banner daniela marszałka

Archiwum dla Sierpień, 2015

San Lugano

Autor: admin o 13. sierpnia 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/376584874

W górach wokół Lago di Garda solidnie potrenowałem. Wróciłem do Trójmiasta we wtorek 4 sierpnia by juz po ośmiu dniach mocniejszy o tą zaprawę ponownie ruszyć za przełęcz Brenner. Na wyjazd do trydenckiej prowincji Bolzano udało mi się zmontować aż 8-osobową ekipę. Wyjechałem do Włoch wraz z Danielem Pawelcem i Darkiem Kamińskim. Oprócz nas do Italii pojechali Rafał Wanat z Gorzowa Wielkopolskiego oraz Adam Kowalski i Tomek Buszta z Trójmiasta. Adam mający za sobą już kilka lat doświadczeń, w tym roku spędził już niemal 5 tygodni w austriackich i włoskich Alpach pomieszkując od 20 czerwca do 22 lipca w Langefeld (Oetztal) i Canazei (Val di Fassa). Tomek podobnie jak Daniel debiutował na alpejskim szlaku rok wcześniej podczas wyprawy do Valtelliny. Natomiast spod Warszawy ruszyli w drogę Romek Abramczyk (uczestnik naszego Route des Grandes Alpes z roku 2013) i Artur Rykowski. Na potrzeby tak licznej drużyny udało mi się wynająć Haus Belluti Graun, wiejski domek na terenie miejscowości Cortaccia. Cena wynajmu była wielce atrakcyjna tzn. 980 Euro za tydzień od 8 osób czyli m/w 17,50 Euro za dobę od osoby. Tym niemniej był też pewien minus owego lokalu. Nasza baza tylko teoretycznie znajdowała się we wspomnianym miasteczku przy drodze SP19 znanej lepiej jako Strada del Vino. Faktycznie „schowana” była na terenie wioski Corona (niem. Graun) jakieś kilka kilometrów dalej i na wysokości przeszło 800 metrów n.p.m. Tym samym każdego dnia mieliśmy do pokonania dwa samochodowe odcinki specjalne po bardzo krętej i stromej górskiej drodze. Przed południem jakieś 500 metrów w dół ku kolejnej kolarskiej przygodzie, zaś wieczorem tyleż samo w górę na nocleg. Do Cortacci dotarliśmy jako ostatni. Rafał, Adam i Tomek zdążyli już zapoznać się z Romkiem i Arturem. Gdy byliśmy w komplecie zadzwoniłem do naszego tyrolskiego gospodarza, który wkrótce w towarzystwie swej małżonki wskazał nam zawiłą drogę do miejsca naszego przeznaczenia.

Dojazd do Corony był na tyle ciekawy, że aż prosiło się zrobić na nim któregoś dnia „cronoscalatę” czyli górski prolog celem wyłonienia najlepszego wspinacza pośród wszystkich członków naszej ekipy. Ostatecznie jednak nie starczyło nam na to czasu. Zatrzymaliśmy się tu na cały tydzień, aby z tego miejsca codziennie ruszać ku rozmaitym podjazdom w południowo-zachodniej części prowincji Bolzano. Dopiero na ostatnie cztery noce mieliśmy się przenieść w okolice Brunico by stamtąd poznawać wzniesienia w północno-wschodniej części owej prowincji. Pierwszy etap wyprawy ze względu na zmęczenie po kilkunastogodzinnej podróży oraz ograniczony czas nie mógł być ani długi, ani nazbyt trudny. Przed rokiem w Valtellinie na taką okazję znakomicie nadał się podjazd z Tresendy do Apriki. Tym razem naszą górą na przetarcie miała być wspinaczką z Ory (niem. Auer) na Passo San Lugano. Ta przełęcz nosi imię na cześć św. Lucano z Sabiony, duchownego z pierwszej połowy V wieku nazywanego Apostołem Dolomitów. Leży ona na wysokości 1096 m. n.p.m. na drodze do słynnej, przede wszystkim z narciarstwa klasycznego, doliny Val di Fiemme. Według „cyclingcols” podjazd od strony zachodniej ma długość 15,9 kilometra przy średnim nachyleniu 5,3 % i przewyższeniu 848 metrów. Z naszej bazy do podnóża tego podjazdu mieliśmy około 13 kilometrów. Niemniej ze względu na relatywnie późną porę dnia jak i wspomniany charakter drogi do naszego domu zdecydowaliśmy się dojechać w to miejsce samochodami. Przyznam, że poważnie zastawiałem się nad utrudnieniem sobie trasy owego pierwszego etapu. Po zaliczeniu San Lugano w trakcie powrotnego zjazdu ku Val d’Adige można było zahaczyć niejedno ciekawe wzniesienie. W grę wchodziły ewentualne wspinaczki do Redagno (1556 m. n.p.m.) czyli 7,6 km przy średniej 7 % lub do Trodeny (1208 m. n.p.m.) czyli 8,6 km przy średniej 8,3 %. Teoretycznie można było się sprawdzić także na podjeździe do Monte San Pietro (1400 m. n.p.m.) liczącym sobie 10,6 km przy średniej 6,3 %, ale to akurat wzniesienie poznaliśmy już z Darkiem podczas udziału w Gran Fondo Marcialonga 2010.

