banner daniela marszałka

Archiwum dla Luty, 2019

Passo di Campogrosso

Autor: admin o 26. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1458 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1012 metrów

Długość: 11,5 kilometra

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 14,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Człowiek uczy się całe życie. W przypadku górskich dróg, które przejeżdżam latem ciekawych rzeczy dowiaduje się tak w fazie projektowania planu podróży, w trakcie kolejnych dni wyprawy, a niekiedy i post factum. To znaczy na etapie zbierania danych do swej zimowej pracy domowej polegającej na próbie przelania do „sieci” informacji o rozmaitych zdarzeniach, osobistych wrażeniach jak i ciekawostkach związanych z odwiedzanymi miejscami. Tak było chociażby w przypadku górskiego łącznika pomiędzy przełęczami Fugazze i Campogrosso. Jak już wcześniej napisałem postanowiłem przejechać z jednej do drugiej po Strada del Re. Poniekąd dlatego, że chciałem przy tej okazji odwiedzić Ossario del Pasubio. Jak już wiadomo nasza próba przedarcia się do Campogrosso szlakiem wzdłuż wschodnich zboczy pasma Sengio Alto zakończyła się w okolicy Ponte Avis, mostu któremu nadano nazwę na cześć Włoskiej Organizacji Honorowych Dawców Krwi. Wiedziałem, że trasę z Fugazze do Campogrosso można też pokonać po trydenckiej stronie regionalnej granicy. Niemniej wydawało mi się, że jest ona znacznie dłuższa i przez to dla nas mniej praktyczna. Otóż nic bardziej mylnego. Okazuje się, że wjechawszy na Pian delle Fugazze (od strony Valli del Pasubio) wystarczyło pojechać jeszcze sto metrów prosto szosą SP46 i skręcić w lewo tuż za budynkiem Albergo al Passo di Costa (my zrobiliśmy to przed nim). Wjechalibyśmy wówczas na drogę SP219, zaś po dalszych 500 metrach musielibyśmy odbić jeszcze bardziej w lewo na węższą i co ważne zamkniętą dla ruchu samochodowego dróżkę o poetyckiej nazwie „Strada delle Sette Fontane”. Po przejechaniu ledwie 5,1 kilometra na spokojnej i chyba lepszej jakościowo drodze Siedmiu Fontann wjechalibyśmy na Passo di Campogrosso od północnej strony. Gdyby wczesnym popołudniem 6 sierpnia 2018 roku w tej górskiej okolicy było słonecznie to dziś pewnie żałowałbym, iż tak nie zrobiliśmy.

Niemniej w obliczu tego co spotkało nas w drodze powrotnej z Ponte Avis stwierdzić mogę, iż nadmiar wiedzy mógł nam tego dnia przysporzyć kłopotów. Gdybym bowiem wiedział, iż trydencki łącznik liczy sobie niespełna 6 kilometrów i tym właśnie szlakiem poprowadził swych kolegów na Campogrosso, to pewnie na niej zastała by nas ulewa, która około godziny wpół do drugiej nawiedziła Małe Dolomity. Musielibyśmy się schronić na dłużej w tamtejszym schronisku. Potem mielibyśmy zaś zagwozdkę: zjeżdżać do samochodu zostawionego w Valli del Pasubio czy zgodnie z wcześniejszym planem ruszyć w dół do Recoaro Terme, by za jednym „zamachem” zdobyć ową przełęcz z obu stron. Stało się inaczej i przynajmniej nie mieliśmy podobnych dylematów. Przy moście spędziłem wraz z Darkiem, a potem i Tomkiem około 20 minut. Już na początku zjazdu złapał nas deszcz, który szybko zaczął się nasilać. Pomimo deszczu Tommy zdecydował się czym prędzej zjechać do Valli del Pasubio. Dario dotarł na poziom Pian de Fugazze, gdzie mokry i wychłodzony zatrzymał się by przeczekać opady na zapleczu wspomnianego Albergo al Passo. Ja poruszałem się wolniej, jak zwykle robiąc co jakiś czas zdjęcia na potrzeby niniejszego pamiętnika. Dlatego też ulewa dopadła mnie na wysokości skrętu do Ossario del Pasubio. Tym samym zrezygnowałem ze zwiedzania tego miejsca pamięci. Po kolejnych kilkuset metrach dotarłem do Malga Cornetto i w tej gospodzie postanowiłem schować się przed nawałnicą. Tam pomiędzy jedną herbatą i drugą kawą, a może i pitną czekoladą spędziłem blisko półtorej godziny. Dopiero gdy około godziny trzeciej deszcz nieco zelżał wróciłem na szosę i dotarłem do Fugazze, gdzie ku swemu zdziwieniu spotkałem Darka. Spędziliśmy na tej przełęczy kolejne 25 minut czekając aż zupełnie przestanie padać i słońce nieco osuszy drogę. Ponieważ na pozostałych 11 kilometrach zjazdu nie zaniechałem fotografowania to do samochodu ostatecznie dotarłem kilka minut po szesnastej. Tym sposobem na niepozornej Fugazze spędziłem więcej czasu niż na wielkiej Monte Toraro.

Zrobiło się dość późno, a mieliśmy wszak jeszcze jedną górę do zdobycia. Trzeba było zatem jak najszybciej przenieść się do podnóża drugiego z poniedziałkowych wzniesień. Zdecydowanie najkrótszą drogą z Valli del Pasubio do Recoaro Terme był szlak przez Passo Xon (668 m. n.p.m.). Przełęcz bardzo skromną jak na alpejskie standardy. Rzecz można, że to przeprawa na miarę naszego beskidzkiego Przegibka. Musieliśmy przejechać samochodem 11-kilometrowy odcinek po drodze SP246. Najpierw prawie 7 kilometrów niezbyt ciekawego, zalesionego podjazdu. Potem niespełna 4 kilometry technicznego zjazdu z ładnymi widokami. Po południowej stronie Xon można by się zatem fajnie pobawić gdybyśmy tylko wdrapali się tu na rowerach. Po zjechaniu do Recoaro zaczęło się rozglądanie za miejscem do porzucenia auta na najbliższe dwie godziny. Nasze poszukiwania zakończyliśmy na podwórku przy via Giara, jakieś 700 metrów na zachód od centrum uzdrowiska. Na dobrą sprawę wjechaliśmy na pierwszy kilometr czekającego nas wkrótce podjazdu. Recoaro (dziś liczące niespełna 6300 mieszkańców) zostało założone w XIII wieku przez osadników germańskich. Również w późniejszym czasie Niemcy bywali tu gośćmi, acz niekoniecznie mile widzianymi. W roku 1881 roku zawitał tu pisarz i filozof Friedrich Nitzsche, zaś przeszło sześć dekad później swą siedzibę miały tu wojska Wehrmachtu pod dowództwem feldmarszałka Alberta Kesselringa. Miasto znane jest przede wszystkim ze swych wód mineralnych, których właściwości odkryto już w roku 1689. Obecnie są one wykorzystywane tak do celów medycznych (hydroterapia) jak i spożywczych (woda oligoceńska pod marką Lora). Giro d’Italia tylko raz finiszowało w Recoaro Terme i to dawno. Zakończył się tu piętnasty etap Giro z roku 1938 poprowadzony przez przełęcze Rolle i Fugazze. Wygrał go Giovanni Valetti z przewagą 1:46 nad Ezio Cecchim i 3:11 nad Settimio Simoninim. Valetti triumfował wówczas w całym wyścigu Dookoła Włoch, pod nieobecność Gino Bartalego, któremu faszystowskie władze „zleciły” zwycięstwo w Tour de France.

Passo di Campogrosso czyli przełęcz będąca naszym celem jest położona na terenie Piccole Dolomiti, w górach które swą nazwę zawdzięczają fizycznemu podobieństwu do prawdziwych Dolomitów, tych z pogranicza prowincji: Bolzano, Trento i Belluno. Na terenie Małych Dolimitów rozdziela ona górską grupę Carrega (max. 2259 m. n.p.m.) od wspominanego już sub-pasma Sengio Alto (max. 1899 m. n.p.m.). Podobnie jak Fugazze ta górska przeprawa jeszcze przed stu laty była przełęczą graniczną między Cesarstwem Austro-Węgier a Królestwem Włoch. Co ciekawe również w dawniejszych czasach oddzielała ona żywioł germański od romańskiego, bowiem do początków wieku XIX biegła tędy granica między Świętym Cesarstwem Rzymskim Narodu Niemieckiego a Republiką Wenecką. Wspinaczka z Recoaro na Campogrosso należy do najtrudniejszych w zachodniej części gór Prealpi Venete. O ile na podjeździe pod Pian delle Fugazze trzeba było się uporać z 7-kilometrowym segmentem o średniej stromiźnie 9%, to na tym wzniesieniu równie wysokie nachylenie miało nas trzymać przez ponad 10 kilometrów. Wiedząc jak trudna czeka nas przeprawa postanowiłem pokonać ją bardziej głową niż sercem. Świeżo w pamięci miałem swoje problemy na wcześniejszych drugich podjazdach (Foza & Verenetta). Co prawda Fugazze nie było równie wyczerpujące jak Valmaron, a tym bardziej Toraro i dodatkowo po deszczu temperatura była przyjemniejsza niż niedzielne popołudnie to mimo to wolałem nie forsować się przesadnie. Poniekąd i dlatego by zaoszczędzić siły na królewski etap wtorkowy, w ramach którego cała nasza siódemka miała wjechać na Monte Grappę zarówno od strony południowej jak i północnej. A zatem na Campogrosso nie zamierzałem się ścigać z Darkiem. Wołałem pojechać z pewną rezerwą, ot tak na 90% swych ówczesnych możliwości. Spróbowałem za to namówić Tomka do wspólnej jazdy. Aby to się udało ja nieco spuściłem z tonu, zaś mój młodszy kolega po raz pierwszy na tej wyprawie musiał przekroczyć swoją granicę komfortu.

