miałem tam do wyboru dwa solidne podjazdy: ten z Castelsantangelo sul Nera do stacji Monte Prata lub z Trisungo na przełęcz Forca di Presta. Względnie mogłem się zadowolić krótszym do ośrodka narciarskiego Frontignano czyli metą z tegorocznej edycji wyścigu Tirreno-Adriatico. Niestety w trakcie naszego transferu z Mateliki do Martinsicuro niemal ciągle „lało jak z cebra”, więc musiałem sobie darować rowerową wspinaczkę na terenie Monti Sibillini.
Wśród wspomnianej „czternastki” po cztery premie górskie zaliczyłem na szosach Abruzji i Toskanii oraz trzy w regionie Marche. Ponadto pokonałem po jednym podjeździe w stołecznym Lacjum, Ligurii oraz na południowo-wschodnich rubieżach Piemontu, który z Apeninami niespecjalnie się kojarzy. W sumie podczas tej podróży przejechałem 492,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 15.148 metrów. Ogólny wynik całkiem niezły biorąc pod uwagę, iż była to górska jazda co najwyżej na pół-etatu. Połowa z moich lipcowych wzniesień miała przewyższenie netto powyżej 1000 metrów. Najwspanialszym podjazdem pod każdym względem była wspinaczka ze Scafy przez Roccamorice na mityczny Blockhaus. To była jedyna góra z finałem powyżej poziomu 2000 metrów n.p.m. Ta wyjątkowość akurat nie dziwi, bowiem w Apeninach są tylko dwa szosowe „dwutysięczniki”. Przewyższenie netto Blockhausu czyli 1958 metrów było o blisko 800 metrów większe od amplitudy kolejnego wzniesienia na tej liście, również abruzyjskiego Vado di Sole. Warto przy tym dodać, iż brutto miałem tu pokonania w pionie aż 2025 metrów! Gigant z masywu Majella to podjazd długi na blisko 32 kilometry, więc był też moim najdłuższym na tej wyprawie. Poza nim trafiły się jeszcze dwie przeszło 20-kilometrowe wspinaczki czyli: Valico della Crocetta i Rifugio Casentini. Rzeczony zachodni Blockhaus był tu jedynym wzniesieniem na tyle trudnym by wskoczyć do pierwszej „setki” moich najbardziej wymagających wspinaczek. Znalazł się zresztą całkiem wysoko, bo na 19 miejscu czyli o stopień wyżej niż słynne Passo del Mortirolo od Mazzo di Valtellina. Dodam, że był nie tylko największym, lecz także najtrudniejszym ze wszystkich 54 podjazdów jakie zaliczyłem w sezonie 2025.
Mój rozkład jazdy:
26.07 – Monte Carpegna
27.07 – Monte Nerone NW
28.07 – Monte San Vicino
30.07 – San Giacomo N +
31.07 – Blockhaus W
1.08 – Vado di Sole
2.08 – Valico della Crocetta
3.08 – Campaegli
4.08 – Monte Serra E
5.08 – Rifugio Casentini & Rifugio Orecchiella
6.08 – Passo del Vestito
7.08 – Capanne di Cosola
8.08 – Passo della Bocchetta
Napisany w 2025b_Appennini Nord & Centro vol. II | Możliwość komentowania Appennini Nord & Centro vol. II została wyłączona









