banner daniela marszałka

Archiwum: '2009b_Alpy francuskie' Kategorie

Bayard & Orcieres-Merlette

Autor: admin o 25. lipca 2009

Na zakończenie wakacji z francuskimi Alpami zechciałem zwiedzić dwie góry nieszczególnej wielkości, lecz o istotnej roli w dziejach Tour de France. Przeto w „menu” na sobotę 25 lipca znalazły się: przełęcz Bayard oraz podjazd do stacji górskiej Orcieres-Merlette. Bayard zainteresowała mnie przede wszystkim z uwagi na swą niemal „antyczną” historię. W 1905 roku do spółki ze wzniesieniem Cote de Laffrey pojawiła się na trasie pierwszego alpejskiego etapu w całych dziejach Touru z Grenoble do Toulonu. W programie „Wielkiej Pętli” z lat 1903-04 jedynym solidnym podjazdem była przełęcz Col de la Republique w Masywie Centralnym. Natomiast już w trakcie trzeciej edycji, pięć dni przed Alpami przejechano jeszcze tylko Ballon d’Alsace w Wogezach. W sumie przez Bayard śmigano 25-krotnie, acz tylko dwa razy po II Wojnie Światowej. Z kolei położony u bram do Parku Narodowego Ecrins kurort Orcieres-Merlette był sceną czterech batalii o zwycięstwo etapowe w latach 1971-89. Pierwsza z nich przeszła do legendy wyścigu, zaś ostatnia przyniosła zmianę lidera podczas najbardziej dramatycznej ze wszystkich edycji Touru. W 1971 roku Hiszpan Luis Ocana wprost znokautował tu wszystkich swych rywali. Drugiego na mecie Belga Lucien’a Van Impe wyprzedził o niemal sześć, zaś grupę lidera Holendra Joop’a Zoetemelka i głównego faworyta Eddy Merckxa o prawie dziewięć minut! Wygrałby najpewniej i cały ten wyścig gdyby nie pechowy wypadek w Pirenejach.

Z kolei w 1989 roku na trasie z Gap do Orcieres-Merlette, szlakiem przez przełęcz Manse poprowadzono górską czasówkę, którą wygrał Holender Steven Rooks przez Baskami Marino Lejarretą i Miguelem Indurainem. Tego dnia słabiej kręcili liderzy wyścigu, albowiem Greg Lemond był tylko piąty, zaś Laurent Fignon ledwie dziesiąty. Amerykanin był przy tym lepszy od Francuza o 47 sekund i na dwa dni przechwycił żółtą koszulkę lidera. Tyle wielkiej historii. Bazą wypadową do wszystkich tych wspinaczek miało być znane z dziewiętnastu występów w TdF miasto Gap, stolica departamentu Hautes-Alpes. Dojazd do niego czekał nas niezbyt długi czy też skomplikowany. Ot po prostu zjazd do krajówki N-94 i jazda ciągle na zachód przez Embrun, Savines-le-Lac, Chorges i La Batie-Neuve. W sumie tylko 46 kilometrów, lecz z uwagi na wzmożony ruch weekendowy transfer zajął nam około godziny. Zaparkowaliśmy w zacienionym miejscu przy Avenue Emile Didier, nieopodal ronda Point du Cedre, na którym krzyżują się wszystkie główne drogi przez to miasto. W trasę ruszyliśmy o godzinie 11:25 tzn. z półgodzinnym poślizgiem w stosunku do planu, który zakładał koniec jazdy przed piętnastą. Tego dnia chciałem bowiem wrócić do Saint-Marcellin na ostatnią godzinę telewizyjnej relacji Tour de France, gdyż był to „nasz etap” z finałem na Mont Ventoux. Na wspomnianym rondzie należało skręcić w prawo na Avenue du Commandant Dumont gdzie po przejechaniu linii kolejowej i ledwie 400 metrów od naszego startu zaczęła się wspinaczka pod Col du Bayard (1246 m. n.p.m.).

ZDJĘCIA

SAINT-MARCELIN

>Na początku jechaliśmy wzdłuż sznura zakorkowanych samochodów chcących wydostać się z miasta na północ przez słynną Route Napoleon czyli drogę krajową N-85. Podjazd od samego początku był całkiem solidny, tym trudniejszy iż przystąpiliśmy do niego nie rozgrzani. Pierwsze 2770 metrów o średnim nachyleniu 5,5 % przejechałem z przeciętną prędkością 17 km/h. Schody zaczęły się pod koniec trzeciego kilometra i trzymały już niemal do końca wzniesienia. Po w miarę przyjaznym wstępie kolejne 3910 metrów potrafiło już nieźle przytkać, tym bardziej że na niektórych odcinkach mocno wiało nam w nos. Ten fragment podjazdu miał długość 3910 metrów i średnie nachylenie 7,9 %, zaś maksymalna stromizna dwukrotnie skoczyła do 15 % na szóstym kilometrze. Męki skończyły się na wysokości osady Chauvet. Potem za którą pozostało już tylko pokonać łatwiutkie 910 metrów o średnim nachyleniu 3 % w linii prostej ku przełęczy. Mimo takiej końcówki to była doprawdy ostra jazda na sam początek ostatniego etapu. Cały podjazd miał 7,59 kilometra o średnim nachyleniu 6,7 % i przewyższenie 513 metrów. Jego pokonanie przy pełnym zasobie sił, lecz bez stosownej rozgrzewki zajęło mi 27 minut i 57 sekund. Wspinałem się więc ze średnią prędkością 16,293 km/h, przy wartości VAM 1101 m/h. Darek w swoim stylu rozpoczął jazdę znacznie spokojniej, a przy tym przyznawał się do zmęczenia dwoma tygodniami wojaży i arcytrudnym piątkowym odcinkiem. Zdobycie przełęczy Bayard zajęło memu koledze 35 minut i 17 sekund przy skromnej średniej 12,906 km/h.

