banner daniela marszałka

Archiwum dla Grudzień, 2018

Hospice de France

Autor: admin o 30. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1385 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 755 metrów

Długość: 10,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Bagneres-de-Luchon, którego bogatą historię kolarską przedstawiłem w poprzednim odcinku, z każdej strony otoczone jest podjazdami znanymi z tras Tour de France. Na zachód od miasta mamy Col de Peyresourde, na wschodzie graniczną Col du Portillon. Na północy opisaną już przeze mnie Port de Bales, zaś na południe od uzdrowiska mamy stację narciarską Superbagneres. Wszystkie cztery na miarę premii górskich pierwszej lub najwyższej kategorii. Biorąc pod uwagę moje sportowe ambicje jak i fizyczne możliwości był to materiał z pozoru idealny na dwa dni kręcenia po górskich szosach wokół Luchon. Tym niemniej był w tym wszystkim pewien haczyk. Na przełęcz Peyresourde wjechałem już w lipcu 2007 roku pod koniec wyścigu L’Etape du Tour z metą w Loudenvielle. Wówczas co prawda zaliczyłem ten podjazd w jego niepełnej 10-kilometrowej wersji, lecz brakujący do całości 4-kilometrowy fragment miałem poznać teraz w ramach wspinaczki na Port de Bales. Dlatego musiałem sobie znaleźć jakieś inne wyzwanie do programu na niedzielę bądź wtorek. Na szczęście w bezpośredniej okolicy Luchon są jeszcze trzy inne wymagające wzniesienia. Dodajmy od razu niewypróbowane na trasach „Wielkiej Pętli”. Patrząc od północy są to wspinaczki: z Juzet-de-Luchon do Artigue (6,7 km przy średniej 8,9%), z Montauban-de-Luchon do Abri de Herran (8,9 km ze średnią 9,3%) oraz z Bagneres-de-Luchon do Hospice de France. Ta ostatnia, choć nie najtrudniejsza z trojga, wydała mi się najciekawsza. Zaczyna się na południowym skraju miasta, przy drodze biegnącej na wschód do wioski Saint-Mamet. Podjazd w całości prowadzi po szosie D125. Przez pierwsze 4,5 kilometra jest to szlak wiodący również do wspomnianego już Superbagneres. Za to na ostatnich 3 kilometrach zmusza ona do pokonania „ściany” o średnim nachyleniu 10,9%.

Hospice de France to górskie schronisko położone na polanie Campsaure-Couradilles et Pesson. Pierwsza historyczna wzmianka o tych okolicach pochodzi z przełomu XII i XIII wieku. W 1200 roku ziemie te nadano Rycerskiemu Zakonowi Joannitów, którzy mieli strzec bezpieczeństwa pielgrzymów i kupców zmierzających na słynny szlak do Santiago de Compostela. Pierwszą ubitą drogę w te górskie okolice doprowadzono w roku 1858. Jeszcze przed końcem XIX wieku wybudowano tu karczmę. Odrestaurowana w 1938 roku gospoda na cztery dekady trafiła w ręce Odona Haurillon, słynnego w tych stronach przewodnika jak i wojennego przemytnika. Niestety w 1976 roku stara droga dojazdowa do Hospice de France została trwale zablokowana przez osuwisko, co przyczyniło się do upadku schroniska. Ponownie otwarto je dopiero w lipcu 2009 roku, po tym jak na lewym brzegu rzeczki La Pique ukończono budowę nowej drogi na polanę. Obecnie poza zakwaterowaniem i wyżywieniem jest ono również siedzibą małego regionalnego muzeum. W sezonie zimowym schronisko jest zamykane, po czym „wraca do życia” co roku 15 kwietnia. Stanowi ono bazę wypadową do ambitnych pieszych wędrówek. W trzy godziny z przystankiem w Refuge Venasque (2239 m. n.p.m.) dojść można na graniczną przełęcz o tej samej nazwie (2444 m. n.p.m.). Po aragońskiej stronie granicy jest zaś całkiem niedaleko do masywu Maladeta (3312 m. n.p.m.) oraz najwyższego szczytu całych Pirenejów czyli Pico de Aneto (3404 m. n.p.m.). Szukając w sieci jakiegokolwiek związku Hospice de France z kolarstwem szosowym ustaliłem, iż w maju 2017 roku przed schroniskiem tym wyznaczono finisz drugiego etapu Ronde de l’Isard d’Ariege. To wyścig dla kolarzy do lat 23, równie prestiżowy co jego alpejski odpowiednik Tour de Savoie Mont Blanc.

Etap ten zdecydowanie wygrał Paweł Siwakow, który o 1:17 wyprzedził Bjorga Lambrechta oraz o 1:25 trio: Steff Kras, James Knox i Harm Vanhoucke. Według stravy Rosjanin wcale nie uzyskał lepszego czasu od swych rywali na tym podjeździe, więc należy podejrzewać, iż przewagę wyrobił sobie jeszcze na dojeździe do Luchon. Cały wyścig wygrał z przewagą ponad dwóch minut nad Lambrechtem i przeszło trzech nad Crasem, Vanhoucke i Knoxem. Dziś cała piątka jeździ już w ekipach z World Touru. Rosjanin w Team Sky, dwaj Belgowie w Lotto-Soudal i trzeci w Katiuszy, zaś Anglik w Deceuninck-Quick Step. Siwakow to bardzo ciekawa postać. Oboje jego rodzice czyli: Aleksandra Koliaseva i Alexei Sivakov ścigali się na szosie, ich dokonania sprawdzić można na portalu ProCyclingStats. Chłopak urodził się we Włoszech, lecz wychował się i nadal mieszka we Francji. W sezonie 2017 Paweł rządził młodzieżowym peletonem. Po majowym Ronde de l’Isard, w czerwcu wygrał młode Giro d’Italia, zaś w lipcu Giro della Valle d’Aosta. Słabiej spisał się jedynie na sierpniowym Tour de l’Avenir, gdzie generalną klęskę osłodził sobie wygraniem ostatniego etapu. W 2018 roku już jako profesjonalista skutecznie pomagał Michałowi Kwiatkowskiemu na trasie 75. Tour de Pologne. Na górski szlak „ochrzczony” przez Siwakowa wyruszyłem dopiero o wpół do czwartej. Co prawda z Port de Bales do miasta zjechałem kwadrans przed trzecią, lecz musiałem jeszcze poczekać na przyjazd Piotra. Nie było bowiem mowy o tym byśmy wyrobili się z naszym drugim podjazdem zanim Pedro ukończy swą górską rundę. Wystartowaliśmy zgodnie z planem czyli we trzech. Najpierw kierując się w stronę kościoła Wniebowzięcia Matki Boskiej, a następnie prosto na południe Aleją d’Etigny. Niestety po niedawnych przejaśnieniach nie było już śladu w niebiosach. Lało w najlepsze, więc nasza górska wyprawa wyglądała na nieco szalone przedsięwzięcie.

Po krótkiej naradzie u granic miasta postanowiliśmy spróbować szczęścia. Tym niemniej intensywność deszczu szybko nas zastopowała. Już po 600 metrach jazdy schowaliśmy się pod przydrożną wiatą przystankową. Rafał postanowił zawrócić do Luchon. Ja wraz z Krzyśkiem po przeszło 3-minutowej przerwie udałem się w dalszą drogę. Wcześniej jednak ubraliśmy się cieplej, by choć w ten sposób chronić się przed ulewą. W tych warunkach jak i ciepłych strojach nie było mowy o szybszej jeździe. Chodziło tylko o przetrwanie w drodze do naszego celu. Po łatwym pierwszym kilometrze, na drugim było już znacznie trudniej. Pod koniec tego odcinka stromizna przekroczyła nawet 12%. W połowie trzeciego kilometra podjazd odpuścił i to na dłuższy czas. Stromiej zrobiło się dopiero tuż przed miejscem, gdzie nasz szlak rozstawał się z tym prowadzącym do Superbagneres. W tej okolicy nachylenie sięgnęło nawet 13%. Na rozjeździe odbiliśmy w lewo wjeżdżając na ostatnie 6 kilometrów tej wspinaczki. Po przejechaniu niespełna 5 kilometrów od granicy Luchon minęliśmy odchodzącą bardziej w lewo, zamkniętą obecnie, starą drogę do Hospice de France. Dwieście metrów dalej przejechaliśmy na zachodni brzeg La Pique. Szósty kilometr okazał się stosunkowo łatwy, lecz w połowie siódmego musieliśmy pokonać kilkusetmetrową ściankę o nachyleniu rzędu 11-13%. Tymczasem dawna ulewa stopniowo zmieniła się w ledwie mżawkę. Dlatego po pokonaniu owego odcinka zatrzymałem się na wysokości Camino de la Emperatriz czyli Ścieżki Cesarzowej (6,9 km). Zarządziłem ponowną zmianę odzienia, nie chcąc „ugotować się” na stromej 3-kilometrowej ścianie do mety. Krzyśkowi takie „przegrzanie systemu” groziło bardziej niż mi, bowiem dojechał tu ubrany w nieprzemakalną kurtkę. Ja przed deszczem ratowałem się jedynie bluzą oraz lekką kamizelką przeciwwiatrową. Ten postój kosztował nas niespełna dwie minuty.

Stromy finał zaczął się po przejechaniu 7,3 kilometra. Na ósmym kilometrze lekkim znieczuleniem okazały się dwa pierwsze wiraże. Na dziewiątym nachylenie już przez cały czas było dwucyfrowe, z maksimum sięgającym niemal 15%. Każdy musiał znaleźć swój sposób na pokonanie tej ciężkiej końcówki. Odjechałem Krzyśkowi, gdyż „kilka kilogramów kolarza mniej” zrobiło swoją różnicę. Niemniej mój kolega też dzielnie stawał na wysokości zadania, choć takiej stromizny na górze o tej długości wcześniej nigdy nie doświadczył. Na dziesiątym kilometrze było parę luźniejszych momentów przy okazji dwóch kolejnych zakrętów. Niemniej na początku jedenastego – tuż przed wodospadem Cascade du Parisien – stromizna znów poszybowała powyżej 14%. Trzeba było wytrzymać trudy wspinaczki jeszcze do połowy kilometra dwunastego, po czym na ostatnich 100 metrach można już było odetchnąć. Przez most wjechałem na parking, po czym skręciłem w stronę szlabanu strzegącego dostępu do schroniska. Nie dałem rady go ominąć więc zszedłem z roweru i już na pieszo dotarłem do budynku. Na segmencie o długości 10,6 kilometra strava zmierzyła mi czas 54:48 (netto 49:41, bowiem przeszło pięć minut kosztowały nas dwa przymusowe postoje). Stroma końcówka wyszła mi nie najgorzej czyli 3,27 kilometra w 19:37 (avs. 10,0 km/h z VAM 1053 m/h). Na górze spędziliśmy przeszło 40 minut, bowiem znów się rozpadało. Na szczęście lokal był otwarty, więc można było się schować pod dachem, zjeść ciastko i wypić kawę. Z suchej kryjówki mogliśmy obserwować kaprysy górskiej pogody. Ta nie ulegała większej poprawie. Nie mogliśmy jednak czekać bez końca. Kwadrans po piątej rozpoczęliśmy zjazd do Luchon, gdzie czekali już nasi trzej kompani. Darek tuż przed siedemnastą ukończył swój siódmy etap. Na pokonanie północnego Port de Bales potrzebował 1h 22:33 (avs. 14,1 km/h). W sumie przejechał niemal 79 kilometrów z łącznym przewyższeniem ponad 2600 metrów.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1630541932

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1630541932

ZDJĘCIA

20180610_051

FILM

VID_20180610_004

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Hospice de France została wyłączona

Port de Bales

Autor: admin o 28. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1755 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1115 metrów

Długość: 19,4 kilometrów

Średnie nachylenie: 5,7 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Nasza pierwsza noc w Aneres była półmetkiem owej wyprawy. Nazajutrz zaczynaliśmy drugą połowę naszego Tour de Midi-Pyrenees. Do mety było jeszcze daleko. W programie pozostało do przejechania sześć etapów czyli co najmniej tuzin premii górskich. Od niedzieli do piątku każdy dzień mieliśmy zaczynać samochodową wycieczką w kierunku hiszpańskiej granicy. Najkrótszy z owych transferów miał nam zabrać pół godziny, najdłuższe 50 minut. Najpierw trzy wypady w kierunku południowo-wschodnim, z czego dwa na start wyznaczony w słynnym Bagneres-de-Luchon. Potem tyleż samo wyjazdów na południowy-zachód, z czego dwa ku bliskiemu sercom polskich fanów kolarstwa Saint-Lary-Soulan. Taką kolejność przewidziałem już na etapie planowania całej wycieczki. Fatalne prognozy pogodowe na początek drugiego tygodnia naszego pobytu w Pirenejach jedynie utwierdziły mnie w tym pomyśle. Tym bardziej, że na wschodzie czyli szosach departamentu Haute-Garonne wjeżdżać mieliśmy co najwyżej na wysokość 1800 metrów n.p.m. Natomiast podczas zaplanowanego na sam koniec wyprawy powrotu na drogi Hautes-Pyrenees czekały nas dwie wspinaczki na poziom około 2200 metrów czyli Col de Portet i Route de Lacs (Cap de Long i Aumar). Dlatego ów okres gorszej aury należało przeczekać na nieco niższym pułapie. Etap siódmy i dziewiąty mieliśmy zacząć w uzdrowisku Bagneres-de-Luchon. Miasteczko to choć niewielkie (nigdy nie miało więcej niż 4300 mieszkańców) jest bardzo ważnym punktem na historycznej trasie Tour de France. Jak dotąd aż 50 razy kończono w nim etapy „Wielkiej Pętli”. Ów zacny jubileusz Luchon obchodziło w tym roku, z grubsza sześć tygodni po naszym pobycie. Pod tym względem „większe branie” na Tourze miały jedynie dwie metropolie czyli: Paryż i Bordeaux oraz położone u bram Pirenejów miasto Pau.