Niemniej by móc się zmierzyć z dwoma premiami górskimi trzeba byłoby mieć co najmniej trzy godziny czasu przed zmierzchem. Nie daliśmy sobie takiej szansy ze względu na zamieszanie przedstartowe. Otóż przy wypakowywaniu się po przyjeździe do Haus Belluti wyjąłem z samochodu wszystkie koła, w tym te od roweru Daniela. Mój kolega nie zauważył tego faktu, więc nie włożył ich ponownie do auta przed naszym wyjazdem do Ory. Nasze niedopatrzenie odkryliśmy dopiero po dotarciu do miasteczka, na parkingu przed sklepem Eurospar. Czym prędzej więc ruszyliśmy – już tylko we dwóch – z powrotem po koła, prosząc naszych kompanów by poczekali ze startem jakieś pół godzinki. Po dotarciu do Haus Belluti nie bez trudów dostaliśmy się do zamkniętego od wewnątrz przydomowego garażu. Na koniec gdy ponownie dojechaliśmy do Ory nie mogliśmy znaleźć kluczyków od bagażnika samochodowego. Daniel przypomniał sobie, że zostawił je na dachu auta tuż przed podjęciem decyzji o szybkim powrocie na stancję. Już byliśmy przekonani, że zgubiliśmy je podczas jazdy samochodem. Na szczęście jakimś cudem zaklinowały się one w listwie na dachu Citroena. Dzięki temu nie spadły z dachu podczas około 30-kilometrowej jazdy w obie strony i to pomimo licznych zakrętów na górskim odcinku tej trasy. Odetchnęliśmy z ulgą. Po tym wszystkim na rowery wsiedliśmy dobrze po godzinie osiemnastej. Jak wynika z zapisu na stravie wystartowaliśmy dopiero o 18:22. Podjazd pod Passo San Lugano, choć pokaźnych rozmiarów i strategicznie położony dość rzadko bywa wykorzystywany na trasach Giro d’Italia. Ostatni raz „profi” jadący w wyścigu Dookoła Włoch zmierzyli się z nim w 2007 roku na odcinku z Trento do Tre Cime di Lavaredo, wygranym przez niesławnego Riccardo Ricco. Co ciekawe organizatorzy Giro na tyle zlekceważyli to wzniesienie, że nie wyznaczyli na nim wówczas żadnej premii górskiej! Wystąpiło ono w początkowej fazie tego etapu i zostało przyćmione przez cztery kolejne wspinaczki takie jak: San Pellegrino, Giau, Tre Croci i finałowy podjazd ku Rifugio Auronzo. Świadczy to o swego rodzaju kłopotach bogactwa. Włosi mogą sobie pozwolić na zignorowanie wzniesienia o przewyższeniu ponad 800 metrów, podczas gdy na naszym Tour de Pologne górki trzykrotnie mniejsze niż San Lugano „zasługują” na pierwszą kategorię.