ZDJĘCIA

COL BAYARD

Po tradycyjnych fotkach przy tablicy ruszyliśmy w dalszą drogę „Napoleonką” by pokonać kolejne 5,2 kilometra w kierunku północnym. Wiało nie tylko mocno ale i porywiście, więc szczególnie na odcinkach zjazdu trzeba się było mocno trzymać kierownicy. Po zjechaniu na wysokości 1050 metrów n.p.m. przyszło nam skręcić w prawo na drogę regionalną biegnącą doliną rzeki Le Drac. Najpierw trochę pagórków na szosie D-114. Potem niby płaski, lecz stale wznoszący się teren na drodze D-944. Jadąc zgodnie i na ogół z wiatrem w plecy minęliśmy wioski: Le Cros, Forest-Saint Julien, La Plaine i Pont du Fosse. Nie forsowaliśmy tempa osiągając na tym odcinku średnią 28 km/h. Na chwilę minął nas nawet ambitny turysta na rowerze trekkingowym. Cały ten odcinek miał 17,7 kilometra i kończył się u zbiegu dwóch smoczych potoków tzn. płynącego od wschodu Le Drac Noir i schodzącego z północy doliną Champoleon Le Drac Blanc. Na poboczu drogi stała drewniana rzeźba starego pasterza o fizjonomii Alberta Einsteina wraz z jego wiernym psim pomocnikiem. Tu też zaczynał się podjazd do Orcieres-Merlette (1840 m. n.p.m.). Pierwsza część wzniesienia biegła nadal drogą D-944 wzdłuż wód Drac Noir momentami dając szanse na naprawdę szybką jazdę. Dopiero po dojechaniu do poziomu 1400 metrów n.p.m. i wykonaniu skrętu na północ ku Orcieres podjazd zmienił swój początkowo łagodny charakter. Jeszcze bowiem przed dojechaniem do centrum owej wioski zaczęły się regularne serpentyny. W porównaniu do pierwszych 5,5 kilometra o średnim nachyleniu tylko 5,1 %, teraz na kolejnych 4,5 kilometrach droga prawie w ogóle nie odpuszczała. Na odcinku między Orcieres a Merlette średnia stromizna wyniosła 6,9 %, zaś na ósmym kilometrze wzniesienia trzykrotnie wzbiła się do maksymalnego poziomu 10 %.

Finisz wspinaczki wyznaczyłem sobie na rozjeździe dróg u wjazdu do Merlette. Lewa odnoga drogi prowadziła stąd do centrum kurortu, zaś prawa po lekkim zjeździe ku hotelom we wschodniej, najwyżej położonej części stacji. Dojechałem więc do wysokości 1807 metrów n.p.m. po pokonaniu 10,08 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i przewyższeniu 621 metrów. Potrzebowałem na to 35 minut i 4 sekundy, uzyskawszy średnią prędkością 17,247 km/h i całkiem dobry VAM 1062 m/h. Po chwili ruszyłem ku najwyższym partiom kurortu i po przejechaniu dokładnie 1550 metrów dotarłem do parkingu położonego na wysokości 1840 metrów n.p.m. Dalej były już tyle gołe zbocza szczytów sięgających trzech tysięcy metrów, z których zbiegały trasy narciarskie i downhillowe. Następnie skierowałem się ku centrum i tym sposobem mijałem się z Darkiem. Mój kolega na dotarcie do parkingu potrzebował aż 51 minut i 9 sekund, przy czym w punkcie „1807” pojawił się po 48 minutach i 3 sekundach. Spotkaliśmy się ostatecznie właśnie w tym miejscu, po tym jak każdy z nas zrobił sobie mały rekonesans po ulicach Merlette. Dwadzieścia minut odpoczynku na tamtejszej ławeczce pozwoliło mi jeszcze nacieszyć oczy ostatnimi alpejskimi widokami. Aczkolwiek na zjeździe zatrzymaliśmy się jeszcze w paru ciekawszych miejscach dla celów foto-dokumentacyjnych. Mi chyba nieco trudniej było się rozstać z Wielkimi Alpami, gdyż zrobiłem sobie więcej tego rodzaju przystanków niż Darek wobec czego ostatnie 30 kilometrów również przejechaliśmy z osobna.

Po zjeździe czekało nas jeszcze około 11 kilometrów jazdy w dolinie. Tym razem raczej pod wiatr, lecz za to lekko w dół przy wysokiej temperaturze 27 stopni. Obaj przejechaliśmy ten odcinek z prędkością około 32 km/h tak, iż nie miałem szansy dogonić Darka, który najwyraźniej odzyskał wigor. Nie chcieliśmy wracać do Gap przez 13-kilometrowy odcinek „Napoleonki” cieszący się zbyt dużym jak na nasz gust powodzeniem wśród kierowców samochodów. Dlatego tuż przed Forest-Saint Julien każdy z nas wybrał dalszą jazdę po drodze D-994, na południe ku przełęczy Manse. Podjazd pod Col de Manse (1268 m. n.p.m.) był ledwie deserem przy dwóch głównych daniach dnia. Równie łatwym jak którakolwiek z zapoznawczych premii trzeciej i czwartej kategorii na trasie tegorocznego L’Etape du Tour. Podjeżdżaliśmy tylko przez 5,93 kilometra przy skromnym średnim nachyleniu 3,7 %. Na drugim i trzecim kilometrze wzniesienia mieliśmy trochę poważniejszej wspinaczki o średniej stromiźnie 5 %. Z kolei finałowe dwa kilometry były znacznie łatwiejsze o średniej 2,6 %. W sumie ostatnie 15 minut i 18 sekund alpejskiej wspinaczki przy przeciętnej prędkości 23,254 km/h i z konieczności niskim VAM 811 m/h. Darek przemknął tędy w równo 17 minut, lecz na zjeździe do Gap pędził szybciej ode mnie, osiągając maksymalną prędkości 68,4 km/h. Po niespełna sześciu kilometrach zjazdu wbiliśmy się z powrotem na Drogę Napoleona, po której przyszło nam pokonać ostatnie 4,5 kilometra zjazdu. Dopiero około 15:20 „wylądowaliśmy” przy samochodzie po pokonaniu 81,9 kilometra dystansu i 1530 metrów przewyższenia.