Swą nadzwyczajną popularność Luchon zawdzięcza dogodnemu położeniu na kolarskiej mapie Francji. Dawnymi czasy, przynajmniej do końca lat dwudziestych, Tour przemierzał całe Pireneje z Perpignan do Bayonne (lub też w kierunku odwrotnym) zaledwie dwoma skokami. To znaczy za pomocą dwóch przeszło 320-kilometrowych etapów. Meta pierwszego z nich jak i start drugiego wypadała właśnie w Bagneres-de-Luchon, leżącym w połowie dystansu dzielącego Morze Śródziemne od Oceanu Atlantyckiego. Poza tym właśnie tu najlepiej było zawsze zacząć lub skończyć klasyczną sekwencje pirenejskich przełęczy czyli: Aubisque, Tourmalet, Aspin i Peyresourde. Pierwszy etap z Perpignan do Luchon wygrał w 1910 roku Francuz Octave Lapize. Natomiast pierwszy górski odcinek z Bayonne do Luchon w sezonie 1913 Belg Philippe Thys. Przed wybuchem II Wojny Światowej uzdrowisko to gościło etapowy finisz TdF aż 25 razy. Zabrakło go tylko na wyścigu z roku 1939. Przybywano tu rokrocznie, nawet gdy w latach 30. pirenejskie etapy bywały krótsze po tym jak startowano także z Ax-les-Thermes lub Pau. Po największej z wojen Luchon nieco straciło na znaczeniu, gdyż na trasie TdF pojawiało się m/w co trzy lata. Na początku XXI wieku na dłuższy czas wypadło z obiegu. Niemniej wróciło na Tour w 2010 roku i od tego czasu gości uczestników Touru co dwa sezony. W latach 2010 i 2012 wygrał tu Francuz Thomas Voeckler, w 2014 roku Australijczyk Michael Rogers, w 2016 Chris Froome, zaś w tym sezonie Julian Alaphilippe. Długiej listy triumfatorów z Luchon nie ma co wymieniać, lecz warto wspomnieć, że przed Voecklerem dublet w ustrzelili tu: Belg Firmin Lambot (1914 i 1920) oraz Bretończyk Jean Robic (1949 i 1953). Z naszej kwatery do Bagneres-de-Luchon pojechaliśmy drogami D26 i N125. Ta druga na swym południowym odcinku zmienia status z szosy krajowej na departamentalną.

Wyruszyliśmy do Luchon w pełnym składzie. Pięciu ludzi, lecz z trzema różnymi pomysłami na spędzenie najbliższych kilku godzin. Piotr miał zrobić rundę z kierunkiem jazdy odwrotnym do ruchu wskazówek zegara. To znaczy z płaskim 30-kilometrowym początkiem, a następnie północnym podjazdem pod Bales i zjazdem ku mecie w uzdrowisku. Pozostała czwórka śmiałków miała zacząć etap siódmy wspinaczką na Bales od strony południowej. Niemniej Darek miał następnie zjechać do Mauleon-Barousse, aby wjechać na tą przełęcz również od nieco trudniejszej strony północnej. Natomiast ja, Rafał i Krzysiek po wjechaniu na Bales mieliśmy zawrócić do Luchon, aby na drugie danie „połknąć” krótki, acz stromy podjazd do schroniska Hospice de France. Jednym słowem dla każdego z nas podczas pierwszej wizyty w Luchon liczyła się przede wszystkim Port de Bales. Przełęcz ta jest relatywnie świeżym wynalazkiem w dziejach Tour de France. Po raz pierwszy pojawiła się na trasie „Wielkiej Pętli” dopiero w 2007 roku. Miało to miejsce na etapie z Foix do Loudenvielle, który w owym sezonie był też sceną amatorskiego L’Etape du Tour. Dzięki temu dokładnie tydzień przed rywalizacją profesjonalistów mogłem osobiście zapoznać się z północnym obliczem Port de Bales i do tego w wyścigowej atmosferze. To właśnie na tej trasie zaliczyłem swój najlepszy z trzech występów w tej imprezie (313 miejsce i 325 czas). Jeszcze lepiej pomimo upadku przed Portet d’Aspet spisał się Piotrek Mrówczyński, który finiszował na początku trzeciej setki. Pierwszym zwycięzcą premii górskiej TdF na Bales został niebawem Luksemburczyk Kim Kirchen. Tym niemniej pierwszy na linię mety dojechał – zdyskwalifikowany później za nielegalną transfuzję krwi – Kazach Aleksander Winokurow. W późniejszych latach Tour zajrzał na Port de Bales jeszcze cztery razy. Za każdym razem podjeżdżano od strony północnej. Po dwakroć na etapach wiodących do Bagneres-de-Luchon (2010 i 2014) oraz stacji narciarskiej Peyragudes (2012 i 2017). Przy tej drugiej lokalizacji po zjeździe z Bales trzeba jeszcze pokonać dwa podjazdy tzn. 10-kilometrowy na Col de Peyresourde oraz 3-kilometrowy na metę.

W latach 2010 i 2012 Voeckler oraz aktualny mistrz świata Alejandro Valverde wygrali zarówno premię górską jak i sam etap. Przy kolejnych okazjach bywało już inaczej. W 2014 roku na przełęczy pierwszy był Kolumbijczyk Jose Serpa, zaś na mecie Rogers. Natomiast w sezonie 2017 premię zgarnął Anglik Steve Cummings, zaś finisz wygrał Francuz Romain Bardet. Podobnie było na etapie Vuelta a Espana 2013. Na górę pierwszy wjechał tu Portugalczyk Andre Cardoso, zaś etap do Peyragudes wygrał Francuz Alexandre Geniez. Najbardziej pamiętne wydarzenie związane z przełęczą Bales miało miejsce na piętnastym etapie TdF z roku 2010. Faworyci jechali wówczas kilka minut za trójką uciekinierów, którym przewodził Voeckler. Prowadzący w wyścigu Luksemburczyk Andy Schleck zaatakował obrońcę tytułu Alberto Contadora. Wtem kolarzowi ekipy Saxo-Bank spadł łańcuch z tarczy, co skrzętnie wykorzystał zawodnik Astany dojeżdżając do mety w Luchon z przewagą 39 sekund nad liderem. Żółta koszulka zmieniła właściciela i to do końca wyścigu. Na mecie w Paryżu Hiszpan miał zapas właśnie 39 sekund. Dalszą historię znamy. U Contadora wykryto clenbuterol, lecz dopiero latem 2011 roku został on ukarany, a zwycięstwo w TdF 2010 trafiło do młodszego z braci Schlecków. Można przypuszczać, iż gdyby nie owa wpadka dopingowa oraz „afera łańcuchowa” to Contadora i Schlecka na Polach Elizejskich dzieliło by mniej niż legendarne 8 sekund, o które Greg Lemond wyprzedził Laurenta Fignona na TdF 1989. Poza Tourem i Vueltą przełęcz Bales bywa też używana na Route du Sud. W obecnej dekadzie trzykrotnie. Za każdym razem na etapach do Bagneres-de-Luchon (2011, 2013 i 2015). Wcześniej właśnie na tym wyścigu „profi” po raz pierwszy przetestowali północny podjazd na Port de Bales. Miało to miejsce na trasie 28-kilometrowej czasówki ze startem w Izaourt i metą na owej przełęczy. Ten etap górskiej prawdy wygrał Przemek Niemiec, jeżdżący wówczas w ekipie Miche. Nasz rodak o 29 sekund wyprzedził Francuza Sandy Casara i o 45 Szweda Gustava-Erika Larssona. W całym wyścigu był jednak „tylko” czwarty, a triumfował nad wyraz skutecznych w tych stronach Voeckler.

Do Luchon dotarliśmy po jedenastej. Zatrzymaliśmy się na małym parkingu przy Avenue Henri Dunant. Mimo deszczowej aury Pedro niemal od razu ruszył na swoją trasę. Przejechał blisko 73 kilometry z przewyższeniem niespełna 1500 metrów. Ponad 19-kilometrowy segment na północnym Port de Bales pokonał w 1h 32:02 (avs. 12,6 km/h z VAM 754 m/h). My wyglądaliśmy przejaśnień, ale po pół godzinie stwierdziliśmy, że nie ma co dłużej zwlekać ze startem. Podjazd rozpoczęliśmy na rondzie o ósemkowym kształcie, na którym zaczyna się droga D618. Pierwsze 700 metrów prowadziło po płaskim terenie. Potem do końca drugiego kilometra nachylenie trzymało powyżej 7%, przy max. 9%. Dario zaczął spokojnie i szybko odpadł. Następnie po krótkim zjeździe, stromizna wróciła na ten pułap w połowie czwartego kilometra, tuż przed pierwszym z dwóch wiraży. W tym miejscu kłopoty zaczął mieć Rafa. Gdy dokładnie po czterech kilometrach jazdy opuściliśmy prowadzącą na Peyresourde szosę D618 jechałem już tylko z Chrisem. Rafał tracił do nas 49 sekund, zaś Darek 1:53. Pierwsze 2200 metrów na nowej drodze D51 było bodaj najtrudniejszym odcinkiem całego wzniesienia. Średnie nachylenie 9,9% przy max. 11,7%, tą ścianę czuć było w nogach. Krzysiek trzymał się dzielnie. Miałem nadzieję, że będę miał towarzysza w tej długiej wspinaczce. W połowie ósmego kilometra minęliśmy wioskę Saint-Paul-d’Oueil. Tymczasem Darek przegonił Rafała, lecz tracił już do nas prawie trzy minuty. Kolejne dwa kilometry o zmiennym nachyleniu doprowadziły nas do kolejnej wioski czyli Mayregne (9,6 km). To był już półmetek podjazdu. Jechaliśmy lewym brzegiem potoku La Neste d’Oueil. Niemal cały czas w deszczu, acz obyło się bez większej ulewy. Druga połowa wzniesienia powitała nas łagodniejszym nachyleniem. Do końca trzynastego kilometra z rzadka docierało ono w rejon 6%. Na kilometrze dwunastym minęliśmy wioski: Caubous i Cires. Okolica mi się podobała, szkoda tylko że okazała się tak zapłakana.

Ostatnią miejscowością na naszym szlaku była Bourg-d’Oueil, w połowie czternastego kilometra. Do niej jednak nie dane nam było wjechać, bowiem tuż przed ową wioską należało wziąć ostry zakręt w prawo. Na tej wysokości Dario tracił już 4:36, zaś Rafał niemal 10 minut. Szosa zmieniła swe oznaczenie na D51d i po 1200 metrach z nachyleniem czasem przekraczającym 8% doprowadziła nas do kolejnego ciasnego zakrętu. Pod koniec szesnastego kilometra znów zrobiło się ciężko. Teraz czekał nas przeszło kilometr o średniej stromiźnie prawie 9%. Przy drodze pojawił się pierwszy znak oznajmiający ile kilometrów zostało nam jeszcze do szczytu. Prowadziłem nasz dwuosobowy oddział, zaś za plecami słyszałem coraz głośniejszy oddech Krzyśka. Mogłem przyśpieszyć, lecz nie miałem serca gubić kolegi. Na 1500 metrów przed finałem napotkaliśmy na swej drodze żywą przeszkodę w postaci wielkiego stada owiec nieśpiesznie spacerującego naszym szlakiem. Chcąc bezpiecznie przejechać musieliśmy zwolnić, a raz nawet zatrzymać się na chwilkę. Luźniej zrobiło się dopiero na ostatnich kilkuset metrach. Według stravy finałowy odcinek powyżej Bourg-d’Oueil o długości 5,9 kilometra zrobiliśmy w 26:59 (avs. 13,0 km/h). Natomiast całe wzniesienie czyli segment o długości 19 kilometrów pokonaliśmy w 1h 19:37 (avs. 14,3 km/h z VAM ledwie 820 m/h). Darek finiszował w czasie 1h 25:26. Natomiast Rafał zdegustowany tym co owcza armia zostawiła po sobie na jezdni dotarł na górę w czasie 1h 40:29. Na przełęczy zrobiliśmy stosowną dokumentację zdjęciową. Potem pożegnaliśmy Dariusza życząc mu powodzenia w realizacji jego śmiałego planu. Na górze było tylko 13 stopni, ale na nasze szczęście już nie padało. Natomiast na zjeździe pomiędzy chmurami widziałem nieco błękitu. Niestety moje nadzieje na pogodne popołudnie wkrótce miały zostać rozwiane.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1630536284

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1630536284

ZDJĘCIA

20180610_001

FILMY

VID_20180610_001

VID_20180610_002

VID_20180610_003

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Port de Bales została wyłączona

Nistos-Cap Nestes

Autor: admin o 26. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1595 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1035 metrów

Długość: 16,9 kilometrów

Średnie nachylenie: 6,1 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Transfer z Lourdes do Aneres zabrał nam około godziny, choć do przejechania mieliśmy tylko 67 kilometrów, w dodatku częściowo po autostradzie A64. Nowe lokum przypadło nam do gustu. Był to dom wolnostojący z salonem i dużą kuchnią na parterze oraz dwoma pokojami na pierwszym piętrze. Mieliśmy też po łazience na każdym poziomie oraz odrębne pomieszczenie gospodarcze i duży ogród na tyłach domostwa. Wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie wyłączonego z użytku kościoła. Na miejscu zjawiliśmy się około szesnastej. Było już zatem zbyt późno na jakiś dalszy wypad w góry. Jednak na tą właśnie okazję miałem przygotowane jedno wzniesienie położone całkiem blisko naszej drugiej bazy. Podjazd niemal nieznany w kolarskim światku, acz mający „szlachetne” przewyższenie ponad tysiąca metrów. Wydawał się być wyzwaniem co najmniej na miarę premii górskiej pierwszej kategorii. Mowa o 17-kilometrowej wspinaczce z wioski Bas Nistos, do drugiego już w tym dniu ośrodka narciarstwa klasycznego, czyli Station de Nistos. Jak dotychczas nie wypróbowano go na wielkim Tour de France, ani nawet na małym Route du Sud. Cóż stacja jest dość skromna, w każdym razie mniejsza niż Couraduque-Val d’Azun. Do dyspozycji amatorów zimowego biegania jest tu osiem tras o łącznej długości 43 kilometrów oraz trzy dla użytkowników rakiet śnieżnych, a także jedna saneczkowa. Przede wszystkim jednak droga ku stacji w cieniu góry Cap Nestes (1887 m. np.m.) znajduje się z dala od najpopularniejszych górskich szlaków biegnących przez Hautes-Pyrenees. Podjazd ten trudno byłoby wkomponować w pirenejski etap z prawdziwego zdarzenia tj. taki z kilkoma premiami górskimi. Najbliższe wzniesienia znane z tras TdF to: Port de Bales i Col d’Aspin. Niemniej miejscowości leżące u ich bliższych podstaw czyli: Mauleon-Barousse i Arreau są oddalone od Bas Nistos odpowiednio o 25 i 34 kilometry. Tym samym nawet gdyby znalazły się odpowiednie finanse to Station de Nistos nadałby się tylko na etap rodem z Vuelty (czytaj: płaski dojazd i jedna góra na sam koniec) lub trasę górskiej czasówki.