Na start trzeba było się cofnąć kilkaset metrów, do ronda nieopodal miejscowego ratusza. W tym samym miejscu można też zacząć podjazd do Rifugio Battisti alla Gazza (1256 m. n.p.m.) o długości 10,8 kilometra przy średniej 7,5%. Obie wspinaczki na dwóch pierwszych kilometrach biegną równoległymi drogami po przeciwnych stronach potoku Agno. Przy czym prowadząca na Campogrosso szosa SP99 przemierza teren na jego brzegu lewym. Wystartowaliśmy razem o godzinie 17:12. Niemniej już po kilkuset metrach Darek zdał sobie sprawę, iż ma za mało powietrza w kołach, więc zjechał z trasy do naszego „boksu” dobić ciśnienie do pożądanej wartości. Tamże „dopadł” go właściciel posesji i grzecznie poprosił o nieznaczne przestawienie naszego samochodu. Ponieważ Dario na tym stromym podjeździe chciał się sprawdzić to po powrocie na drogę SP99 ponownie zjechał do ronda, by zacząć tą wspinaczkę od nowa. Gdy nasz kolega ruszał do boju z około 9-minutową stratą, my zaczynaliśmy trzeci kilometr tego wzniesienia. Już wcześniej na wysokości osady Giorgetti musieliśmy pokonać pierwszą ściankę czyli fragment z nachyleniem do 11,7%. Wkrótce tego rodzaju wskazania licznika miały stać się normą. Od połowy trzeciego do końca szóstego kilometra średnia stromizna wynosiła aż 10,1%. Przy tym ani razu nie spadła poniżej 7%, zaś na początku czwartego kilometra przekroczyła nawet 14%. W połowie czwartego kilometra przejechaliśmy przez wioskę Merendaore, w której naszą uwagę przykuł okrągły kościółek z bardzo oryginalnym dachem. Pod koniec piątego kilometra szosa znów obrała kierunek zachodni, ale nachylenie pozostało bez zmian. Okazja do złapania głębszego oddechu pojawiła się dopiero około półmetka podjazdu na wysokości Locanda Mezzo Cason (951 m. n.p.m.). Jednak po trzystu metrach płaskiego terenu góra odżyła i niemal od razu przetestowała nas na przeszło 500-metrowym odcinku o średnim nachyleniu 11%. Starałem się jechać solidnym tempem, acz miałem baczenie na poczynania Tomka. Ten trzymał się dzielnie. Owszem momentami tracił nieco dystansu, ale gdy nieco zwalniałem potrafił ponownie złapać kontakt.

Segment o długości 5,32 kilometra na dojeździe do Mezzo Cason pokonaliśmy w 30:32 (avs. 10,5 km/h z VAM 940 m/h). Na dolnej połowie podjazdu Darek był od nas o trzy minuty szybszy. Kolejnym miejscem do chwili relaksu był przejazd przez okolice Rifugio Piccole Dolimiti alla Guardia (1136 m. n.p.m.) na początku dziewiątego kilometra. Tu co prawda nie było zupełnie płasko, lecz przynajmniej nachylenie spadło do 6%. Do tego momentu Dario zdołał już odrobić 4:15. Po czterystu metrach względnego luzu góra znów postawiła nam twarde warunki. Najpierw trzeba było pokonać 1300 metrów o średniej stromiźnie 10,8%, zaś potem już niejako na dobicie kolejne 1500 metrów o średniej 9,5%. Po drodze w drugiej części dziewiątego kilometra pokonaliśmy najbardziej kręty odcinek tego wzniesienia, zaś na początku jedenastego przejechaliśmy przez dwa krótkie tunele wykute w zboczu Cima Campogrosso (1503 m. n.p.m.). Prawdziwa wspinaczka skończyła się zaś na styku naszej SP99 z południowym krańcem „Strada del Re”. Z tego miejsca do Rifugio Campogrosso brakowało już tylko 150 metrów, zaś do końca podjazdu niespełna pół kilometra. Przy czym 300-metrowy odcinek za wspomnianym schroniskiem był już prawie płaski. Zatrzymaliśmy się przy tablicach z widokiem na pastwisko. Darek nadjechał po około dwóch minutach. Według stravy przejechaliśmy segment o długości 10,91 kilometra w czasie 1h 04:46 (avs. 10,1 km/h z VAM 920 m/h), zaś Dario wdrapał się na przełęcz w równe 58 minut (avs. 11,3 km/h z VAM 1028 m/h). Zapewne dwie-trzy minuty zdołałbym urwać z naszego wspólnego czasu, ale z pewnością tego dnia na tej górze nie dotrzymałbym tempa Darkowi. Zaoszczędziłem nieco energii na Monte Grappę. Przy okazji pomogłem Tomkowi przełamać się psychicznie. Przekonał się, iż jest w nieco lepszej formie niż myślał. Do Recoaro Terme zjechałem kwadrans po siódmej. Zdążyliśmy jeszcze zrobić zakupy w małym sklepie spożywczym. Po czym nie chcąc wracać do Borso del Grappa „na głodnego” poszliśmy na pizzę do Ristorante da Geremia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1754661193

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1754661193

ZDJĘCIA

20180806_046

FILMY

VID_20180806_183148

VID_20180806_184540

VID_20180806_190620

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Passo di Campogrosso została wyłączona

Pian delle Fugazze / Ponte Avis

Autor: admin o 22. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1361 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1013 metrów

Długość: 14,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 13,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W programie naszej weneckiej wyprawy dwa najdłuższe i zarazem najtrudniejsze etapy wypadły blisko siebie. Na niedzielnym drugim odcinku z podjazdami pod Monte Toraro i Rifugio Verenetta przejechaliśmy niemal 98 kilometrów z łączną amplitudą wzniesień powyżej 2900 metrów. We wtorek na etapie czwartym wytyczonym na zboczach Monte Grappy tak dystansu jak i przewyższeń miało być jeszcze więcej. Dlatego by w poniedziałek złapać nieco oddechu na trasę trzeciego etapu wybrałem podjazdy krótsze i mniejsze. Miało być ulgowo, ale bynajmniej nie łatwo. W planach miałem dwie dość trudne wspinaczki w północno-zachodniej części prowincji Vicenza. Przeszło 11-kilometrowy wjazd z miejscowości Valli del Pasubio na Pian delle Fugazze oraz ponad 12-kilometrowy z uzdrowiska Recoaro Terme na Passo di Campogrosso. Zdaniem niektórych moich źródeł ten pierwszy podjazd można było sobie przedłużyć za sprawą 6-kilometrowej dróżki o nazwie „Strada del Re” łączącej obie przełęcze wzdłuż wschodnich zboczy górskiego pasma Sengio Alto. Gdyby to się potwierdziło moglibyśmy wjechać na Campogrosso od dwóch stron w ramach jednego niespełna 60-kilometrowego wypadu. Dzięki temu nie tracilibyśmy czasu na samochodowy transfer między podnóżami obu wzniesień. Jednak o tym czy będzie to możliwe mieliśmy się przekonać już na miejscu. W każdym razie byliśmy przygotowani na konieczność pokonania w pionie od 1800 do 2100 metrów. Nasi czterej koledzy z Team Renault mieli na ten dzień zupełnie inne plany. Pojechali na wschód do Valdobbiadene. Wokół tego miasta Adam, Artur i Romek zrobili około 90-kilometrową rundę z dwoma podjazdami: północnym na Passo di San Boldo (706 m. n.p.m.) i wschodnim do Malga Budui (1213 m. n.p.m.). Pedro poprzestał zaś na przejechaniu 72 kilometrów, bez drugiej znacznie trudniejszej wspinaczki.

Dojazd z Borso del Grappa do Valli del Pasubio był o kilka kilometrów dłuższy od niedzielnego transferu. W dużej mierze wiódł trasą poznaną dzień wcześniej. Dopiero po dojechaniu do Thiene zamiast skręcać na północ trzeba było nadal trzymać kurs zachodni. Należało przejechać przez Schio, w którym na Giro d’Italia 1998 wspaniały triumf święcili kolarze grupy Asics. Trzynasty odcinek 81. Giro wygrał tu specjalista od kolarskich klasyków Michele Bartoli, zaś jego kolega z drużyny Andrea Noe’ finiszując czwarty objął prowadzenie w  wyścigu. Co więcej po owym etapie drużyna sponsorowana przez japońskiego producenta odzieży sportowej miała w swym posiadaniu trzy najważniejsze koszulki tej imprezy. Noe’ prowadził w „generalce”, Bartoli w klasyfikacji punktowej, zaś młody Paolo Bettini był liderem górskiej. Po dotarciu do Valli del Pasubio wjechaliśmy w boczne uliczki miasteczka i zatrzymaliśmy się przy Via Monsignor Pietro Bicego. Nieopodal miejscowego boiska oraz szkoły podstawowej z gimnazjum. Czekał nas podjazd stosunkowo krótki, acz wymagający. Po stosunkowo łatwym wstępie mieliśmy mieć całkiem twardy orzech do zgryzienia. Pierwsze 3,7 kilometra wschodniego podjazdu pod Pian delle Fugazze to łagodny odcinek o przeciętnym nachyleniu 4,3%. Niemniej na kolejnych 7 kilometrach średnia stromizna wynosi aż 9%. Odpocząć można dopiero na ostatnich 600 metrach, gdzie wraca teren „falsopiano” o nachyleniu ledwie 3,7%. Ogółem to pokonania w pionie jest tu 820 metrów. Przynajmniej w wersji podstawowej, bowiem my liczyliśmy na to, iż dodamy sobie 300 metrów przewyższenia na królewskim szlaku do przełęczy Campogrosso. Warto przy tym zauważyć, iż zupełnie inaczej wygląda zachodni (trydencki) podjazd na Fugazze. Zaczyna się on w mieście Rovereto, z którego dwa lata wcześniej wspinaliśmy się na Monte Zugna. Jest długi, lecz ogólnie łagodny. Ma długość aż 25,8 kilometra przy średniej tylko 3,8%. Trzeba na nim pokonać przewyższenie netto 966 metrów, choć wszystkich wzniesień jest tak naprawdę 1140 metrów.