ZDJĘCIA

MERLETTE

Dlatego na relację live z dwudziestego etapu TdF udało mi się zerknąć jedynie przelotem przechodząc obok baru w supermarkecie Champion. Gdy dojechaliśmy do Saint-Marcellin to najciekawsze akcje finałowej rozgrywki na Mont Ventoux mogliśmy jednak obejrzeć na TF2 w programie będącym podsumowaniem etapu. Za sprawą Basi zjedliśmy małe co-nie-co przed wielogodzinną podróżą, spakowaliśmy się, uregulowaliśmy rachunek u żony naszego gospodarza i około 19:30 ruszyliśmy w długą drogę powrotną. Pierwsze półtorej godziny jeszcze przy dziennym świetle znanym sobie szlakiem przez Briancon i do Włoch przez Col de Montgenevre. Potem przez Cesana Torinese, Oulx i Susę po autostradzie A32 do Turynu. Następnie po włoskiej A4 do okolic Mediolanu i po A-9 do szwajcarskiej granicy na przejściu Como-Chiasso. Jednym słowem drogą przy Mendrisio, które dwa miesiące później gościło uczestników szosowych Mistrzostw Świata. Niemal całą Szwajcarię przejechaliśmy po autostradzie N-13 tzn. przez: Lugano, Bellinzonę, passo San Bernardino, Chur i okolice Liechtensteinu. Potem na chwilę wjechaliśmy do Austrii by przez Bregenz objechać Jezioro Bodeńskie (Bodensee). Po niemieckiej stronie nie od razu można było wbić się na jedną z autostrad. Co gorsza prowadzone roboty drogowe sprowokowały nas do nocnej jazdy na orientację zanim znaleźliśmy się na autostradzie A-7. Potem czekała nas jazda po A-6 i A-9 gdzie niemal wszystko poszło jak z płatka. Straciliśmy tylko nieco czasu okrążając niemiecką stolicę po jej zachodniej obwodnicy. Natomiast ostatnie chwile na obczyźnie spędziliśmy na autostradzie A-11. Do Polski wjechaliśmy w niedziele przedpołudnie, oczywiście przez Kołbaskowo jak na ludzi z Trójmiasto przystało.

Mimo utraty jednego dnia na samym starcie nasza wyprawa zakończyła się pełnym sukcesem. Pogoda dopisała, a nawet gdy „zamarudziła” to starczyło nam silnej woli by pokonać takowe przeciwności aury. Udało się wypełnić nakreślony przez mnie program pełen wyzwań i atrakcji. Zaliczyliśmy udany występ w wyścigu i nie zważywszy na rzadkie chłody czy częste upały spędziliśmy aż dwanaście innych dni w trasie podczas prywatnych odcinków specjalnych. Przebyłem aż 30 klasyfikowanych podjazdów, z czego 22 o amplitudzie przynajmniej 500 metrów. Według danych z mego licznika przejechałem w sumie 1135 kilometrów o łącznym przewyższeniu aż 27.656 metrów! Darek zdziałał niewiele mniej, zważywszy na to, że odpuścił sobie jedynie wspinaczki pod Mont Revard i Les Orres. Natomiast cztery inne „moje wzniesienia” zamienił na dwa giganty w postaci najwyższych przełęczy Francji tzn. Col de l’Iseran i Cime de la Bonette. Dziękując Darkowi za cenne i sympatyczne towarzystwo na alpejskich szlakach muszę również wyrazić swój podziw dla Basi za jej cierpliwość i wyrozumiałość dla naszych kolarskich wyczynów oraz kunszt kulinarny, który sprawił iż mogliśmy się porwać na te wszystkie szczyty odpowiednio „naładowani” energią.

Napisany w 2009b_Alpy francuskie | Możliwość komentowania Bayard & Orcieres-Merlette została wyłączona

Cayolle, Champs & Allos

Autor: admin o 24. lipca 2009

„Mocne uderzenie na sam koniec”. Tak nazwał ten dzień Piotrek Mrówczyński gdy zimą przedstawiłem mu szczegóły swego planu na lipiec 2009. Wtedy jeszcze myślałem, że tak jak w poprzednich czterech latach będę zwiedzał kolejne górskie przełęcze w jego towarzystwie. Podczas poprzednich wypraw francuskie Alpy poznałem od Bourg-Saint-Maurice na północy po Gap na południu. Rzec by można, iż koncentrując  swą uwagę na podjazdach w północnej i środkowej części tych gór działałem w zgodzie ze współczesną polityką organizatorów Tour de France. Jedynym wyjątkiem od tak zakrojonego terenu poznawczego był wypad na Cime de la Bonette w 2005 roku. Podczas tegorocznej wyprawy i tak musiałem zjechać daleko na południe w związku ze startem w L’Etape du Tour. Dlatego będąc na tej szerokości geograficznej postanowiłem poświęcić kilka dni na poznanie przełęczy w zapomnianym przez wielkie wyścigi południowym zakątku Alp. Niestety nie miałem do dyspozycji tyle czasu ile by tylko dusza zapragnęła. Dlatego musiałem sobie odpuścić wypad na najgłębsze południe i poznanie podjazdów pod: Isola 2000, Col Saint-Martin i Col de Turini. Tym bardziej poza naszym zasięgiem były mniejsze, acz słynniejsze wzniesienia nadmorskie: Col d’Eze (Nicea) i Mont Faron (Toulon). Niemniej przy wykrzesaniu z siebie resztek zapału i fantazji można było się pokusić o ustrzelenie hat-tricku „dwutysięczników” w granicach i okolicach Parku Narodowego Mercantour.