Na spotkanie z tym tajemniczym wzniesieniem wybraliśmy się we trzech. Oprócz mnie ochotę na kolejną górską przygodę mieli: Darek i Rafał. Natomiast Piotr i Krzysztof w to sobotnie późne popołudnie wybrali się na przejażdżkę prosto z domu po terenie pagórkowatym. Wyruszyli z Aneres o wpół do szóstej w kierunku wschodnim. Ostatecznie przejechali 46 kilometrów kreśląc na mapie okolicy trasę o kształcie T-shirta. Przetestowali szosy także sąsiedniego departamentu Haute Garonne, odwiedzając choćby miasteczko Montrejeau. Nasza trójka wsiadła zaś do Renault Traffica by nie tracąc cennych sił podjechać do wspomnianego już Bas Nistos. Dojazd szosą D75 był krótki, bo ledwie 9-kilometrowy. Około osiemnastej byliśmy na miejscu, znajdując parking na lewym brzegu Ruisseau de Nistos. Zasadniczo trochę to późna pora na wycieczkę w góry. Na szczęście był 9 czerwca, więc do zachodu słońca w tym rejonie mieliśmy jeszcze trzy i pół godziny. Wiedziałem, że podjazd będzie wymagający w swej środkowej części. Na podstawie dostępnych profili można go podzielić na cztery fragmenty o zmiennej skali trudności. Pierwsze cztery kilometry ze średnim nachyleniem 3%, prowadzące jeszcze wzdłuż wspomnianego strumienia. Potem czekała już na nas droga o typowo górskim charakterze. Najpierw osiem ciężkich kilometrów ze średnią stromizną 8,5%, następnie trzy lekkie kilometry o przeciętnej 2,2% i na koniec dwa kilometry o wartości 8,8%. Wystartowaliśmy kwadrans po szóstej i szybko okazało się, że na tej górze nie będę miał towarzystwa. Moi koledzy zastosowali regułę Gustava Kramera z Vabanku czyli „langsam, langsam aber sicher”. To znaczy powolutku, konsekwentnie do celu. Obaj mieli zresztą ku temu dobre powody. Darek miał przecież w nogach piątkowy maraton, zaś Rafał wyjechał się przed południem na Hautacam.

Rozstaliśmy się już pod koniec pierwszego kilometra, tuż po minięciu osady Hont Nere. Pierwsze cztery kilometry był generalnie łatwe, choć stromizna momentami przekraczała tu 7%. Zanotowana przez mój licznik średnia niewiele odbiegała od tej zapowiadanej, bowiem wyniosła 3,8%. Na tym fragmencie podjazdu jechało się przez teren zamieszkany. Co chwilę mijaliśmy kolejne osady lub pojedyncze gospodarstwa. Największą była Beyriere (2,2 km) przy moście do Haut Nistos. Ten łatwy teren skończył się jednak za osadą Les Arreuas, gdzie po przejechaniu 4,1 kilometra należało opuścić szosę D75. Trzeba było skręcić w lewo na drogę do stacji Nistos – Cap Nestes, zamkniętej o tej porze roku. Do tego wirażu dojechałem w niespełna 12 i pół minuty jadąc ze średnią prędkości 20 km/h. Moi dwaj kompani dotarli tu po dalszych dwóch minutach. Za owym zakrętem podjazd zmienił się pod każdym względem. Przez kolejne sześć kilometrów trzymał na stałym poziomie powyżej 7%. Trafił się ledwie jeden moment z nachyleniem 5%, lecz z drugiej strony było aż kilka miejsc gdzie stromizna przekroczyła wartość 11%. W kontraście do początkowego odcinka droga ta prowadziła przez odludny i mocno zalesiony obszar. Ostatnim gospodarstwem na tym szlaku jest Coume de Bourguy (5,4 km) leżące tuż przed drugim wirażem. Po krótkim wypłaszczeniu na początku jedenastego kilometra szosa jeszcze przez około 1500 metrów stawiała pewne wymagania, po czym pod koniec dwunastego kilometra nachylenie znacząco odpuściło. Skończył się najtrudniejszy fragment tego wzniesienia, na stravie oznaczony jako „Montee Triathlon des Neiges”. Ten 8-kilometrowy segment przejechałem w 39:59 (avs. 12,0 km/h z VAM 1017 m/h – wedle moich krytycznych obliczeń).

Co ciekawe KOM z tego odcinka od 24 maja tego roku należy do Pawła Siwakowa, młodego asa z Team Sky, mieszkającego nieopodal w oksytańskiej wiosce Soueich. Dalej do połowy piętnastego kilometra jechało się łatwo i przyjemnie. Nie zbrakło nawet krótkich zjazdów. Dopiero na 2200 metrów przed stacją ponownie trzeba było wrzucić łańcuch na większe tryby kasety. Na tym sektorze wyszło mi średnie nachylenie 9%, przy maksimum zbliżonym do 12%. Na 800 metrów przed finałem wyjechałem na odsłonięty teren powyżej górnej granicy lasu. Jako, że nawet na ostatnim łuku chwilowa stromizna dobiła do 11% trzeba było cisnąć do samego końca. Dojechałem do tablicy na końcu parkingu w czasie 1h 09:35 (avs. 14,5 km/h). Wokół stacji było pusto i cicho. Główny budynek zamknięty na cztery spusty. Na niebie zbierały się chmury, lecz jeszcze nie padało. Na górze temperatura 17 stopni czyli o dziesięć stopni mniej niż w Bas Nistos. Powoli zbliżała się godzina 19:30, więc uznałem że jeśli chcę zrobić przyzwoite zdjęcia na tym wzniesieniu to niestety nie mogę czekać do skutku na przyjazd Darka i Rafała. Z tej przyczyny na mecie spędziłem tylko 12 minut. Musiałbym czekać dwa razy dłużej by zobaczyć finiszujących kolegów. Do samego końca wspinali się z rezerwą. Jak sądzę Dario jechał na „pół gwizdka”, zaś Rafa w takcie na „trzy/czwarte”. Tym sposobem na odcinku 12,9 km za wirażem w Les Arreuas stracili kolejne 20 minut. Minęliśmy się po pierwszym kilometrze mojego zjazdu, po czym ponownie spotkaliśmy się już na samym dole. Wszyscy zadowoleni z tego, że pomimo późnej godziny przy niezłej pogodzie udało się odkryć kolejny pirenejski skarb. Jak dla mnie zjazd do samochodu o godzinie 20:20 był zdecydowanie najpóźniejszym finiszem w trakcie tej wyprawy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1627991996

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1627991996

ZDJĘCIA

20180609_041

FILM

VID_20180609_003

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Nistos-Cap Nestes została wyłączona

Col du Couraduque

Autor: admin o 24. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1367 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 937 metrów

Długość: 18 kilometrów

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 13,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Sobota była dniem naszej jedynej przeprowadzki na tym wyjeździe. Mieliśmy się przenieść na wschód do bazy noclegowej nr 2 czyli „Gite Les Arrebourits 3 Clefs” we wiosce Aneres położonej nad rzeką Neste i zamieszkanej przez niespełna dwustu mieszkańców. Pozostając w departamencie Hautes-Pyrenees, acz już w okręgu Bagneres-de-Bigorre. We wstępnych planach na szósty etap miałem wspinaczki na Col de Beyrede oraz do stacji narciarskiej Cap Nestes. Tą pierwszą chciałem zrobić podczas przystanku na trasie naszego sobotniego transferu, zaś drugą już po zameldowaniu się w nowym lokum. Ostatecznie zdecydowałem się jednak dokonać jednej zmiany w tym programie. W środę zaliczyłem tylko jedno wzniesienie, po tym jak na skutek deszczu zrezygnowałem z popołudniowego wypadu na Col de Couraduque. Teraz uznałem, że warto wrócić do tego tematu i zobaczyć ową przełęcz w ramach pożegnania z Argeles-Gazost. Miałem przy tym nadzieję, iż odsuniętą na dalszy plan Beyrede uda mi się mimo wszystko zaliczyć na etapie dziesiątym, po wcześniejszym wjechaniu na Hourquette-Ancizan i Col d’Aspin. Wybrawszy Couraduque pozostało mi jeszcze zdecydować, którym szlakiem chcę na nią wjechać. Z Argeles-Gazost biegną na nią bowiem dwie niemal zupełnie alternatywne drogi. Południowo-wschodnia prowadzi przez miejscowość Aucun, zaś północno-wschodnia przez wioskę Gez. Obie opcje miały swoje plusy i minusy. Ta pierwsza gwarantowała dobrej jakości asfalt od startu do mety, lecz oznaczałaby konieczność przejechania aż 10 kilometrów po drodze D918. To znaczy powtórzenie sporej części wtorkowego podjazdu na Col d’Aubisque via Col du Soulor. Nowością byłaby jedynie końcówka powyżej Aucun czyli 6,2 kilometra po drodze D928. Natomiast druga poza wspólnym dla obu wersji odcinkiem startowym byłaby czymś zupełnie nowym. Tym niemniej istniało spore ryzyko, iż jakość tej szosy będzie gorsza, zaś na ostatnich kilometrach tego rodzaju nawierzchni może zupełnie zbraknąć. Mimo to, żądny nowych wrażeń, wybrałem ten drugi szlak.

Col de Couraduque podobnie jak sąsiednia Col de Spandelles nie dostąpiła dotychczas zaszczytu pokazania się na największej z kolarskiej aren czyli trasie Tour de France. Tym niemniej w 2016 roku odkrył ją dla zawodowego peletonu wyścig Route du Sud. Na przełęczy tej znajduje się centrum narciarstwa biegowego tzn. Station nordique Val d’Azun. Dlatego też możliwe było tu zorganizowanie mety czwartego etapu tej imprezy. Ten górski odcinek rozpoczęty w dalekim Saint-Gaudens prowadził przez przełęcze: Tourmalet i Borderes. Następnie po zjeździe do Arrens i płaskim odcinku do Aucun kolarze mieli do pokonania finałowy podjazd o długości 6,2 kilometra i średnim nachyleniu 8,2%. Etap wygrał Katalończyk Marc Soler, który o 4 sekundy wyprzedził lidera tego wyścigu Kolumbijczyka Nairo Quintanę oraz młodziutkiego Anglika Hugh Carthiego. W obecnych warunkach zważywszy na jakość szutru po północnej stronie przełęczy wydaje się, iż Couraduque mogłaby się pojawić na TdF jedynie jako podjazd finałowy, co nieco ogranicza jej szanse. W wypadzie na tą przełęcz towarzyszył mi nasz piątkowy bohater czyli Darek. Piotr postanowił zrobić sobie luźniejszy dzień i przed południem wybrał się na zwiedzanie pobliskiego Lourdes, największego we Francji ośrodka kultu maryjnego. Z kolei Rafał z Krzyśkiem przed wyjechaniem z Argeles-Gazost postanowili zmierzyć się z pięciokrotnie przetestowanym na Tourze podjazdem do stacji Hautacam. Wyjechali z Pyrenees Resort kwadrans po dziesiątej i z dużym animuszem zabrali się do starcia z tą premią górską najwyższej kategorii. Według stravy segment o długości 12,85 kilometra przejechali w 1h 12:04 (avs. 10,7 km/h z VAM 853 m/h). Do środowego wyniku Darka nie mogli się zbliżyć. Dario na tym samym odcinku wykręcił czas 57:32 (avs. 13,4 km/h z VAM 1069 m/h). Tym niemniej pojechali ponad cztery minuty szybciej niż Pedro, który w poniedziałek uzyskał na tej górze wynik 1h 16:17.

My wystartowaliśmy blisko godzinę po kolegach z Gorzowa. Na początek „małe dejavu” czyli te same 1500 metrów co na szlakach pod Col d’Aubisque i Col des Borderes. Dario zaczął naprawdę mocno. Dość powiedzieć, że aby utrzymać się mu na kole musiałem przejechać odcinek 700 metrów między rynkiem w Argeles a wjazdem na drogę D102 aż o 40 sekund szybciej niż we wtorek. Potem Darek przyznał mi się, iż chciał sprawdzić ile energii mu zostało po piątkowym królewskim etapie. Wyszło jednak na to, że upolowanie „Pirenejskiego Świstaka” miało swoją cenę. Na trzecim kilometrze mój kolega mocno spuścił z tonu i mogłem się zająć dyktowaniem tempa, które byłbym w stanie wytrzymać na całej długości tego podjazdu. Po przejechaniu 3 kilometrów dotarliśmy do Gez. Trzysta metrów dalej trzeba było na chwilę stanąć i pomyśleć, którą z dwóch wąskich dróg mamy dalej jechać. Szosa D102 biegła stąd w prawo ku wsi Sere-en-Lavedan. Nie mieliśmy jej na naszym profilu, więc wyszło na to, iż trzeba odbić w lewo. Po „re-starcie” Darek jechał już spokojnie, więc na dojeździe do osady Bedats (4,3 km) definitywnie straciliśmy z sobą kontakt. Na kolejnych kilometrach trzeba było sobie radzić z licznymi zmianami rytmu. Począwszy od połowy piątego do końca dziewiątego kilometra należało pokonać osiem ścianek ze stromizną rzędu 10-12%, przedzielonych łatwiejszym odcinkami na których nachylenie spadało do 5% lub też prawie do zera. Następnie przez półtora kilometra było niemal płasko, lecz od połowy jedenastego kilometra znów czekał nas trudniejszy fragment, tym razem stabilne 8-9% przez dobry kilometr. Kolejny łatwiejszy odcinek skończył się przy gospodarstwie nad strumieniem Rioutou (12,2 km). Następnie do połowy czternastego kilometra znów było trudniej czyli ze stromizną do 11%, po czym łatwiejsze kilkaset metrów doprowadziło każdego z nas do miejsca kluczowego dla dalszych losów tej historii.