Ruszyliśmy do boju z poziomu Via San Pietro. Mimo późnego popołudnia było bardzo gorąco. Do połowy czwartego kilometra na liczniku miałem 35 stopni Celsjusza, zaś na samej górze odnotowałem 27. Po niespełna 800 metrach przejechaliśmy przez mostek nad Rio Nero, by po krótkiej chwili dotrzeć do ronda przy drodze krajowej SS12 i wjechać do krótkiego tunelu Galleria San Daniele. Na drugim i trzecim kilometrze pokonaliśmy pierwsze cztery serpentyny, po których wije się droga SS48. Na tej ruchliwej szosie jechaliśmy przy akompaniamencie samochodowych klaksonów. Pod koniec czwartego kilometra dojechaliśmy do miasteczka Montagna (3,9 km). Stąd odchodzi zachodni szlak ku Trodenie. Po przejechaniu 5,3 kilometra minęliśmy wiraż będący znakomitym punktem widokowym na rozległą Dolinę Adygi. W drodze powrotnej Dario nakręcił w tym miejscu swój filmik krótkometrażowy. Pierwsze sześć kilometrów przejechaliśmy niemal wspólnie jako, że najszybszy na tym odcinku Adam wyprzedzał siódmego Daniela zaledwie o 14 sekund. Jedynie Rafał nam się „zagubił” tracąc do lidera około półtorej minuty. W połowie dziesiątego kilometra minęliśmy skręt ku SP 72 prowadzącej do Aldino i Monte San Pietro. Nasza grupa się rozciągnęła i w końcu rozpadła. Najpierw mocne tempo podyktował Romek, potem ja poprawiłem i ku swemu zaskoczeniu zostałem sam na przedzie. Niezbyt stromy i regularny podjazd musiał mi pasować. Postanowiłem jechać swoje już do samego końca. Po przebyciu 13,8 kilometra na wysokości Kaltenbrunn (wł. Fontanne-Fredde) minąłem odchodzącą w prawo drogę SP58, którą można by dotrzeć do Trodeny od strony wschodniej. Za to kilkaset metrów dalej we wiosce La Copara (14,4 km) mignęła mi po lewej stronie szosa SP130 w kierunku Redagno. Ostatnie dwa kilometry o nachyleniu ledwie 4 % to już była szybka końcówka, bo w tempie blisko 21 km/h. Natomiast całe wzniesienie o długości 16,4 kilometra przejechałem w czasie 54:51 z przeciętną prędkością 18,0 km/h. Na stravie zaznaczono odcinek o długości 16,1 kilometra. Ten dystans pokonałem z kolei w 54:14 (avs. 17,8 km/h) przy VAM na poziomie 940 m/h. Nieco ponad minutę stracili: Tomek, Romek i Dario wszyscy trzej z czasem 55:31. Następnie przyjechał Artur (59:45) tuż przed Adamem (1h 00:03), zaś jako „tylna straż” zameldowali się Daniel i Rafał w czasie 1h 05:33. Niestety z uwagi na późną porę na zjeździe nie mogliśmy liczyć na udane zdjęcia. Pogoda dopisała za to do samego końca. Temperaturka 29 stopni o godzinie 20:20 o tym świadczy. Niestety w kolejnych dziesięciu dniach na ogół nie mieliśmy do niej tyle szczęścia.