Passo delle Fugazze leży pomiędzy masywem Pasubio (na północy) i pasmem znanym jako Piccole Dolomiti (na południu). Z obu stron prowadzi ku niej droga regionalna SP46 biegnąca po antycznym szlaku Via Regia. Wenecki podjazd biegnie przez Val Leogra, zaś trydencki przemierza dolinę Vallarsa. Przed stu laty była to przełęcz graniczna między Cesarstwem Austro-Węgier a Królewstem Włoch. Dawna granica państwowa, zaś dziś regionalna między Trentino a Veneto znajduje się pół kilometra na wschód od tej górskiej przeprawy. Sama przełęcz leży więc już w granicach Trydentu. Peleton Giro d’Italia jak dotąd wspinał się na nią ośmiokrotnie, po cztery razy z każdej strony. Po raz pierwszy już w 1936 roku na etapie 17a z Legnago do Riva del Garda kiedy wykorzystano „nasz” wschodni podjazd. Wówczas pierwszy na górze był Severino Canavesi, lecz na mecie triumfował Giuseppe Olmo. Przy kolejnych trzech okazjach w latach 1938, 1940 i 1950 wspinano się od zachodu. Co ciekawe za każdym razem zwycięzca tej premii górskiej wygrywał też dany etap. Tak uczynili kolejno: Giovanni Valetti na szlaku do Recoaro Terme, Gino Bartali na drodze do Werony i Szwajcar Hugo Koblet zwycięski w Vicenzy. Drugim zdobywcą wschodniego Fugazze w roku 1958 stał się Luksemburczyk Charly Gaul. Niemniej etap do Rovereto wygrał Belg Rik Van Looy. Na początku lat 70. przejechano przez tą przełęcz najpierw od zachodu, a następnie od wschodu. Podczas edycji z sezonu 1971 pierwszy na tą górę wjechał Hiszpan Jose-Manuel Fuente, zaś rok później najszybciej zameldował się na niej Silvano Schiavon. Tym niemniej oba etapy padły łupem Belgów. Najpierw w adriatyckiej Sottomarina wygrał Patrick Sercu, zaś 12 miesięcy później w Arco triumfował Roger De Vlaeminck. Ostatnia wizyta „La Corsa Rosa” w tych stronach to już rok 2007 i odcinek z Treviso do Terme di Comano. Premię górską na wjeździe do rodzinnego Trentino wygrał tu Gilberto Simoni, lecz z sukcesu etapowego cieszył się potem Bask Iban Mayo.

Co ciekawe na niespełna dwa miesiące przed naszym przyjazdem ta stara kolarska góra odżyła za sprawą wyścigu wskrzeszonego z myślą o młodzieży. Wschodnia droga pod Passo delle Fugazze była bowiem finałowym podjazdem siódmego odcinka młodzieżowego Giro d’Italia (dla zawodników do lat 23). Etap ten wygrał Walijczyk Stephen Williams, dziś będący już kolarzem ekipy Bahrain-Merida. Drugie miejsce zajął tu Rosjanin Aleksandr Własow, który dwa dni później wygrał cały ten wyścig, zaś w sierpniu 2018 roku zajął też czwarte miejsce w Tour de l’Avenir. Natomiast jako trzeci finiszował Amerykanin Will Barta, który od sezonu 2019 reprezentuje barwy CCC Team. Najlepsi górale tego wyścigu przejechali 11-kilometrowy segment od Valle Pasubio w czasie niewiele dłuższym niż pół godziny. Królem na stravie jest Własow z czasem 30:28 (avs. 22,0 km/h z VAM 1640 m/h). Obecnie ten niespełna 23-letni kolarz Gazpromu coraz śmielej poczyna sobie w szeregach elity. My na tą drogę wyjechaliśmy niemal w samo południe. Wystartowaliśmy późno, bo o godzinie 12:04. Na starcie mój licznik zanotował temperaturę 34 stopni, zaś na pierwszych pięciu kilometrach tej wspinaczki zapisał nawet 35. Jak już wspomniałem początek wzniesienia był łatwy, więc ruszając dość mocno szybko wyszedłem na prowadzenie. Darek w swoim dieslowskim stylu zaczął spokojniej, zaś Tomek trzymał się swej ostrożnej taktyki na pierwsze dni tej wyprawy. Po przejechaniu 1300 metrów minąłem osadę Corte, zaś po 2 kilometrach byłem już we wiosce Gisbenti. Pod koniec czwartego kilometra pojawiły się spodziewane „schody”. Na wjeździe do Sant’Antonio stromizna skoczyła do poziomu 11,7%. W połowie piątego kilometra minąłem pierwsze wiraże, zaś kilkaset metrów dalej ruiny fortu Tagliata Bariola. Kolejne dwa zakręty pokonałem na przełomie szóstego i siódmego kilometra. Potem droga na dobre dwa kilometry skryła się w lesie, gdzie stromizna po raz pierwszy sięgnęła 12%. Po przebyciu ośmiu kilometrów minąłem boczną dróżkę ku Passo di Xomo (1058 m. n.p.m.) oraz trattorię Ponte Verde.

Według stravy segment „Valli del Pasubio – Ponte Verde” o długości 8,2 kilometra przejechałem w 35:50 (avs. 13,7 km/h z VAM 947 m/h), przy czym na 4,5-kilometrowym sektorze powyżej Sant’Antonio wspinałem się w tempie 1065 m/h. Dario wjechał na tą wysokość w czasie 37:39, zaś Tommy potrzebował 43:29. Nadrobiłem zatem nad Darkiem blisko 1:40, lecz on zdążył już wejść na wyższe obroty i wkrótce zaczął odrabiać straty. Potem na przeszło kilometrowym odcinku prowadzącym przez łąki minąłem Rifugio Balasso (9 km), zaś 600 metrów dalej Alpejski Ogród Botaniczny. Na początku jedenastego kilometra przykuł moją uwagę kościółek pod wezwaniem św. Marka. Nachylenie cały czas było spore. Mój licznik zanotował maksymalną stromiznę 12,6% po 10,2 kilometra od startu. Dodam, że „cyclingcols” podaje tu maxa na poziomie 13,1%, zaś moja książkowa lektura nawet 15-16%. Trudna część tej wspinaczki skończyła się dopiero w połowie jedenastego kilometra, tuż za schroniskiem Il Sentiero. Dokładnie na wysokości dawnych słupów granicznych, które stoją tam w gąszczu współczesnych tablic drogowych. Tuż przed przełęczą przejechałem jeszcze obok pieszego szlaku Strada degli Eroi. Następnie minąłem tamtejszy parking i skręciłem w lewo na boczną drogę SP99. Niemniej od razu się zatrzymałem aby dopilnować, że Darek również wjedzie na Strada del Re. Jak wynika ze stravy „segment Własowa” przejechałem w 51:05 (avs. 13,1 km/h z VAM 979 m/h), zaś Dario wykręcił na nim czas 52:21. Poczekałem niespełna pół minuty. Ruszyłem dalej gdy tylko upewniłem się, że kolega widział mnie z oddali. Na bocznej drodze spuściłem z tonu. To znaczy rozmyślnie zwolniłem. Po przejechaniu kilometra minąłem Malga Cornetto, która swą nazwę wzięła od Monte Cornetto (1899 m. n.p.m.), najwyższego szczytu pasma Sengio Alto. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że gospodę tą poznam bliżej i cokolwiek dłużej w trakcie zjazdu do Valli del Pasubio.

Darek odrobił 40 sekund na odcinku ledwie półtora kilometra. Dojechał do mnie w miejscu, gdzie w lewo od „Drogi Króla” odbija ścieżka do Ossario de Pasubio, powstałego na wzgórzu Bellavista i poświęconego ofiarom I Wojny Światowej. Wybudowano tam okazały pomnik oraz kaplicę, w której złożono kości 5146 żołnierzy włoskich oraz 40 ich przeciwników z Cesarsko-Królewskiej Armii. Tutejszy monument uwieczniono nawet w herbie prowincji Vicenza wraz z podobnymi miejsca pamięci powstałymi w Asiago, Tonezza del Cimone oraz na szczycie Monte Grappa. Na drodze SP99 nawierzchnia szosy była momentami kiepska. Nie walczyliśmy z sobą o „punkty na premii górskiej”. Zresztą teren niespecjalnie nadawał się do ścigania, gdyż co chwilę mijaliśmy tu grupki piechurów. Po przejechaniu 3,2 kilometra od Pian delle Fugazze musieliśmy się zatrzymać. Naszym oczom ukazał się otwarty we wrześniu 2016 roku most linowy Ponte Avis. Po prawej stronie dostrzegliśmy jakąś asfaltową ścieżynkę, więc weszliśmy na nią w nadziei na dotarcie do Passo di Campogrosso. Niemniej po przebyciu kolejnych 150 metrów musieliśmy już na dobre spasować, gdyż dróżka ta okazała się być zasypana i zarośnięta lasem. Zapewne tylko na krótkim odcinku, ale nie udaliśmy się na trekking w poszukiwaniu reszty podjazdu. Postanowiliśmy poczekać na Tomka. Ten wjechał na przełęcz w czasie 1h 02:53 czyli stracił do mnie niespełna 12 minut. Potem jednak przyśpieszył, gdyż na Strada del Re stracił do Darka tylko 1:12. Już we trzech zjechaliśmy do mostu „tybetańskiego”. Obok tej konstrukcji znalazłem tablicę pamiątkową, która wytłumaczyła nam czemu droga ta jest obecnie zamknięta dla ruchu samochodowego. Otóż 1 września 1956 roku autobus z 27 osobami na pokładzie zjeżdżający z Passo di Campogrosso do Ossario de Passubio runął w 400-metrową przepaść. W katastrofie zginęło 15 osób, zaś 11 zostało rannych. W okolicy Ponte Avis było tylko 21 stopni, zaś z zachodu nadciągały ciemne chmury. Gdy rozpoczynaliśmy odwrót do Valli del Pasubio zaczęło już kropić. Ten zjazd mocno nam się przedłużył, ale o tym już w następnym odcinku.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1754661232

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1754661232

ZDJĘCIA

20180806_001

FILMY

VID_20180806_132832

VID_20180806_153131

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Pian delle Fugazze / Ponte Avis została wyłączona

Rifugio Verenetta

Autor: admin o 19. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1654 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1346 metrów

Długość: 24,2 kilometra

Średnie nachylenie: 5,6 %

Maksymalne nachylenie: 10,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Wizyta na Monte Toraro zabrała nam blisko cztery godziny. Jeśli chodzi o mnie tylko dwie i pół spędziłem na rowerze. Reszta tego czasu przypadła na odpoczynek u szczytu góry, liczne foto-przystanki w trakcie zjazdu oraz szybką kawę w Tonezza del Cimone. Do samochodu zjechałem kwadrans po trzeciej. Trudniejsze z dwóch niedzielnych zadań zostało wykonane. Niemniej jeśli chodzi o dystans to byliśmy dopiero w połowie drogi. Teraz czekał nas bowiem równie długi, acz niewątpliwie łatwiejszy podjazd z Pedescali do Rifugio Verenetta. Zasadniczo po podjeździe tak długim jak Monte Toraro na drugie danie najchętniej wybrałbym sobie wspinaczkę krótszą, powiedzmy 15-kilometrową. Na szlaku z Arsiero do Borso del Grappa ich nie brakowało. Dwie wyglądały całkiem ciekawie. Ma tu na myśli podjazdy pod Monte Cenghio (1281 m. n.p.m.) oraz Monte Corno (1269 m. n.p.m.). Ten pierwszy o przewyższeniu 1051 metrów na dystansie 17,7 kilometra, zaś drugi o amplitudzie 1097 metrów na przestrzeni 17,2 kilometra. Do Caltrano i Calvene czyli miejscowości leżących u podnóża obu tych wzniesień nie mieliśmy daleko, odpowiednio 9 i 15 kilometrów. Niemniej jeszcze bliżej było nam do wspomnianej Pedescali. Wystarczyło pojechać 5 kilometrów drogą SP350 w kierunku północnym czyli w górę rzeki Astico. Poza tym podjazd do Rifugio Verenetta wydał mi się ciekawszy od obu wyżej wymienionych. Przede wszystkim dlatego, że jest on najdłuższą wspinaczką i zarazem najwyższym kolarskim wzniesieniem na terenie Altopiano di Asiago. Płaskowyż ten zdobywaliśmy już w piątek i sobotę. Na prologu od południa, zaś na pierwszym etapie dwukrotnie od wschodu. Startując teraz z doliny Astico mogliśmy dla odmiany obejrzeć jeszcze zachodnie kresy Altopiano di Sette Comuni. W opisie tego wzniesienia znajdującym się w mojej podręcznej lekturze stwierdzono, iż de facto składa się ono z dwóch różnych podjazdów.