Po 55 minutach jazdy dojechałem do rozdroża, na którym chcąc kontynuować wspinaczkę pod Couraduque należało skręcić ostro w lewo. Znak drogowy wskazywał, iż do przełęczy tej brakuje jeszcze 3,8 kilometra. Wyglądało na to, iż cały ten dystans trzeba będzie pokonać po drodze gruntowej. Zagadką pozostawała jej jakość. Pierwsze wrażenia były negatywne. Szlak był mocno kamienisty, a przy tym do końca piętnastego kilometra było stromo. Nachylenie momentami dochodziło nawet do 13%. Nie łatwo było wybrać bezpieczny tor jazdy. Bojąc się utraty równowagi w sumie trzy razy postawiłem stopę na tej żwirowej nawierzchni. Na szczęście na szesnastym kilometrze stromizna odpuściła, zaś grunt stał się mniej sypki. Dalsza droga przez las była już jazdą po ubitym gruncie przy znikomym nachyleniu poniżej 3%. Ostatecznie do swej mety na całkiem sporym parkingu dotarłem w godzinę i 13 minut. Według stravy asfaltowy segment o długości 13,1 kilometra pokonałem w czasie brutto 51:47 (avs. 15,2 km/h), zaś szutrowy finał w 17:44 (avs. 12,8 km/h). Spoglądając na gładki asfalt po drugiej stronie przełęczy nabrałem wątpliwości czy aby na pewno dokonałem dobrego wyboru. Tymczasem Darek, który do rozdroża dotarł ze stratą około 10 minut również spróbował szczęścia na szutrze. Dojechał do okolic Gite-Refuge du Haugarou (14,4 km). Tu jego wyrozumiałość dla podejrzanej nawierzchni i wiara w moje szaleństwo się skończyła. Zjechawszy z powrotem do rozjazdu postanowił kontynuować swą wspinaczkę po asfalcie. Tym sposobem pokonawszy kolejne 2 kilometry o średnim nachyleniu 9,4% po raz drugi w tym tygodniu zameldował się na Col des Spandelles. Spotkaliśmy się w trakcie zjazdu, na trzy kilometry przed Gez. Po dotarciu na rynek w Argeles-Gazost zatrzymaliśmy się na szybką przekąskę w miejscowej pizzerii. Potem do pokonania mieliśmy jeszcze 13-kilometrowy dojazd do Lourdes boczną drogą D921b przez Ayzac-Ost i Agos-Videlos. Swój etap 6a zakończyliśmy na olbrzymim parkingu przy Boulevard du Gave, gdzie czekał już na nas Piotrek.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1627991990

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1627991990

ZDJĘCIA

20180609_001

FILMY

VID_20180609_001

VID_20180609_002

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Couraduque została wyłączona

Col du Tourmalet – W

Autor: admin o 21. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2115 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1405 metrów

Długość: 18,7 kilometra

Średnie nachylenie: 7,5 %

Maksymalne nachylenie: 12,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Lepszej oprawy do uczczenia swego „górskiego jubileuszu” nie mogłem sobie wymarzyć. Col du Tourmalet to najwyższa szosowa przełęcz z prawdziwego zdarzenia we francuskiej części Pirenejów. Pomimo, że po północnej stronie granicy francusko-hiszpańskiej jest kilka asfaltowych dróg sięgających nieco wyżej to twierdzenie wydaje się być uzasadnione. Lac d’Aumar i Lac de Cap de Long są bowiem szosami wiodącymi ku wysokogórskim jeziorom. Natomiast Col de Portet czy Col de Tentes dla kolarzy szosowych są przełęczami jedynie z nazwy, bowiem na drugą stronę nie da się z nich zjechać. Tourmalet jest również najbardziej popularnym wzniesieniem w historii Tour de France. Począwszy od etapu Luchon – Bayonne z roku 1910 na przełęcz tą wjeżdżano aż 82 razy. Dlatego też jeden z przydomków tej góry to „Incontourable” czyli w tłumaczeniu na język Mickiewicza „Nie do ominięcia”. Z kolei sama nazwa tej przełęczy pochodzi z dialektu gaskońskiego języka oksytańskiego i oznacza „Odległa Góra”. Najwyraźniej ze względu na swą wysokość i przewyższenie ta górska przeprawa dawnym mieszkańcom pirenejskich dolin musiała się wydawać szczególnie daleka. Jak już wspomniałem związek Col du Tourmalet z wyścigiem Tour de France jest bardzo długi i wielce owocny. Przy tym organizatorzy „Wielkiej Pętli” dość sprawiedliwie traktowali oba zbocza tej kolarskiej góry. Jak dotychczas od strony zachodniej czyli z początkiem wspinaczki w Luz-Saint-Sauveur wjeżdżano już 43-krotnie. Natomiast po ścianie wschodniej wspinano się na przełęcz 39 razy. Poza tym trzykrotnie orientalny podjazd kończono w stacji La Mongie na wysokości 1715 metrów n.p.m., gdzie wygrywali: Francuz Bernard Thevenet (1970), niejaki Lance Armstrong z dalekiego Teksasu (2002) i Włoch Ivan Basso (2004).

Pierwszym zdobywcą tej przełęczy został Octave Lapize. Na inaugurację jak i w dwóch kolejnych latach na Tourmalet wspinano się do wschodu. Zachodni podjazd na przełęcz po raz pierwszy przetestowano w roku 1913. Na górę pierwszy wjechał Belg Philippe Thys, który podobnie jak Lapize swój wyczyn przekuł później na generalne zwycięstwo w tej edycji Touru. Tym niemniej i tak do legendy przeszedł tego dnia Francuz Eugene Christophe, któremu na pierwszych kilometrach zjazdu pękł przedni widelec. Historia jego 10-kilometrowego spaceru do Sainte-Marie-de-Campan oraz naprawy roweru w kuźni miejscowego kowala jest na tyle dobrze znana, że nie będę rozwijał owego wątku. Przed wybuchem II Wojny światowej Tourmalet zabrakło na trasie TdF jedynie w roku 1922. W tym okresie popularniejszym był podjazd zachodni, wykorzystany 17 razy. Natomiast od wschodu wspinano się tylko 8-krotnie. Pierwszym zwycięzcą premii górskiej na Tourmalet czyli w roku 1933, gdy wprowadzono klasyfikację górską został Hiszpan Vicente Trueba. Po Wojnie większe uznanie w oczach dyrekcji wyścigu zyskało wschodnie oblicze góry, które w czasach „nowożytnych” prowadzi w stosunku 31:26. Co ciekawe każdy z dwóch podjazdów na Tourmalet wystąpił już w roli etapowej mety na wyścigu Dookoła Francji. Wschodni podjazd był finałem siedemnastego etapu TdF 1974. Odcinek ten wygrał Francuz Jean-Pierre Danguillaume, skądinąd zwycięzca Wyścigu Pokoju w sezonie 1969. Z kolei zachodni został w ten sposób wyróżniony podczas edycji z roku 2010 gdy świętowano 100-lecie obecności Pirenejów na trasach TdF. Na siedemnastym etapie tego wyścigu Andy Schleck i Alberto Contador odjechali swym rywalom na ponad minutę. Tego dnia wygrał Luksemburczyk, zaś Hiszpan utrzymał prowadzenie w wyścigu. „El Pistolero” dowiózł koszulkę lidera do Paryża, lecz ostatecznie skreślono go z listy triumfatorów po pozytywnym wyniku badań antydopingowych (clebuterol).

Pośród wszystkich zdobywców Col du Tourmalet na trasach Tour de France znajdujemy czterech kolarzy, którzy trzykrotnie byli pierwsi na tej górze oraz sześciu zawodników, którzy dokonali tego dwa razy. Liderami w tym zestawieniu są: Francuz Jean Robic (1947-48 i 1953), Hiszpanie Federico Bahamontes (1954, 1962-63) & Julio Jimenez (1964-65 i 1967) oraz Belg Lucien Van Impe (1971, 1975 i 1977). Sprawcy dubletu to zaś: Belg Firmin Lambot (1914 i 1920), Francuz Benoit Faure (1930 i 1932), Belg Sylvere Maes (1935-36), słynny Fausto Coppi (1949 i 1952), Francuz Richard Virenque (1994-95) oraz Włoch Alberto Elli (1998-99). Cóż jeszcze można dodać? W roku 1969 tuż przed finałem wschodniego Tourmalet swój 120-kilometrowy solo rajd do mety w Mourenx rozpoczął wielki Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten etap z przewagą blisko ośmiu minut nad następnymi kolarzami, zaś cały wyścig z zapasem prawie osiemnastu! W latach 1974 i 2010 przez Tourmalet przejeżdżano dwukrotnie. W 1993 roku nasz Zenon Jaskuła wraz ze Szwajcarem Tony Romingerem na wschodnim zboczu nadrobił 50 sekund nad liderem Miguelem Indurainem. Niemniej ostatecznie nic z tej akcji nie wyszło. W 2015 roku zwycięzcą tej premii górskiej został Rafał Majka. Kolarz Tinkoff-Saxo Bank „odczepił” kompanów z ucieczki w połowie wschodniego podjazdu i wygrał etap do Cauterets po solowej akcji na dystansie około 50 kilometrów. Ostatnimi zdobywcami Tourmalet byli dwaj efektownie jeżdżący Francuzi: Thibout Pinot (na szlaku zachodnim w 2016 roku) oraz Julian Alaphilippe (na wschodnim w roku 2018). W przyszłym roku uczestnicy Tour de France po raz 83. wjadą na tą przełęcz. Co ważne po raz trzeci w dziejach na przełęczy tej zakończy się jeden z etapów „Wielkiej Pętli”. Stanie się tak na czternastym odcinku 106. TdF. Tak jak przed dziewięciu laty w roli finałowego podjazdu wystąpi zachodni Tourmalet, tym razem poprzedzony północnym Col du Soulor.

Ja na Tourmalet wróciłem po blisko jedenastu latach. Po raz pierwszy wjechałem tam bowiem 12 lipca 2007 roku w towarzystwie Piotra Mrówczyńskiego. Tą słynną przełęcz zdobyliśmy wówczas od strony wschodniej. A w zasadzie od północno-wschodniej, bowiem startowaliśmy z Bagneres-de-Bigorre, przez co delikatną wspinaczkę zaczęliśmy już na sześć kilometrów przed Sainte-Marie-de-Campan. Tamten wschodni Tourmalet był dla mnie górą nr 44, zaś ten zachodni miał być już unikalną premią górską nr 500. Oba podjazdy są porównywalnie trudne. Zachodni jest dłuższy o blisko dwa kilometry i większy o 140 metrów przewyższenia, o ile start wschodniej wspinaczki wyznaczy się u Świętej Marii z Campan. Niemniej gdy do wschodniego podjazdu dojeżdża się z północy wówczas wzniesienie to ma aż 23 kilometry długości i amplitudę o 50 metrów większą od swego zachodniego oponenta. Tak czy owak Tourmalet na TdF to zawsze premia górska najwyższej kategorii (HC). Mimo to przed wyjazdem do Francji poważnie rozważałem możliwość dodania do 19-kilometrowej wspinaczki z Luz-Saint-Sauveur jeszcze kilku szutrowych kilometrów ze szlaku na Pic du Midi Bigorre (2877 m. n.p.m.). Do obserwatorium astronomicznego na szczycie tej góry nie sposób dojechać na rowerze. Tym niemniej na dwóch kółkach można się dostać w jego pobliże. Ponoć po całkiem przyjaznym nam szosowcom szutrze można dotrzeć przynajmniej do Col de Sencours (2378 m. n.p.m.). Dalej prowadzi już gorszej jakości „gruntówka” kończąca się na Col de Laquets (2637 m. n.p.m.). Gdyby udało mi się wjechać aż tak wysoko to zrobiłbym w pionie 1926 metrów. Więcej za jednym zamachem zrobiłem wcześniej tylko dwa razy. To znaczy wjeżdżając na Colle del Nivolet we wrześniu 2015 i na Blockhaus w czerwcu 2014 roku. Perspektywa takiego wyczynu była więc dla mnie wielce kusząca.

Na starcie w Luz stanęliśmy we trzech. Poza mną do spotkania z górą-legendą szykowali się Krzysiek i Rafał. Ruszyliśmy dokładnie o wpół do pierwszej. W tym momencie Dario od kilku minut zjeżdżał już z Tourmalet w stronę La Mongie i Sainte-Marie-de-Campan. Natomiast Pedro siedząc za kierownicą „naszego” Renault mknął już w stronę Gavarnie. Gdy spojrzy się na mapę od razu widać, że ten podjazd biegnie na wschód długimi prostymi odcinkami. To dodatkowa trudność. Znaczący dystans i ostre nachylenie pokonuje się silnymi nogami oraz zdrowymi płucami i sercem. Niemniej gdy na prostej nie widać końca pokonywanej właśnie stromizny przydaje się jeszcze mocna głowa czytaj psychika. Tymczasem tu na całym, sporym przecież, dystansie doliczyć się można ledwie czternastu ciasnych wiraży. W przeciwieństwie do wschodniej wspinaczki ten podjazd ma solidne nachylenie niemal od początku. Przez 14 kilometrów droga D918 biegnie wzdłuż potoku Le Bastan. Na pierwszym nieco łatwiejszym kilometrze przejeżdża się przez Esterre. Potem mijamy boczne dróżki do wiosek: Viella (2,1 km), Viey (3 km) i Betpouey (3,8 km). Na trzecim kilometrze straciliśmy Rafała, który zredukował tempo do bezpiecznego dla siebie rytmu. Na początku piątego kilometra zostałem już sam. W międzyczasie po przejechaniu 4 kilometrów pokonaliśmy dwa pierwsze zakręty. Kolejna podwójna serpentynka trafiła się w połowie szóstego kilometra za mostem z drogą do Sers (5,3 km). Na ósmym kilometrze trzeba było przejechać przez największą miejscowość na tym szlaku czyli Bareges. Co ciekawe droga jest tu jednokierunkowa. To znaczy do góry jedzie się przez centrum wsi, zaś w drodze powrotnej trzeba zrobić drobny objazd. Według stravy niespełna 7-kilometrowy segment na dojeździe do Bareges przejechałem niezbyt szybko, bo w czasie 31:31 (avs. 13,1 km/h z VAM 895 m/h).