20150813_195016

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania San Lugano została wyłączona

Giogo della Bala

Autor: admin o 2. sierpnia 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/362072781

Na ostatni dzień zostawiłem sobie najwyższe z sześciu uprzednio wybranych wzniesień. Jedyny „dwutysięcznik” w rozsądnej odległości od Lago di Garda. Wybierając profile z „archivio salite” wpisałem ów podjazd na swą listę życzeń jako Dosso dei Galli (2103 m. n.p.m.). Dopiero na miejscu okazało się, że po szosie można tam wjechać nieco wyżej i dotrzeć niemal do Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Tak czy owak w całej prowincji Brescia jest tylko jedna wyższa droga asfaltowa tzn. ta biegnąca ku słynnej Passo di Gavia. Za przywilej zaliczenia tak wysokiej góry musiałem jednak więcej zapłacić. Walutą tej płatności był czas potrzebny na pokonanie przeszło 80-kilometrowej trasy do miasteczka Collio u podnóża tego podjazdu. Miało mi to zająć około półtorej godziny. Tym razem po minięciu Desenzano del Garda musiałem jechać na zachód, na szczęście po dość szybkich krajówkach: SS11dir i SS45bis. Następnie około półmetka wskoczyć na zachodnią obwodnicę Brescii i skierować się na północ. Po objechaniu miasta wjechałem na drogę SP345 i ruszyłem w górę Val Trompia. Jadąc tą dolinę przejechałem przez Sarezzo, Gardone (gdzie minąłem siedzibę producenta broni Beretta), Tavernole sul Mela i Bovegno. Po jednodniowym załamaniu pogoda wróciła do swej słonecznej normy. Nie ździwiło mnie więc, że co chwila mijałem zmierzających ku górom amatorów kolarstwa. Ludzi w różnym wieku i obojga płci. Na solo, w parach i grupkami. Ze wszystkich napotkanych tu osób spokojnie mógłbym złożyć pół peletonu. Po dojechaniu na miejsce zaparkowałem na Via Gaetano Castiglione, nie dojeżdżając przed centrum Collio. Wspinaczkę postanowiłem zacząć nieco niżej tzn. przy mostku na rzeką Mela.

Czekał mnie podjazd, który swego czasu uchodził za kluczowy na trasie wyścigu Brixia Tour. W latach 2006-2011 wieńczył on królewskie odcinki tej lipcowej etapówki. W 2006 roku pierwszym zdobywcą tej góry został Kolumbijczyk Felix Cardenas. Po nim wygrywali tu Ukrainiec Rusłan Pidgorny oraz Włosi: Santo Anza, Giampaolo Caruso i Domenico Pozzovivo. Ten ostatni dwukrotnie, rok po roku. Na etapie z sezonu 2009 bliski zwycięstwa był nasz Przemysław Niemiec, który finiszował jako drugi sześć sekund za zwycięzcą. Dodać można, że „profi” kończyli swą rywalizację na wysokości około 1800-1900 metrów n.p.m. Ja zaś mogłem sobie obejrzeć to wzniesienie w jego pełnym wymiarze. Według profilu podjazd na Dosso dei Galli miał mieć długość 20,2 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % i przewyższeniu 1269 metrów. Tym razem ruszyłem około wpół do dziesiątej. Na starcie było 25 stopni Celsjusza Po przejechaniu 500 metrów byłem już w centrum Collio przy kościele Santi Nazario e Colso. Pierwsze trzy kilometry prowadzące wzdłuż Meli były łatwe, więc mogły posłużyć za teren do rozgrzewki. Na tym odcinku minąłem dwie drobne osady: Busanę (1,8 km) i Dalaidi (2,4 km). Podjazd dość drastycznie zmienił swój charakter, gdy tylko dojechałem do wioski San Colombano (3,2 km). Dodatkowo utrudniłem sobie zadanie gdy kierując się wskazówkami pewnego staruszka zjechałem z via Maniva i pojechałem przez ta miejscowość na skróty po bardzo stromej Via Dosso Alto. Do początków szóstego kilometra droga wiodła w kierunku północnym ku osadzie Cornel (5,1 km). Tu skręciłem na wschód by na kolejnych trzech kilometrach minąć osady: Stable di Mezzo (6,7 km), Roccarolo (7,8 km) i Cornei (8,1 km). Podjazd cały czas trzymał za solidnym poziomie, za wyjątkiem krótkiego zjazdu w okolicy ósmego kilometra. Następnie na niespełna trzykilometrowym odcinku między Pian della Pietra di Fondo (9,1 km) a skrętem w prawo ku Passo Maniva (12 km) trzeba było zaliczyć aż dziewięć wiraży. Ostatnia prosta do tej leżącej nieopodal przełęczy (1664 metrów n.p.m.) wyglądała na bardzo stromą. Niemniej mój cel leżał znacznie wyżej, więc pojechałem prosto aby po minięciu Pian dell’Avesso (12,3 km) i Pian della Pietra Alto (13 km) dotrzeć do wirażu przy Rifugio Bonardi (13,4 km).