Wypada mi się zgodzić z tym spostrzeżeniem. Pierwszym z nich jest przeszło 15-kilometrowy odcinek na drodze SP78 biegnącej ku centrum wspomnianego płaskowyżu. Jadąc nią dalej w kierunku wschodnim po kolejnych trzech kilometrach dotarlibyśmy do miejscowości Roana, zaś po dalszych sześciu zajechalibyśmy do Asiago. Drugi podjazd zaczyna się we wsi Mezzaselva, gdzie tuż przed miejscowym kościołem trzeba skręcić w lewo i wjechać na boczną Via Verenetta. Ta część wspinaczki liczy niespełna 9,5 kilometra, lecz jest znacznie trudniejsza od dolnego segmentu. Całość zaczyna się zaś na moście ponad rzeką Astico, jakieś 500 metrów przed Pedescalą. Po 800 metrach od startu droga (strada del Piovan) wpada w zalesiony teren pomiędzy Val d’Astico i Val d’Assa, który opuszcza dopiero w połowie dziesiątego kilometra. Szlak ten jest bardzo kręty, gdyż na pierwszych 10 kilometrach trzeba pokonać aż osiemnaście nieregularnie „rozstawionych” wiraży. Po wjechaniu na płaskowyż pierwszą mijaną miejscowością jest Castelletto (10,5 km / 834 m. n.p.m.). Potem mamy jeszcze: Rotzo (12,6 km / 943 m. n.p.m.), Albaredo (13,7 km / 992 m. n.p.m.) i wspomnianą już Mezzaselvę (15,3 km / 1002 m. n.p.m.). Stromizna jest tu co najwyżej umiarkowana. Na odcinku do Castelletto nachylenie jest bardzo regularne, zaś średnio wynosi 5,1%. Na płaskowyżu ukształtowanie terenu staje się zmienne. Przy średniej 3,5% przeważa tu „falsopiano”, acz jest krótka chwila na poziomie 8% jak i delikatny zjazd o długości 600 metrów, po minięciu Albaredo. Niewątpliwie najtrudniejszym sektorem całego wzniesienia jest przeszło 6-kilometrowy odcinek między Mezzaselvą a końcem leśnego odcinka biegnącego przez Val Martello. Ma on średnie nachylenie 8,4%, przy czym na ostatnich 750 metrach nawet 9,6%. Ostatnie 3 kilometry z małym hakiem to już przejazd przez łąki, pastwiska i na sam koniec przez wielki parking służący gościom Centro Alpino Verena. Na tym finałowym odcinku o średniej 4% przeważają wypłaszczenia, ale są też trzy „ścianki” o długości 350-450 metrów każda, trzymające na poziomie od 6,5 do 8%.

Tego typu podjazd w normalnych warunkach bardzo by mi odpowiadał. Na dolnym segmencie z łagodnym nachyleniem mógłbym jechać w równym rytmie na twardym przełożeniu. Ba, może nawet skorzystałbym z dużej tarczy, tym bardziej że od kilku sezonów mój „blat” ma tylko 50 zębów. Sektor górny przynajmniej na 6 kilometrach zmusiłby mnie do większego wysiłku. Niemniej ten trudny fragment był regularny i nieprzesadnie stromy, więc po dobrej 15-kilometrowej „rozgrzewce” też mógłby mi pasować. Niestety tego popołudnia nie byłem już sobą. Poprzedniej nocy prawie nie spałem. Wydatek energetyczny na Monte Toraro był spory. Na domiar złego męczyła mnie jeszcze wysoka temperatura. W Pedescali około godziny szesnastej było 36 stopni. Zatrzymaliśmy się tuż za mostem na parkingu obok strefy piknikowej, która w ten upalny dzień cieszyła się niemałym powodzeniem. Tym razem nie ruszyliśmy razem. Tomek szybciej wyszykował się do jazdy i wystartował już o godzinie 15:52. Ja z Darkiem miałem ruszyć po kolejnym kwadransie. Tym sposobem mieliśmy dotrzeć do schroniska o zbliżonej porze. Niemniej słoneczna aura tak nas rozleniwiła, iż wystartowaliśmy jeszcze później. Tommy dostał od nas „kredyt” w wysokości minuty na każdy kilometr, który mieliśmy tu do przejechania. Ja czułem się słabo już na samym starcie. Najwyraźniej upał wyssał ze mnie zbyt dużo sił witalnych. Nie spodziewałem się niczego dobrego. Nie liczyłem na to, że utrzymam się z Darkiem do szczytu. Na strada del Piovan wyjechałem z wybitnie defensywnym nastawieniem: „spokojnie do przodu i jakoś to będzie”. Miałem nadzieję, iż jak wjedziemy na płaskowyż to upał nie będzie już równie dokuczliwy co w dolinie. Tym niemniej na pierwszych kilometrach wzniesienia było jeszcze gorzej. Na czwartym kilometrze mój licznik zanotował maxa na poziomie 39 stopni! Jak się później okazało temperatura zeszła poniżej 30 stopni dopiero pod koniec szesnastego kilometra tej wspinaczki.

Wystartowaliśmy gdy Tomek był już połowie szóstego kilometra. Dario odjechał mi na krętym odcinku pod koniec ósmego kilometra. Początkowo nie traciłem wiele. Podczas przejazdu przez Castelletto dzieliło nas tylko 25 sekund. Niemniej na żaden zryw nie było mnie stać, więc nawet nie myślałem o tym by przyśpieszyć i ponownie złapać z nim kontakt. Niespełna dwa kilometry dalej w Rotzo miałem już przeszło minutę straty. Według stravy Dario pierwszą połowę wzniesienia przejechał w 47:11. Ja na segmencie o długości 12,22 kilometra uzyskałem czas 48:19 (avs. 15,2 km/h z VAM 769 m/h), zaś jadący przed nami Tomek pokonał go w 53:03. Do szczytu brakowało jeszcze 12 kilometrów, zaś ja „miałem w baku resztki paliwa”. W Albaredo traciłem już do Darka 1:40, zaś w Mezzaselva przy wjeździe na Via Verenetta byłyby już przeszło dwie minuty, gdyby mój kolega chwilowo się nie pogubił. Co ciekawe ta wioska w gminie Roana to najwierniejszy stróż miejscowej tradycji. Obecnie to bodaj jedyne miejsce na Altopiano di Sette Comuni, gdzie dialekt „cimbrian” pozostaje w powszechnym użyciu. Jej nazwa w germańskim oryginale to Mitteballe. Dojechałem tu już nieźle wypompowany, zaś prawdziwa bitwa o przetrwanie miała się dopiero zacząć. Goniąc resztkami sił udało mi się przejechać kolejne kilometry bez żadnego przystanku. To samo w sobie było sukcesem. Tempo było dość żenujące, ale na inne nie było mnie stać. Segment o długości 6,1 kilometra przejechałem w 37:09 (avs. 9,9 km/h z VAM 836 m/h). Nawet spokojnie jadący Tommy był tu szybszy o minutę, zaś Dario zyskał nade mną niemal siedem i pół. W każdym razie ucieszyłem się z końca swej męki, gdy tylko wyjechałem ponad poziom lasu. Ostatni odcinek pośród górskich łąk miało być przecież znacznie łatwiejszy. Pierwszą ściankę jakoś pokonałem. Minąłem też drogę do Centro Fondo Campolongo (ośrodka narciarstwa biegowego) oraz agroturystykę Casara di Campovecchio.

Gdy już prawie „witałem się z gąską” na drugiej ściance dopadł mnie silny kurcz uda. Dosłownie zatrzymał mnie w miejscu. Musiałem stanąć chcąc uporać się z tą blokadą. Ruszyłem dalej dopiero po niespełna dwóch minutach. Przejechałem pod niebieską bramą z napisem „Monte Verena 1655-2020” i pozostało mi już tylko dotrzeć do kresu wielkiego parkingu. Tu znów było pod górę, więc musiałem się zdobyć na ostatni wysiłek. Gdy tylko zatrzymałem się na placu za Rifugio Verenetta dopadł mnie kolejny kurcz, możliwe że tym razem w drugiej nodze. Zanim dojechałem do kolegów wypoczywających po prawej stronie placu musiałem chwilę odczekać. Zakładam, że o ile na podjeździe do Fozy zbrakło mi cukru, to tym razem przyczyną moich katuszy było odwodnienie. Na górze temperatura była już przyjemna czyli 23 stopni. Z olbrzymiego parkingu wokół schroniska na okoliczne wzgórza biegły cztery wyciągi krzesełkowe. Najdłuższy z nich dowozi dziś fanów narciarstwa zjazdowego na szczyt Monte Verena (2019 m. n.p.m.). W latach 1910-14 na tej górze wybudowano fort. Właśnie tu podczas I Wojny Światowej rozpoczęły się walki na froncie austriacko-włoskim. Z tego miejsca Włosi oddali swój pierwszy wystrzał armatni, po czym przez trzy tygodnie od 4 do 24 maja 1915 roku ostrzeliwali trzy warownie w austriackim wówczas Trydencie. Fort ten został zniszczony przez wojska cesarza Franza-Josefa już w czerwcu tego samego roku. Dziś na jego miejscu stoi Rifugio Verena. Jako pierwszy z nas w okolice te dotarł Tomek. Według stravy segment o długości 23,55 kilometra „Bury” pokonał w 1h 46:14 (avs. 13,3 km/h). Oczywiście Dario był znacznie szybszy, ale zdołał odrobić tylko nieco ponad połowę z podarowanej koledze przewagi. Uzyskał bowiem czas 1h 32:40 (avs. 15,2 km/h). Ja zmagałem się z tym wzniesieniem równie długo co Tommy. Mój czas brutto z owego sektora to aż 1h 46:22 (bez kurczu byłoby niewiele lepiej 1h 44:29). Kolejny duży kryzys na drugiej górze dnia nie nastrajał mnie optymistycznie przed kolejnymi wyzwaniami. Szczególnie przed zaplanowaną na wtorek podwójną Monte Grappą.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1752549616

