banner daniela marszałka

Archiwum dla Wrzesień, 2015

Rucas di Montoso & Pian Mune

Autor: admin o 10. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/389402771

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/389402762

W czwartek obudziliśmy się pod znajomym dachem. W B&B „Il Melograno” nocowaliśmy już dwa lata wcześniej na półmetku naszej Route des Grandes Alpes. Siódmy etap tej śmiałej wyprawy zawiódł nas bowiem do Borgo San Dalmazzo. Przy tej okazji poznaliśmy Pier Angelo, który jest zapalonym cyklistą acz preferującym off-roadową odmianę kolarstwa. Tym razem zatrzymaliśmy się u niego na sześć nocy. Od czwartku do poniedziałku mieliśmy kręcić po górskich szosach prowincji Cuneo. Przyznam, że zdążyłem bardzo polubić te okolice. Miejscowe podjazdy są bardzo wymagające i piękne w swej dzikości. Długie, strome i wysokie, a przy tym poprowadzone przez tereny słabo zaludnione, w których intensywniej można odczuć kontakt z naturą. Główną atrakcją tego rejonu są Alpy Kotyjskie z najwyższym szczytem w postaci masywu Mont Viso (3841 m. n.p.m.). Z północnych zboczy tej góry spływają źródła Padu – najdłuższej i największej rzeki całej Italii. Z kolei od Niziny Padańskiej w kierunku granicy francuskiej biegnie siedem górskich dolin. Poczynając od południa są to: Val Vermegnana, Valle Gesso, Valle Stura, Val Grana, Valle Maira, Valle Varaita oraz L’alta Valle del Po czyli Dolina Górnego Padu. Dwie pierwsze znajdują się jeszcze na terenie Alp Nadmorskich (Alpi Marittime), zaś trzecia wyznacza już południową granicę wspomnianych Alp Kotyjskich (Alpi Cozie), w których znajdują się pozostałe cztery doliny. Do ich kresów jak i na łącznikach pomiędzy poszczególnymi dolinami poprowadzono drogi, które są sporym wyzwaniem nawet dla „profich”. Oczywiście spełniają one też sportowe ambicje nawet najbardziej wybrednych amatorów kolarskich wspinaczek. Nic dziwnego, że w tych stronach organizowano do niedawna jeden z najtrudniejszych włoskich wyścigów etapowych dla kolarzy do lat 23 czyli Giro delle Valli Cuneesi. Jeszcze w 2011 roku impreza ta liczyła pięć etapów, z których niemal każdy kończył się poważnym podjazdem. Zwycięzcą został znany dziś powszechnie Fabio Aru. Niestety w 2014 roku wyścig trwał już tylko trzy dni, zaś w w sezonie 2015 skreślono go z kalendarza. Warto dodać, że w ostatniej dotychczas rozegranej edycji tych zawodów trzecie miejsce w „generalce” zajął Marcin Mrożek, który od roku 2016 będzie kolarzem CCC Sprandi.

Przed oczyma miałem pięć ciężkich górskich etapów z dziesięcioma wspinaczkami pośród nierzadko ośnieżonych trzytysięczników. Zdawałem sobie jednak sprawę, że u kresu lata w Piemoncie naszym największym problemem może być pogoda. Wyjechawszy z Ligurii straciliśmy bowiem naszą „licencję na promienie słońca”. Odtąd każdego wieczora i poranka serfując po necie z niepokojem spoglądaliśmy na informacje ze znakomitego portalu pogodowego www.ilmeteo.it. Od początku było dla nas jasne, że wstępny program na etapy od piątego do piętnastego będzie podlegał licznym zmianom dokonywanym na bieżąco. To znaczy w zależności od pogodowych okoliczności. Reguła była prosta. Im aura lepsza tym wyżej jedziemy. Na przełęcze położone powyżej 2000 metrów n.p.m. ruszamy wtedy gdy pogoda jest dobra czyli dzień słoneczny i stosunkowo ciepły. W pozostałe dni celujemy w podjazdy kończące się na nieco niższej wysokości. Czwartek 10 września należał do tych słabszych dni. Kiedy około godziny dziesiątej Darek robił zdjęcie na balkonie naszej stancji to słupek rtęci na termometrze ledwie dobiegał 18 stopni, zaś zachmurzenie było całkowite. Dlatego wyjechaliśmy z domu późno i ostatecznie zdecydowaliśmy się ruszyć ku północnym kresom prowincji aby w pierwszej kolejności zaliczyć podjazd pod Rucas di Montoso (1521 m. n.p.m.). Następnie w drodze powrotnej ja miałem zahaczyć o Pian Mune (1532 m. n.p.m.). Natomiast Darek w razie względnej przychylności niebios miał zaś „zaliczyć” znacznie trudniejsze Monviso – Pian del Re (2020 m. n.p.m.), które ja zdobyłem już w lipcu 2010 roku. Tym samym naszym pierwszym przystankiem na czwartkowym etapie stało się 6-tysięczne miasteczko Bagnolo Piemonte. Aby do niego dotrzeć musieliśmy przejechać 66 kilometrów szlakiem na: Cuneo, Saluzzo i Cavour. W końcówce tego dojazdu trzeba było jeszcze zamienić drogę krajową SS589 na prowincjonalną SP155 i tak niedługo przed trzynastą zatrzymaliśmy się na parkingu przy szosie SP246. W miejscu, które jak się okazało służyło przede wszystkim kierowcom ciężarówek wożących bloki skalne rozłupane w pobliskich kamieniołomach.

Mieliśmy przed sobą podjazd mało znany, na Giro d’Italia dotąd niebywały, lecz godny sporego respektu. Wspinaczka z Bagnolo Piemonte do stacji narciarskiej Rucas to 15,6 kilometra o średnim nachyleniu 7,5 % i max. 15%. Przewyższenie netto na tej górze to 1154 metry, zaś brutto nawet 1192. Niemniej te ogólne dane o stromiźnie są „zafałszowane” przez dwa-trzy łatwiejsze odcinki. Na pierwszych trzech kilometrach średnie nachylenie wynosi jedynie 5,4%. Przejazd przez Montoso na jedenastym kilometrze jest jeszcze łatwiejszy, zaś ostatnie 1600 metrów całego wzniesienia – przynajmniej w teorii – zupełnie płaskie. Z kolei największe wyzwanie stanowi środkowy segment czyli odcinek o długości 7,2 kilometra na dojeździe do Montoso, na którym średnie nachylenie przekracza 9,8%. Drugi trudniejszy kawałek zaczyna się wraz z początkiem dwunastego kilometra i liczy sobie 3,3 kilometra o średniej niemal 7,7%. Na stronie cyclingcols podjazd ten wyceniono aż na 1047 punktów. Co godne podkreślenia jest i drugi niewiele łatwiejszy wariant podjazdu na tą górę rozpoczynający się w miejscowości Bibiana (prov. Torino). Liczy on sobie 14,5 kilometra przy średniej 7,8% warte w skali CC 1032 punkty. Oba podjazdy mają wspólną końcówkę łącząc się w Montoso na wysokości niespełna 1250 metrów n.p.m. W pierwszej części wzniesienia warto odnotować przejazd przez Villar (2,0 km) czyli wioskę z kościołem pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela oraz skręt do sanktuarium Madonna delle Neve (6,0 km). Natomiast na trzynastym kilometrze droga na szczyt przez 700 metrów przylega do kamieniołomów Cava di Luserna. W samej końcówce szosa dociera na maksymalną wysokość 1541 metrów n.p.m., lecz ostatnie 400 metrów znów prowadzi lekko w dół. Ponieważ wypadło nam się zmierzyć z tą górą w czwartek trafiliśmy na dzień roboczy. Ciężarówki kursowały w obie strony uprzykrzając nam tą wspinaczkę. Szosa długimi fragmentami była kiepskiej jakości. Za sprawą przeładowanych aut była nie tylko miejscami dziurawa, ale przed wszystkimi pofałdowana i zryta niczym tarka. Dlatego późniejszy zjazd nie należał do przyjemności.

Podjazd przejechaliśmy osobno, bowiem Dario cofnął się do samochodu i ostatecznie wystartował osiem minut po mnie. Niemniej podjazd udał się nam i to bardzo. Jechaliśmy obaj na najwyższych obrotach. Ja przejechałem 15,8 kilometra w czasie 1h 09:12 (avs. 13,8 km/h). Na stravie najdłuższy zmierzony segment obejmuje dystans 15,4 kilometra o przewyższeniu 1141 metrów. Ten odcinek pokonałem w 1h 08:56 (avs. 13,5 km/h i VAM 993 m/h), zaś Dario uzyskał tu 1h 10:00 (avs. 13,3 km/h i VAM 978 m/h). Na skromnej liście obejmującej tylko 18 osób daje to nam drugie i trzecie miejsce. Znacznie więcej „korespondencyjnych rywali” mieliśmy na krótszych segmentach. Niemniej i tu wypadliśmy bardzo godnie. Natomiast tempo wspinaczkowe – jak na nasze możliwości – mieliśmy wprost rewelacyjne. Najtrudniejszy odcinek o długości 7,2 kilometra przejechałem w czasie 38:15 (avs. 11,3 km/h) przy VAM 1169 m/h, zaś Darek pokonał go w 38:46 (avs. 11,2 km/h) przy VAM 1153 m/h. To obecnie wystarcza na 11 i 13 miejsce pośród 109 osób. Zdecydowanym „królem” południowej wspinaczki do poziomu Montoso jest Davide Villela, dziś „profi” z ekipy Cannondale-Garmin. W lipcu 2011 roku czyli miesiąc po swych dwudziestych urodzinach, gdy jeździł jeszcze w młodzieżowym Team Colpack, pokonał ten odcinek w czasie 29:14 (VAM 1529 m/h). Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi, która urywa się na nagle przechodząc w gruntowy plac przed jednym z dwóch tutejszych hoteli. O tej porze roku nie było tu żywego ducha poza miejscowym „bacą” i jego psem pasterskim. Na górze warunki były cokolwiek rześkie. Temperatura ledwie 12 stopni. Niebo niezmiennie zachmurzone. Na szczęście nadal nie padało. Tym niemniej i tak trzeba się było cieplej ubrać przed zjazdem. Znaleźliśmy sobie miejscówkę pod przydrożnym głazem. Na tle stosownej tablicy zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Jeśli wierzyć przewodnikom to w najbardziej pogodne dni można ponoć dojrzeć z Rucas nawet dalekie masywy Monte Bianco i Monte Rosa. To jednak nie był jeden z owych dni. Jako takie widoki były tylko na wschodzie. Przede wszystkim pobliski „zakład pracy” specjalizujący się w rozbiórce góry na czynniki pierwsze. Poza tym w tle położone przeszło tysiąc metrów niżej pola na zachodnim skraju Niziny Padańskiej. Po zjeździe na którym dłonie mogły rozboleć od kumulacji wszystkich drgań kilka minut po wpół do czwartej dotarłem do samochodu. Teraz musieliśmy podjechać do Paesany. Wybraliśmy najkrótszą drogę czyli przeszło 12-kilometrowy górzysty szlak po drodze SP27 przez miasteczko Barge.