Następnie po 14 kilometrach minąłem szutrową dróżkę odchodzącą w prawo na szczyt Monte Maniva. W połowie szesnastego kilometra mogłem odpocząć na krótkim zjeździe, lecz już po chwili musiałem się nieźle namęczyć na stromym i wietrznym odcinku ze stromizną dochodzącą do 15 %. Podjazd trzymał, choć już nieco słabiej, jeszcze przez kolejne dwa kilometry. Łatwiej zrobiło się dopiero po dotarciu na Passo Dasdana (18,2 km – 2086 m. n.p.m.). Kolejny odcinek prowadził delikatnie w dół ku Goletto di Ravenola (18,9 km – 2071 m. n.p.m.), a potem krócej acz bardziej stromo pod Dosso dei Galli. Na szczycie tej góry w latach 1969-1995 znajdowała się baza NATO, po której do dnia dzisiejszego pozostały wielkie radary. Dalej szosa odbiła w lewo by po kolejnym, niezbyt trudnym kilometrze dotrzeć na Sella di Auccia (20,6 km – 2103 m. n.p.m.). Gdyby znajdująca się w tym miejscu brama była otwarta mógłbym dotrzeć na szczyt Dosso dei Galli (2197 m. n.p.m.) niejako od zaplecza. Tak jednak nie było, więc pozostałem na drodze SPBS345 i po przejechaniu jeszcze 700 metrów zatrzymałem się na skraju asfaltu. Według danych z Garmina mój podjazd liczył sobie 21,3 kilometra o przewyższeniu netto 1279 metrów (w wersji brutto nawet 1333 metry). Pokonałem go w czasie 1h 28:31 przy średniej prędkości 14,4 km/h. Nie zaryzykowałem dalszej jazdy po gruntowej drodze ku Passo Crocedomini, uczęszczanej przez samochody i motocykle. Tym samym w zasadzie nie dotarłem do Giogo della Bala. Biorąc pod uwagę, iż koniec mojego szlaku znajdował się 24 metry powyżej Sella di Auccia (na profilu nazwanej Dosso dei Galli) zatrzymałem się na wysokości 2127 metrów n.p.m. Ponieważ przy przejeździe przez San Colombano zjechałem na chwilę z głównej drogi to na stravie nie znalazłem swego wyniku z całego wzniesienia. Dolny odcinek czyli 8,4 km przy średniej 8 % od San Colombano do bivio Maniva przejechałem w czasie 40:57 (15 wynik na 124 osoby). Natomiast górny czyli 8,3 km przy średniej 5 % od bivio Maniva do Sella di Auccia „zrobiłem” w 35:16 (20 wynik na 221 osób). Całkiem nieźle jak na rekonwalescenta. Przed zaplanowaną na drugą połowę sierpnia wyprawą do włoskiego Tyrolu mogłem być ostrożnym optymistą.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Giogo della Bala została wyłączona