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1752549616

ZDJĘCIA

20180805_061

FILMY

VID_20180805_182419

VID_20180805_191335

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rifugio Verenetta została wyłączona

Monte Toraro (Valico Valbona)

Autor: admin o 15. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1897 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1592 metry

Długość: 24,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,6 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W niedzielę 5 sierpnia podwyższyliśmy sobie poprzeczkę. Na piątkowym prologu i sobotnim pierwszym etapie pokonaliśmy trzy wzniesienia z gatunku pierwszej kategorii. Po tym wstępie przyszedł czas na coś mocniejszego czyli na wspinaczkę pod Monte Toraro. Górę na obszarze Altopiano di Folgaria. Najwyższy asfaltowy podjazd w paśmie Prealpi Venete i zarazem największy pod względem przewyższenia w całym regionie Veneto. Chcąc zapolować na tego „grubego zwierza” musieliśmy się wybrać samochodem do Val d’Astico. Doliny położonej dobre 50 kilometrów na zachód od naszej bazy w Borso del Grappa. Czekała nas tam przeszło 24-kilometrowa wspinaczka o przewyższeniu niemal 1600 metrów. Przy tym nie prowadząca na przełęcz bądź płaskowyż, do stacji narciarskiej czy schroniska, lecz na sam wierzchołek wspomnianej góry. Po drodze mieliśmy minąć Passo di Valbona usytuowaną na wysokości aż 1778 metrów n.p.m. Jakkolwiek trudno byłoby sobie wyobrazić etapowy finisz Giro na szczycie Monte Toraro to dziwić może, iż jak dotąd ani raz wyścig Dookoła Włoch nie przejechał przez przełęcz Valbona. Taka górska przeprawa z Veneto do Trentino mogłaby być mocnym rozprowadzeniem przed metą na legendarnym Monte Bondone. Względnie poprzedzać przełęcze Bordala i Santa Barbara przed finiszem w Riva del Garda. Najbliżej Valbony peleton GdI bywał na Passo Coe (1609 m. n.p.m.) oraz Passo di Sommo (1343 m. n.p.m.). Na tej pierwszej skończył się etap siedemnasty z roku 2002 wygrany przez Rosjanina Pawła Tonkowa. Koszulkę lidera wywalczył wtedy Paolo Savoldelli. Natomiast jej dotychczasowy właściciel Australijczyk Cadel Evans „stanął z głodu” i na ostatnich kilometrach stracił do Włocha aż 15 minut. Ta druga przełęcz w latach 1968 i 1974 posłużyła jedynie za górską premię. Niemniej za każdym razem podjeżdżano ku nim od zachodniej (trydenckiej) strony czyli nie po drodze, którą my mieliśmy się posłużyć.

Monte Toraro ma jednak ciekawą przeszłość, nawet jeśli zgoła niesportową. W latach 1966-77 ten szczyt był częścią bazy wojskowej Tuono. Jednej z trzynastu tego rodzaju baz NATO w północno-wschodnich Włoszech. Wówczas to na wspomnianej już przełęczy Coe’ stały wyrzutnie pocisków przeciwlotniczych Nike-Hercules, na szczycie Toraro rozlokowano urządzenia radarowe, zaś centrum logistyczne kompleksu znajdowało się w miasteczku Tonezza del Cimone. Dziś ta wyniosła góra przyciąga astronomów i krótkofalowców. Nasz podjazd z poziomu Val d’Astico mogliśmy rozpocząć na dwa zupełnie różne sposoby. Portal „cyclingcols” proponował zacząć wspinaczkę w miasteczku Arsiero. Natomiast moja książkowa lektura spod szyldu PVB sugerowała by ruszyć z wioski Barcarola, położonej 4 km dalej na północ. Oba te górskie szlaki schodzą się na wysokości 742 metrów n.p.m i pod względem trudności niewiele się różnią. Ten pierwszy wstęp to 6,68 kilometra o średnim nachyleniu 6,4%, zaś drugi liczy 6,59 kilometra o średniej 6,6%. Tym niemniej o ile na graficznym profilu wyglądają podobnie, to w rzeczywistości te dwie drogi są swym inżynierskim przeciwieństwem. Ta pierwsza czyli SP83 jest dwupasmowa. Powstała w latach 1953-61 pod nadzorem Państwowej Służby Leśnej i nosi przydomek „Direttissima”. Celem jej budowniczych było połączenie Arsiero z Tonezzą na możliwie najkrótszym odcinku. Biegnie ona zatem niemal prosto na północ od czasu do czasu kreśląc delikatne łuki. Szosa ta aż 11 razy znika w tunelach. Co ciekawe każdy z nich ma swoje imię. Ich łączna długość to tylko 697 metrów. Najdłuższy jest nr 6 czyli 130-metrowy Canaletto. Z kolei droga z Barcaroli to tzw. Strada del Monte Tonezza. Jest znacznie starsza. Niegdyś była szutrowa. Dziś prowadzi po asfalcie, acz podniszczonym. Niezmiennie pozostaje wąska (jednopasmowa) i kręta. Tu szosa ani na moment nie gubi się w czeluściach góry, za to bezustannie wije się po jej zboczu. Na odcinku niespełna siedmiu kilometrów trzeba pokonać aż 24 wiraże czyli średnio jeden co 275 metrów!

Po zjechaniu się owych dróg na Monte Toraro prowadzi już zasadniczo tylko jeden wenecki szlak. Najpierw jeszcze po drodze SP83 trzeba dojechać do Tonezza del Cimone czyli na wysokość 991 m. n.p.m. To odcinek o długości 3,55 kilometra ze średnią stromizną 7%. W miejscowości tej zaczyna się fragment podjazdu biegnący po drodze SP64 dei Fiorentini. Ma on długość 8,07 kilometra przy średnim nachyleniu 6,4%. Ten segment kończy się jakieś dwieście metrów za Chiesetta di Restele czyli kościółkiem Jan Gwalberta – patrona leśników. Potem na wysokości 1510 m. n.p.m. trzeba odbić w lewo by wjechać na szosę SP92 dei Francolini. Ten odcinek doprowadza już na przełęcz Valbona po pokonaniu 4,24 kilometra o średniej też 6,4%. Na sam koniec zostaje jeszcze ślepa droga wiodąca na szczyt Monte Toraro. Zamknięta dla normalnego ruchu samochodowego, lecz dostępna dla amatorów kolarstwa. Ten spokojny finał ma już tylko 2,05 kilometra przy średniej 5,6%. Całego giganta od stóp do czubka głowy poznało jednak tylko trzech spośród nas. Koledzy z Mazowsza znów zerwali się z łóżek przed godziną siódmą by już około ósmej wyjechać z Borso del Grappa do Arsiero. Po sobotnim etapie wiedzieli już chyba, że upału w żaden sposób nie da się uniknąć. Dlatego zakładam, że w tych ciężkich warunkach atmosferycznych chcieli po prostu odchudzić mój program dostosowując go do możliwości Piotra czy Artura. W każdym razie zaczęło to wyglądać na trwałą separację. Powstały nam dwa podzespoły. Ekipa poranna jeżdżąca w trybie wycieczkowym mniej lub bardziej ambitne trasy na rundach oraz drużyna przedpołudniowa realizująca oryginalny program „Dwa x góra-dół”. Adam, który nigdy nie miał problemów z wczesnym wstawaniem zapisał się do zespołu „Mazowsze”. W niedzielę nasi koledzy ruszyli z Arsiero o godzinie 8:59 i pokonali 68 kilometrów w tempie 21,2 km/h. Najpierw wjechali z Arsiero przez Tonezza del Cimone na Passo di Valbona. Potem przez Passo Coe’ zjechali do miejscowości Folgaria. Następnie pokonali ostatnie trzy kilometry podjazdu na Passo di Sommo. Po czym z owej przełęczy mieli już tylko w dół i po płaskim. W drodze powrotnej do Arsiero minęli Lastebasse, Pedemonte, Valpegarę i Barcarolę. Na tej trasie zrobili około 1700 metrów przewyższenia.

My wyjechaliśmy z bazy po godzinie dziesiątej. Transfer samochodowy po linii: Bassano del Grappa, Marostica i Thiene zabrał nam dobrą godziną. Po drodze było nieco objazdów z uwagi na liczne roboty drogowe. Po dotarciu do Arsiero zatrzymaliśmy się w pobliżu dawnego dworca kolejowego. Dzień był upalny. Na starcie mieliśmy temperaturę 32 stopni Celsjusza. Ruszyliśmy kilka minut przed wpół do dwunastą. Pierwsze trzysta metrów na Viale Roma były zupełnie płaskie, więc licznik włączyłem dopiero w miejscu, gdzie ulica ta połączyła się z drogą SP81. Po przebyciu 450 metrów dotarliśmy do centrum Arsiero, gdzie na wysokości miejscowego ratusza i pomnika „poległych za Italię” trzeba było skręcić w prawo. Po niespełna kilometrze od startu droga nr 81 odbiła w lewo ku miejscowości Posina. My pojechaliśmy prosto wjeżdżając na wspomnianą szosę SP83 alias Direttissima. Tomek szybko został w tyle. W pierwszych dniach wyprawy mój młodszy kolega spokojnie nabijał ciężkie kilometry, co w drugim tygodniu zaowocowało całkiem dobrą formą. W początkowej fazie tej wspinaczki czułem się jakbym jechał w piekarniku. Starałem się dyktować solidne tempo, ale bez szaleństw bo przesadna fantazja mogłaby przynieść opłakane skutki. Na czwartym kilometrze podjazdu mój licznik zanotował maksymalną na tym wzniesieniu temperaturę 37 stopni. Zastanawiałem się jak wysoko trzeba będzie tu wjechać zanim na Garminie zobaczę mniej niż 30. Co prawda co chwilę wjeżdżaliśmy do jakiegoś tunelu, ale one dawały wytchnienie dosłownie na moment. Po prawej stronie naszej drogi dostrzec można było serpentyny z dolnej części podjazdu do Rifugio Verenetta, naszej drugiej niedzielnej wspinaczki. Na ostatnich kilometrach przed Tonezzą del Cimone trzeba było pokonać cztery wiraże. Do miejscowości tej wjechałem z Darkiem po 42 minutach jazdy. Według stravy segment o długości 9,65 kilometra przejechaliśmy w 40:17 (avs. 14,4 km/h z VAM 921 m/h). Jakieś 6-7 minut szybciej niż nasi koledzy ze stolicy i okolicy. Natomiast Tomek tracił tu do nas niespełna 9 minut.