20150910_144726

20150910_145148

20150910_150731

Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się na Piazza Vittorio Veneto w pobliżu potoku Agliasco. Za plecami mieliśmy okazały kościół parafialny pod wezwaniem św. Marii. Paesana jak wiele górskich miejscowości mocno „skarlała” na skutek odpływu ludności z rejonów wiejskich do miast. Sto lat temu żyło w tej gminie przeszło osiem tysięcy mieszkańców, zaś dziś niespełna trzy. Około wpół do piątej pogoda nadal była niepewna. Na starcie mieliśmy 18 stopni. Pomimo tego Dario postanowił zagrać o najwyższą stawkę i wjechać na Pian del Re. Wyprawa na polanę, której nazwa pochodzi od osoby Karola VIII Walezjusza (króla Francji z końca XV wieku) to nie lada wyzwanie. Według „Passi e Valli in Bicicetta – Piemonte 2” podjazd ten liczy sobie 20,8 kilometra o średnim nachyleniu 6,8% i max. 13 %. Trzeba na nim pokonać przewyższenie rzędu 1406 metrów. To wzniesienie miało swoje lata świetności w dziejach włoskiego kolarstwa. W latach 1991 i 1992 skończyły się na nim górskie odcinki Giro d’Italia. Oba przyniosły sukces zawodnikom gospodarzy. W 1991 roku pierwszy na linii mety pojawił się Massimiliano Lelli, zaś rok później Marco Giovanetti. Z tej racji ta góra była wysoko na piemonckiej liście moich celów. Nie miałem czasu jej odwiedzić podczas grandfondowej wyprawy z Piotrem w czerwcu 2008 roku. Niemniej już w lipcu 2010 roku w trakcie alpejskich wakacji z Iwoną nie przepuściłem lepszej ku temu okazji i zdobyłem tą górę w czasie 1h 23:02. Wtedy też przypadkiem wpadł mi w oko pobliski podjazd do stacji Pian Mune. Gdy wyjechałem na drogę SP26 wyskoczył mi zza pleców młody kolarz, na oko wyglądający na miejscowego młodzieżowca. Usiadłem mu na koło i po chwili jadąc za nim skręciłem w lewo. Niemniej coś mnie tknęło i zapytałem go czy aby na pewno jedzie ku Pian del Re. Okazało się, że on na ten dzień miał mniej ambitne cele w postaci wspomnianego Pian Mune. Ta znacznie skromniejsza, acz wcale nie łatwa góra tylko raz zetknęła się z kolarstwem szosowym w jego profesjonalnym wydaniu. W sezonie 1995 skończył się tu drugi etap Trofeo Scalatore wygrany przez Leonardo Piepolego. Impreza pod nazwą Nagroda Wspinaczy rozgrywana była w latach 1987-2001 w oryginalnej formule kilku (na ogół trzech) górskich wyścigów jednodniowych. Klasyfikację generalną układano na bazie punktów przyznawanych za czołowe miejsca w poszczególnych etapach. W 1994 roku to Trofeum zdobył nasz Zenon Jaskuła.

Wyjechaliśmy z miasteczka ulicą Via Monviso. Po dojechaniu do drogi SP26 Darek musiał odbić w prawo na Calcinere i Crissolo. Miał stąd do przejechania 19 kilometrów o średniej około 7%. Ja skręciłem w lewo by po 800 metrach łagodnego zjazdu dotrzeć do podnóża swej góry na wysokości osady Erasca. Według „PVB” miałem do pokonania podjazd o długości 13,3 kilometra ze średnim nachyleniem 6,7% i max. 10% oraz przewyższeniem 887 metrów. Cyclingcols wycenił Pian del Re na 1091 punktów, zaś moje Pian Mune tylko na 642. Tym niemniej w oczach organizatorów Giro czy Touru i tak byłaby to premia górska pierwszej kategorii. Podjazd jest regularny. Najłatwiejszy szósty kilometr ma średnio 5,8%, zaś najtrudniejszy dziewiąty 7,9%. Na podjeździe jest sporo długich prostych odcinków. Wiraży z prawdziwego zdarzenia naliczyłem siedem. Przez pierwsze siedem kilometrów droga niemal cały czas biegnie w cieniu drzew. Największą miejscowością na szlaku jest San Lorenzo di Prato Guglielmo (7,0 km). Po drodze jest też parę osad złożonych z kilku domostw: Terragni (1,8 km), Barra (3,0 km), Garzino (4,5 km) czy Fantoni (5,7 km). Pięć kilometrów przed szczytem mija się też zjazd do wioski Droe (8,3 km). Asfaltowa droga dociera do miejsca zwanego Pian Croesio. Do położonego nieco wyżej Pian Mune trzeba by się przebić już po drodze gruntowej. Zatrzymałem się po przejechaniu 13 kilometrów w czasie 53:19 (avs. 14,7 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 12,8 km i przewyższeniu 875 metrów. Przejechałem go w czasie 52:58 czyli ze średnią prędkością 14,6 km/h i VAM 991 m/h. Daje mi to 6 miejsce pośród 58 zarejestrowanych osób. Miejscowe schronisko było właśnie remontowane przed zimowym sezonem, zaś wyciąg krzesełkowy na Testa della Sandua (1958 m. n.p.m.) „drzemał” w oczekiwaniu na białą porę roku. Na górze było tylko 11 stopni. Czym prędzej rozpocząłem zjazd, na którym zatrzymywałem się rzadziej niż zwykle. Do samochodu zjechałem około 18:30. Dzięki temu zdążyłem zrobić zakupy spożywcze przed zamknięciem pobliskiego supermarketu. Na piątym etapie przejechałem 61 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2085 metrów. Dario pokonał o 10 kilometrów więcej. Na Pian del Re spisał się dzielnie. Segment o długości 16,3 kilometra z początkiem w Calcinere przejechał w 1h 22:45 (avs. 11,8 km/h i VAM 908 m/h) co jest 51 wynikiem pośród 247 odnotowanych. Jako, że Pian del Re leży blisko 500 metrów wyżej niż Pian Mune było tam zimniej i mgliściej niż na mojej górze. Dlatego po pstryknięciu kilku zdjęć i nakręceniu krótkiego filmiku czym prędzej się ewakuował. Do Paesany zjechał w 26 minut, zaś na przeszło 8-kilometrowym odcinku poniżej Crissolo wykręcił nawet jedenasty czas.

20150910_182123

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rucas di Montoso & Pian Mune została wyłączona

Oggia & San Bernardo in Mendatica

Autor: admin o 9. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/389402768

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/389402780

Nasz ostatni dzień w Ligurii – krainie gór, morza i gwarantowanego słońca. Nawet pod koniec kalendarzowego lata. Darek dzień wcześniej odzyskał swe buty, więc był już uzbrojony i niebezpieczny. W tym miejscu podziękowania należą się naszej gospodyni z Casa Rosmarino, która we wtorkowe popołudnie wsiadła na skuter i na mieście złapała kuriera przewożącego przesyłkę dla mego kolegi. W środę pomimo transferu do Borgo San Dalmazzo tak jak w każdy inny mieliśmy pokonać przynajmniej dwa podjazdy. Wedle wstępnych założeń obie wspinaczki miały nam wypaść już po drodze do nowej bazy noclegowej. Pierwsza jeszcze w Ligurii, zaś druga już na terenie piemonckiej prowincji Cuneo. Te plany uległy jednak zmianie już w sobotni wieczór gdy z uwagi na zbyt późny przyjazd nie dane nam było ruszyć na pobliską Colle d’Oggia. Tego wzniesienia nie chciałem jednak definitywnie skreślać z naszego „menu”. Lepiej już było poświęcić jeden z piemonckich podjazdów. Tym bardziej, że pozostałe jedenaście dni wyprawy i tak mieliśmy spędzić wyłącznie w tym niegdyś stołecznym regionie. Dlatego po korekcie środowych planów ustaliliśmy, że na pożegnanie z Ligurią zaliczymy jeszcze dwa podjazdy na jej terenie. W pierwszej kolejności wspomnianą Colle d’Oggia (1167 m. n.p.m.) i następnie Colla San Bernardo in Mendatica (1272 m. n.p.m.). Dzięki uprzejmości naszej gospodyni nie musieliśmy obu wzniesień robić w trasie. Ta zacna niewiasta zgodziła się byśmy opuścili apartament znacznie później niż zapisane to było w warunkach rezerwacji. W teorii wyjechać mieliśmy do godziny 11:00. Na szczęście ewentualni nowi goście mogli się tam meldować od 16:00. Dzięki temu uzyskaliśmy zgodę na wyjazd wczesnym popołudniem. Perspektywa ożywczego prysznica po zaliczeniu pierwszej góry czwartego etapu zachęciła Darka do szybszego niż zwykle wyrwania się z objęć Morfeusza. Warto było ruszyć z domu około 9:00 po to by po pierwszej wspinaczce umyć się i zjeść coś na gorąco przed czekającym nas 150-kilometrowym transferem.