Goletto di Cadino

Autor: admin o 1. sierpnia 2015

PODJAZD > https://www.strava.com/activities/362072780

Pomimo mieszkania na lombardzkim brzegu Gardy wszystkie wspólne wycieczki wiodły nas do sąsiedniego regionu Veneto. Z większych miast zwiedziliśmy Wenecję, Weronę, Padwę i Vicenzę. Natomiast z mniejszych miejscowości nad samym jeziorem: Sirmione, Lazise, Torri del Benaco i Peschierę del Garda. Bawiliśmy się też w Acquaparku pod Valeggio sul Mincio jak i słynnym Gardalandzie. Podobnie wyglądał kierunek większości moich sportowych wypadów. Wszystkie cztery wzniesienia, które zdobyłem w lipcu znajdowały się na terenie weneckiej prowincji Werona. Dopiero w pierwszych dniach sierpnia ruszyłem w przeciwnym kierunku tzn. ku górom w lombardzkiej prowincji Brescia. Interesowały mnie wzniesienia wokół ośrodka narciarskiego Maniva, który na kolarskiej mapie zaistniał za sprawą rozgrywanej w latach 2001-2011 etapówki Brixia Tour. Wybrałem do swego „menu” najwyższe szosowe góry w tej okolicy. To znaczy na sobotę wjazd z Ponte Prada na Goletto di Cadino (1943 m. n.p.m.), zaś na niedzielę jedyny „dwutysięcznik” w trakcie tej całej podróży czyli wspinaczkę z Collio na Giogo della Bala (2129 m. n.p.m.). Ta pierwsza góra już pięciokrotnie wystąpiła w Giro d’Italia, choć tylko dwa razy usytuowano na niej linię górskiej premii. Podczas trzech pierwszych okazji tzn. w latach 1970, 1976 i 1982 organizatorzy tego wyścigu punkty do klasyfikacji górskiej przyznawali za zdobycie pobliskiej Passo Crocedomini (1892 m. n.p.m.). Tym niemniej jedyna asfaltowa droga łącząca Val Sabbia na wschodzie z Val Camonica na zachodzie wiedzie przez obie sąsiadujące z sobą przełęcze. Stąd wniosek, że Goletto di Cadino przejechano od zachodu na etapie do Malcesine z roku 1970 oraz od wschodu na odcinkach do Bergamo i Boario Terme z lat 1976 i 1982. Etap sprzed 33 lat omal nie pogrzebał szans Bernarda Hinault na drugie zwycięstwo w Giro. „Borsuk” stracił tu ponad dwie minuty do czwórki swych najgroźniejszych rywali z Silvano Continim na czele. Pod własnym szyldem góra ta pokazała się na „La Corsa Rosa” dopiero u schyłku XX wieku. Najpierw w sezonie 1997 na etapie do Edolo, gdy pierwszy na szczycie zameldował się utytułowany Gianni Bugno oraz rok później na kluczowym dla losów wyścigu odcinku do Plan di Montecampione. Przy tej okazji premię górską wygrał tu Szwed Niklas Axelsson.

Podjazd na Goletto di Cadino mogłem zacząć na wysokości 454 metrów n.p.m. z poziomu wioski San Antonio położonej na zachodnim brzegu niewielkiego Lago d’Idro. Stąd do szczytu miałbym niemal 30 kilometrów, ale po pierwszych pięciu kilometrach wspinaczki zaliczyłbym też półtorakilometrowy zjazd. Dlatego postanowiłem wystartować z Ponte Prada (611 m. n.p.m.) to jest z miejsca, od którego droga znosi się już nieprzerwanie. Aby tu dotrzeć przejechałem autem około 70 kilometrów. Z początku jadąc wzdłuż południowo-zachodniego brzegu Gardy przez Desenzano del Garda i Padenghe sul Garda. Następnie przejechałem w pobliżu Salo, gdzie na Mistrzostwach Świata z 1962 roku po tęczową koszulkę wśród „profich” sięgnął nasz rodak w trójkolorowych barwach Jean Stablinski. Dalej zaś trzymałem się drogi krajowej SS237, by w samej końcówce wskoczyć na SP669. Dogodne miejsce do zaparkowania znalazłem dopiero tuż przed Bagolino. Dlatego swoją rowerową wycieczkę zacząłem od zjazdu po Via San Giorgio. Po przejechaniu 1800 metrów zatrzymałem się nieopodal Ponte Prada, dokładnie zaś na styku drogi św. Jerzego z Via Mignano. Tradycyjnie już wspinaczkę zacząłem około godziny dziewiątej. Niemniej tym razem przy temperaturze ledwie 18 stopni i pod mocno zachmurzonym niebem. W połowie trzeciego kilometra przejechałem przez wyłożone kostką centrum Bagolino (2,4 km), zaś nieco dalej minąłem miejscowy cmentarz przy Via San Rocco (3,1 km). Na piątym kilometrze trasa była niemal płaska. Po przejechaniu 5,1 kilometra dotarłem do miejsca, gdzie moja droga połączyła się z nieco szerszą SPBS669 będącą swego rodzaju obwodnicą Bagolino. Pod koniec szóstego kilometra pokonałem dwie pierwsze serpentyny. Już w tym miejscu podjazd stał się wymagający, lecz jeszcze trudniejszy okazał się na przełomie ósmego i dziewiątego kilometra w okolicy Ponte Desare (max. 16,7 % po 7,6 km od startu). Po przejechaniu 10,4 kilometra dotarłem do miejscowości Val Dorizzo u wlotu do której stoi kaplica pod wezwaniem św. Antoniego. Przez kilkaset metrów można tu było odpocząć, po czym znów zrobiło się trudniej za Ponte della Valle (10,8 km).