Na wylocie z tej miejscowości zaczyna się trudny, półtorakilometrowy sektor, na którym nachylenie trzyma się na stałym poziomie od 8 do 10%. Następnie pod sam koniec dziesiątego kilometra można odbić w prawo na starą drogę pod Tourmalet znaną dziś jako Voie Laurent Fignon. Ta dróżka zapewnia lepsze widoki, lecz w połowie piętnastego kilometra i tak łączy się ze współczesnym szlakiem na przełęcz. Ten zaś prowadzi przez stację Tournaboup (10,7 km), za którą przejeżdża się na prawy brzeg Le Bastan. Tam mamy zaś trzy zakręty, ponad kilometrową prostą, kolejne dwa zakręty i następny kilometr na wprost, który doprowadza nas do stacji Super-Bareges (14,1 km). Jeden z tutejszych wyciągów „leci” już wprost na przełęcz. Tymczasem kolarski szlak w połowie szesnastego kilometra skręca na północ, gdzie na przedostatnim wirażu zaczyna się najtrudniejszy fragment całego wzniesienia tzn. stromy finał o długości równo dwóch kilometrów. Tenże zaczyna się od ścianki ze stromizną 11,6% i kończy jeszcze lepszą, bo o maksimum 12,1%. Pomiędzy nimi nachylenie raczej nie spada poniżej 8%. Na ostatnim zakręcie jakieś 700 metrów przed przełęczą na każdego z nas jak i innych śmiałków czekała fotograf z zakładu „Zoom-Photo”. Moje zmęczone oblicze uwieczniła na sześciu zdjęciach. Choć byłaby to ładna pamiątka z jubileuszowego wjazdu na razie nie zdecydowałem się na ich zakup przez internet, gdyż cena usługi nieco poraża. Krzychu najwyraźniej jechał tu na większym luzie, bowiem był w stanie zaprezentować w obiektywie iście „hollywoodzki uśmiech”. Ja na przełęcz dotarłem w czasie 1h 31:30 (avs. 12,4 km/h z VAM 923 m/h). Dario nieco wcześniej wykręcił tu wynik 1h 30:12, zaś Pedro w czwartek uzyskał 1h 41:26 co świadczyło o jego lepszej niż w dwóch poprzednich sezonach formie. Z kolei Rafał niebawem ukończył tą wspinaczkę w 1h 55:36. Wjechawszy na górę udałem się na podwieczorek do restauracji. Ujrzałem tam „antyczny” rower marki Le Splendid z roku 1910.

Gdy dojechali chłopacy zrobiliśmy sobie zdjęcia na tle tablicy i metalowej statui Octave’a Lapize. Ponoć na jesieni jest ona zwożona do Bagneres-de-Bigorre, by przezimować w cieplejszych warunkach, po czym wraca na przełęcz co roku w czerwcu. Na stałe za to tkwi na przełęczy popiersie Jacques’a Goddet, dyrektora TdF z lat 1936-87. Godzi się przy tym wspomnieć, iż obecnie gdy Tour wjeżdża na Tourmalet na zwycięzcę czeka bonus w postaci Souvenir Jacques Goddet. Wzorem dla tego pomysłu był zapewne fakt, iż na alpejskim Col du Galibier swój monument i nagrodę ma pierwszy szef Touru czyli Henri Desgrange. Na przełęczy temperatura była przyzwoita tj. 18 stopni. Niemniej dość mocno wiało, zaś niebo było zachmurzone. Zbierające się nad przełęczą ciemne chmury odradziły mi wypad  szutrową ścieżkę pod Pic du Midi-Bigorre. Niestety zamknięty był sklep z suwenirami. Dlatego na pamiątkę zabrałem sobie kawałek przydrożnej skały, ot niewielki kamienny łupek. Na zjeździe nie zawadzał, a zaiste można się było tu nieźle rozpędzić. Rafa złamał barierę 70 km/h. Niestety na wysokości Tournaboup zgasł mi telefon, więc fotki zrobiłem tylko w górnej części wzniesienia. Do Argeles-Gazost wróciliśmy dość wcześnie. Potem długo wyczekiwaliśmy na przyjazd Darka. Ten porwał się na coś doprawdy wielkiego. Przemierzył samotnie trasę Marmotte Granfondo Pyrenees. A zatem pokonał kolejno: zachodni Tourmalet w czasie lepszym od mojego, zachodni Hourquette-Ancizan (1h 13:17), wschodni Aspin (1h 02:57), wschodni Tourmalet (1h 38:02) oraz Luz-Ardiden (1h 02:34). Ten ostatni podjazd skończył w nieco innym miejscu niż my, acz też na wysokości około 1700 metrów n.p.m. Po tym wszystkim zjechał do Luz-Saint-Sauveur i na dobicie przejechał jeszcze 19 kilometrów w dolinie do Argeles-Gazost. Tym samym swój licznik zatrzymał po przebyciu niemal 196 kilometrów z przewyższeniem 5512 metrów (strava na tym punkcie zgłupiała). To wszystko przerobił w czasie brutto 11 godzin i 35 minut (netto 10h 28:12 – avs. 18,7 km/h). Do naszej bazy zjechał o godzinie 21:28 czyli dziesięć minut przed zachodem słońca. Po prostu IRON-MAN.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1625248990

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1625248990

ZDJĘCIA

20180608_046

FILMY

VID_20180608_004

VID_20180608_005

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col du Tourmalet – W została wyłączona

Luz-Ardiden

Autor: admin o 19. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1720 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1036 metrów

Długość: 13,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 11,2 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Piątek był ostatnim pełnym dniem naszego pobytu w okręgu Argeles-Gazost. Dla większości z nas oznaczało to drugą samochodową wycieczkę do Luz-Saint-Sauveur. Pojechaliśmy tam we czterech, acz w nieco innym gronie niż dzień wcześniej. Tym razem do mnie, Krzyśka i Rafała dołączył Piotr. Przed południem w tak licznym składzie mieliśmy ruszyć do zmagań z przeszło 13-kilometrowym podjazdem do stacji Luz-Ardiden. Po południu już tylko we trzech chcieliśmy rzucić resztki swych sił do walki z jeszcze groźniejszym „przeciwnikiem” czyli blisko 19-kilometrową wspinaczką na Col du Tourmalet. Bez dwóch zdań najsłynniejszą ze wszystkich pirenejskich przełęczy. Pedro ów egzamin zdał już we czwartek, więc nie był zainteresowany powtarzaniem trudnego testu. Zamiast tego wybrał się autem do Gavarnie, aby pokonać 4-kilometrowy pieszy szlak zwieńczony przednim widokiem na Cirque de Gavarnie. Jeśli chodzi o mnie to w normalnych okolicznościach odmiennie opracowałbym sobie ten etap. Zazwyczaj na pierwszy ogień wybieram przecież trudniejszy z dwojga zaplanowanych na dany dzień podjazdów. Jednak 8 czerwca 2018 roku miałem ważny powód ku temu by nieco wstrzymać się z poznaniem zachodniego oblicza legendarnego Tourmalet. Jeszcze przed wyjazdem do Francji wyliczyłem sobie bowiem, że dziewiąte wzniesienie tej wyprawy będzie podjazdem nr 500 na mojej liście „górskich skalpów”. W tym miejscu dodam, iż wpisuje na nią tylko wspinaczki o przewyższeniu co najmniej 500 metrów oraz nie wliczam powtórnych „ataków” na tą samą górę tym samym szlakiem. Skoro więc można było tak zacny jubileusz uczcić wjazdem na jedną z najsłynniejszych premii górskich to postanowiłem nie przegapić tak wybornej okazji.

Jedynym z nas, który swój piąty etap zaczął od wspinaczki pod Tourmalet był Darek. O szczegółach jego wielkiego wyczynu wspomnę w kolejnym odcinku mego „Pamiętnika z podróży”. W tym miejscu tytułem wstępu powiem jedynie, iż Dario zdecydował się zmierzyć z ekstremalnie trudną trasą wyścigu Marmotte Granfondo Pyrenees. To zawody dla cykloamatorów organizowane od roku 2015 przez twórców znacznie starszego La Marmotte Alpes. Owego „Świstaka Alpejskiego” poznaliśmy obaj przed kilkunastu laty. Pirenejski gatunek tej imprezy ma aż pięć okazałych zębów. Na dystansie 163 kilometrów zmusza do pokonania w pionie ponad 5500 metrów! Darek wiosną próbował mnie namówić do wspólnej jazdy. Ja jednak nie czułem się na siłach by podołać tak ciężkiemu zadaniu. Uznałem, że nie stać mnie na takie wyczyny jak w roku 2008, gdy zaliczyłem swoje dwa najtrudniejsze górskie wyścigi: GF Campagnolo i Alpenbrevet Gold. Pamiętałem ile kosztowało mnie przejechanie tras z łącznym przewyższeniem ponad 5000 metrów i to w czasach, gdy byłem w znacznie lepszej formie fizycznej niż obecnie. W sezonie 2018 szansy ukończenia tak ciężkiej próby mogłem upatrywać jedynie w prawdziwie turystycznym tempie, znacznie spokojniejszym od dawnego wyścigowego rytmu. Na takich ulgowych zasadach mogłem spróbować. Ostatecznie jednak nie podjąłem tego wyzwania. Widać z upływem lat wywietrzały mi z głowy podobne fantazje. Wolałem iść dalej utartą ścieżką czyli z dnia na dzień poznawać kolejne dwa-trzy wzniesienia. Tym samym gdy Dario kilka minut przed godziną dziesiątą ruszał z Argeles-Gazost na trasę najtrudniejszego etapu w swej kolarskiej karierze, ja byłem już w Luz-Saint-Sauveur gdzie wespół z trzema pozostałymi kolegami szykowałem się do swej pierwszej piątkowej wspinaczki.

Stacja narciarska Luz-Ardiden została otwarta w styczniu 1975 roku. Nazwę zawdzięcza dwojgu swych „rodziców chrzestnych”. Pierwszy człon wspomnianemu już miasteczku, zaś drugi najwyższemu z okolicznych górskich szczytów Pic d’Ardiden (2988 m. n.p.m.). Do tego ośrodka sportów zimowych można dojechać na dwa sposoby. Droga znana kolarskim kibicom to D12, zaczynająca się na obrzeżach Luz. Alternatywa również startuje przy szosie D921, lecz około pięć kilometrów dalej na północ. Ten podjazd prowadzi drogą D149 przez wioskę Viscos. Oba szlaki łączą się na wysokości około 1410 metrów n.p.m., więc na ostatnich czterech kilometrach do celu prowadzi już tylko jeden szlak. Na wielkich wyścigach kolarskich zawsze korzystano z nieco łatwiejszej opcji rozpoczynanej w Luz-Saint-Sauveur. Tour de France po raz pierwszy zawitał w te strony w sezonie 1985. Siedemnasty etap „Wielkiej Pętli” wygrał wówczas Pedro Delgado. Hiszpan wyprzedził dwójkę Kolumbijczyków tzn. Lucho Herrerę o 25 sekund oraz Fabio Parrę o 1:29. Dwa lata później Herrera znów był drugi, bowiem przez jego pościgiem umknął Dag-Otto Lauritzen. Było to pierwsze w dziejach norweskie zwycięstwo etapowe na TdF. Jak dotąd Luz-Ardiden osiem razy pojawiło się na trasie wyścigu Dookoła Francji. Pośród wszystkich pirenejskich stacji „większe branie” ma dotychczas jedynie bliska polskim sercom góra Pla d’Adet alias Saint-Lary-Soulan. Zazwyczaj triumfowali tu kolarze z Hiszpanii. W 1988 gdy „Perico” Delgado dominował już w całym wyścigu po sukces etapowy i to z ogromną przewagą 6 minut sięgnął w tej stacji jego krajan z Kastylii-Leon Laudelino Cubino. Dwa lata później ze zwycięstwa cieszył się tu Miguel Indurain, który na ostatnich metrach zgubił ówczesnego mistrza świata Grega Lemonda. Tym niemniej Amerykanin też miał powody do zadowolenia, bowiem odrobił przeszło dwie minuty do niespodziewanego lidera Claudio Chiappucciego.

Kolejne cztery wizyty Touru to już czasy dobrze mi znane z relacji oglądanych w Eurosporcie. W 1994 roku po swój pierwszy etapowy triumf w TdF sięgnął tu Richard Virenque. Francuz zabrał się w ucieczkę, po czym zostawił swych kompanów na Col du Tourmalet. Ostatecznie wygrał w stylu a’la Cubino czyli z przewagą 4:34 nad kontratakującym z grupy liderów Marco Pantanim oraz 5:52 nad innym „harcownikiem” Oscarem Pelliciolim. Z kolei w sezonie 2001 ku radości rzesz baskijskich kibiców zwyciężył tu Roberto Laiseka z ekipy Euskaltel. Dziesięć lat później w jego ślady poszedł inny as tej drużyny czyli mistrz olimpijski z Pekinu Samuel Sanchez. W międzyczasie mieliśmy pamiętne wydarzenie na trasie TdF 2003. Prowadzący w tym wyścigu, acz z niewielką przewagą Lance Armstrong na pierwszych kilometrach wzniesienia zahaczył o torebkę trzymaną przez kibica. Lider upadł pociągając za sobą Ibana Mayo. Najgroźniejszy rywal lidera czyli Niemiec Jan Ullrich z Team Bianchi zachował się honorowo tzn. zwolnił nie chcąc korzystać na pechu Teksańczyka. Gdy czołówka się zjechała zaatakował Mayo, po czym skontrował Armstrong. Jankes wygrał ten etap zyskując nad Ullrichem drogocenne 40 sekund. Do Luz-Ardiden dwukrotnie zajrzał też dwukrotnie wyścig Vuelta a Espana. W 1992 roku ponownie triumfował tu Cubino, który o 19 sekund wyprzedził Szwajcara Tony Romingera. Helwet tego dnia mocno zbliżył się do swej pierwszej koszulki lidera Vuelty. Potem wygrał ten wyścig, zaś w kolejnych sezonach dwie dalsze edycje. Z kolei w sezonie 1995 swą dominację w pierwszej wrześniowej Vuelcie potwierdził tu Laurent Jalabert. Słynny „Jaja” o kilka sekund wyprzedził Baska Abrahama Olano i Belga Johanna Bruyneela. Cztery dni później na generalnym podium VaE w Madrycie kolejność była identyczna.