Pierwszy ze środowych podjazdów mieliśmy zacząć w Dolcedo czyli miejscowości oddalonej niespełna 6 kilometrów od naszego wzgórza. Pomimo skromnego dystansu zdecydowaliśmy się skorzystać z samochodu. Pojechaliśmy najkrótszą trasą przez Isolalungę. Początek tego dojazdu prowadził po Strada Colla. Drodze tak wąskiej, iż zacząłem się zastanawiać czy aby przypadkiem nie wbiłem się na ulicę jednokierunkową. Po kilkunastu minutach byliśmy już w Dolcedo, nad którym góruje dzwonnica kościoła pod wezwaniem św. Tomasza. Tu zaczyna się najtrudniejszy z trzech podjazdów na Colle d’Oggia. Podjazd północny zaczyna się w Pieve di Teco, zaś zachodni poniżej miejscowości Montalto Ligure. Oba te wzniesienia mają po około 930 metrów przewyższenia i przez cyclingcols zostały wycenione odpowiednio na 527 i 662 punktów. My wybraliśmy drogę południową czyli szlak o długości 17,7 kilometra przy średnim nachyleniu 6,1% i max. 10%. Do pokonania w pionie mieliśmy mieć 1082 metry, zaś brutto nawet 1087. Ta premia górska warta była według Michiela z CC 725 punktów. Droga na szczyt nie była szczególnie trudna. Niemniej dość długa, a przy tym skomplikowana pod względem nawigacyjnym. Dość powiedzieć, że na tym niespełna 18-kilometrowym szlaku trzeba było czterokrotnie zmieniać szosę. Pierwsze 2400 metrów po starcie przy moście nad potokiem Prino prowadziło po drodze SP39. Następne 4,3 kilometra biegło po SP40, zaś kolejne 5800 metrów po SP93. W połowie trzynastego kilometra trzeba było wybrać drogę SP24 i trzymać się jej przez niemal 5,5 kilometra. Natomiast tuż przed finałem należało jeszcze wskoczyć na wspólną z zachodnim wariantem podjazdu szosę SP21 i pokonać na niej ostatnie 170 metrów wzniesienia. Całkiem niezła kombinacja alpejska. Nic dziwnego, że jeden z nas się pogubił i to już przy pierwszej okazji. Tym razem padło na Darka. Mało który z naszych liguryjskich podjazdów miał zaszczyt „poznać się” z Giro d’Italia. W zasadzie można to powiedzieć tylko o Colle di Melogno. Oggia również nie miała dotąd tego szczęścia. Niemniej podobnie jak spory kawałek mojego wtorkowego Monte Ceppo w sezonie 2015 zagościła przynajmniej na trasie słynnego niegdyś rajdu samochodowego Rally San Remo. Jeden z odcinków specjalnych tej imprezy poprowadzono bowiem po wspomnianym segmencie na drodze SP24.

Darek ruszył ku przełęczy o godzinie 9:26, zaś ja trzy minuty później. Mój kompan był w najlepszej formie od lat i już podczas sierpniowego wyjazdu parę razy pokazał mi plecy. Jednak na wzniesieniu takim jak Oggia spodziewałem się go złapać po kilku kilometrach. Tymczasem Dario w sposób niezamierzony uniemożliwił mi wykonanie tego zadania. Dojechawszy do Molini di Prela (2,3 km) odbił w lewo i kontynuował jazdę po szosie SP39 przez kolejne dwa kilometry z hakiem. Zanim po około piętnastu minutach spędzonych poza trasą wrócił do feralnego rozjazdu, ja byłem już połowie szóstego kilometra swojej wspinaczki. Jechałem w miarę mocno urokliwą trasą wśród oliwnych gajów i zastanawiałem się czemu jeszcze nie widzę przed sobą znajomej sylwetki. Do tego momentu zdążyłem już minąć Casa Carli (4,1 km) i wiraż nr 4 na wysokości Praelo (4,6 km). Kolejną miejscowością na mojej drodze była Pantasina. Tu po przejechaniu 6,7 kilometra należało skręcić w lewo aby wjechać na drogę SP93. Kilometr dalej minąłem szósty zakręt na wysokości ukrytego w cieniu drzew kościoła w stylu romańskim. Wyżej można było napotkać co najwyżej pojedyncze domy i gospodarstwa hodowlane. W połowie trzynastego kilometra zatrzymałem się na przeszło półtorej minuty u kresu szosy SP93. Z tego miejsca w lewo szła droga gruntowa, zaś w prawo zjazd ku miejscowości Ville San Pietro. Po krótkiej rozmowie z angielskim cykloturystą ruszyłem dalej prosto, tym samym wjeżdżając na rajdowy sektor po drodze SP24. Ten fragment podjazdu miał swój dziki urok. Przy drodze spore stado krów, które zrobiły mi dość szczelną blokadę podczas późniejszego zjazdu. Na zboczu góry dojrzeć też można było konie. Po przebyciu 17,5 kilometra już mogło się wydawać że to koniec wspinaczki. Tym niemniej po przecięciu starego szlaku via Marenca trzeba było jeszcze przejechać niespełna czterysta metrów lekko w dół, zaś po ostrym zakręcie w prawo wspomniany już finał na drodze SP21. W sumie przejechałem 18,1 kilometra w czasie netto 1h 09:08 (avs. 15,7 km/h). Na stravie znalazłem segment o długości 17,4 kilometra przejechany w czasie netto 1h 07:53 (avs. 15,4 km/h i VAM 936 m/h). Ten wynik dałby mi 26 miejsce pośród 224 sklasyfikowanych osób. Tymczasem gorszy o 99 sekund czas brutto zdegradował mnie na 31 pozycję. Ogólnie tempo niezłe, lecz nie rewelacyjne. Znacznie lepszy VAM tzn. 1013 m/h wykręciłem w środkowej fazie tego podjazdu. Na odcinku niespełna 10 kilometrów pomiędzy Molini di Prela a końcem drogi SP93.

20150909_112045

20150909_114806

20150909_115727

20150909_123937

Na Darka przyszło mi czekać około 40 minut. W tym czasie mogłem wygrzać się na słońcu. Na przełęczy temperatura wynosiła 22 stopnie, zaś niebo było bezchmurne. Siadłem sobie na poboczu podziwiając piękno tej cichej okolicy. Skontaktowałem się ze swym zagubionym kolegą, który miał jeszcze do szczytu kilka kilometrów. Porozmawiałem chwilę ze spotkanym niemieckim cykloturystą. Zadzwoniłem również do Sopotu złożyć życzenia urodzinowe swojej mamie. Dario ostatecznie dotarł na szczyt po upływie 1h i 52 minut. Nie znaczy to wcale, że jechał aż tak wolno. Kwadrans stracił na dole wyjeżdżając poza trasę. Potem z ostrożności zatrzymywał się jeszcze pięć razy. Na tych przystankach stracił dwanaście minut, z czego siedem przy przejściu z drogi SP93 na SP24. Ogólnie te wszystkie przerwy wybiły go z rytmu, więc jechał bez bojowego nastawienia w tempie 12-13 km/h. Z pewnością poniżej swych aktualnych możliwości. Na przełęczy spędziliśmy razem około 15 minut, po czym rozpoczęliśmy spokojny odwrót do Dolcedo. W moim przypadku oznaczało to trzy kwadranse spokojnego zjazdu i pół godziny spędzone na przystankach. Przy samochodzie i tak byłem pierwszy, gdyż Darek dodatkowo kręcił jeszcze filmiki. Przed przyjazdem kolegi zdążyłem jeszcze zrobić małe zakupy w przydrożnym sklepiku spożywczym. Do apartamentu zajechaliśmy po trzynastej. W ciągu następnej godziny przygotowaliśmy się do wyjazdu z Ligurii. Około wpół do trzeciej opuściliśmy gościnne progi Casa Rosmarino i zjechaliśmy ze wzgórza w kierunku Porto Maurizio. Naszym przystankiem w drodze do południowego Piemontu miało być miasteczko Pieve di Teco. Dojazd do niego miał nam zająć około 35 minut i w dużej mierze prowadzić po drodze krajowej SS28. Aby do niej dojechać musieliśmy przejechać przez centrum Imperii. Pomijając wieczorny wypad w poniedziałek jakoś nie mieliśmy okazji by przyjrzeć się temu pięknemu miasteczku. Za dnia łatwiej można było dostrzec jego uroki. Dario kręcił filmiki z jadącego auta i dla lepszego efektu jeden podczas krótkiego przystanku. Po przyjechaniu do Pieve di Teco mieliśmy kłopot ze znalezieniem miejsca parkingowego. Ostatecznie postanowiliśmy skorzystać z patentu miejscowych mieszkańców i stanąć przy głównej drodze jednym kołem na ulicy, zaś drugim na wąskim chodniku. Z naszej miejscówki zjechaliśmy kilkaset metrów do zbiegu z drogą SP7 na wysokości całodobowej stacji benzynowej TotalERG.

20150909_144611

Przed sobą mieliśmy blisko 20-kilometrowy podjazd na Colla San Bernardo. Dla mnie miała to być już piąta w życiu wspinaczka pod górę noszącą imię św. Bernarda z Methon k. Annecy. To znaczy urodzonego pod koniec X wieku zakonnika, który jest patronem alpinistów i mieszkańców Alp, a także turystów, narciarzy i ratowników górskich. Najpierw w czerwcu 2009 roku zdobyłem Col du Grand Saint-Bernard czyli przełęcz Wielką Świętego Bernarda (2469 m. n.p.m.) od strony szwajcarskiej, zaś w lipcu 2010 roku Passo Piccolo San Bernardo (2188 m. n.p.m.) czyli przełęcz Małą Świętego Bernarda od włoskiej strony. Potem obie te przełęcze pokonałem od przeciwnych stron podczas jedenastego i dwunastego etapu Route Grandes Alpes. Naszej wielkiej wyprawy z przełomu czerwca i lipca 2013 roku, którą odbyliśmy w towarzystwie Adama Kowalskiego, Piotra Mrówczyńskiego i Romana Abramczyka. Na tle dwóch wielkich przełęczy z pogranicza Francji, Włoch i Szwajcarii ten podjazd był ledwie ich dalekim i ubogim krewnym. Niemniej i na tej górze było co jechać. Po starcie z Pieve di Teco mieliśmy mieć do przejechania 19,7 kilometra o średnim nachyleniu 5,2% i max. 10,5%. Wzniesienie to miało przewyższenie netto 1034 metry, zaś brutto nawet 1087. Dla odróżnienia od innych przełęczy imienia św. Bernarda ta góra znana jest pod nazwą Colla San Bernardo in Mendatica czyli z dodatkiem pochodzącym od nazwy wioski leżącej na wysokości niespełna 800 metrów n.p.m. Wystartowaliśmy o 15:40, przy czym Darek ruszył jakieś pół minuty wcześniej. Początek był łatwy więc ruszyłem na dużej tarczy i w połowie drugiego kilometra dogoniłem kolegę. W połowie trzeciego kilometra Dario w swoim stylu ściął małe rondo i znów musiałem odrobić kilkadziesiąt metrów. Tym razem też szybko poszło, więc do zjazdu z drogi SP28 dotarliśmy razem. Po przejechaniu 2,9 kilometra trzeba było odbić w lewo i zjechać na drogę SP3 prowadzącą wzdłuż potoku Aroscia. Przez następne półtora kilometra zamiast się wspinać straciliśmy 38 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Podczas zjazdu przez Aquetico Dario ostro zaatakował. Ja wolałem nie zrywać tempa tak wcześnie. Czułem się bardzo dobrze, więc postanowiłem skorzystać z taktyki, która przyniosła mi powodzenie podczas rywalizacji z Darkiem i Romkiem na Passo delle Erbe. Teren był tak łagodny, że przez pierwsze siedem kilometrów nie musiałem zrzucać łańcucha na małą tarczę.