Droga nadal wiodła w kierunku północnym wzdłuż rzeczki Caffaro. Na piętnastym kilometrze minąłem wyciągi schodzące ze zbocza wzgórza Misa (14,7 km). Kilkaset metrów dalej byłem już w ośrodku narciarskim Gaver (15,4 km). W tym miejscu zaczęła się ostatnia 7,5-kilometrowa tercja tego wzniesienia. Szosa stała się węższa by wkrótce na przeszło cztery kilometry wkroczyć do lasu. Poza tym na odcinku 3400 metrów między mostkiem w połowie siedemnastego kilometra i Goletto di Gavero (19,8 km – 1795 m. n.p.m.) naliczyłem w sumie dziewięć serpentyn. Potem miałem krótki zjazd do Malga Cadino della Bianca (20,6 km), gospodarstwa rolnego nad potokiem Sanguinera. Finał to odcinek o długości 2300 metrów, prowadzący najpierw przez cztery serpentyny, zaś później niemal prosto wzdłuż górskiego zbocza. Wspinaczka kończy się na zakręcie w prawo, po którego wewnętrznej stronie stoi skromny krzyż. Cały podjazd o długości 22,9 kilometra i średnim nachyleniu 6,4 % pokonałem w czasie 1h 26:53 czyli ze średnią prędkością 15,8 km/h. Na stravie najdłuższy odcinek jaki znalazłem to 19,8 km między Bagolino a szczytem. Przejechałem go w 1h 17:23 z przeciętną 15,4 km/h i VAM 890 m/h. Ten wynik daje mi na razie 15 miejsce pośród 215 zarejestrowanych osób. Co ciekawe nikt nie złamał tu jeszcze bariery 1000 m/h. Wjechawszy na Goletto di Cadino postanowiłem pokonać kolejne 1100 metrów by dotrzeć na Passo Crocedomini. Przełęcz tą zdobyłem od przeciwnej strony (po starcie w Breno) wraz z Piotrem Mrówczyńskim w pewien upalny czerwcowy dzień roku 2008. Siedem lat później nie miałem tyle szczęścia do pogody. W drodze powrotnej ku Bagolino ulewa zaskoczyła mnie już na wysokości Malga Cadino della Bianca. Przy minimalnej temperaturze 11 stopni zjazd nie należał, więc do przyjemności. Już po kilku kilometrach takiej jazdy bylem zziębnięty i przemoczony. Zjechawszy do Gaver schowałem się na czas jakiś w barze „Blumonbreak”. Pod dachem tej gospody poratowałem się gorącą czekoladą, zaś uprzejmy gospodarz wydał mi pewną ilość papierowych ręczników. Pomimo tego z tej wycieczki przywiozłem nie tylko garść nowych wrażeń, lecz i drobne przeziębienie.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Goletto di Cadino została wyłączona