Wjechaliśmy tu na drogę SP64, gdzie pierwsze 3,5 kilometra prowadziły w odkrytym terenie wśród górskich łąk. Na tym odcinku przejechaliśmy przez wioski: Pettina i Sella. Po pokonaniu 13,7 kilometra minęliśmy odchodzącą w lewo szutrową drogę SP136 na Passo della Vena (1535 m. n.p.m.). Niebawem byliśmy już przy restauracji Chiosco Alpino. Nasza droga zmierzała teraz na północ by od tej strony ominąć szczyt Spiz Tonezza. Na szesnastym kilometrze stromizna przekroczyła 11%. Chcąc jak najszybciej pokonać ten trudny odcinek przyśpieszyłem i w okolicy wiaduktu nieco z przypadku odjechałem Darkowi. Potem szosa zawróciła na południe i na malowniczym odcinku z przełomu siedemnastego i osiemnastego kilometra przebiła się przez dwie galerie. Tu nieco zwolniłem by dać koledze szansę na dogonienie. Dario dojechał do mnie w okolicy Baito Restele, ale chyba odczytał mój odjazd jako atak, bo gdy tylko wjechaliśmy na drogę SP92 to skontrował. Tu w pobliżu Rifugio Melegnon stromizna skoczyła do 11,7%, zaś nawierzchnia drogi uległa pewnej degradacji. Tym razem to ja nie byłem w stanie utrzymać koła kolegi. Darek odjechał mi na dobre. Na przeszło 4-kilometrowym segmencie do Passo di Valbona nadrobił ponad minutę. Ten fragment podjazdu był nie mniej efektowny niż wcześniejszy. Minęliśmy tu kilka galerii oraz schronisko Rumor (21,1 km). Darek na przełęcz Valbona dotarł w czasie 1h 30:40 (avs. 14,6 km/h z VAM 952 m/h), zaś ja potrzebowałem na to 1h 31:43 (avs. 14,4 km/h z VAM 942 m/h). Dojechawszy do przełęczy Valbona (22,3 km) musieliśmy odbić w lewo. Aby wjechać na finałowy odcinek wspinaczki trzeba było jeszcze obejść opuszczony szlaban. Ta droga była wąska i nieco chropowata. Zameldowałem się na szczycie jakieś 50 sekund po Darku. Zrobiliśmy zdjęcia i nakręciliśmy filmiki. Na Tomka czekaliśmy blisko pół godziny. Niemniej to nie stanowiło problemu. Na szczycie góry pomimo sporej wysokości było aż 32 stopni! Można było się nawet opalać. Spotkaliśmy tam kilku fanów radiokomunikacji, którzy okazali się „Dobrymi Samarytanami”, bowiem nie proszeni poczęstowali nas dwukrotnie wodą mineralną prosto z podręcznej lodóweczki.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1752549572

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1752549572

ZDJĘCIA

20180805_001

FILMY

VID_20180805_130951

VID_20180805_131043

VID_20180805_133804

VID_20180805_140223

VID_20180805_140835

VID_20180805_150318

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Toraro (Valico Valbona) została wyłączona

Foza

Autor: admin o 12. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1093 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 939 metrów

Długość: 14,3 kilometra

Średnie nachylenie: 6,6 %

Maksymalne nachylenie: 10,4 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Aldo Moroso, autor drugiej części przewodnika po kolarskich podjazdach gór Prealpi Venete doliczył się aż tuzina dróg prowadzących na Altopiano di Asiago. Dziewięć z nich ma rodowód wenecki, zaś trzy pozostałe trydencki. Spośród tych pierwszych tylko jedna startuje na zachodzie z Val d’Astico, dwie od wschodu z Valbrenta i aż sześć biegnie z południa czyli od strony równiny zwanej Pianura Vicentina. Wyścig Dookoła Włoch jak dotąd pięciokrotnie wizytował ten płaskowyż. Po raz pierwszy już w roku 1930 czyli siedem lat wcześniej niż dotarł w Dolomity. Metę górzystych odcinków Giro kończących się na terenie Altopiano di Sette Comuni zawsze wyznaczano w nieformalnej stolicy tego okręgu czyli mieście Asiago. Pierwszym etapowym zwycięzcą w tej miejscowości był Antonio Pesenti. Kolarz, który rok później zajął trzecie miejsce w Tour de France, zaś w sezonie 1932 wygrał „generalkę” GdI. Kolejna wizyta miała tu miejsce w roku 1972. Przy tej okazji wygrał Belg Roger De Vlaeminck, legenda klasyków: zwycięzca każdego z pięciu kolarskich monumentów, w tym 4-krotny triumfator Paris-Roubaix. Jaką drogą wdrapywano się na płaskowyż w latach 30. czy 70. nie udało mi się ustalić, niemniej z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, iż jedną z południowych opcji. Tak wyglądało to też w latach 1993 i 1998, gdy wspinaczkę zaczynano w okolicy Marostiki. Przed ćwierćwieczem wygrał Rosjanin Dmitrij Konyszew, zaś pięć lat później Włoch Fabiano Fontanelli. W obu przypadkach premię górską wyznaczano we wsi Tortima na wysokości tylko 745 metrów n.p.m. Tym niemniej w dalszej części profile obu etapów znacząco się różniły. W roku 1993 dalej jechano pod górę przez Conco do Turchio, skąd do mety było już tylko 10 kilometrów po płaskim terenie. Natomiast w 1998 po premii górskiej był mały zjazd i premia intergiro w Lusianie. Tym razem po dojeździe do Turchio ścigano się jeszcze przez 50 kilometrów po płaskowyżu, w tym na dwóch 16-kilometrowych rundach wokół Asiago.

W sezonie 2017 po raz pierwszy wypróbowano na Giro jedną z dwóch wschodnich dróg na Altopiano. Wybrano bardzo efektowny w obiektywie kamery podjazd z miasteczka Valstagna do gminy Foza (cimb. Vusche). Poza tym rejon ten bardzo dowartościowano, albowiem owa wspinaczka była ostatnią premią górską 100. edycji Giro d’Italia. Etap dwudziesty tego wyścigu zaczął się w Pordenone. Po drodze kolarze musieli się zmierzyć z przeszło 24-kilometrowym podjazdem z Caupo na Monte Grappa (do poziomu 1620 m. n.p.m.). Po zjeździe do Romano d’Ezzelino mieli 13 kilometrów płaskiego terenu, po czym o wszystkim miało rozstrzygnąć 14 kilometrów krętej wspinaczki z 21 wirażami i kilkoma tunelami. Z premii górskiej w Foza do mety w Asiago było 15 kilometrów. Po wcześniejszym etapie z metą w stacji narciarskiej Piancavallo liderem jubileuszowego Giro ponownie został Nairo Quintana. Kolumbijczyk oraz faworyt gospodarzy czyli Vincenzo Nibali robili co mogli, by na tym podjeździe zyskać kolejne sekundy nad Tomem Dumoulin. Na premii górskiej pierwszy zameldował się Domenico Pozzovivo. Na mecie różnice były niewielkie. Czołową jedenastkę dzieliło tylko 20 sekund. Etap wygrał Thibaut Pinot przed Ilnurem Zakarinem, Nibalim, Pozzovivo i Quintaną. Holender finiszował na dziewiątym miejscu. Przyjechał ze stratą 15 sekund w kolejnej 5-osobowej grupce przyprowadzonej przez Luksemburczyka Boba Jungelsa. Co prawda wskutek tego spadł z drugiej na czwartą lokatę, lecz zachował szansę na generalne zwycięstwo. Dzień później na czasówce do Mediolanu z nawiązką odrobił swe straty do Pinot, Nibalego i Quintany. Gdy kilka miesięcy po tych wydarzeniach opracowywałem program naszego Giro del Veneto uznałem, że tego wzniesienia nie może zabraknąć na naszej drodze. Początkowo zakładałem nawet, że to na nim zrobimy sobie piątkowy prolog. Ostatecznie uznałem jednak, iż najlepiej będzie je przejechać w pakiecie z pobliskim Rifugio Valmaron. Natomiast materiał na górskie preludium znalazłem bliżej naszej pierwszej bazy.

Po zjeździe do Primolano wsiedliśmy do samochodu, by nie tracić sił na dojeździe do Valstagna. Mieliśmy do przejechania 15-kilometrowy odcinek po drodze krajowej SS47, prowadzący cały czas wzdłuż Brenty. Rzeka ta ma długość 174 kilometrów i pod tym względem jest trzynastą na terenie Italii. Co ciekawe wypływa ona z jezior Caldonazzo i Levico, w pobliżu których mieszkaliśmy w trakcie naszej wyprawy do Trentino z roku 2016. Teraz poznaliśmy jej górny odcinek. Nieco niżej w okolicy Bassano del Grappa wpada ona już na teren równinny, zaś swój żywot kończy w Adriatyku w okolicy miasta Chioggia. Około piętnastej zatrzymaliśmy się na prawym brzegu Brenty, przy via Rialto na południe od centrum Valstagna. Przed startem moi koledzy przeprowadzili szybki wywiad na stavie, chcąc zobaczyć jak szybko do Fozy dotarli nasi koledzy z Mazowsza. Danych z pełnego podjazdu brakowało. Niemniej Darek dopatrzył się, iż na górnym segmencie „Foza seconda parte” Artur, Piotr i Romek wykręcili VAM na poziomie 965 m/h. Nie do końca chciało mi się w to wierzyć nawet przy założeniu, że zmierzyli się z tym podjazdem na samym początku swej trasy. Owszem Romka byłoby stać na takie tempo, ale pozostałych? Artura być może. Piotra chyba jeszcze nie, mimo górskich postępów jakie poczynił w ostatnich sezonach. Można było zawierzyć cyferkom na ekranie smartfona lub nie. Na weryfikacje danych nie było czasu. Wieczorem okazało się, że autor owego segmentu ostro przesadził z przewyższeniem. Otóż na dystansie 6,88 kilometra nie było tam 562 metrów różnicy wzniesień, lecz tylko 488. Tym samym Pedro & spółka jechali dość spokojnie, bo z VAM na poziomie 838 m/h. Niemniej nie wiedząc jeszcze o tym starszy z moich kolegów postawił sobie za cel poprawienie wyniku Mazowszan. Wkrótce stałem się ofiarą tego planu. Dario chciał pokonać Fozę możliwie najszybciej, ja zaś nie miałem zamiaru oddać mu tej „premii górskiej” bez walki.