Pod koniec szóstego kilometra przejechałem przez wioskę Ponti di Pornassio. Na ósmym kilometrze złapałem kontakt z liderem. Po dziesięciu kilometrach minęliśmy drogę do Montegrosso Pian Latte. Przyjemność wspólnej jazdy przerwał nam dopiero niespodziewany atak owada. Dario połknął jakieś latające stworzenie i mocno się zakrztusił, więc po przejechaniu 11,7 kilometra musieliśmy się zatrzymać na dobre dwie minuty. Po ponownym starcie Darek zrazu jechał wolniej i sugerował bym jechał swoje. Niemniej już podczas przejazdu przez Mendaticę na przełomie trzynastego i kilometra poczuł się lepiej, więc gdy lekko zwolniłem szybko do mnie dojechał. Na ostatnich 9 kilometrach nachylenie było całkiem solidne tzn. średnio 7,3%. Za Mendatiką droga nadal była mocno zawinięta. Na dojeździe do Cian Prai (18,3 km) trzeba było pokonać 10 następnych wiraży. Jechaliśmy razem niemal do samego końca. Darek osłabł nieco dopiero na ostatnim kilometrze. W sumie przejechałem 19,6 kilometra w czasie netto 1h 08:07 (avs. 17,3 km/h). Na stravie znalazłem segment o kilometr krótszy. Uzyskałem na nim czas brutto 1h 07:35. Natomiast Darek 1h 08:46. To dało nam odpowiednio 13 i 14 miejsce pośród 108 zarejestrowanych osób. Gdyby nie przymusowy postój skończylibyśmy o trzy lokaty wyżej. Zatrzymawszy się na przełęczy na wprost przed sobą mieliśmy zjazd do Ponte di Nava, zaś w lewo drogę do Monesi, gdzie w 1966 roku drugi etap Giro d’Italia wygrał znakomity hiszpański góral Julio Jimenez. Niemniej czasu na dotarcie do miejscowości już nie było, a poza tym byłaby to już tylko „dokrętka” po płaskowyżu. Trzeba się było szybko ewakuować do Pieve di Teco. Tym bardziej, że chmary złośliwych meszek nie dawały nam spokoju. Do samochodu dotarliśmy około 18:10. Dzienny przebieg miałem w normie. Tym razem przejechałem 75,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2147 metrów. Po wszystkim chcieliśmy zjeść obiadokolację pod arkadami w historycznym centrum tego miasteczka. Niestety bez powodzenia. Ruszyliśmy, więc w trasę do drugiej bazy noclegowej z nadzieją na znalezienie czegoś po drodze. Ostatecznie zjedliśmy pizzę w jednym z lokali na Colle di Nava (939 m. n.p.m.). O zmroku minęliśmy Garessio, gdzie według wstępnych planów mieliśmy zaczynać podjazd na Colla di Casotto (1379 m. n.p.m.). Na sam koniec straciliśmy jeszcze trochę czasu na ulicach Borgo San Dalmazzo mając problem ze znalezieniem po ciemku naszej mety czyli B&B Il Melograno. Znajomy gospodarz wyjechał akurat z krótką wizytą do Francji, ale na posterunku zostawił swą małżonkę.

20150909_165458

20150909_172920

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Oggia & San Bernardo in Mendatica została wyłączona

Teglia & Monte Ceppo

Autor: admin o 8. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/387787213

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/387787273

We wtorek mieliśmy w planach kolejną wycieczkę na zachód. Tym niemniej Darek spodziewał się ważnej przesyłki od kuriera. Od wczoraj śledziliśmy przez internet podróż jego kolarskiego obuwia ku włoskiej ziemi przeznaczenia. Zgodnie z życzeniem Marzena nadała obie pary butów, w których Dario zwykł dotąd zdobywać rozliczne premie górskie. Podczas gdy w poniedziałek zaprzęgł do pracy swe sandały jego buty marki Time rozpoczęły zawiłą podróż lotniczą z kilkoma przesiadkami. Szlak wiódł z Gdańska do Warszawy, potem z naszej stolicy do Frankfurtu nad Menem i w końcu z Niemiec do Mediolanu. Ze stolicy Lombardii już lądem miały się dostać do Imperii. Tym niemniej trudno było przewidzieć o której godzinie mogą zawitać do naszej tymczasowej siedziby przy Via Monte Gagliardone. Darek wolał na nie poczekać do skutku czyli nie wyjeżdżać z Casa Rosmarino. Poza tym poprzedniego dnia lekko się przeziębił, więc miał dodatkowy powód ku temu by tego dnia nie wsiadać na rower. Dlatego tym razem ruszyłem w drogę samotnie. Wyjechałem z bazy około wpół do jedenastej. Do końca zastanawiałem się gdzie wyznaczyć sobie pierwszy postój. To znaczy, które z dwóch wzniesień trzeciego etapu „zaliczyć” w pierwszej kolejności: Passo di Teglia (1388 m. n.p.m.) czy Monte Ceppo (1498 m. n.p.m.). Przez lata na takie okazje wypracowałem sobie dwa sposoby postępowania. Oba dobre – jak kawały oficera w skeczu KMN o komisji wojskowej. Zasada pierwsza mówi o tym, iż należy zacząć od góry bardziej oddalonej od bazy noclegowej po to by drugi podjazd przejechać już w drodze powrotnej. Druga zakłada natomiast, że jako pierwsze należy pokonać wzniesienie trudniejsze. Każdy solidny podjazd potrafi bowiem sponiewierać, więc będąc już nieco osłabionym lepiej ruszyć potem na górę stanowiącą nieco mniejsze wyzwanie. Tym razem skorzystałem z reguły nr 1 czyli postanowiłem dojechać do miejscowości Molini di Triora. Do półmetka 44-kilometrowej trasy dojazdowej ponownie skorzystałem z autostrady A10. Tym razem zjechałem z niej na wysokości Arma di Taggia. W pół drogi między znanymi z wyścigu Milano – San Remo pagórkami Cipressa i Poggio.

Następnie musiałem znaleźć dawną drogę krajową SS548 i przejechać po niej kolejne 22 kilometry w kierunku północnym, szlakiem wijącym się wzdłuż potoku Argentina. Dojechawszy na miejsce nie wjechałem do centrum miasteczka. Zatrzymałem się nieco niżej po lewej stronie głównej drogi. Na kamienistym placu w pobliżu boiska przypominającego nasze „orliki” oraz zdewastowanej pozostałości po dawnej stacji benzynowej Tamoil. Z tego miejsca równie dobrze co na Passo di Teglia mogłem ruszyć w przeciwnym kierunku na Colla di Langan. Zaczynał się tu bowiem wschodni podjazd na przełęcz, którą obejrzeliśmy sobie dzień wcześniej wjechawszy od strony zachodniej. Na tego rodzaju rewizytę nie miałem jednak czasu. Na podboje w Ligurii dałem nam tylko cztery dni. Z mojego punktu widzenia lepiej było w tym czasie „zaliczyć” osiem różnych gór od jednej strony, niż obejrzeć z obu stron tylko cztery „sztuki”. Już pod koniec dojazdu zauważyłem po prawej stronie wspomnianej ex-krajówki początek drogi SP17 wiodącej ku miejscowości Andagna. Będąc zadowolony ze swego odkrycia nie spostrzegłem, że alternatywny start do tego podjazdu znajduje się też na samym wjeździe do Molini di Triora. Dlatego też gdy już na rowerze wróciłem na SS548 to bez zastanowienia zjechałem nią 1100 metrów w dół Valle Argentina. Przed sobą miałem podjazd z gatunku „krótkich” lecz konkretnych. Według cyclingcols miałem do pokonania 11,6 kilometra o średnim nachyleniu 8% i max. 11,6% czyli wzniesienie o przewyższeniu 928 metrów wycenione według autora tej strony na 758 punktów. Pod każdym względem podobne do bliskiego polskim sercom podjazdu pod Pla d’Adet. Budowę asfaltowej drogi na Passo di Teglia ukończono ponoć dopiero w latach 90-tych ubiegłego wieku. Mimo tego już obecnie jakość jej nawierzchni pozostawia wiele do życzenia. Stan drogi na pierwszym kilometrze podjazdu dawał do myślenia. Zastanawiałem się czy dodatkowym wyzwaniem nie będzie aby jazda po asfalcie podziurawionym niczym ser szwajcarski. Ogólnie nie było tak fatalnie jak się zrazu zapowiadało, acz w górnej podjazdu trafiłem jeszcze na dwa-trzy sektory „przygotowane” pod rowery przełajowe.

Wystartowałem o 11:35 przy prawdziwie letniej temperaturze 30 stopni. Dzień był ciepły, acz na niebie zbierały się chmury. Obawiałem się przeto, że nie zdobędę obu wtorkowych wzniesień na sucho. Początek zachodniego szlaku na Passo di Teglia jest bardzo kręty. Po przejechaniu ledwie kilometra dojechałem już do szóstego wirażu będącego łącznikiem z alternatywną drogą startującą prosto z Molini di Triora. W połowie trzeciego kilometra miałem już za sobą jedenaście serpentyn, zaś po przebyciu 3,2 kilometra o średnim nachyleniu 7,9% dotarłem do wirażu nr 12 na wysokości wioski Andagna. Czterysta metrów dalej na zakręcie trzynastym minąłem plac zabaw oraz kościółek pod wezwaniem św. Bernarda. To był początek najtrudniejszego z czterech segmentów tego wzniesienia. Dwa kilometry na dojeździe do Santuario di Santa Brigida trzymały na średnim poziomie 9,4%. Z kolei trzecia „kwarta” była najłatwiejsza. Odcinek 2,8 kilometra o średniej 6,4% z dwoma parami wiraży i przejazdem po półce skalnej skończył się na wysokości agroturystycznej osady Drego. Z niej do przełęczy pozostawały niemal cztery kilometry. W sumie dość trudny odcinek o długości 3,9 kilometra i średniej 7,9% prowadzący po raczej kiepskiej nawierzchni. Ostatni (osiemnasty) wiraż wyznaczono w pobliżu szczytu Monte Fenaria (1459 m. n.p.m.). Po zakręcie w lewo do przełęczy brakowało już tylko 550 metrów. Pokonując ostatnie metry w stronę przełęczy za plecami miałem Morze Liguryjskie, zaś po lewej ręce panoramiczny widok na górną część pokonanego właśnie podjazdu jak i spory kawał Valle Argentina. Dobrze widoczne były też góry po zachodniej stronie owej doliny, w tym zalesiony wierzchołek Monte Ceppo będący moim kolejnym celem. Zatrzymałem się na zakręcie w prawo nieopodal wierzchołka Monte Pizzo (1417 m. n.p.m.) przejeżdżając 11,8 kilometra w czasie 53:11. Na stravie znalazłem za to segment o długości 11,5 kilometra, który przejechałem w czasie netto 52:55 (avs. 13,0 km/h i VAM 1054 m/h) co jest szóstym wynikiem pośród 63 dotychczas zarejestrowanych. Co ciekawe piąte miejsce na tej liście ma Niccolo Bonifazio, który w lipcu 2013 roku zapędził się w te strony. Dziś jest to jeden z najbardziej obiecujących kolarzy we włoskim peletonie. Niespełna 23-letni zawodnik mogący się pochwalić piątym miejscem w klasycznym monumencie Milano – San Remo z 2015 roku.