Pod względem tak dystansu jak i przewyższenia miał to być najtrudniejszy z prywatnych odcinków tej wyprawy. Wyraźnie krótszy, lecz tylko nieznacznie łatwiejszy od  poniedziałkowego wyścigu z metą na Mont Ventoux. Mój śmiały plan na 24 lipca zakładał zdobycie przełęczy: Cayolle, Champs i Allos w ramach około 120-kilometrowej pętli po drogach na południe od rzeki Ubaye. Kosztować nas to miało sześć, zaś z przystankami nawet siedem godzin czasu. Dlatego też piątek był ostatnim dniem, w którym mogliśmy tego dokonać. W sobotnie popołudnie chcieliśmy bowiem, najpierw obejrzeć starcie „Tytanów Szos” z Prowansalskim Olbrzymem, zaś wieczorem rozpocząć odwrót do Polski. Dlatego też 25 lipca w grę wchodziła co najwyżej czterogodzinna trasa. Oczywistą bazą wypadową do piątkowego etapu było miasteczko Barcelonnette. Pozostawało jeszcze tylko wybrać w jakiej kolejności będziemy przemierzać czekające nas trzy wzniesienia. Ponieważ w historii Tour de France najwięcej do powiedzenia miała Allos i to na ogół w swej południowej wersji zdecydowałem, iż pojedziemy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Oznaczało to, że weźmiemy Col de la Cayolle od północy, Col des Champs od wschodu i wspomnianą już Col d’Allos od klasycznej, południowej strony. Na dzień dobry jak zwykle transfer samochodowy i swego rodzaju „dejavu”. To znaczy pojechaliśmy najpierw na zachód „z nurtem” rzeki Durance, potem pokonaliśmy górski odcinek nad brzegami Lac de Serre-Poncon i zaś w końcówce skierowaliśmy się na wschód „pod prąd” rzeki Ubaye.

Zaparkowaliśmy na zatłoczonym parkingu przy jednym z supermarketów. W trakcie szykowania się do drogi spotkała mnie niemiła niespodzianka. Przy bliższej inspekcji sprzętu spostrzegłem, iż moje oponki „Michelin Pro-3” dobiegają kresu swej żywotności. W perspektywie czekających nas trzech długich zjazdów obawiałem się, że mogą one nie przetrwać tego dnia. W dodatku jechać mieliśmy przez odludne tereny, więc na zakup nowej opony po drodze nie mogłem specjalnie liczyć. Cóż, popełniłem błąd zaniedbania i musiałem teraz zdać się na łaskawość losu. Wyruszyliśmy z Barcelonette dokładnie o 10:55 w pełnym słońcu na niebieskim niebie i przy temperaturze 31 stopni! Jednym słowem bez obaw co do załamania pogody, lecz jednocześnie świadomi tego, iż trudy wielogodzinnej trasy potęgować będzie upał. Po pokonaniu niespełna trzech kilometrów rozpoczęliśmy delikatny podjazd pod Col de la Cayolle (2326 m. n.p.m.) na drodze D-902 będącej kontynuacją wychodzącej z miasta Avenue Emile Aubert. W chwili krótkiego postoju minął nas jadący w tym samym kierunku wysoki młodzieniec w fioletowej koszulce. Darek rozpoznał w nim swego wczorajszego pogromcę z podjazdu pod Cime de la Bonette. Ruszyliśmy jego śladem, lecz bez szczególnych intencji pogoni za nim. Minęliśmy wioskę Uvernet Fours i … wjechaliśmy do raju. Wiele pięknych okolic widziałem podczas swych górskich eskapad, lecz chyba niczym jeszcze – nawet we włoskich Dolomitach – nie zachwyciłem się tak jak przełomem rzeczki Bachelard (Gorges du Bachelard). Droga wiła się tu wąziutką pasmem wśród skał i przepaści. Wokół intensywna zieleń roślinności, po obu stronach wysokie skalne ściany, zaś w dole to z lewej, to z prawej strony mały, lecz pełen impetu potok. Początkowo bardzo łagodny podjazd stał się nieco trudniejszy za największym z mostków na Bachelard. Niemniej cały czas jadąc z pewną rezerwą, piąłem się całkiem szybko i nieskrępowany podziwiałem piękno tutejszej natury.

Wyraźnie trudniej zrobiło się dopiero po minięciu Refuge de Bayasse i wkroczeniu na teren wspomnianego Parc National du Mercantour. Dotychczasowe 18,3 kilometra miało średnie nachylenie tylko 3,6 % i max. niespełna 9 %. Tymczasem pozostała część wzniesienia tzn. 8,8 kilometra mimo paru łatwiejszych fragmentów miała solidną stromiznę 5,8 %. Zaraz po wjechaniu do Parku trzeba było nawet pokonać odcinek o stromiźnie 11 %. Najwięcej zdrowia musiałem włożyć jednak w pokonanie ostatnich pięciu kilometrów. Tym bardziej, że przed sobą ujrzałem znajomą fioletową sylwetkę. Postanowiłem pomścić Darka i złapać tego gościa, co sporym nakładem sił udało mi się około dwa kilometry przed szczytem. Nasz rywal okazał się holenderskim studentem z Bredy, startującym w wyścigach kategorii U-23. Jak sam jednak przyznał w życiu postawił na naukę, co nie pozwala mu na poważniejsze treningi i nie daje szans na sportowe sukcesy. Taka też była zapewne tajemnica mojego sukcesu. Dowiozłem go do przełęczy zadowalając się podyktowaniem możliwie silnego, acz równego tempa do samego końca. Całe wzniesienie miało długość 27,19 kilometra i przewyższenie 1188 metrów czyli średnie nachylenie tylko 4,36 %. Jego zdobycie zajęło mi 1 godzinę 25 minut i 48 sekund przy prędkości 19,013 km/h oraz VAM 830 m/h. Na Darka przyszło mi czekać niespełna osiem minut. Mój kolega wspinał się przez 1 godzinę 33 minuty i 38 sekund. Na górze mimo przeszło 2300 metrów n.p.m. było 25 stopni i praktycznie ani jednej chmurki na niebie. Student pomógł nam przy okolicznościowych zdjęciach i przyznał, że również jedzie w tym dniu na Allos, acz od północnej strony. Teoretycznie istniała więc szansa na kolejne spotkanie, lecz wobec długości naszej trasy skromna.