Wystartowaliśmy z południowej części miasteczka, więc naszą wspinaczkę zaczęliśmy na via 4 Novembre. Na pierwszym łuku droga ta skręciła na północ i po 700 metrach połączyła się z Via Sette Comuni startującą z Piazza San Marco w samym centrum miasteczka. Początkowy odcinek prowadzący wzdłuż potoku Valstagna miał łagodne nachylenie (max. 6,2%), ale Darek ruszył ostro, więc od startu nie było mi łatwo. Jak by nie patrzeć ja pierwszą górę pojechałem „a tutta”, zaś Dario raczej w takcie na 3/4. Tomek od razu został, chcąc również tą górę pokonać na spokojnie. Po przejechaniu dwóch kilometrów dojechaliśmy do osady Lebo, gdzie charakter podjazdu zmienił się diametralnie. Tuż przed nim minęliśmy różową tablicę z profilem i mapą tego wzniesienia czyli pamiątkę po przejeździe peletonu Giro d’Italia z roku 2017. Obok niej stała zapewne starsza sztuka określająca ów podjazd mianem „Universita del Rally”. Na tej trudnej technicznie drodze zorganizowano już bowiem nie jeden górski rajd samochodowy. Pomiędzy drugim a dziewiątym kilometrem podjazdu trzeba tu pokonać aż 18 ciasnych wiraży na dystansie 6800 metrów. To wszystko na wąskiej szosie wykutej w skale. Na każdym zakręcie traciło się rytm jazdy, więc zaraz trzeba było przyśpieszać chcąc powrócić do poprzedniej prędkości. Tak rwane tempo mogło pasować lekkiemu Darkowi jadącemu na ultra-lekkim Simplonie, lecz mi na pewno nie. Od początku jechałem poza swoją strefą komfortu, ale dłuższy czas trzymałem się razem z kolegą. Razem przejechaliśmy cały mocno zakręcony fragment wzniesienia. Segment o długości 6,13 kilometra na dojeździe do Osteria Piangrande pokonaliśmy w czasie 24:05 (avs. 15,3 km/h) jadąc z VAM na poziomie raczej 990 m/h niż pokazane na stravie 1010. Nachylenie drogi było solidne, acz bez żadnych szczególnych stromizn. W dolnej połowie wzniesienia najbardziej stromo było na pierwszym z wielu wiraży, gdzie mój licznik zanotował 9,5%. Droga acz przyklejona do zbocza góry prowadziła w terenie odkrytym, co w ten gorący dzień nie ułatwiało nam zadania.

Tempo dyktowane przez Darka ostatecznie okazało się dla mnie za mocne. Puściłem koło na dziesiątym kilometrze. Z początku nie było jeszcze tragedii. W połowie jedenastego kilometra po przejechaniu najtrudniejszego na całym podjeździe odcinka (400 metrów przy średniej 10%) traciłem do niego jakieś 25 sekund. Niemniej wkrótce zupełnie opadłem sił. Ewidentnie dopadła mnie hipoglikemia. Na ostatnich trzech kilometrach walczyłem już tylko o przetrwanie. Nie był to może kryzys na miarę męczarni z Avoriaz-2009 czy ubiegłorocznej „golgoty” pod La Creusaz. Niemniej musiałem się rozstać się z myślą o zakończeniu całej wspinaczki na Pian della Futa (1334 m. n.p.m.). Taki był nasz plan maximum, wobec faktu że „zwyczajna” Foza ma mniej niż 1000 metrów przewyższenia. Po dojechaniu do drogi SP76 mieliśmy ją tylko przeciąć i pokonać dodatkowe 2,5 kilometra o średnim nachyleniu 10,2%. Drugi segment Fozy (ten sztucznie podrasowany) przejechałem w czasie 31:41 czyli o przeszło dwie minuty wolniej od Darka, lecz o ponad trzy szybciej niż nasi koledzy z Mazowsza. Niemniej ponieważ ledwie dowlokłem się do Via Cornetta to dalej mogłem jedynie skręcić w lewo by przejechać ostatnie 300 metrów do miasteczka. Na szosie w pobliżu kościoła wciąż widać było linię górskiej premii z Giro-2017. Będąc bliski omdlenia opadłem na ławeczkę przy bramie miejscowego cmentarza. Gdy już nieco doszedłem do siebie podjechałem do centrum Fozy zrobić kilka zdjęć. W tej okolicy poczekałem na przyjazd Tomka. Następnie razem zjechaliśmy do styku dróg SP76 i SP73 by poczekać tam na Darka. Dario jako jedyny dotarł na pustkowie zwane Pian della Futa. Wcześniej najdłuższy segment ze stravy czyli 13,69 kilometra pokonał w 53:22 (avs. 15,4 km/h z VAM 998 m/h). Ja potrzebowałem na to 55:45 (avs. 14,7 km/h z VAM 955 m/h). Natomiast Tommy wykręcił tu czas 1h 03:26 (avs. 13,0 km/h z VAM 839 m/h). Mimo to i tak był o dwie minuty szybszy od Mazowszan. Na zjeździe spotkaliśmy Adama Kowalskiego, który tego dnia przejechał 135 kilometrów ze startem w Soraga di Fassa. Zabraliśmy go na pokład naszego samochodu i już we czwórkę zjechaliśmy na nocleg w Borso del Grappa.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1749904124

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1749904124

ZDJĘCIA

20180804_051

FILMY

VID_20180804_150857

VID_20180804_162325

VID_20180804_162606

VID_20180804_163047

VID_20180804_163334

VID_20180804_172855

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Foza została wyłączona

Rifugio Valmaron

Autor: admin o 9. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1385 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1165 metrów

Długość: 21,7 kilometra

Średnie nachylenie: 5,4 %

Maksymalne nachylenie: 9,3 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na pierwszym pełnym etapie podobnie jak na prologu mieliśmy się wspinać na Altopiano di Asiago. Ten rozległy płaskowyż leży w górach Prealpi Vicentine i obejmuje powierzchnię aż 560 km2. Od zachodu, północy i wschodu jest ograniczony trzema dolinami: Val d’Astico, Valsugana i Valbrenta. Teren ten jest również znany pod historyczną nazwą Altopiano dei Sette Comuni, acz gmin jest tu obecnie osiem. Żyje dziś na nim przeszło 21 tysięcy stałych mieszkańców, z których siódma część to „Cimbri”, górale pochodzenia germańskiego. Ponoć wywodzący się z Jutlandii i przez wieki mówiący bawarskim dialektem języka niemieckiego. Od wieków „lingua cimbra” powoli zanika. Niemniej choć teraz większość miejscowych mawia już po włosku to poczucie kulturowej i etnicznej odrębności musi być znaczne o czym świadczą wyniki lokalnego referendum z roku 2006. Wtedy to aż 94% głosujących opowiedziało się za odłączeniem swej małej ojczyzny od Veneto i przyłączeniem jej do sąsiada z północy czyli autonomicznego regionu Trentino-Alto Adige. Werdykt plebiscytu był jednoznaczny, lecz władze zwierzchnie nie odpowiedziały na to „zapotrzebowanie społeczne”. Płaskowyż ten jest mekką dla fanów narciarstwa biegowego. Asiago nie raz gościło zawody o Puchar Świata. Poza tym w mieście tym pięciokrotnie organizowano etapowy finisz Giro d’Italia. Po raz ostatni w roku 2017, o czym będzie okazja wspomnieć w kolejnym odcinku. Mój oryginalny plan na sobotę zakładał jak to zazwyczaj dwie wspinaczki. Najpierw dłuższą z Primolano do Rifugio Valmaron, następnie krótszą z Valstagna do miejscowości Foza. W obliczu afrykańskich upałów nie wszyscy czuli się na to gotowi. Piątkowa pogoda na każdym z nas zrobiła duże wrażenie. Najbardziej sponiewierała zaś Piotra. Dlatego Pedro zaproponował załodze swego „okrętu” czyli Arturowi i Romkowi znacznie wcześniejszy wyjazd na trasę pierwszego etapu.

Koledzy z Mazowsza opracowali dla siebie ciekawą, acz znacznie łatwiejszą od oryginalnej wersję trasy. Przejechali 70-kilometrową rundę ze startem i metą w miasteczku Valstagna. Wystartowali dokładnie o godzinie 9:28 i na samym początku pokonali 14-kilometrowy podjazd do miejscowości Foza. Potem mieli pofałdowany odcinek z przejazdem przez Stoner i Dori. Dalej zjazd przez Enego do Primolano. Następnie już na lewym brzegu Brenty zwiedzili Fastro i Arsie. Wrócili na południe wzdłuż Lago di Corlo i wspomnianej rzeki z przejazdami przez Rocca d’Arsie i Cismon del Grappa. W sumie zrobili 1350 metrów przewyższenia przy średniej prędkości 21,6 km/h. Niemniej jeśli nadrzędnym celem porannej pobudki było uniknięcie upału to pod tym kątem plan B nie wypalił. Według zapisu z licznika Piotra między 9:30 a 13:30 średnia temperatura na wyżej opisanej trasie wyniosła 30 stopni. Chłopacy na starcie mieli 27 stopni, na trasie od 21 do 42 stopni (!) i na mecie 39. Równie dobrze mogli dłużej się wyspać, o czym świadczą odczyty z mojego Garmina. Mój „Dar Pomorza” wypłynął z portu w Borso del Grappa około dziesiątej. Zaczęliśmy jazdę o 11:08. Na pierwszej górze mieliśmy średnio 30 stopni. To znaczy: na starcie 30, minimum 24, maximum 37 i na mecie 32. Na drugim podjeździe było nieco „chłodniej” czyli średnio 29. Na starcie 34, na trasie między 24 i 35, zaś na mecie 28. Powiedzmy sobie szczerze tego dnia przed palącym słońcem nie można było uciec. My zrazu pojechaliśmy autem bardziej na północ do Primolano. Przed ponad stu laty na tym odcinku Alp była to ostatnia miejscowość po włoskiej stronie granicy. Bliskość wrogiego Cesarstwa Habsburgów sprawiła, iż na wschód od tego miasteczka Włosi wybudowali pod koniec XIX wieku dwa forty: Tagliata della Scala i Tagliata delle Fontanelle. Wzdłuż ich murów biegnie dwukilometrowy podjazd znany jako Scale di Primolano. Przeszedł on do historii Giro w roku 1950, gdy na etapie z Vicenzy do Bolzano upadł tu słynny „Campionissimo” czyli Fausto Coppi doznając potrójnego złamania miednicy. Tego dnia po 9 godzinach walki wygrał jego wielki rywal Gino Bartali, lecz cały wyścig Dookoła Włoch po raz pierwszy padł wtedy łupem cudzoziemca. Tym „stranierim” był Szwajcar Hugo Koblet.