Na górze spędziłem kilkanaście minut. Fotkę pod tablicą zrobił mi cyklista nieco starszej daty, który wraz z kolegą wjechał od tej samej strony aby potem zjechać na wschód ku Pieve di Teco. Ja musiałem zawrócić. Zjeżdżałem spokojnie uważając na wszelakie dziurawe niespodzianki. W końcówce postanowiłem wybrać drogę wiodącą prosto do Molini di Triora, więc zjazd okazał się dwieście metrów dłuższy od podjazdu. Ja zaś uwieczniłem na zdjęciach oba początki zachodniego podjazdu pod Passo di Teglia. Cała wycieczka zajęła mi około dwóch godzin. Wyprawa na Monte Ceppo miała być znacznie dłuższa. Najszybciej dotarłbym na ten szczyt gdybym porzucił auto w miejscu gdzie stało i ruszył na to wzniesienie szlakiem północnym czyli z Molini di Triora. Ten podjazd ma 15 kilometrów długości i przewyższenie 1046 metrów, zaś droga wiedzie przez Colla di Langan i sanktuarium San Giovanni dei Prati. Ja byłem zainteresowany czymś trudniejszym. Dlatego w grę wchodziły dwie opcje. Podjazd południowy ze startem w San Remo o długości 33 kilometrów i przewyższeniu niemal 1500 metrów. Wiedzie on początkowo szosą SP55 przez Poggio di San Remo i Cerianę oraz przełęcz Ghimbegna, która trzykrotnie „wystąpiła” na Giro d’Italia w latach 1968, 1974 i 2001. Alternatywą był bardziej konkretny podjazd wschodni od strony Valle Argentina z początkiem w miejscowości Taggia. Niewiele mniejszy od południowego, lecz wyraźnie krótszy dzięki temu że zdecydowałem się pominąć bardzo łagodny wstęp na drodze SS548. To znaczy odcinek 6,9 kilometra o średnim nachyleniu 1,9%. W tym celu zjechałem 14 kilometrów w dół Valle Argentina po drodze mijając urocze Badalucco. Zatrzymałem się poniżej tego miasteczka na wysokości restauracji Ca’ Mea, jakieś sto metrów od początku drogi SP54. Wspinaczkę nr 2 rozpocząłem o 14:15 przy temperaturze 26 stopni. Wciąż było ciepło i wbrew moim obawom nie padało. Miałem przed sobą najdłuższy i największy z ośmiu wybranych liguryjskich podjazdów. Wzniesienie o długości 24 kilometrów i średnim nachyleniu 5,6%. Na którym maksymalna stromizna sięga 12,6%, zaś w pionie trzeba pokonać 1339 metrów. Podjazd ten autor strony cyclingcols wycenił na 936 punktów.

Pierwszy kilometr był całkiem mocny tzn. na poziomie 9%. Kolejne trzy kilometry stopniowo łagodniały do pierwszego „falsopiano” na piątym kilometrze. Po trzech kolejnych niezbyt trudnych kilometrach minąłem boczną drogę do Ciabaudo, zaś chwilę później byłem już w Argallo. Po niespełna pół godzinie jazdy miałem w nogach pierwszą tercję podjazdu o długości 8,2 kilometra i średnim nachyleniu 5,8%. Następne półtora kilometra zawiodło mnie w pobliże kościółka przy osadzie Pallera (9,7 km). Na początku dwunastego kilometra minąłem wioskę Zerni (11,1 km), zaś półtora kilometra dalej byłem już w Vignai (12,6 km). Kolejne cztery kilometry miały średnio 6,8%. Kilkaset metrów za ostatnią wioską na dobre wjechałem do gęstego lasu. Po przejechaniu 16,6 kilometra w czasie poniżej 59 minut musiałem opuścić drogę SP54 by po ciasnym zakręcie w prawo wjechać na szosę SP75. Na tym wirażu moja wschodnia droga na Monte Ceppo zeszła się z południowym szlakiem od San Remo. Na nowej drodze pierwsze kilkaset metrów były całkiem solidne, lecz kolejne dwa kilometry niemal płaskie. Ten łatwy odcinek przejechałem z pewną rezerwą spodziewając się ciężkiej przeprawy na ostatnich kilku kilometrach. Niemal na sam koniec czekał mnie bowiem odcinek 4,3 kilometra o średnim nachyleniu 9,4% z momentami do 12%. Oczywiście prędkości mi tu siadła, bowiem praw natury się nie oszuka. Niemniej zafiniszowałem całkiem dobrze jadąc tu ze średnią prędkością około 12 km/h. Prawdziwa wspinaczka skończyła się dla mnie na lewym zakręcie po przejechaniu 23,6 kilometra w pobliżu wierzchołka Monte Ceppo (1627 m. n.p.m.). Spośród skałek na prawym skraju drogi był stąd niezły punkt widokowy. Niemniej sprawdziłem go dopiero w drodze powrotnej. Jadąc do góry nie zatrzymałem się jeszcze. Szukając przydrożnej tablicy przejechałem już niemal po płaskim terenie kolejne 800 metrów. Zatrzymałem się dopiero tam gdzie rozpoczynał się zjazd na północną stronę góry. To znaczy po przebyciu 24,4 kilometra w czasie 1h 31:01. Ciekawe, że powrót do samochodu przerywany licznymi foto-przystankami i rozmową z rolnikiem zachwalającym aromat miejscowej oliwy (oliva taggiasca) zajął mi o minutę więcej. Na szczycie było tylko 15 stopni, o cztery mniej niż na pierwszej górze. Jeśli chodzi o podjazd to na stravie znalazłem segment o długości 23,3 kilometra, który pokonałem w czasie 1h 28:23 (avs. 15,8 km/h i VAM 873 m/h). W tym momencie to piąty wynik pośród 78 dotychczas odnotowanych. Trzeci etap zakończyłem przejechawszy 74 kilometry o łącznym przewyższeniu 2294 metrów.

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Teglia & Monte Ceppo została wyłączona

Melosa (Langan) & Gouta

Autor: admin o 7. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/387271587

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/387271605

Największe podjazdy w alpejskiej części prowincji Savona poznaliśmy na pierwszym etapie. Dzięki temu w kolejnych trzech dniach mogliśmy się skupić wyłącznie na najciekawszych wzniesieniach goszczącej nas prowincji Imperia. Wybrałem ich sześć. Każde o przewyższeniu przeszło 900 metrów i długości co najmniej 12 kilometrów. Tradycyjnie ułożyłem je w pary aby każdego dnia zdobywać dwie premie górskie położone najbliżej siebie. Na poniedziałek zaproponowałem Darkowi: Colla Melosa i Passo Gouta, na wtorek Passo di Teglia i Monte Ceppo, zaś na środę Colle d’Oggia i Colla San Bernardo (in Mendatica). Tym samym w poniedziałkowe przedpołudnie czekała nas wycieczka do miejscowości Pigna oddalonej od naszej bazy noclegowej o jakieś 68 kilometrów. Jak już wcześniej wspomniałem pod nosem mieliśmy wjazd na autostradę A10. Dzięki szybkim 40 kilometrom na tej drodze cały dojazd miał nam zająć godzinę i kilka minut. W praktyce było to nieco bardziej skomplikowane za sprawą dłuższej przeprawy przez miasteczko Ventimiglia. Musieliśmy tu wskoczyć na zatłoczoną krajówkę SS1, po to by znaleźć szosę SP64, która miała nas zawieść do podnóża obu wybranych gór. Przez ostatnie 20 kilometrów jechaliśmy już tylko prosto na północ wzdłuż potoku Nervia. Po dotarciu na miejsce zjechaliśmy z głównej drogi i zatrzymaliśmy się na parkingu przed miejscowym boiskiem. Na przestrzeni wieków Pigna przechodziła z rąk do rąk. W średniowieczu należała tak do Królestwa Prowansji jak i Republiki Genueńskiej. Na początku XIX wieku znalazła się w granicach I Cesarstwa Francuskiego, by po kongresie wiedeńskim przypaść Królestwu Sardynii, które w roku 1861 zjednoczyło Italię. Dziś może się pochwalić „pomarańczową banderą” przyznawaną przez Touring Club Italiano atrakcyjnym turystycznie miasteczkom z włoskiej prowincji. Na co dzień żyje tu niespełna 900 mieszkańców. Niegdyś było tu znacznie więcej życia poza sezonem. Pod koniec XIX wieku mieszkało w tej miejscowości przeszło 3 tysiące ludzi. Giro d’Italia zajrzało w te strony tylko raz. To znaczy w 1974 roku na etapie z Finale Ligure do San Remo. Wtedy to na pobliskiej przełęczy Langan jako pierwszy zameldował się Włoch Giuseppe Perletto. Zawodnik urodzony w Dolcedo nieopodal Imperii. Dojechał on też najszybciej do mety w San Remo, triumfując z przewagą 21 sekund nad Wladimiro Panizzą i 40 nad grupką przyprowadzoną przez Gianbattistę Baronchellego.