ZDJĘCIA

COL DE LA CAYOLLE

Rozpoczynając zjazd wkroczyliśmy na drogi departamentu Alpes-Maritimes. Czekało nas tu najpierw strome 15 kilometrów do Entraunes. Potem łagodniejsze 5,5 kilometra przed Saint-Martin-d’Entraunes, gdzie po przebyciu 50 kilometrów zacząć mieliśmy podjazd pod Col des Champs (2087 m. n.p.m.). Pokonywanie kolejnych kilometrów szło opornie, gdyż piękno tych okolic zachęcało nas co chwila do postoju i robienia kolejnych fotek do „albumu” z podróży. Wspaniałe górskie panoramy, ciekawe formacje skalne oraz tunele w nich przebite. Do tego górskie jeziorka, rwąca rzeka Var, a nawet zbocza czarne niczym zastygła wulkaniczna lawa to wszystko dodawało uroku naszej jeździe. Za sprawą licznych przystanków cały zjazd zajął nam aż 50 minut, więc do podnóża przełęczy Champs dotarliśmy o 13:40. Powietrze rozgrzane do 34 stopni stało się uciążliwe. Tymczasem nam zostało do pokonania jeszcze 70 kilometrów i dwa poważne wzniesienia. Może i krótsze, ale za to bardziej strome niż Cayolle. Wspinaczka pod Champs w tych warunkach okazała się trudna. Szczególnie w pierwszej połowie wzniesienia należało zachować wiarę we własne możliwości. Pierwsze 7,8 kilometra miało średnie nachylenie 6,8 % i kończyło się stromym kilkusetmetrowym odcinkiem na wprost, gdzie stromizna przekroczyła nawet 13 %. Na szczęście zaraz po nim można było złapać więcej oddechu na niemal płaskim półtorakilometrowym odcinku w dolince – Val Pelens. Po szybszych trzech minutkach na twardszym przełożeniu do pokonania zostało jeszcze 6,4 kilometra wspinaczki. Dokładnie zaś około trzykilometrowe odcinki przedzielone półkilometrowym wypłaszczeniem. Pierwszy z nich miał średnie nachylenie 7,2 %, zaś drugi bardziej stromy nawet 8,1 i max. ponad 13 %. W dodatku na owej końcówce mocno wiało w otwartym terenie, stąd stać mnie było na jazdę z prędkością 12 km/h.

Na samej górze jest mini płaskowyż przez co od miejsca gdzie kończy się prawdziwa wspinaczka do tablicy wyznaczającej przełęcz brakowało jeszcze 450 metrów. Cały podjazd z wyłączeniem owego płaskiego finału miał długość 15,7 kilometra o średnim nachyleniu 6,65 % przy przewyższeniu 1045 metrów. Jego pokonanie zajęło mi 1 godzinę 4 minuty i 50 sekund przy średniej prędkości 14,699 km/h oraz VAM 978 m/h. Średni puls na całej górze 156 bpm, przy maximum 170. Darek pominąwszy trzyminutowy postój u podnóża góry wspinał się przez 1 godzinę 13 minut i 41 sekund. Dzięki temu zdążyłem zawrócić i obejrzeć ostatni kilometr jego wspinaczki pośród finezyjnie wijących się serpentyn drogi. Na przełęczy zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą z mocno sfatygowanym napisem, na którym jakiś żartowniś dodał wzniesieniu tysiąc metrów wysokości. Wkrótce okazało się też, że przełęcz nie była najwyższym punktem na tej drodze. Zanim zaczęliśmy zjeżdżać trzeba było jeszcze przebyć 650 metrów w terenie pagórkowatym z kulminacją na wysokości 2100 metrów n.p.m. Starszy jegomość z nielicznego grona turystów spacerujących po przełęczy uprzedził nas, że zjazd po zachodniej stronie Champs ma kiepską nawierzchnię i trzeba uważać na swe bezpieczeństwo. Jego słowa rychło okazały się prorocze. To był najgorszy zjazd jaki widziałem podczas swych francuskich wojaży. Wąska droga w górnej partii położona na skalnej półce, zaś w środkowej i dolnej części lawirująca krętym szlakiem przez las, fragmentami przetrzebiony równie mocno jak ten z Gór Izerskich czy słowackich Tatr. Do tego mnóstwo dziur i garbów w nawierzchni oraz niezliczona ilość kanalików melioracyjnych do odprowadzania wody schodzącej górskim zboczem. Mimo solidnej stromizny nie sposób było się na nim bezpiecznie rozpędzić. Cały czas dłonie trzymałem na hamulcach co przy wyjściowym stanie mojej tylnej opony wręcz wróżyło nieszczęście. Dość powiedzieć, że na tym blisko 11-kilometrowym „odcinku specjalnej troski” miałem średnią prędkość tylko 26,5 km/h, zaś max. ledwie 37,8 km/h.

ZDJĘCIA

COL DES CHAMPS

Udało nam się zjechać w jednym kawałku. Wyjechaliśmy wprost na przedmurze Fortu Sabaudzkiego (Fort de Savoie) spoglądającego z góry na miasteczko Colmars, położone nad rzeczką Verdon – słynną z przecudnej urody kanionu, który wyryła w swym dolnym biegu. Zatrzymaliśmy się tu na kilka minut, po czym rozpoczęliśmy zrazu łagodny podjazd w kierunku przełęczy Allos. Siedem kilometrów przed wioską Allos było jeszcze luźnym odcinkiem o średnim nachyleniu 2,4 %. W dolinie powietrze wciąż było rozgrzane do 30 stopni. Postanowiłem skorzystać z ostatniej okazji do napełnienia bidonów. Zatrzymałem się aby zrobić małe zakupy w przydrożnym sklepie. Darek nie skorzystał z moich zapasów, gdyż w walce z upałem wolał zaufać ożywczej mocy górskiej wody. Czekało nas wzniesienie w dziejach Touru legendarne. O ile Cayolle wystąpił w TdF tylko trzykrotnie, zaś Champs zaledwie raz, o tyle Col d’Allos (2240 m. n.p.m.) przemierzana była przez uczestników „Wielkiej Pętli” aż 33 razy. Pojawiła się na trasie Touru już w 1911 roku, gdy po raz pierwszy wjechano w Wielkie Alpy (w tym samym roku debiutował słynny Galibier). W latach 1911-14 i 1919-39 była stałym punktem wyścigowego programu. Jednak po II Wojnie Światowej odnalazła na trasie TdF już tylko osiem razy. Przedostatni raz w 1975 roku na pamiętnym etapie do Pra-Loup, zaś po raz ostatni w 2000 roku, gdy na odcinku do Briancon wśród uciekinierów śmiało poczynał sobie nasz Dariusz Baranowski. Wzniesienie zaczęła się na dobre jakieś półtora kilometra za wspomnianym sklepem. Darek, który pierwszy ruszył sprzed sklepu po około czterech kilometrach zjechał na pobocze by napełnić swe bukłaki. W ten sposób minąłem go, nieświadomie wychodząc na czoło naszego skromnego „peletonu”, co wyjaśniliśmy sobie niebawem w krótkiej rozmowie telefonicznej.