Luz-Ardiden czyli podjazd o średniej długości, solidnym nachyleniu i przewyższeniu m/w 1000 metrów uznałem za idealny do sprawdzenia poziomu swej formy. Jeszcze dwa-trzy lata temu jadąc „na świeżości” bez większego kłopotu ukończyłbym tego rodzaju wspinaczkę w czasie poniżej godziny. Taki też cel miałem na piątkowe przedpołudnie. Z tego względu wystartowałem mocno i już na pierwszych kilkuset metrach odjechałem kolegom. Na początkowych dwóch kilometrach nachylenie było umiarkowane, bowiem ani na moment nie przekroczyło 8%. Pierwszą stromiznę rzędu 10% trzeba było pokonać pod koniec trzeciego kilometra na serpentynach przed wioską Sazos. W tym miejscu miałem już półtorej minuty przewagi nad swymi kompanami. Kolejną wioską na naszym szlaku była Grust, leżąca przy ósmym wirażu w odległości 4,3 kilometra od mostu nad Gave de Gavarnie. Pod koniec piątego kilometra na odcinku między dziesiątą i jedenastą serpentyną chwilowa stromizna przekroczyła 11%. Przez pierwsze siedem kilometrów z hakiem utrzymywałem swe wspinaczkowe tempo na zakładanym poziomie + 1000 m/h. Na wysokości osady Cureille-Dessus (7,4 km) miałem już 4:15 przewagi nad Piotrem i 9:30 nad Rafałem. Pedro jechał na pełen gaz nie mając na ów dzień innych celów niż Luz-Ardiden. Rafa raczej się oszczędzał, gdyż w swym piątkowym programie miał jeszcze popołudniową wspinaczkę pod Col du Tourmalet. Między nimi, acz bliżej Piotra niż Rafała, jechał zaś „niewykrywalny dla stravy” Krzysiek. Po kolejnych dwóch kilometrach minąłem miejsce, gdzie nasz górski szlak rodem z TdF łączy się z drogą przez Viscos wykorzystaną jedynie na trzecim etapie Route du Sud 2017. Do szczytu brakowało mi zatem tylko czterech kilometrów.

Niebawem wjechałem na najbardziej efektowny fragment tego wzniesienia, na którym droga biegnie krętym szlakiem przez kilkanaście serpentyn. Dwie pierwsze mijamy przed osadą Bayesse. Dziesięć kolejnych na trzech kilometrach poprzedzających wjazd do Luz-Ardiden. Natomiast dwie ostatnie znajdujemy już na terenie stacji, tuż przed finałem całej wspinaczki. Ponieważ trzecia tercja podjazdu prowadzi przez teren odsłonięty wszystkie te szosowe zawijasy doskonale widać z dużego placu we wschodniej części ośrodka. Z tej przyczyny ów fragment wzniesienia cieszy się szczególną atencją ze strony wyścigowych fotoreporterów i kamerzystów. Mimo licznych zakrętów podjazd jest wymagający do samego końca. Na ostatnich kilometrach trzyma na średnim poziomie 7-8%, przy maksimum do 10%. Na tej malowniczej końcówce nieco zwolniłem. Według stravy ostatnie pięć kilometrów przejechałem w tempie ledwie 920 m/h. Ostatecznie wspinaczkę ukończyłem w czasie 1h 02:52 przy średniej prędkości 12,8 km/h z VAM 988 m/h. Sześć minut później do mety dotarł Piotr. Jemu również trochę zabrakło do wyznaczonego sobie celu czyli wyniku na poziomie 900 m/h. Gdy Pedro robił mi pamiątkowe zdjęcie na tle głównego budynku stacji na ostatnim wirażu pojawił się już Chris. Dłużej przyszło nam czekać tylko na Rafała. „Madrileno” stracił do mnie 20 minut. Co ciekawe na końcu podjazdu po godzinie jedenastej temperatura była taka sama jak godzinę wcześniej w dolinie. To znaczy przyjazne 21 stopni. Przed rozpoczęciem powrotnego zjazdu do Luz-Saint-Sauveur z zachodniego parkingu pod wyciągami narciarskimi przejechaliśmy na wschodni plac będący znakomitą platformą widokową. Tam podziwiając „srebrnego węża” wijącego się po trawiastym zboczu zostaliśmy zaskoczeni przyjazdem młodego zawodowca z baskijskiej ekipy Euskadi-Murias.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1625248783

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1625248783

ZDJĘCIA

20180608_001

FILMY

VID_20180608_001

VID_20180608_002

VID_20180608_003

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Luz-Ardiden została wyłączona

Cirque du Troumouse

Autor: admin o 16. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2100 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1029 metrów

Długość: 15,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,8 %

Maksymalne nachylenie: 12,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na Col de Tentes spędziłem przeszło pół godziny. Zjazd rozpocząłem w towarzystwie Rafała i Krzyśka. Niezależnie od standardowych przystanków fotograficznych, na drugim kilometrze owego szusowania zrobiliśmy sobie dodatkową sesję zdjęciową pt. „Kolarz w akcji” na tle najwyższej z przydrożnych band śnieżnych. Potem moi kompani pojechali już szybciej, zaś ja dojechałem do Darka. Ten po defekcie, który pozbawił go przyjemności z pierwszej wspinaczki teraz musiał ostrożnie zjeżdżać by bezpiecznie dotrzeć do podnóża drugiego z naszych czwartkowych podjazdów. Postanowiłem go asekurować. W sprawach technicznych niespecjalnie byłbym mu w stanie doradzić. Niemniej utrzymując z nim kontakt wiedziałem na bieżąco czy Dario będzie mógł wkrótce wyruszyć na Cirque de Troumouse. Godzina była jeszcze młoda, więc nigdzie mi się nie śpieszyło. Powolny zjazd w pięknych okolicznościach przyrody, co ważne przy dobrej pogodzie był czystą przyjemnością. Żal było opuszczać te piękne okolice, więc na pożegnanie należało je godnie uwiecznić na zdjęciach i filmikach. Ostatecznie ów ledwie 17-kilometrowy zjazd do rozdroża powyżej Gedre zajął nam godzinę i 16 minut, z czego większość stanowiły wszelakiego rodzaju postoje. Do miejsca, w którym zaczyna się droga D922 dojechaliśmy tuż po czternastej. W tym momencie nasi koledzy z Gorzowa Wielkopolskiego już od ponad 10 minut wspinali się w kierunku Cirque de Troumouse. W dodatku my nie od razu ruszyliśmy pod górę. Zmarnowaliśmy w tym miejscu kolejny kwadrans. Postanowiliśmy coś zjeść i przede wszystkim przebrać się do kolejnej wspinaczki. Tym bardziej, że na wysokości 1071 metrów n.p.m. było całkiem ciepło. Termometr w moim Garminie zanotował tu aż 24 stopnie.

Teoretycznie podjazd na Cirque de Troumouse też mogliśmy zacząć w Luz-Saint-Sauveur. Tym niemniej już zawczasu uzgodniliśmy, że nie będziemy się powtarzać. Moim zdaniem dwukrotne pokonywanie tego samego odcinka i to o długości aż 13 kilometrów byłoby stratą czasu. Na tym wyborze traciliśmy co prawda niemal 400 metrów z ogólnego przewyższenia, lecz wciąż do pokonania w pionie pozostawało nam ponad 1000 metrów. W dodatku tych najbardziej wymagających, bo rozłożonych na dystansie niespełna 15 kilometrów. Poza tym nawet tak okrojona trasa przekładała się na dystans dzienny blisko 90 kilometrów z przewyższeniem ponad 2500 metrów. Jakby nie patrzeć była to zdrowa dawka górskich wrażeń. Nasz cel nr 2 czyli Kocioł Troumouse jest zjawiskiem tego samego typu co słynny Cirque de Gavarnie. Optycznie nie jest aż tak imponujący jak jego sąsiad z zachodu. Tym niemniej dla kolarzy amatorów stanowi nie lada atrakcję. Cirque de Troumouse ma średnicę 4 kilometrów, zaś jego podstawa znajduje się na wysokości około 2200 metrów n.p.m. Jego ściany tworzą górskie szczyty wznoszące się na ponad 3000 metrów n.p.m. Wśród nich najwyższą górą jest La Munia (3133 m. n.p.m.). W tym „cyrku” wypiętrzenie górskich ścian nie sięga więc tysiąca metrów. Niemniej z kolarskiego punktu widzenia ma to swoje zalety. Droga ku Cirque de Gavarnie – tylko początkowo szosowa, zaś następnie szutrowa – dochodzi do poziomu ledwie 1570 metrów n.p.m. Natomiast tutejsza asfaltowa ścieżka wije się po serpentynach na wysokość aż 2100 metrów. Tym samym Gavarnie jest turystycznym rajem obleganym przez amatorów pieszych wędrówek, zaś leżący nieco na uboczu Troumouse stanowi wyzwanie dla ambitnych cykloturystów.

Ruszając z rozdroża o godzinie 14:17 nie mieliśmy już najmniejszych szans na dogonienie Rafała i Krzyśka. Nasi kompani w tym momencie mieli już za sobą pięć kilometrów podjazdu czyli trzecią część całej wspinaczki. Trzeba przyznać, że pierwsza tego tercja tego wzniesienia nie należy do łatwych. Nachylenie jest nieregularne i w kilku miejscach strome. Już na pierwszym kilometrze, który wiedzie krętą trasą przez teren zamieszkany stromizna zbliża się do 10%. Kolejne cztery kilometry z hakiem to przeplatanka trudniejszych i łatwiejszych odcinków. Droga obiera na dłuższy czas kierunek południowo-wschodni wytyczony przez nurt Gave de Heas. Na początku czwartego kilometra Pont de Souarrouy pozwala przejechać na prawy brzeg wspomnianego potoku. Tu szosa początkowo pnie się łagodnie, lecz gdy w nogach mamy już 4300 metrów zmienia się melodia. Teraz przez cały kolejny kilometr trzeba zmagać się z nachyleniem, które ani na moment nie spada poniżej 9%, zaś miejscami przekracza 12%. Następnie podjazd stopniowo łagodnieje od miejsca, w którym mijamy drogę D176 odchodzącą w prawo ku Lac de Gloriettes. To górskie jezioro położone na wysokości 1668 metrów n.p.m. również leży w kotle lodowcowym, znanym jako Cirque de Estaube. Tymczasem nachylenie naszego górskiego szlaku za tym rozjazdem szybko spadło poniżej 5% i na tak niskim poziomie utrzymywało się następnie przez niemal dwa kilometry. W tym czasie przejechaliśmy przez wioskę Heas, zaś następnie minęliśmy miejscowy kościółek na wzgórzu czyli Chapelle de Heas (7,4 km). Pół kilometra dalej po raz drugi przeprawiliśmy się przez Gave de Heas. Po chwili wjechaliśmy na finałowy odcinek drogi mijając nieczynny tego dnia punkt poboru opłat. Tutejsze myto nie jest wygórowane i rzecz jasna dotyczy tylko turystów zmotoryzowanych. W sezonie kierowcy samochodów osobowych płacą tu 5, motocykliści 2, zaś pasażerowie autobusów po 1 Euro od łebka. Z tego miejsca do końca wspinaczki pozostaje dokładnie siedem kilometrów.

Droga nabrała typowo górskiego charakteru. Na kolejnych trzech kilometrach naliczyłem aż 15 wiraży. Nachylenie było zmienne, lecz na ogół wymagające. W najtrudniejszych chwilach wahało się na poziomie od 9 do 10,5%. Na ten odcinek drogi wjechałem z przewagą kilkunastu sekund. Ta różnica wzrosła nawet do niespełna pół minuty. Niemniej ostatecznie Dario zmobilizował się i od połowy jedenastego kilometra znów wspinaliśmy się razem. Po przejechaniu 11,8 kilometra na małym wypłaszczeniu minęliśmy hotelik Auberge du Maillet. Według stravy dotarliśmy tu w czasie 49:06 (avs. 14,4 km/h z VAM 877 m/h). Na tej wysokości droga była już mokra, acz nam deszcz nie dawał się we znaki. Szosa ponownie zaczęła się wspinać na początku trzynastego kilometra. Widoki coraz bardziej zapierały dech w piersiach. Wkrótce musieliśmy się zatrzymać, lecz bynajmniej nie na skutek problemów z oddychaniem. Na dwa kilometry przed szczytem natknęliśmy się na wielką zaspę śnieżną, która całkowicie zakryła szosę na najbliższym wirażu. W tym miejscu czekali już na nas od dobrych 15 minut Krzysiek z Rafałem. Zaczęliśmy się zastanawiać jakie warunki drogowe są powyżej owej przeszkody. Chcąc to sprawdzić trzeba się było zdecydować na osobliwy treking. Należało wziąć rowery na swe barki i wgramolić się po stoku na wyższą półkę szosy z pominięciem zasypanego zakrętu. Przypomniało mi się doświadczenie z ósmego etapu tzw. „Hannibala”, kiedy to wraz z Darkiem i Adamem Kowalskim musieliśmy omijać „wieczne śniegi” blokujące wjazd na przełęcz Esischie. Tym razem zadanie okazało się bardziej skomplikowane. Owszem większa część pozostałej nam do szczytu drogi była przejezdna. Tym niemniej jeszcze dwa razy trzeba było schodzić z rowerów, zaś na ostatniej prostej należało się przedzierać skrajem szosy i poboczem. Koniec końców dotarliśmy do swego celu, acz sam parking na krańcu drogi też okazał się być przykryty śnieżnym kożuchem. Nagrodą za nasz upór był rzadkiej urody widok na Cirque de Troumouse.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1623624354

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1623624354

ZDJĘCIA

20180607_061

FILMY

VID_20180607_007

VID_20180607_008

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Cirque du Troumouse została wyłączona

Col de Tentes

Autor: admin o 14. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 2208 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1524 metry

Długość: 29,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,2 %

Maksymalne nachylenie: 12,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W czwartek się wypogodziło, dzięki czemu w przyjaznych okolicznościach przyrody mogliśmy zapolować na „grubego zwierza”. To znaczy na kolarskie szczyty położone na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. W rejonie Argeles-Gazost czekały na nas trzy aż tak wyniosłe sztuki. Leżąca na granicy z Hiszpanią Port de Boucharo (2270 m. n.p.m.), kultowa w kolarskim światku Col du Tourmalet (2115 m. n.p.m.) oraz zjawiskowa pod względem naturalnej urody Cirque de Troumouse (2100 m. n.p.m.). Podjazdy do każdego z tych trzech wysokogórskich celów najlepiej zacząć w miasteczku Luz-Saint-Sauveur, które jest też punktem startu do wspinaczki ku znanej z tras Tour de France stacji narciarskiej Luz-Ardiden. Dlatego zarówno w czwartek jak i piątek swój dzień zaczynałem od 19-kilometrowej podróży samochodem do Luz. Na trasę czwartego etapu wyjechałem w towarzystwie Darka, Krzyśka i Rafała. Mieliśmy zdobyć Boucharo i Troumouse. Jedynie Pedro postanowił zmierzyć się w tym dniu z Tourmalet. Nasz kolega opracował sobie dużą rundę z podjazdem na słynną przełęcz od strony zachodniej, zjazdem do Bagneres-de-Bigorre i powrotem do Argeles-Gazost przez teren pagórkowaty. Wyjechał z bazy przed dziewiątą, po czym na solo przejechał 102 kilometry z przewyższeniem 2255 metrów, w czasie netto poniżej 5 godzin. Tymczasem my do Luz dotarliśmy około dziesiątej, gdzie zatrzymaliśmy się po południowej stronie miasteczka na parkingu przeznaczonym dla gości Auberge Les Eaux Vives. Trafnie oceniliśmy, iż w dzień powszedni przed sezonem turystycznym to miejsce będzie puste do wieczora. Miejscówka była wymarzona, o krok od startu do niemal 32-kilometrowej wspinaczki pod Port de Boucharo. Największego z asfaltowych podjazdów we francuskich Pirenejach. Wzniesienia o amplitudzie blisko 1600 metrów! W tych górach większe przewyższenie można pokonać jedynie na szlaku z Ax-les-Thermes na Port d’Envalira czyli z finałem w Księstwie Andory.