Miejscówka w Pigny pozwalała nam na wypad pod obie poniedziałkowe góry z tego samego miejsca. Na pierwszy rzut czekał nas blisko 20-kilometrowy podjazd pod najwyższe szosowe wzniesienie w całej Ligurii. To znaczy wspinaczka ku Colla Melosa (1540 m. n.p.m.), gdzie asfalt kończy się na wysokości 1566 metrów n.p.m. Zasadniczo można ją podzielić na dwa dłuższe segmenty. Pierwszy składa się z wstępu na drodze SP64 i niespełna 11 kilometrów na szosie SP65 o łącznej długości 12,5 kilometra i stromiźnie 6,7%. Ta faza podjazdu kończy się na Colle Langan (1127 m. n.p.m.). Drugi to odcinek 6,8 kilometra powyżej wspomnianej przełęczy. Ma on średnie nachylenie 6,4% i wiedzie do kresu asfaltowej drogi jakieś 300 metrów za zakrętem wokół restauracji Melosa. Darek kolejny dzień musiał sobie radzić bez butów kolarskich. Tym razem postawił na sandały, jako że miały podeszwy twardsze niż przetestowane dzień wcześniej „biegówki” od Asics’a. Wobec owych kłopotów sprzętowych nie mogliśmy liczyć na równą, wspólną jazdę. Wystartowałem z centrum Pigny o godzinie 12:10, dziewięć minut po Darku. Pierwsze 1700 metrów to miała być spokojna rozgrzewka po łatwym terenie o średnim nachyleniu 3%. Najpierw spokojne 500 metrów do mostku nad Nervią. Po prawej ręce w dole spostrzec mogłem spory hotel i baseny czyli ośrodek Terme di Pigna. Jeszcze ładniejszy widok miałem na wprost. W górze miałem kolorowe domy składające się na miejscowość Castel Vittorio. Wiedziałem, że aby dostać się na Colle Langan już na drugim kilometrze tej trasy będę musiał odbić w prawo i opuścić drogę SP64. Nieco się z tym jednak pośpieszyłem to znaczy skręciłem już po przejechaniu 1200 metrów i wbrew swoim planom zacząłem się wspinać ku wspomnianemu Castel Vittorio. Szybko nabrałem podejrzeń, że coś tu nie gra i po przejechaniu nieco ponad kilometra zatrzymałem się jak i samochód jadący z naprzeciwka. Zapytałem kierowcę czy to aby na pewno droga na przełęcz Langan. Gdy uzyskałem odpowiedź przeczącą zawróciłem do rozjazdu. Przez swoją pomyłkę dodałem sobie do programu niespełna 2,5 kilometra tracąc na tym przeszło 6 minut. Drugi raz nie mogłem się już pomylić, albowiem prawdziwy wjazd na SP65 był dobrze oznaczony. Poza tym stały tu też znaki drogowe zwiastujące marny stan nawierzchni. O fakcie tym zostałem już wcześniej uprzedzony przez zaprzyjaźnionego „szpiega” czyli Daniela Pawelca, który zwiedzał te okolice pod koniec czerwca. Dzięki temu wiedziałem, że pomimo rozmaitych niespodzianek będzie można spokojnie dotrzeć na sam szczyt wzniesienia.

20150907_155331

20150907_145250

20150907_142832

Po przejechaniu półtora kilometra po drodze SP65 trafiłem na roboty drogowe. W tym miejscu spory kawał asfaltu został zmyty po zimowych lub wiosennych ulewach. Trzeba się było zmieścić pomiędzy zboczem góry a płotkiem rozstawionym przez drogowców. Plus tej przeszkody był przynajmniej taki, że skutecznie eliminował samochody. Auta pojawić się mogły co najwyżej od przeciwnej strony, więc w sumie cała góra należała do cyklistów. A zatem można się było męczyć w spokoju. Pogoda nam dopisała. Ciepły dzień przy umiarkowanym zachmurzeniu. Średnia temperatura na całej górze 26 stopni, zaś na przełęczy Langan nawet 30! Chłodniej zrobiło się dopiero na ostatnich kilometrach z minimum w postaci 18 stopni na samej mecie. Na pierwszych trzech kilometrach tego szlaku znajduje się pięć wiraży. W połowie szóstego kilometra (choć dla mnie był to koniec ósmego) mija się restaurację Palazzo Maggiore. Wzdłuż drogi rosną imponujących rozmiarów agawy, zaś wyżej wśród drzew dominuje kasztan jadalny. Każdy kilometr podjazdu odmierza tu stosowny znak na prawym skraju drogi. Pośród górskich zboczy dostrzec można pojedyncze domostwa. Droga jest wąska, acz niezłej jakości poza dwoma kolejnymi miejscami gdzie została również podmyta. Jechało mi się całkiem dobrze i na samej Colla Langan złapałem Darka. Ten jechał dość oszczędnie, więc w pierwszej części finałowego odcinka był w stanie wyraźnie przyśpieszyć. Dlatego po zakręcie w prawo przejechaliśmy razem po SP67 dobre dwa-trzy kilometry. Ostatecznie Dario uznał, że nie będzie forsować swych mięśni i ścięgien nie będąc odpowiednio „zadokowany” do swego Simplona. Niespełna trzy kilometry przed finałem minąłem przełęcz Colle Belenda. Nie zatrzymałem się przed schroniskiem Allavena. Dojechałem do końca prostej, czyli miejsca gdzie skończył się asfalt. Po niespełna trzech minutach dojechał mój dzielny kompan. Na linii naszej mety rozpoczynał się kamienisty dukt ku przygranicznym fortom na Monte Grai (1899 m. n.p.m.). W sumie przejechałem 21,9 kilometra o łącznym przewyższeniu 1328 metrów. Tymczasem miało być 19,4 kilometra o amplitudzie 1292 metrów. Można powiedzieć, że nadwyżkę sam sobie załatwiłem. Klasyczną część podjazdu pokonałem w 1h 15:22 przy średniej prędkości 15,6 km/h i VAM 1028 m/h. Na stravie jedyny ciekawszy odcinek, który znalazłem obejmuje 6,4 kilometra pomiędzy Langan a Melosą. Ten segment przejechałem w czasie 25:20 (avs. 15,3 km/h i VAM 950 m/h) co obecnie jest 11 wynikiem pośród 175 odnotowanych.

20150907_142333

20150907_135442

20150907_134943

Na górze spędziliśmy niemal pół godziny. Zjazd rozpoczęliśmy tuż po czternastej. Spokojna droga pełna sielskich widoków nie skłaniała do szybkiej jazdy. Często zatrzymywałem się aby zrobić zdjęcia. Na nasz parking dotarłem o 15:25. Darkowi te urokliwe strony spodobały się jeszcze bardziej. Rzec by można, iż przepadł gdzieś po drodze. Do samochodu zjechał dopiero o szesnastej. Po kolejnych dwudziestu minutach ruszyliśmy ku naszej drugiej premii górskiej czyli na Passo Gouta (1212 m. n.p.m.). Najpierw trzeba było znaleźć miejsce, w którym zaczyna się ów 14-kilometrowy podjazd. Wiedziałem, że musimy zjechać parę kilometrów w kierunku południowym. Drogi na tą przełęcz trzeba było szukać po prawej stronie szosy SP64. Po przejechaniu dwóch kilometrów od centrum Pigny znaleźliśmy drogę SP69. To wzniesienie liczy sobie w teorii 14 kilometrów o średnim nachyleniu niemal 7% i przewyższeniu 983 metrów. Jak widać na załączonym obrazku jest to podjazd dość równy, na którym trudniejsza jest pierwsza połowa wspinaczki. Pierwsze siedem kilometrów ma średnio 7,6 %, zaś kolejne siedem już „tylko” 6,3 %. Teren całkiem dobry do płynnej jazdy. Z jednej strony bez zbędnych wypłaszczeń, zaś z drugiej strony pozbawiony bardzo stromych ścianek. Maksymalna stromizna sięga ponoć 10%, acz mój licznik pokazał „chwilówki” na poziomie 13%. Jak wiele szlaków na niespokojnym niegdyś włosko-francuskim pograniczu również ta droga powstała ze względów militarnych. Szosa jest wąska, kręta i co ważne dla kolarzy cicha czyli niemal pozbawiona ruchu samochodowego. Nie prowadzi do żadnej miejscowości, zaś zamieszkały jest teren tylko do wysokości około 500 metrów n.p.m. Na dole rosną tu drzewka oliwne, zaś wyżej szosa wpada do gęstego lasu o strukturze mieszanej, w którym jeśli wierzyć opisom przeważają jodły i buki. Dzięki nim w środku lata można się tu skutecznie schować przed słońcem. Dla nas którzy zapędzili się w te strony późnym popołudniem na początku września ta osłona nie miała już jednak większego znaczenia. Gdyby po drodze ktoś zanadto osłabł z sił to u kresu tej wspinaczki może się posilić lub napoić w schronisku Gola di Gouta. Na całym wzniesieniu jest osiemnaście klasycznych wiraży, z czego osiem mija się w trakcie pierwszej ćwiartki wspinaczki czyli do połowy czwartego kilometra. Z niektórych mieliśmy ładny widok na sięgający niemal dwóch tysięcy metrów szczyt Monte Toraggio (1973 m. n.p.m.). Jak przystało na podjazd liguryjski z pewnych miejsc można też było dojrzeć błękitne wody Morza Śródziemnego.

Wspinaczkę rozpoczęliśmy o 16:25. Obaj w tym samym momencie. Dlatego od razu ustaliliśmy, iż każdy z nas jedzie swoje czyli na ile tylko własne nogi i buty pozwolą. Starałem się jechać na tyle mocno na ile byłem w stanie po szybkiej wspinaczce na Colla Melosa. Mój plan minimum zakładał wyrobienie się w czasie poniżej godziny. To się udało, acz nie stać mnie było na jakieś rewelacyjne tempo. Według danych z Garmina przejechałem 14 kilometrów w czasie 58:15 czyli przy średniej prędkości 14,5 km/h. Na stravie w zasadzie ten sam odcinek opisano jako segment o długości 13,7 kilometra z przewyższeniem 969 metrów. Zmierzono mi na nim czas 58:10 przy avs. 14,2 km/h i VAM 1000 m/h. Ten wynik daje mi 43 miejsce na liście obejmującej 230 osób. Darek na pokonanie tego segmentu potrzebował 1h 08:39 (avs. 12,0 km/h i VAM 847 m/h). Parę godzin wcześniej na dojeździe do Langan wykręcił VAM 860 m/h, zaś na finałowym odcinku pod Melosę 858 m/h. Z pełnym przekonaniem stwierdził, więc że sandały bardziej nadają się do kolarstwa niż sportowe buty do biegania. Zanim nadjechał mój przyjaciel zaczepili mnie dwaj niemieccy motocykliści. Pytali o drogę ku francuskiej granicy. Z przełęczy droga SP69 wiodła dalej prosto, ale tylko przez niespełna dwa kilometry i kończąc się ni stąd ni zowąd w leśnej głuszy. Mogli odbić w prawo na graniczną Passo Muratone (1157 m. n.p.m.), ale wygodnym szutrowym szlakiem dojechaliby tylko do wcześniejszego Colle Scarassan (1226 m. n.p.m.). Po bardzo spokojnym zjeździe i krótkim odcinku w dolinie do samochodu dojechaliśmy kwadrans przed siódmą. W sumie na drugim etapie przejechałem 73,5 kilometra z łącznym przewyższeniem 2336 metrów. Dario miał śmiały plan by przed 20:00 odnaleźć oddział UPS w Imperii. Trzeba się było pośpieszyć. Doliną Nervia pognałem na tyle szybko na ile się dało. Zapomniałem wyłączyć Garmina, przez co nieopatrznie „ustanowiłem” parę rekordów na stravie. Na autostradzie pełen gaz. Niemniej wcześniej wstrzymały nas korki na ulicach Ventimigli. Natomiast tuż przed wjazdem na autostradę zapytano mnie, w którą stronę chcemy jechać. W związku z początkiem kryzysu imigracyjnego wprowadzono kontrolę samochodów zmierzających ku granicy francuskiej. Na zachodniej nitce A10 szybko powstał kilkunastokilometrowy korek. Po dojechaniu do Imperii spodziewany oddział (agencja) firmy kurierskiej okazał się ledwie kioskiem. Zresztą zamkniętym, gdyż spóźniliśmy się o kilka minut. Jednak skoro już byliśmy w mieście to postanowiliśmy podjechać na bulwar nadmorski i sprawdzić pizzerię, którą zachwalał nam Daniel. Niemniej i tu nie mieliśmy szczęścia, bo akurat w poniedziałki bywa ona zamknięta. Aby nie wracać do domu z pustymi żołądkami zasiedliśmy w ogródku konkurencji.