Całą wspinaczkę można podzielić na dwie „połówki” z granicą wyznaczoną przez stację górską La Faux d’Allos, przypominającą mi tak wyglądałem jak i położeniem La Mongie na pirenejskiej przełęczy Col du Tourmalet. W dolnej części o wymiarach 6,8 km przy średnim nachyleniu 4,7 % podjazd momentami odpuszczał, stąd przejechałem ten fragment trasy z dość wysoką przeciętną 17,1 km/h. W górnej „połówce” liczącej sobie 6,5 km przy średniej 6,6 i max. 10 % pokonywanie kolejnych setek metrów szło już nieco oporniej, co widać to zresztą po wykręconej w tym miejscu przeciętnej tzn. 14,4 km/h. Na osłodę trudniejszy teren wynagradzany był piękniejszymi widokami. Natomiast zwiększony wysiłek łagodziły liczne serpentyny i na ogół sprzyjający wiatr. Na przełęcz dotarłem dokładnie o siedemnastej. Mimo sporej wysokości temperatura panowała tam wręcz idealna tzn. 24 stopnie. Obiektywnie rzecz biorąc Allos był chyba najłatwiejszą z owych trzech premii górskich. W sumie „tylko” 13,36 kilometra o średnim nachyleniu 5,89 % i przewyższeniu 788 metrów, które przebyłem w 51 minut i 26 sekund przy średniej prędkości 15,585 km/h i VAM 919 m/h. Darek wspinał się zaś przez 55 minut i 8 sekund, więc już po kilku minutach mogliśmy sobie pogratulować realizacji wielce śmiałego planu. Jeśli wierzyć dokładności pomiaru mocy na liczniku Ciclo-Hac4 to wszystkie podjazdy wytrzymałem w podobnym stylu tzn. na Cayolle miałem średnią moc 244 wat, na Champs 248, zaś na Allos 245.

ZDJĘCIA

COL D'ALLOS

Pozostał nam już tylko 17,5-kilometrowy zjazd do rzeczki Bachelard oraz ostatnie 2,5 kilometra płaskiego dojazdu do Barcelonnette. Zadowolony z własnej postawy mogłem cieszyć oczy pięknymi widokami. Na początku zjazdu uwagę przykuwała imponująca górska panorama, zaś w środkowej fazie prowadząca po skalnym trawersie droga pod kołami naszych rowerów. Ostatecznie po pokonaniu 121 kilometrów trasy i 3091 metrów łącznego przewyższenia dotarliśmy do parkingu około godziny 17:45. Korzystając z okazji ruszyliśmy jeszcze na zakupy do pobliskiego supermarketu. Dopiero po nich zmęczeni, acz spełnieni udaliśmy się w drogę powrotną do Saint-Marcellin, która tego dnia była lustrzanym odbiciem porannego transferu.

Napisany w 2009b_Alpy francuskie | Możliwość komentowania Cayolle, Champs & Allos została wyłączona

Vars & Pra-Loup

Autor: admin o 23. lipca 2009

Na 23 i 24 lipca zaplanowałem wycieczki ku południowym rejonom Alp. W tych dwóch dniach nasze rowerowe wysiłki skoncentrować się miały na drogach departamentu Alpes-de-Haute-Provence. Czekały nas wyskoki w okolice dziksze, mniej „skażone” wszechobecnym we francuskich Alpach przemysłem turystycznym. Naszą bazą wypadową do wszystkich trzech tras miała być dolina górskiej rzeki Ubaye. Dla Basi i Darka była to „terra incognita”. Ja zaś byłem tu tylko raz, drugiego dnia swej pierwszej wyprawy do Francji. Pojechałem wówczas wraz z Piotrkiem do Barcelonnette, aby zdobyć najwyższą kolarską górę Europy czyli Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Dlatego też wybierając się w ten rewir ponownie, wobec jak zwykle ograniczonego czasu działania, nie byłem już zainteresowany największą atrakcją tych stron. Niemniej nie omieszkałem zareklamować tego wzniesienia swemu koledze. Dlatego też w czwartek 23 lipca podobnie jak osiem dni wcześniej w Bourg-Saint-Maurice postanowiliśmy rozdzielić swe siły i ruszyć na podbój okolicznych gór niezależnie od siebie. Jeden start i jedna meta, lecz dwie zupełnie różne trasy. Darek za moją namową miał zdobyć niebotyczną Bonette, ja zaś chciałem poznać dwa znacznie krótsze podjazdy tzn. pod przełęcz Vars oraz do stacji górskiej Pra-Loup.

Opcje dojazdu do Jausiers mieliśmy dwie. Niezależnie od wybranego wariantu trasy przejazd samochodem do tej miejscowości na wspólną linię startu miał nam zająć przeszło godzinę. Dlatego musieliśmy opuścić Chateauroux-les-Alpes stosunkowo wcześnie. Na dojazd wybrałem znany mi sprzed lat wariant zachodni tzn. szlak wiodący wzdłuż brzegów rzeki Durance, jeziora Serre-Poncon i wspomnianej Ubaye. Wersja wschodnia była krótsza, lecz prowadziła w terenie bardziej górskim bo przez przełęcz Vars, przez co czasowo nie mieliśmy tu nic do zyskania. Na postój wybraliśmy parking tuż za rzeką, położony w pobliżu ośrodka wypoczynkowego i zarazem u samego podnóża wspinaczki pod Col del la Bonette. Darek mógł więc niejako z miejsca przystąpić do realizacji swego celu. Czekał go etap relatywnie krótki, ale za to niewątpliwie intensywny. Ja miałem do przejechania dystans niemal dwukrotnie dłuższy, choć w sumie nieco łatwiejszy. Oba czekające mnie wzniesienia dzielił bowiem dłuższy, płaski odcinek na terenie Vallee de l’Ubaye, który musiałem pokonać w obie strony. Dlatego ruszyłem jako pierwszy około godziny jedenastej. Na starcie miałem przyjazną temperaturę 26 stopni, acz szare chmury na niebie zdawały się grozić załamaniem pogody i przynajmniej przelotnymi opadami deszczu.