Podjazd na Port de Boucharo można zacząć po obu stronach potoku Gave de Gavarnie. Wybór nie ma większego znaczenia, bowiem  drogi D921 i D12a łączą się już po 1200 metrach na XIX-wiecznym Pont Napoleon. Przez następne 18 kilometrów droga ku hiszpańskiej granicy, aż do miejscowości Gavarnie, biegnie pod szyldem D921. Potem przez kilkaset metrów trzeba skorzystać z szosy D128, zaś na sam koniec wybrać stromą i krętą D923. Przełęcz leży na styku masywów Mont Perdu i Vignemale. Drogę ku niej ukończono w roku 1969, lecz asfalt pociągnięto tylko od francuskiej strony. Poza tym w ostatnich latach wyłączono z ruchu zmechanizowanego jej dwa ostatnie kilometry, przez co autem można dziś dojechać jedynie na poziom Col des Tentes (2208 m. n.p.m.). Zastanawiałem się zatem na co warunki drogowe pozwolą nam amatorom kolarstwa. Podjazd do przełęczy Tentes czy Boucharo nigdy jeszcze nie został w pełni wykorzystany na znaczącym wyścigu kolarskim. Problem z realizacją takiej idei jest podobnej natury co w przypadku Pont d’Espagne. Końcówka tego wzniesienia leży na terenie Parku Narodowego. Co więcej w bezpośrednim pobliżu obu przełęczy znajduje się jeden z największych skarbów przyrodniczych Francji tzn. Cirque de Gavarnie. Przed ponad stu laty ochrzczony przez Victora Hugo mianem „Koloseum Natury”, zaś w roku 1997 wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. To cyrk lodowcowy o szerokości 6 kilometrów i wypiętrzeniu około półtora tysiąca metrów, którego podstawa znajduje się na wysokości 1570 metrów n.p.m. Kocioł ten zwieńczają liczne wierzchołki o wysokości ponad 3000 metrów, w tym najwyższy Pic du Marbore (3248 m. n.p.m.). Z jego skał spada najwyższy wodospad Francji czyli dwustopniowy Cascade de Gavarnie o łącznej wysokości 422 metrów. Innym dziwem natury jest położona 2807 metrów n.p.m – szeroka na 40 i głęboka na 100 metrów – przerwa w górskiej ścianie zwana La Breche de Roland. Według legendy wykuł ją mieczem Durandal wczesnośredniowieczny hrabia-rycerz Roland.

Względy środowiskowe nigdy zawiodą wyścigu tak wielkiego jak Tour de France do końca tej drogi. Niemniej nieśmiała próba w tym rejonie została uczyniona nie dalej jak przed rokiem. Trzeci etap Route du Sud 2017 zakończył się bowiem w stacji narciarskiej Les Especieres na wysokości 1830 metrów n.p.m. Dokładnie trzy kilometry przed granicą Parc National des Pyrenees. Na tym górskim odcinku nasza czwartkowy góra nr 1 została poprzedzona wschodnim podjazdem pod Tourmalet oraz wspinaczką do Refuge de Gaborisse w pobliżu stacji Luz-Ardiden. Etap ten wygrał Francuz Pierre Rolland z przewagą 42 sekund nad doborowym trio: Gianni Moscon, Richard Carapaz i Rigoberto Uran. Piąty ze stratą 55 sekund finiszował Szwajcar Sylvain Diller, który ostatecznie wygrał cały ten wyścig. Niezależnie od tego jak wysoko miała nas ostatecznie zawieść ta wspinaczka czekał nas około 30-kilometrowy podjazd z przewyższeniem znacznie większym niż na Col d’Aubisque. Z respektu dla tego dystansu i trudnej końcówki wzniesienia swą jazdę zaczęliśmy na spokojnie. Pierwsze 19 kilometrów miały być stosunkowo łatwe, bowiem między Luz-Saint-Sauveur a Gavarnie mieliśmy do pokonania tylko 700 metrów w pionie. To zaś oznacza średnie nachylenie na poziomie 3,7%. Dla odmiany ostatnie 10 kilometrów przed Col de Tentes miały trzymać całkiem ostro, bo na średnim poziomie aż 8,2%. Po sześciu kilometrach minęliśmy elektrownie wodną w Pragneres. Na jedenastym kilometrze przejechaliśmy przez dużą wieś Gedre, leżącą u ujścia Gave de Heas do Gave de Gavarnie. Powyżej niej pokonaliśmy dwa wiraże by po 12 kilometrach od startu zobaczyć początek szosy D922, która niebawem miała nas zaprowadzić do Cirque de Troumouse.

Po trzynastu kilometrach wspinaczki nasza 4-osobowa zaczęła pękać na dwa pododdziały. Darek z Rafałem mocno rozgadali się na tyłach naszego „peletonu”, nie przejawiając ochoty do żwawszej jazdy. Ja wraz z Krzyśkiem zacząłem dyktować bardziej solidne tempo i stopniowo rozstaliśmy się ze swoimi „zaspanymi” kolegami. Droga nadal wspinała się łagodnie pozostając na prawym brzegu Gave de Gavarnie. Na początku piętnastego kilometra minęliśmy głazy znane pod nazwą Chaos de Coumely. Jak wynika z aplikacji View Flybys po 17 kilometrach jazdy w końcu ożywił się Dario. Porzucił towarzystwo Rafała i w szybkim tempie zaczął odrabiać swą stratę do prowadzącej dwójki. Do Gavarnie (18,4 km) dojechałem wraz z Chrisem w niespełna 59 minut. Według stravy segment o długości 7,79 kilometra między Gedre a Gavarnie przejechaliśmy zaś w 26:35 (avs. 17,6 km/h z VAM 768 m/h). Darek w tym miejscu tracił do nas 1:15, zaś Rafa 2:45. Kolejne 800 metrów na drodze D128 były niemal płaskie. Jednak ta lekka melodia zmieniła się już na następnym wirażu. Trzeba było skręcić w lewo i wjechać na górską szosę D923. Kolejne trudne kilometry odmierzały nam drogowe tablice o wyglądzie znajomym z innych pirenejskich wzniesień. Ich oznaczenie sugerowało, że nasza wspinaczka skończy się na Col de Tentes. W połowie dwudziestego kilometra minęliśmy niewielką Cascade de Holle. Zaoszczędziwszy sporo energii na pierwszych dwóch tercjach tego podjazdu postanowiłem w końcu przyśpieszyć. Zmiana rytmu jazdy jak i nachylenia drogi nieco podcięła nogi Krzyśkowi. Zostałem sam na prowadzeniu, ale już niebawem kręcąc się po serpentynach dostrzegłem, że zawzięcie goni nas Dario. Darek wyprzedził Krzyśka i na pierwszym kilometrze stromizny zbliżył się do mnie na 40 sekund. Jednak na kolejnych trzech kilometrach ta różnica już ani drgnęła. Podjazd o równym nachyleniu 8-9% dawał nam mniej więcej równe szanse.

Niestety w połowie 23. kilometra Darka zatrzymał defekt. Tym razem pękła mu szprycha Sapim CX-Ray w przednim kole ultralekkiego Simplona. To zniweczyło wszelkie szanse mojego kolegi. Na kolejnych kilometrach musiał zrobić trzy przystanki, aby ustawić rozedrgane koło między klockami hamulca. Kosztowało go to w sumie 13 minut. Stracił kontakt ze mną i Krzyśkiem. Jakiś czas jechał wespół z Rafałem, potem nawet samotnie na końcu stawki. Ostatecznie dogonił Rafała na kilkaset metrów przed finałem i obaj dotarli na Col de Tentes ze stratą 23 minut. O szczegółach owych wydarzeń nie wiedziałem w trakcie swej jazdy. Mogłem się tylko zastanawiać czemu Dario nagle zniknął mi z pola widzenia. Dążyłem do celu podziwiając cudowne górskie pejzaże. Okolice stacji narciarskiej Les Especieres zostały opanowane przez wielkie stado owiec. Od wysokości 1900 metrów n.p.m. wkoło widać było coraz więcej śniegu. Niektóre bandy śnieżne miały całkiem imponującą wysokość. Do parkingu na Col des Tentes dojechałem w czasie 1h 49 minut i 28 sekund (avs. 15,9 km/h). Z kolei sam finałowy segment powyżej Gavarnie o długości 10,81 kilometra pokonałem w 50:33 (avs. 12,8 km/h) uzyskując VAM na poziomie 967 m/h czyli bez rewelacji. Spróbowałem pojechać jeszcze wyżej. Niestety asfaltowa droga do Port de Boucharo niemal na całej swej szerokości zasypana była zmrożonym śniegiem. Próbowałem się przeciskać dalej trawiastym poboczem, ale ostatecznie dałem za wygraną po 700 metrach takich przełajów. Wróciłem na parking, gdzie spotkałem Krzyśka. Poczekaliśmy na przyjazd Darka i Rafała. Mimo sporej wysokości warunki pogodowe były całkiem przyjemne. Zachmurzenie ledwie częściowe i temperatura 14 stopni czyli o kilka oczek więcej niż dzień wcześniej przy Pont d’Espagne. Pomimo, że wjechaliśmy przecież o ponad 700 metrów wyżej niż w środę. Można powiedzieć, że przynajmniej tego dnia aura dostosowała się do wyjątkowej okazji jaką była wizyta w tej pięknej górskiej krainie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1623624469

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1623624469

ZDJĘCIA

20180607_001

FILMY

VID_20180607_001

VID_20180607_002

VID_20180607_003

VID_20180607_004

VID_20180607_005

VID_20180607_006

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Tentes została wyłączona

Cauterets / Pont d’Espagne

Autor: admin o 11. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1496 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1006 metrów

Długość: 18,1 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 13,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Prognozy pogodowe na środę były nie lepsze niż mokra i szara rzeczywistość wtorkowa. Nie miałem więc żadnych powodów ku temu by zmienić swój wstępny plan na ten dzień trzeci. Rozsądek podpowiadał pozostanie na niskim pułapie czyli zaliczenie wzniesień nie wyrastających ponad pułap 1500 metrów n.p.m. Wspinaczki na Cauterets-Pont d’Espagne i Col de Couraduque w sam raz pasowały do tej ostrożnej koncepcji. Podjazdy na najwyższe premie górskie w okolicy Argeles-Gazost pozostały celami na czwartek i piątek. Na trasę trzeciego etapu wyjechałem o wpół do dziesiątej. Podobnie jak we wtorkowe popołudnie towarzyszyli mi tylko Krzysztof i Rafał. Dwaj nieobecni byli usprawiedliwieni. Piotr już pierwszego dnia odwiedził okolice Cauterets, więc w środę dla odmiany wybrał się do Lac d’Estaing. Wrócił szlakiem przez Col de Borderes i Arrens pokonując w sumie 45 kilometrów o przewyższeniu 1340 metrów. Z kolei Dario liczył na ważny telefon z Lourdes. Przed południem dostał cynk, iż hak tylnej przerzutki czeka już na niego w sklepie Huberta Arbesa. Po odbiorze towaru i szybkim montażu wczesnym popołudniem pojechał zdobyć pobliską Hautacam-Tramassel. Przejechał tego dnia niespełna 40 kilometrów i na górze znanej z pięciu edycji Tour de France mimo deszczu spisał się bardzo dobrze. Na poziom Hautacam wjechał w 1h 02:35 z VAM 1040 m/h. Natomiast nasz podjazd zaczynał się niespełna siedem kilometrów od bazy. Dlatego również ruszyliśmy z domu na rowerach. Jadąc na południe drogą D921 już po kwadransie byliśmy na ulicach Pierrefitte-Nestalas. Tu przed dojechaniem do mostu nad Gave du Cauterets należało skręcić w prawo. Przed nami pojawił się podjazd po szosie D920, już czterokrotnie wykorzystany na trasach Tour de France. Poza tym raz przetestowany na szlaku Vuelta a Espana.

„Wielka Pętla” po raz pierwszy zajrzała w te strony już w sezonie 1953. Zatem ledwie rok po tym jak L’Alpe d’Huez, Sestriere i Puy de Dome stały się pierwszymi górskimi finiszami w dziejach Touru. Podjazd do Cauterets był od nich znacznie skromniejszy, bowiem metę wyznaczono w miasteczku na wysokości 920 metrów n.p.m. Etap ten wygrał Bask Jesus Lorono, który na tym wyścigu zwyciężył też w klasyfikacji górskiej. Po solowym rajdzie przez Aubisque dotarł on do Cauterets z przewagą blisko sześciu minut nad grupką, którą przyprowadził triumfator TdF 1947 Francuz Jean Robic. Po raz drugi Tour przyjechał tu w roku 1989 i znów etap wygrał kolarz baskijski. Tym razem najszybciej finiszował pochodzący z Nawarry Miguel Indurain, dla którego było to pierwsze z dwunastu etapowych zwycięstw na trasach TdF. Przy tej okazji finisz wyznaczono już w górskiej stacji Cambasque na wysokości 1320 metrów n.p.m. W sezonie 1995 miało być inaczej. Tym razem organizatorzy zaplanowali bowiem finisz w pobliżu Pont d’Espagne, lecz protesty ekologów zmusiły ich do wycofania się z tego pomysłu na trzy miesiące przed startem Touru. Na dojeździe do linii mety jak dziecko ze zwycięstwa cieszył się Francuz Richard Virenque, choć kolarski świat pogrążył się już w żałobie. Kolarz Festiny ponoć nie zdawał sobie sprawy z tego, iż na zjeździe z Portet d’Aspet (pierwszej z sześciu premii górskich) śmierć poniósł Włoch Fabio Casartelli z ekipy Motorola. Hiszpańska Vuelta też odwiedziła Cambasque, w roku 2003 na etapie z Hueski. Wygrał go Duńczyk Michael Rasmussen, który o niespełna minutę wyprzedził Kolumbijczyka Felixa Cardenasa i Hiszpana Manuela Beltrana. Jednak dla polskich kibiców kolarstwa najważniejsze są wydarzenia z lipca 2015 roku. Jedenasty etap 102. edycji TdF prowadził z Pau do Cauterets (z finiszem znów na poziomie miasteczka) przez przełęcze Aspin i Tourmalet. Po wspaniałym niemal 50-kilometrowym solowym rajdzie triumfował Rafał Majka, który równo o minutę wyprzedził Irlandczyka Daniela Martina oraz o 1:23 Niemca Emanuela Buchmanna.