20150907_182304

20150907_175620

20150907_174024

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Melosa (Langan) & Gouta została wyłączona

Melogno & Caprauna

Autor: admin o 6. września 2015

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/386507053

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/386507055

Niespełna dwa tygodnie po powrocie z Południowego Tyrolu już pakowałem się do kolejnej podróży z ziemi polskiej do włoskiej. W międzyczasie niewiele pojeździłem. Przez dwanaście dni zrobiłem niespełna 200 kilometrów. Przy tym ani kilometra na drogach Kaszub i Trójmiasta. Jedyne okazje do jazdy miałem na Mazowszu, gdzie zawitałem w związku z komentarzami do trzech etapów Vuelty. Pokręciłem trochę od piątku do niedzieli na trasach wokół Błonia i Łosia. Jak by nie patrzeć nigdy jeszcze nie ruszałem na górskie wojaże tak późno. Kalendarzowo najpóźniejszym wyjazdem była bowiem dopiero co zakończona wycieczka po szosach prowincji Bolzano. Teraz miałem się przekonać czy wysokie góry Starego Kontynentu można zwiedzać również w pierwszej i drugiej dekadzie września. Nie planowałem tego. Wyprawa do Ligurii i Piemontu miała się odbyć na początku, a nie pod koniec lata. Owe plany pokrzyżował jednak mój wypadek z 7 czerwca, po którym wsiadłem na rower dopiero 1 lipca. Oryginalnie do Włoch mieliśmy pojechać we trzech. Pozą mną szykowali się na całą ponad dwutygodniową eskapadę również Darek Kamiński i Adam Kowalski. Do tego już na miejscu na kilka etapów dołączyć miał do nas Daniel Pawelec, który zabukował sobie rodzinne wakacje w Imperii. Ostatecznie ja zostałem w domu. Adam pojechał gdzie indziej czyli do austriackiego Tyrolu oraz Trentino. Natomiast Daniel kręcił po górach na włosko-francuskim pograniczu samotnie przy niemal 40-stopniowym upale. Jedynie Dario był w stanie elastycznie zareagować na niespodziewaną zmianę mego letniego programu. Dlatego w daleką podróż ku północno-zachodniej Italii ruszyliśmy w minimalistycznym dwuosobowym składzie. Wystartowaliśmy około północy z piątku na sobotę (4/5 września). Czekała nas 19-godzinna podróż do Imperii na trasie liczącej niemal 1800 kilometrów. Jednym słowem dojazd o długości porównywalnej do tego jaki zaliczyliśmy rok wcześniej zmierzając na start naszego Giro dell’Appennino.

Tak dla mnie jak i dla Darka nie była to pierwsza wyprawa do Ligurii i Piemontu. Jeśli chodzi o mnie w Ligurii byłem wcześniej dwa razy, acz przelotnie. Przy tych okazjach zaliczyłem w tym regionie tylko trzy solidne wzniesienia. Podczas wakacji z 2011 roku wracając z samochodowej wycieczki do Portofino zahaczyłem rowerem o Passo del Ghiffi. Natomiast trzy lata później na piętnastym etapie wyprawy po Apeninach wjechałem na Monte Beigua oraz do Santuario di Nostra Signora della Guardia. Teraz chciałem poznać najciekawsze podjazdy w alpejskiej czyli zachodniej części Ligurii. Na dobrą sprawę gdy spojrzymy na mapę nie bardzo widać gdzie przebiega naturalna granica między Apeninami i Alpami. Przyjęło się uważać, że tym miejscem jest przełęcz Cadibona (459 m. n.p.m.) leżąca na terenie prowincji Savona. Dlatego też interesowały mnie liguryjskie wzniesienia na zachód od tego miejsca. Oczywiście te najtrudniejsze i to najchętniej o przewyższeniu ponad 1000 metrów. Wybrałem ich osiem, w tym wysokie na ponad 1500 metrów n.p.m. Colle Melosa i Monte Ceppo. Pierwszy z owych ośmiu chciałem „zaliczyć” jeszcze w sobotni wieczór. Sześć kolejnych od niedzieli do wtorku, zaś ósme już w ramach pierwszej części piątego etapu. To znaczy podczas środowej przeprowadzki do Piemontu, gdzie mieliśmy spędzić pozostałe dwanaście dni tej wyprawy. Tam zaś mieliśmy się skupić wyłącznie na podjazdach z prowincji Cuneo oraz Torino czyli na szosach Alp: Nadmorskich, Kotyjskich i Graickich. Podczas wypraw z lat: 2008, 2010, 2011 i 2013 zdobyłem tu już łącznie dziewiętnaście „skalpów”, z czego czternaście na terenie dwóch prowincji, które ponownie wziąłem na swój celownik. Choć miałem już w swym dorobku przełęcze: Agnello, Fauniera, Lombarda, Sampeyre oraz Tenda jak i wspinaczki do stacji narciarskich Sestriere czy Pratonevoso wciąż wiele pozostało mi tu do zdobycia. Chciałem zobaczyć graniczną Maddalenę, przetestować trzecie drogi na Faunierę i Sampeyre, a przede wszystkim zmierzyć się z szutrową Finestre i „maratońskim” podjazdem na niebotyczny Nivolet. Nasz pobyt w Piemoncie podzieliłem równo na obie prowincje. Noclegi nr 5-10 zarezerwowałem u znajomego kolarza-amatora w Borgo San Dalmazzo. Natomiast lokalu pod noce nr 11-16 szukałem w pobliżu Turynu. Ostatecznie już podczas trwania tej wyprawy wybrany wcześniej hotel w Pianezzy zamieniłem na mieszkanie w San Mauro Torinese.

Podróż nad Morze Liguryjskie szlakiem przez Bregenz, San Bernardino oraz Como była długa i męcząca. Do tego nadspodziewanie kosztowna za sprawą wpadki na krótkim odcinku austriackiej autostrady. Tym niemniej Darek dodatkowo „zadbał” o ożywienie atmosfery. Podczas przejazdu przez Bawarię mój przyjaciel zdał sobie sprawę z tego, iż zapomniał spakować obie pary swych butów kolarskich! W całym zamieszaniu pomiędzy powrotem z Brunico, tygodniową wycieczką z do Barcelony i ponownym wyjazdem do Italii o takie niedopatrzenie nie było trudno. Cóż było robić? Wykonał szybki telefon do swej niewiasty by czym prędzej nadała kurierem przesyłkę specjalnego znaczenia do Imperii. Marzena spisała się na medal. Niemniej była to sobota, więc buty mogły wyruszyć do Italii dopiero w poniedziałek. Tym samym Dario musiał na nie poczekać do wtorkowego popołudnia, zaś do tego czasu radzić sobie w sposób alternatywny. Ponieważ do Casa Rosmarino na Via Monte Gagliardone dotarliśmy dopiero około 19-tej mogliśmy zapomnieć o „prologu” zaplanowanym na sobotni wieczór. Z naszej pierwszej bazy noclegowej mieliśmy ledwie 6 kilometrów do miasteczka Dolcedo u podnóża Colle d’Oggia. Stąd wzniesienie to upatrzyłem sobie na pierwszy cel. Trzeba było dokonać roszady w programie zwiedzania Alp Liguryjskich. To znaczy rozpocząć nasze zwiedzanie Alp Liguryjskich dopiero w niedzielę czyli 6 września, zaś wspinaczkę pod przełęcz Oggia przełożyć na środowe przedpołudnie. Baza noclegowa nr 1 przypadła nam do gustu. Casa Rosmarino położona jest na parę kilometrów na zachód od centrum Imperii na wzgórzach powyżej Porto Maurizio. Ostatni kilometr dojazdu wiodący wąską Via Tommaso Littardi był dość techniczny, zaś z tarasu mieliśmy widok na autostradowy wiadukt. Tym niemniej hałasu nie było słychać, zaś w tle drogi szybkiego ruchu widać było nadmorskie wzgórza oraz górskie szczyty z prawdziwego zdarzenia. Poza tym spoglądając z ogrodu pod odpowiednim kątem można było dojrzeć lazurowe wody Mar Ligure. Przede wszystkim jednak samemu apartamentowi nic nie brakowało. Mieliśmy w nim salon z kuchnią, pokój służący Darkowi za sypialnię i łazienkę. Do tego dobre połączenie z internetem, ganek z drewnianym stołem i krzesłami oraz bezpieczne miejsce parkingowe, acz sam wyjazd z podwórka do łatwych nie należał.