Ponieważ moim pierwszym celem była przełęcz Vars zacząłem swój wyjazd od skrętu w prawo tzn. w górę wspomnianej doliny. Pierwsze osiem kilometrów było niemal płaskie. Po drodze minąłem wioskę La Condamine-Chatelard i po siedemnastu minutach dotarłem na rozdroże Les Gleizolles. Tu musiałem skręcić w lewo i zjechać z drogi D-900. Gdybym pojechał prosto to już po chwili rozpocząłbym 16-kilometrowy podjazd pod graniczną przełęcz Col de Larche (po włoskiej stronie zwany Maddaleną). Z uwagi na bliskość włoskiej granicy nie brak tu było zaczepionych na skałach fortyfikacji czy też położonych w dolinach grodów warownych. Dziś są one niemymi świadkami niespokojnej historii tych stron. Gdy byłem jeszcze na drodze D-900 to podnosząc swój wzrok ku niebo po swej lewicy widziałem Fort Tournoux. Natomiast gdy wjechaniu na prowadzącą ku Vars szosę D-902 po swej prawicy ujrzałem Redutę Berwick. Podjazd pod Vars od południowej strony jest krótszy i mimo paru niespodzianek nieco łatwiejszy od swego północnego oponenta. W sumie jednak to podstępna góra, której nie sposób lekceważyć. Mierząc owo wzniesienie nieco na wyrost czyli od wspomnianego rozdroża cały dystans 14,1 kilometra można by podzielić na cztery fragmenty, z których każda kwarta jest wyraźnie trudniejsza od poprzedniej. Im dalej w las tym więcej drzew. Bardzo łatwo można dać się zwieść łagodnym początkiem, przeliczyć z siłami i zapłacić za to na bardzo trudnej końcówce. Col de Vars (2108 m. n.p.m.) ma też bogatą historię występów w Tour de France. Pojawił się na trasie tego wyścigu już w 1922 roku i został wykorzystany aż 33 razy, w tym 13-krotnie przed II Wojną Światową. Zazwyczaj utrudniał on życie kolarzom do wespół z Izoard na etapach do Briancon.

Pierwsze 3600 metrów za rozjazdem trudno uznać za początek prawdziwej wspinaczki. Droga wznosi się tu przy skromnym nachyleniu 1,9 %. Dzięki temu mimo oszczędnej jazdy przebyłem ów odcinek ze średnią prędkością 26,6 km/h. Podjazd zaczyna się na dobre dopiero przed pierwszym tunelem i poprzedzającym go mostkiem nad rzeką Ubaye. Przez kolejne 2200 metrów wciąż jechałem dość szybko, bo z przeciętną 22,2 km/h, lecz wymagało to większego niż wcześniej nakładu sił. Co prawda stromizna szosy dwukrotnie wzbiła się tu na poziom 8 %, lecz średnie nachylenie nadal było łagodne mierząc tylko 3,6 %. Po minięciu wioski Saint-Paul-sur-Ubaye żarty się skończyły. Najpierw 2800 metrów o średnim nachyleniu 6,3 % przejechane w przyjemnym tempie 17,1 km/h. Potem 750 metrów płaskiego terenu. W sam raz na złapanie ostatniego oddechu przed stromym finałem. Schody do nieba zaczynają się za osadą Melezen, gdzie droga wspina się tak stromym zboczem, iż stojący przy drodze kościół po chwili znajduje się poniżej poziomu barierek. W sumie 4800 metrów o średnim nachyleniu 8,6 i max. ponad 13 %. W pobliżu szczytu zadanie utrudniał mi dodatkowo mocny wiatr. Mimo wszystko finiszował całkiem dziarsko ze średnią 13,2 km/h. Zasadnicza część wzniesienia począwszy od tunelu przy Pas de la Reyssole liczyła sobie 10,54 km o przewyższeniu 721 metrów i średnim nachyleniu 6,84 %. Pokonanie tego odcinka zajęło mi 39 minut i 57 sekund co oznacza, iż „kręciłem” ze średnią prędkością 15,829 km/h. Wskaźnik VAM bardziej obiektywny od pomiaru prędkości był też całkiem wysoki tzn. 1082 m/h.

ZDJĘCIA

COL DE VARS

Jak wspomniałem na górze ostro wiało. Jak mocno to widać najlepiej po mej „fryzurze” na wykonanym w tym miejscu zdjęciu. Na szczęście było dość ciepło tzn. 21 stopni i nie padało. Dość szybko zabrałem się do powrotu mając do przejechania jeszcze około 60 kilometrów. Nie chciałem by Darek czekał na mnie zbyt długo po tym jak skończy swoje godzinki z Bonette. Na zjeździe zatrzymałem się kilkakrotnie m.in. w Saint-Paul gdzie jednak nie udało mi się strzelić ładnej fotki. Po dojechaniu do Les Gleizolles czekał mnie teraz 20-kilometrowy odcinek szybszej jazdy w dolinie. Jadąc ze średnią prędkością około 32 km/h minąłem La Condamine-Chatelard, Jausiers (nawet nie zaglądając na nasz parking) i wjechałem do Barcelonnette. Przez ostatnie 40 minut temperatura wzrosła z 25 do 30 stopni. Nad naszym Bałtykiem taka temperatura byłaby dla mnie nie do zniesienia. Tymczasem w tutejszym suchym górskim powietrzu i przy utrzymującym się zachmurzeniu nie miałem nawet wrażenia, iż jest tak ciepło. Po kilkunastu dniach spędzonych we Francji zdążyłem się też chyba zaaklimatyzować do jazdy w takich warunkach. Po dotarciu Barcelonnette musiałem przejechać na południowy brzeg śledzącej me poczynania rzeki Ubaye i poszukać drogi ku podnóżu Pra-Loup. Rozeznanie to miało się przydać również w perspektywie jutrzejszego startu. Wyjechałem z miasta przez Avenue Emile Aubert, która przez pierwsze dwa kilometry prowadziła ku dwóm znaczącym przełęczom tzn. Col de la Cayolle jak i Col d’Allos. Chcąc dotrzeć do Pra-Loup musiałem obrać kierunek na Allos czyli zjechać w prawo na drogę D-908.