Nas w to miejsce nie zwabił bynajmniej ledwie 10-kilometrowy dojazd do Cauterets. Stacja Cambasque z końcem podjazdu na wysokości 1358 metrów n.p.m. byłaby już lepszą przynętą. Tym niemniej największym wyzwaniem w tej okolicy jest wjazd przez Val de Jeret do schroniska stojącego przy kamiennym moście Pont d’Espagne. W to miejsce wyścigi kolarskie raczej nigdy nie dotrą, gdyż w przeciwieństwie do Cambasque finał tej doliny znajduje się na terenie utworzonego w 1967 roku Parc National de Pyrenees. Pierwsza połowa tej wspinaczki jest łagodna. Na dojeździe do centrum Cauterets średnie nachylenie wynosi tylko 4,2%. Podjazd biegnie wzdłuż wspomnianego już Gave de Cauterets, przy czym na początku czwartego kilometra droga przeskakuje z lewego na prawy brzeg owego potoku. Jedyny trudniejszy fragment w tej części wzniesienia to odcinek kilkuset metrów na początku siódmego kilometra. Tu pośród efektownych serpentyn nachylenie sięga nawet 11%. Podjazd zacząłem dość mocno, więc już po pierwszym kilometrze do towarzystwa został mi tylko Chris. Rafa od początku jechał swoje i do Cauterets dotarł ze stratą ponad trzech minut. Według stravy dolny segment o długości 9,83 kilometra pokonaliśmy w 32:22 (avs. 18,2 km/h z VAM 766 m/h), zaś Rafał wykręcił na nim czas 35:57. W miasteczku wróciliśmy na lewy brzeg potoku uparcie trzymając się drogi D920. Jakieś 800 metrów za centrum miejscowości minęliśmy szosę skręcającą w prawo ku stacji Cambasque. Następnie w połowie dwunastego kilometra pojechaliśmy prosto, pomimo robót drogowych na naszym szlaku. Jak wynika z aplikacji Flyby Rafał początkowo poszedł w nasze ślady, ale następnie zawrócił by po moście Pont de la Russe przejechać na prawy brzeg rzeczki. To oczywiście kosztowało go nieco czasu. Tymczasem my w połowie trzynastego kilometra dojechaliśmy już do turystycznej osady L’Arraillere, gdzie naszym oczom okazały się pierwsze wodne kaskady, z których słyną te okolice. Następnie pokonaliśmy most nad potokiem Gave du Marcadau i minęliśmy okazały budynek Thermes des Griffons.

Wjeżdżając w widełki potoków Cauterets i Marcadau rozpoczęliśmy najtrudniejszą fazę całej wspinaczki. To znaczy 4,5 kilometra o średnim nachyleniu 8,8% i maximum ponad 13%. Tu już każdy radził sobie na miarę możliwości. Krzyśka przytrzymały nadmiarowe kilogramy. Jak sam przyznał przywiózł ich tu 85. Ja miałem ich o 5-7 mniej od kolegi. Finałowy odcinek wiódł nas prawym brzegiem Gave du Marcadau, w czterech miejscach wijąc się po serpentynach. Górskie powietrze było tu przesiąknięte wilgocią. W dole szumiał górski potok, na górskich zboczach huczały mini-wodospady i do tego wszystkiego deszcz lał soczyście. Wspinaliśmy się zatem pod prąd cieknących szosą strumieni. Mimo to z tym trudnym odcinkiem uwinąłem się dość sprawnie. Segment o długości 4,58 km pokonałem w 21:39 (avs. 12,7 km/h z VAM 1057 m/h). Wynik Rafała to 28:32. Jakiś kilometr przed finałem droga wypłaszczyła się. Teraz trzeba było przejechać przez wielki Parking du Puntas. Na jego końcu należało przemknąć po lewej stronie budynku (mimo zakazu). Potem nie zważając na zdziwione oblicza spacerowiczów trzeba było pokonać ostatnie 400 metrów dzielące nas od schroniska. Na nasze szczęście było otwarte. Dzięki temu mogliśmy schować się przed ulewą i chłodem (temperatura tylko 8 stopni), zamówić coś ciepłego do picia i w spokoju poczekać na Rafała. Ten zjawił się po około kwadransie i z rozpędu objechał budynek schroniska, jakby miał zamiar dojechać do kresu szosy przy Chalet de Clot (1520 m. n.p.m.). Jednak po chwili ku nam zawrócił. Na górze spędziliśmy razem dobre pół godziny. Na pierwszych kilometrach zjazdu ponownie zlał nas deszcz. Na mokrym Rafał uciekł do przodu. Ja z Krzyśkiem spokojniej odmierzaliśmy kilometry dzielące nas od Argeles-Gazost. Zrobiliśmy sobie przystanek pod Carrefour poniżej Cauterets. Natomiast przez Pierrefitte-Nestalas przebyliśmy się inną niż uprzednio, bardziej okrężną trasą. Po dotarciu do bazy na liczniku miałem 50,5 kilometra i niestety na tym skończyła się moja zabawa. Na więcej nie pozwoliła pogoda. Wypad na Col de Couraduque odłożyłem na sobotnie przedpołudnie.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1620678438

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1620678438

ZDJĘCIA

20180606_001

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Cauterets / Pont d’Espagne została wyłączona

Col de Borderes + Lac d’Estaing

Autor: admin o 9. grudnia 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1156 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 726 metrów

Długość: 14,5 kilometra

Średnie nachylenie: 5,0 %

Maksymalne nachylenie: 13,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po powrocie z Col d’Aubisque popołudnie było jeszcze młode. Dlatego wciąż była szansa zadośćuczynić ukształtowanej latami tradycji i zaliczyć dwie solidne góry między świtem a zmierzchem. Przesadą byłoby stwierdzić, że w kolejnych godzinach pogoda uległa znaczącej poprawie. Zachmurzenie wciąż było całkowite. Jedynie intensywność opadów podlegała wahaniom. Darek założył nową tylną przerzutkę, jako tako ustawił ją pomimo skrzywionego haku i tuż przed szesnastą podjął śmiałą decyzję zaliczenia Aubisque wbrew nieprzychylnej aurze. Skoro Dario w tych warunkach porwał się na długi i wysoki podjazd to nam nie wypadało siedzieć w domu. Uznałem, że możemy pojechać przynajmniej na stosunkowo niską Col des Borderes i przy okazji zobaczyć też położone na podobnej wysokości Lac d’Estaing. Zarówno przełęcz jak i górskie jezioro leżą na wysokości około 1160 metrów n.p.m. Dlatego nawet przy kiepskiej pogodzie wycieczka ku tym celom była relatywnie bezpieczna. Co najwyżej można było tylko po raz kolejny zmoknąć. Do „mokrej roboty” namówiłem Krzyśka i Rafała. Piotr musiał się zająć leczeniem swej rany oparzeniowej. Wyruszyliśmy kilka minut przed siedemnastą, w tym samym kierunku co z rana. Mieszkaliśmy ledwie 300 metrów od ronda, przy którym zaczyna się wschodnia wspinaczka na Col d’Aubisque. Col de Borderes mieliśmy zdobyć tym samym szlakiem co przeszło siedem tygodni później zawodowcy na 19 etapie tegorocznego Tour de France. To zaś oznaczało, iż po znajomych nam już drogach D101 i D918 przejedziemy najpierw początkowe 600 metrów do rynku w centrum Argeles-Gazost i następne trzy kilometry do wioski Arras-en-Lavedan. Pokonaliśmy ten cały odcinek o kilkadziesiąt sekund szybciej niż przed południem. Ja pierwsze 3,7 kilometra przejechałem w 16:21 (avs. 13,7 km/h i VAM 921 m/h), zaś Rafał wykręcił tu czas 16:44.

Dojechawszy do Arras-en-Lavedan musieliśmy zjechać z drogi D918 w lewo na szosę D103. Tu czekał nas zjazd o długości 1,4 kilometra, prowadzący początkowo po wąskich uliczkach wspomnianej wioski. Na tym odcinku straciliśmy 70 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Ponieważ znowu się rozpadało odpuściłem kolegów na owym zjeździe. Następnie szybko do nich dojechałem w połowie szóstego kilometra, gdy szosa znów zaczęła się wznosić. Po sześciu kilometrach przejechaliśmy nad górskim potokiem Le Gave d’Azun. Na początku ósmego kilometra zacząłem odjeżdżać swym kompanom. Południowo-wschodni podjazd pod Borderes jest dość nierówny. Średnie nachylenie tego wzniesienia nie rzuca na kolana, ale są strome niespodzianki. Pierwszą z nich napotkałem pod koniec ósmego kilometra, gdzie chwilowa stromizna przekroczyła 13%. Jednak na kolejnych czterech kilometrach nachylenie oscylowało na poziomie 5-6%, zaś niekiedy spadało do 3%. Tym samym na dojeździe do wioski Estaing momentami mogłem przekroczyć magiczną na podjazdach prędkość 20 km/h. Dojechawszy do centrum tej miejscowości trzeba było jednak skręcić w prawo i wjechać na prowadzącą ku przełęczy drogę D603. Od owego zakrętu do Borderes brakowało nam jeszcze 2,6 kilometra, z czego półtora na wysokim poziomie od 8 do 12%. Ostatni kilometr był już znacznie łatwiejszy. Na przełęcz dotarłem w około 56 minut. Według stravy odcinek 7,64 kilometra między wspomnianym potokiem a końcówką stromego odcinka tuż przed przełęczą przejechałem w 30:37 (avs. 15,0 km/h z VAM 945 m/h). Rafa uzyskał tu czas 35:22, więc wnioskuję że na swych kolegów czekałem niespełna 5 minut.

Tour de France w 2018 roku dopiero po raz pierwszy wjechał na Col des Borderes własnie od tej właśnie strony. Nasza wtorkowa przełęcz była pierwszym z trzech stopni podczas robionego na raty podjazdu na Aubisque. Na czele była tu jeszcze dość liczna ucieczka z Romainem Bardet, Mikelem Landą, Ilnurem Zakarinem i naszym Rafałem Majką. Niemniej grupa faworytów za sprawą Roberta Gesinka pracującego na rzecz Primoza Roglicia zaczęła szybko odrabiać straty. Na premii górskiej pierwszy zameldował się zaś Estończyk Tanel Kangert. Jakieś trzy dekady przed nim jako pierwsi na Borderes meldowali się Holender Teun Van Vliet i Bask z Nawarry Miguel Indurain. Niemniej etapy TdF z lat 1987 i 1989 kończyły się w stacjach Luz-Ardiden oraz Cauterets-Cambasque, co oznacza iż pod Borderes wspinano się wówczas znacznie krócej, bo od przeciwnej strony z wioski Arrens tuż po zjazdach z Aubisque i Soulor. Nasz podjazd w ostatnich latach przetestowano jedynie na czwartym etapie Route du Sud 2016. Odcinek ten prowadził z Saint-Gaudens przez Tourmalet i Borderes ku mecie na Col du Couraduque. Wygrał go utalentowany Hiszpan Marc Soler z drużyny Movistar. Nam nie w głowach było oglądanie łatwiejszej strony Borderes. Zgodnie z planem zawróciliśmy do Estaing by stamtąd dojechać do wspomnianego już jeziora. Przejechaliśmy zatem jeszcze 5,5 kilometra do kresu szosy na zachodnim skraju Lac d’Estaing. Jeziorka o skromnej powierzchni 8,6 hektara. Dodaliśmy sobie około 180 metrów przewyższenia. Niemniej myli się ten, kto uzna iż były to łagodne kilometry o stałym nachyleniu 3-4%. Nachylenie było nieregularne. Nie brakowało ścianek sięgających 9%. Oczywiście trafiały się i łatwiejsze odcinki, w tym zupełnie płaskie finałowe 1300 metrów wzdłuż brzegów jeziora.

Dotarliśmy tam już po godzinie 18:30. Mimo to było nieco cieplej niż w samo południe na Aubisque. Licznik pokazał mi 12 stopni. Do bazy wróciliśmy już najkrótszą drogą. Tym samym choć nasz dojazd do Lac d’Estaing liczył 22,6 kilometra, to powrót liczył sobie już tylko 17,7. Pogoda do końca nas nie oszczędzała. Na zjeździe znów złapał nas deszcz. Poza tym nie cały czas mieliśmy z górki. Na dojeździe do Arras-en-Lavedan trzeba się było uporać się z krótkim podjazdem, którego maksymalne nachylenie sięgało 10%. Do bazy zjechałem jako ostatni z naszej trójki około godziny 19:40. W naszym apartamencie wciąż brakowało Darka. Zameldował się blisko godzinę później. Czemu wjazd na Aubisque i droga powrotna do Argeles-Gazost zabrały naszemu koledze aż 4 godziny i 40 minut? Wyjaśnienie okazało się wielce oryginalne. W każdym razie tego jeszcze na organizowanych przez mnie wyprawach nie grano. Dario przyznał, że po kilku kilometrach wspinaczki na wysokości wspominanego już po wielokroć Arras-en-Lavedan dopadł go intensywny deszcz. Postanowił zatem przeczekać gorsze chwile na przystanku autobusowym. Gdy tak sobie siedział, znużony opadami zasnął i w krainie Morfeusza spędził dobrą godzinę. Po przebudzeniu ruszył w dalszą drogę. Segment pod Solour pokonał całkiem żwawo w 34:50. Finał pod Aubisque już spokojniej uzyskując na nim czas 28:11. Ostatecznie na przełęcz dotarł tuż przed godziną 19:30, co w pełni tłumaczyło późny zjazd do naszej bazy.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1619389430

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1619389430

ZDJĘCIA

20180605_011

FILMY

VID_20180605_02

VID_20180605_03

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col de Borderes + Lac d’Estaing została wyłączona