20150905_195132

20150906_102812

20150906_103118

Zmęczeni długą podróżą nie nastawialiśmy się na wczesną pobudkę. Nazajutrz spokojnie szykowaliśmy się do pierwszego etapu. Ostatecznie z Casa Rosmarino wyjechaliśmy o wpół do jedenastej. Na pierwszy rzut przewidziałem dla nas wspinaczki pod Colle Melogno (1028 m. n.p.m.) i Colle Caprauna (1379 m. n.p.m.). Dlatego czekała nas wycieczka do prowincji Savona czyli ku wschodniej części Riviera Ponente znanej jako Riviera delle Palme. Kolejność premii górskich zgodna z utartym zwyczajem. Najpierw dalsza od domu, następnie ta nieco bliższa niejako w drodze powrotnej. Podjazd pod przełęcz Melogno zaczyna się na wysokości miasteczka Finale Ligure oddalonego od naszej bazy noclegowej o 55 kilometrów. Podczas naszych codziennych dojazdów postanowiłem korzystać z autostrady A10. Nie była to tania opcja, lecz pozwalała zaoszczędzić mnóstwo czasu. Alternatywą była powolna jazda po nadmorskiej „krajówce” SS1 czyli drodze krętej i generalnie jednopasmowej. Z Casa Rosmarino do wjazdu na autostradę (Imperia Ovest) mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. A potem już pełen gaz, więc u podnóża góry byliśmy po około 40 minutach. Podjazd na dobre zaczyna się jakieś półtora kilometra na północ od morskiego wybrzeża. Dlatego zatrzymaliśmy się w Finalborgo w pobliżu miejscowego cmentarza. Klasyczna wersja południowego podjazdu pod Colle Melogno w całości prowadzi po drodze SP490. Ewentualnie wspinaczkę można też zacząć w pobliskim Borgio Verezzi. Namawiał mnie do tego Daniel Pawelec, któremu w czerwcu bardzo spodobał się malowniczy odcinek na dojeździe do Gorry. Pomimo tej zachęty postanowiłem się trzymać „podręcznikowego” profilu. W siedemnastym tomiku „Passi e Valli in Bicicletta” czyli „Liguria 2 – Il Ponente, Province Genua e Savona” napisano, że to gigant zwrócony ku morzu. Jedna z niewielu gór we Włoszech, która w mniej niż 20 kilometrów zawiedzie znad morza na wysokość ponad 1000 metrów. Zdaniem autorów tej książki to wspinaczka pierwszej kategorii, koniecznie do zrobienia przynajmniej raz w życiu. Trudno się z nimi nie zgodzić. Podjazd ma długość 15,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,6% i max. 10% co daje przewyższenie 1009 metrów. Po raz pierwszy pojawił się na trasie Giro d’Italia już w 1922 roku na etapie z Genui do Turynu. W ostatnim ćwierćwieczu wypróbowano go dwukrotnie. W sezonie 1993 na odcinku z Varazze do Chianale górską premię wygrał tu Gianluca Bortolami, zaś w 2000 na etapie z Genui do Pratonevoso jako pierwszy na przełęcz dotarł Hiszpan Jose-Enrique Gutierrez.

Rozpoczęliśmy wspinaczkę o 11:41. Całe wzniesienie można podzielić na cztery fragmenty. Na przemian trudniejsze i łatwiejsze. Pierwszy segment od Finalborgo do Gorra to 2,7 kilometra o średnim nachyleniu 7,2%. Na samym początku jest dość głośno, albowiem pierwsze 1200 metrów służy kierowcom za dojazd do autostrady A10. Potem tuż przed Gorrą droga łączy się ze wspomnianym szlakiem z Borgio Verezzi. Drugi segment również o długości 2,7 kilometra jest znacznie łatwiejszy, gdyż ma ledwie 4,2%. Szosa biegnie tu wśród drzewek oliwnych, mija boczne drogi do Calice Ligure i Bardino Vecchio, a w końcu dociera do kościółka pod wezwaniem św. Pantaleona. Odtąd nie ma już łatwo. Kolejne 8,6 kilometra ma średnio 7,1 % i kończy się przy zbiegu z drogą SP15. Szosa niemal cały czas wiedzie w kierunku północno-zachodnim. W zasadzie nie ma tu typowych wiraży, acz dłuższych prostych odcinków też trudno uświadczyć. Teren jest odsłonięty, więc słonko potrafi ostro przygrzać. Ponoć nawet zimą można dotrzeć rowerem na tą przełęcz. Licznik pokazał mi 26 stopni jako średnią temperaturę z całego wzniesienia. Po lewej ręce niemal przez cały czas jest piękny widok na Morze Liguryjskie. W samej końcówce podjazd nieco odpuszcza. Ostatnie półtora kilometra ma średnie nachylenie 5,5%. Finał podjazdu jest wielce oryginalny, albowiem mieści się w bramie fortu Centrale del Melogno wybudowanego w latach 1883-1895. Od początku do końca jechało mi się bardzo dobrze. Po blisko dwutygodniowym lenistwie jazdę zacząłem bardzo ochoczo. Chyba nawet na zbyt twardym przełożeniu, bo nogi szybko zapiekły. Tym niemniej nie podcięło mi to skrzydeł. Byłem w stanie utrzymać równe mocne tempo na całej długości wzniesienia. Według danych z licznika przejechałem 15,2 kilometra w czasie 53:38 (avs. 17,0 km/h), co przy nieco zaniżonym przewyższeniu 996 metrów oznacza VAM na poziomie 1114 m/h. Zapisy na stravie wyglądają jeszcze korzystniej. Otóż ponad 8-kilometrowy trzeci segment pokonałem w tempie 1185 m/h, zaś najdłuższy „wyróżniony” odcinek czyli ostatnie 12 kilometrów zrobiłem w 43:58 (avs. 16,4 km/h i VAM 1153 m/h). W tym momencie jest to 19 wynik pośród 523 zarejestrowanych osób. Tymczasem Darek w „środowisku rowerowym” testował swe buty do biegania. Siłą rzeczy musiał potraktować ten podjazd ulgowo. Jechał w tempie turystycznym i dotarł na przełęcz w czasie 1h i 20 minut.

20150906_130639

20150906_132645

20150906_135414

20150906_141554

Na przełęczy spędziliśmy około dwudziestu minut. Następną godzinę zajął nam spokojny zjazd przeplatany tradycyjnymi foto-przystankami. Przy słonecznej pogodzie było wiele okazji do tego by zawiesić oko na na okolicznych widoczkach. Do samochodu zjechaliśmy około 14:20. Z tego miejsca do podnóża drugiego wzniesienia mieliśmy 37 kilometrów. Aby dostać się tam jak najszybciej skorzystaliśmy z autostrady na odcinku Finale Ligure – Albegna. Potem zjechaliśmy na drogę SP582 dojeżdżając do Martinetto. Oficjalnie podjazd pod Colle Caprauna zaczyna się właśnie w tym miejscu wraz z początkiem doliny rzeki Pennavaire jak i drogi SP 14. Moja lektura określiła Capraunę mianem „niekończącej się”. Co więcej dodała, że dzięki swym wymiarom i spektakularnemu pejzażowi może wzbudzać zazdrość nawet wśród alpejskich przełęczy. W pełnej wersji to wzniesienie to liczy sobie aż 28,5 kilometra. Niemniej pierwsze 9 kilometrów to zaledwie falsopiano o nachyleniu 2,1%. Dlatego ten odcinek postanowiliśmy sobie darować. Zatrzymaliśmy się dopiero przy mostku tuż przed Nasino. Dario wystartował z tego miejsca, zaś ja cofnąłem się jeszcze kilkaset metrów w dół doliny do miejsca, które wyglądało mi na początek prawdziwego podjazdu. Poczynając od Mulino di Nasino wzniesienie ma 19,5 kilometra o przewyższeniu 1119 metrów. To daje średnie nachylenie rzędu 5,7%. Natomiast maksymalna stromizna sięga 11%. Można na nim wyróżnić dwa dłuższe segmenty solidnej wspinaczki. Pierwszy o długości 9,6 kilometra przy średniej 6,4% oraz drugi czyli 7,8 kilometra ze średnią 6,1%. Są one przedzielone niemal płaskim odcinkiem 2100 metrów. Wystartowałem o 15:34. Po przejechaniu 600 metrów minąłem nasze miejsce postojowe, zaś na początku drugiego kilometra przejechałem przez Nasino. Po przebyciu 2,4 kilometra minąłem boczną drogę do Vignolo, a następnie kościół w stylu romańskim. Ciekawostką wschodniego podjazdu pod Capraunę jest fakt, iż pomimo swego niezaprzeczalnie liguryjskiego charakteru przebiega on głównie po terenie piemonckiej prowincji Cuneo. Okazało się, że od miejsca swego startu do granicy obu regionów miałem tylko 3,1 kilometra.

Tym samym na początku czwartego kilometra byłem już w Piemoncie jadąc po tej samej drodze, lecz oznaczonej jako SP107. W połowie piątego kilometra droga oddala się od rio Pennavaire. Długimi fragmentami chowa się w lesie. W niższych partiach wzniesienia cień podróżnym dają kasztany, zaś w wyższych jodły i buki. Oczywiście podczas jazdy nie miałem czasu prowadzić badań miejscowej flory, lecz różne mądre rzeczy można wyczytać na temat zwiedzanych miejsc czytając mądre księgi. W połowie siódmego kilometra minąłem wioskę Alto, na terenie której trzeba było pokonać trzy wiraże. Dwa kilometry za tą miejscowością to bodaj najtrudniejszy fragment całego podjazdu. Po przejechaniu 8,7 kilometra minąłem boczną drogę do położonego na wysokości 1008 metrów n.p.m. sanktuarium Madonna del Lago. Z kolei po 11 kilometrach od startu przebiłem się przez skalny tunel. Ponoć miejscowe góry ze swymi wieloma pionowymi ścianami są popularnym miejscem klasycznej wspinaczki czyli zdobywania gór metodą free-climbing. Dwa kilometry za tunelem dotarłem do Caprauna. Nie była to jeszcze przełęcz, a jedynie wioska o tej samej nazwie. To w tym miejscu trzeba było pokonać odcinek o nachyleniu dochodzącym do 11%, by po przejechaniu dwóch wiraży znaleźć się ponad dachami miejscowych domostw. Do końca wspinaczki brakowało mi jeszcze 6,5 kilometra. Droga ponownie zmieniła oznaczenie, odtąd nazywała się już SP216. Trzy kilometry przed finałem minąłem ostatni wiraż, zaś po przejechaniu 18,7 kilometra pieszy szlak do Rifugio Pian dell’Arma. Koniec podjazdu znajduje się na zakręcie w prawo i w zasadzie ociera się o granicę z Ligurią. Według licznika dystans 19,8 kilometra przejechałem w czasie 1h 06:48 (avs. 17,8 km/h) co przy zanotowanym przewyższeniu 1106 metrów daje VAM na poziomie 993 m/h. Nie była to więc już jazda na miarę wyczynu z Colle Melogno. Na stravie najdłuższy zarejestrowany segment ma długość 18,6 kilometra. Pokonałem ten odcinek w czasie 1h 04:20 (avs. 17,4 km/h i VAM 996 m/h), co dało 171 miejsce na liście obejmującej aż 796 nazwisk. Dario w obuwiu od Asisca przejechał ten segment w czasie 1h 29:33. Bez właściwego sprzętu każdy wjazd na górę, niezależnie od uzyskanego czasu, był zwycięstwem. Natomiast samo podjęcie wyzwania wypełnieniem olimpijskiego motta, iż „najważniejszy jest udział”. Żartowaliśmy, sobie że inspiracją dla niego był napotkany przed sześciu laty facet w klapkach spod Mont du Chat. Do samochodu zjechaliśmy kwadrans po osiemnastej. W drodze powrotnej przed wskoczeniem na autostradę zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy w Cisano sul Neva. Na pierwszym etapie przejechaliśmy w sumie 71 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2108 metrów.

20150906_170541

20150906_173237

20150906_174821

20150906_181704

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Melogno & Caprauna została wyłączona