Wzniesienie tych rozmiarów co Pra-Loup (1630 m. n.p.m.) czyli mające przewyższenie poniżej 500 metrów w normalnych okolicznościach nie byłoby przedmiotem mego zainteresowania. Dlaczego postąpiłem wbrew swym regułom? Po pierwsze pojawiłem się w jego bliskiej okolicy aż na dwa dni, acz z powodu innych przełęczy. Po drugie to ważna góra w dziejach Tour de France, albowiem to na niej z nadziejami na swe szóste zwycięstwo w „Wielkiej Pętli” rozstał się największy z kolarskich mistrzów. Eddy Merckx poniósł tu sromotną klęskę podczas Touru z 1975 roku. Można rzec, iż Dawid wśród gór pokonał Goliata pośród ludzi. Ten pamiętny etap jak i cały wyścig wygrał wówczas Francuz Bernard Thevenet. Pięć lat później ze zwycięstwa na tej górze cieszył się ex-pomocnik Merckxa Belg Jos De Schoenmacker. Zanim zacząłem się wspinać śladami wielkiej kolarskiej historii musiałem sobie zrobić przymusowy postój. Raz jeszcze dała o sobie znać złośliwość najmniejszych przedstawicieli alpejskiej fauny. Tuż przed podjazdem jakiś owad użądlił mnie w prawą dłoń, a ja chcąc go strącić walnąłem w licznik na tyle mocno, że spadł on do rowu na poboczu drogi. Na szczęście szybko go odnalazłem. Nie ukrywam, że stanowi on dla mnie bardzo cenne źródło informacji o warunkach jakie w lipcu napotkałem na swej drodze. Po pięciu miesiącach od opisywanych wydarzeń pamięć zaczyna nieco szwankować, więc warto się podeprzeć danymi wyciągniętymi zawczasu z tego małego pudełka. Tym bardziej, że opublikowany na stronie „archivio salite” profil tego wzniesienia niezbyt wiernie oddaje zastaną przez mnie rzeczywistość. W praktyce podjazd ten jest dłuższy, lecz łagodniejszy niż na załączonym tu obrazku. Liczył sobie 7,35 kilometra co przy przewyższeniu 484 metrów daje mu średnie nachylenie rzędu 6,58 %.

Pierwsze 1100 metrów jest wspólne dla Pra-Loup jak i północnej wersji wspinaczki pod Col d’Allos. Odcinek ten ma średnie nachylenie 6,3 %. Potem chcąc udać się śladami Merckxa i Thevenet trzeba było skręcić w prawo i po długich serpentynach zdążać ku Molanes, stacji pośredniej względem mojego celu podróży. Kolejne 2400 metrów było nieco trudniejsze tzn. miało średnie nachylenie 6,6 %. Największa w tym zasługa trzeciego kilometra, będącego najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienie wobec średniej 7,3 % i max. ponad 11 %. Jak z tego widać nie był żaden ekstremalnie trudny podjazd, acz po 60 kilometrach jazdy i przy wciąż rosnącej temperaturze – 31 stopni na samej górze – można było się nieco napocić. Dwa kilometry przed Molanes były nieco wypoczynkowe wobec bardzo umiarkowanego średniego nachylenia 5,3 %. Potem pozostało mi już tylko pokonać ostatnie 1900 metrów, gdzie stromizna szosy przy średniej odcinka 6,6 dwukrotnie sięgnęła 10 %. Wytrzymałem to wszystko bardzo dobrze. Uzyskałem czas 26 minut i 40 sekund kończąc podjazd przy motelu Les Melezes. Wyszła mi z tego całkiem żwawa średnia prędkość 16,537 km/h i VAM nawet ciut lepszy niż na Vars tzn. 1089 m/h. Potem czekał mnie jeszcze tylko ostrożny zjazd, chwilami po nie najlepszej nawierzchni i 12-kilometrowy odcinek w dolinie gdzie powietrze rozgrzało się już do 35 stopni! Gdy około piętnastej dotarłem wróciłem do samochodu licznik pokazał mi łączny dystans 83,6 kilometra oraz przewyższenie 1427 metrów.

ZDJĘCIA

PRA LOUP

Darek w górskim słońcu i przy porywistym wietrze bawił się na rowerze o godzinę krócej, acz przezornie ruszył w trasę dopiero o wpół do dwunastej dzięki czemu nie musiał na mnie zbyt długo czekać. Blisko 23-kilometrowy podjazd pod Cime de la Bonette zabrał mu 1 godzinę 44 minuty i 54 sekund przy średniej prędkości 13,132 km/h i VAM 904 m/h. Oglądając nakręcone przez Darka filmy bardzo-krótkometrażowe na „dachu kolarskiej Europy” mocno wiało. Na szczęście mimo znacznej wysokości temperatura była znośna tzn. 18 stopni. Długi zjazd do Jausiers mój kolega rozpoczął po południowym zboczu słynnego „kapelusza”, wróciwszy na północną stronę przez Col de la Bonette (2715 m. n.p.m.). Do Chateauroux-les-Alpes wróciliśmy wschodnim wariantem drogi dojazdowej czyli przez Col de Vars. Na zjeździe do Guillestre prowadzono zakrojone na szeroką skalę roboty drogowe. To zapewne był powód dla którego zabrakło przełęczy Vars na tegorocznym etapie CdDL do Briancon. Wróciwszy do bazy około wpół do piątej mogliśmy „na żywo” zobaczyć jak Alberto Contador przypieczętowuje swój drugi triumf w Tourze zwycięstwem na czasówce wokół Annecy. Wieczór spędziliśmy na spacerze po sennym Saint-Marcellin. Nazajutrz czekać nas miał najtrudniejszy z „prywatnych” etapów tej wyprawy.

ZDJĘCIA

CIME DE LA BONETTE

Napisany w 2009b_Alpy francuskie | Możliwość komentowania Vars & Pra-Loup została wyłączona