Mazowszanie zaliczyli ów pagórek w drugiej części swego etapu. Tymczasem nasze oba cele znajdowały się po zachodniej stronie doliny. Dlatego choć auto zostawiliśmy na lewym brzegu Brenty, to szybko skorzystaliśmy z wiaduktu nad drogą krajową SS47, by następnie po starym moście nad rzeką dojechać do początku górskiej SP76 znanej jako strada Valgadena. Na poboczu drogi miejscowi „tifosi” rozpięli baner z pozdrowieniami dla lokalnego „prosa” Andrei Pasqualona z belgijskiej ekipy Wanty-Gobert. W sezonie 2018 ten 30-letni kolarz rodem z Bassano del Grappa, wygrał etapówkę Skoda-Tour de Luxembourg. Natomiast w zakończonym ledwie sześć dni przed naszą wizytą Tour de France próbował swych sił w finiszach z peletonu. Siedem razy meldował się w pierwszej „10”, lecz najwyżej na szóstym miejscu. W klasyfikacji punktowej „Wielkiej Pętli” zajął siódme miejsce. Cóż więc czekało nas na treningowym szlaku szybkiego Andrzeja? Na początek podjazd długi, acz równy i doprawdy nieszczególnie stromy. Autor „PVB – Prealpi Venete 2” podzielił to wzniesienie na trzy segmenty. Pierwszy czyli niespełna 11-kilometrowy odcinek do miasteczka Enego (746 m. n.p.m.) miał prowadzić krętym szlakiem przez siedemnaście wiraży przy średnim nachyleniu tylko 4,8%. Kolejne dwa miały być znacznie krótsze. Drugi prowadzić miał nadal po drodze SP76 i skończyć się w miejscu oznaczonym jako bivio Dori na wysokości 1105 metrów n.p.m. Ten odcinek o długości 5,8 kilometra miał mieć średnio 6,2%. Potem należało skręcić w prawo i zawrócić na północ w kierunku płaskowyżu Piana di Marcesina. Ten finałowy sektor miał zaś liczyć 5,5 kilometra przy średniej 5,1%. Kulminacja wspinaczki miała mieć miejsce niespełna kilometr przed schroniskiem. Około 30 metrów wyżej niż polana, na której stoi Rifugio Valmaron oraz sąsiadujące z nim narciarskie Centro Fondo Enego-2000.

Szybko okazało się, że na tym podjeździe czeka mnie indywidualna czasówka. Darek jak to czasem bywa pierwszą górę dnia potraktował rozgrzewkowo. Tomek niepewny swej formy wystartował zachowawczo. Co najwyżej starał się nie tracić kontaktu ze spokojnie jadącym starszym kolegą. Ja postanowiłem pojechać to wzniesienie mocno, gdyż jako równe i raczej łagodne powinno było mi pasować. Rychło też znalazłem powód do jak najszybszego pokonania pierwszych kilometrów. Otóż jakieś 40 sekund przed nami podjazd zaczął inny kolarz-amator. Niebawem uznałem, iż jedzie on szybko, lecz jest w moim zasięgu. Sprężyłem się zatem i dogoniłem go po dwóch kilometrach. Okazał się nim niejaki Alessio Cioppe z Padwy. Gość całkiem mocny, skoro tego dnia zrobił sobie 76-kilometrową rundę z przewyższeniem blisko 1400 metrów w czasie niespełna 3 godzin (avs. 25,4 km/h). Fakt że udało mi się go dogonić raczej nie wynikał z faktu, że byłem mocniejszy lecz po prostu świeższy. Ja dopiero co wystartowałem, on zaś miał już w nogach 65 kilometrów, bowiem start i metę wyznaczył sobie w Enego. Przejechaliśmy razem do połowy szóstego kilometra zamieniając po drodze kilka zdań, zanim mój włoski towarzysz powiedział „basta”. Mimo wysokiej temperatury starałem się jechać możliwie szybko, by nie gubić narzuconego sobie od startu wysokiego rytmu. Między szóstym a dziewiątym kilometrem minąłem trzy części wioski Fosse tzn. Sotto, Mezzo i Sopra. Już na tym odcinku widać było w oddali wysoką dzwonnicę przy XV-wiecznej Duomo di Santa Giustina w Enego. Przy wjeździe do tego miasteczka spotkałem jadący z naprzeciwka tercet mazowiecki czyli: Artura, Piotra i Romka. Według stravy do tutejszej „lotnej premii” dotarłem po przejechaniu 10,66 kilometra w czasie 33:02 (avs. 19,4 km/h z VAM 915 m/h). Jadący spokojnie Dario i Tommy przybyli w to miejsce ze stratą siedmiu i pół minuty. W centrum Enego należało najpierw skręcić w lewo, a niedługo potem w prawo na najbliższym wirażu. Przez następne kilkaset metrów miałem jeszcze ładny widok na pozostawiane za plecami miasteczko.

Na początku trzynastego kilometra droga schowała się w lesie. Nachylenie podjazdu stało się nieco bardziej wyraziste. Po koniec czternastego kilometra minąłem wioskę Cornetta, zaś po przejechaniu 16,2 kilometra w końcu zjechałem z drogi SP76. Odbiłem w prawo biorąc kurs na Marcesina i Valmaron. Wedle znaku na zakręcie do celu pozostało mi jeszcze sześć kilometrów. Podjazd dalej prowadził przez las, za wyjątkiem odkrytego terenu na wysokości Baita Lisser, pod koniec dziewiętnastego kilometra. Przy tej pogodzie wszelki cień, który mogły dawać drzewa był mile widziany. Na jednym z następnych zakrętów widniała wielka reklama biegu narciarskiego Marciabianca. To było widomym znakiem, iż zbliżam się do płaskowyżu Marcesina znanego miłośnikom narciarstwa klasycznego. Wspinaczka skończyła się po przejechaniu 21,7 kilometra. Według stravy cały podjazd liczył 21,52 kilometra, które przejechałem w 1h 12:19 (avs. 17,9 km/h z VAM 934 m/h). Pozytywnie zaskoczył mnie fakt, iż do dziś jest to ósmy wynik na 321 czasów zanotowanych na tym podjeździe. Darek na ostatniej ćwiartce wyraźniej odjechał Tomkowi i dotarł na szczyt w czasie 1h 29:48 (avs. 14,4 km/h), zaś Tommy uzyskał tu 1h 33:01 (avs. 13,9 km/h). Tym samym zanim spotkałem się z kolegami zdążyłem już zamówić i wypić w Rifugio Valmaron pierwszą kawę. Schronisko to wybudowano w roku 1966. Stoi ono na początku drogi przez Piana di Marcesina. Nieopodal niego mieści się siedziba centrum narciarskiego Enego-2000. Nazwa ta jest nieco na wyrost, bowiem najwyższy szczyt w tej okolicy czyli Monte Lisser sięga tylko 1633 metrów n.p.m. Są tu cztery wyciągi, lecz tereny te służą przede wszystkim biegaczom. Ponoć na całym obsarze między schroniskami: Valmaron, Marcesina, Barricata i Campomulo jest aż 200 kilometrów tras biegowych! Zimą śnieg jest tu gwarantowany, szczególnie że w tej okolicy na wysokości od 1300 do 1600 m. n.p.m. noce bywają zimne. Na górze tej spędziłem przeszło 50 minut. Podczas powrotu do Primolano zatrzymaliśmy się na dłużej w Enego w pobliżu wieży Scaligera, po to by w „Trattoria alle Sette Teste” odebrać opaskę nieopatrznie zostawioną tam przez Piotra.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1749904069

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1749904069

ZDJĘCIA

20180804_001

FILMY

VID_20180804_124238

VID_20180804_125543

VID_20180804_131916

VID_20180804_133755

VID_20180804_134417

VID_20180804_135027

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rifugio Valmaron została wyłączona

Monte Cogolin

Autor: admin o 6. lutego 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1168 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1015 metrów

Długość: 16,1 kilometra

Średnie nachylenie: 6,3 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Naszą długą podróż z Gdańska do Borso del Grappa zaczęliśmy w czwartkowy wieczór 2 sierpnia. Punktem startu był parking przy C.H. Metropolia w dzielnicy Wrzeszcz, skąd ruszyliśmy przed godziną dwudziestą. Do pokonania mieliśmy półtora tysiąca kilometrów. Bodaj pierwszy raz w historii mych górskich wypraw wyjechałem z Polski przez granicę południową, a nie jak zwykle zachodnią. W odstawkę poszedł wielokrotnie przetarty szlak przez wschodnie Niemcy, Bawarię i Tyrol z wjazdem do Włoch przez Brenerpass. Podpowiedź z „google-maps” wskazywała, iż do naszej pierwszej bazy noclegowej szybciej dotrzemy drogą wschodnią przez Republikę Czeską. Darek przemknął całą długość niedokończonej jeszcze autostrady A1 w czasie niewiele dłuższym niż pięć godzin. Ja wraz z Tomkiem zacząłem dawać zmiany za kierownicą dopiero na obczyźnie. Najpierw przejechaliśmy Morawy po linii Ostrawa–Ołomuniec–Brno, zaś po wjeździe do Austrii obwodnicę Wiednia i długi odcinek po „autobanie” nr 2 przez Dolną Austrię, Styrię i Karyntię. Nad ranem minęliśmy Villach, które w 1987 roku jako pierwsze austriackie miasto gościło uczestników szosowych Mistrzostw Świata. Do Italii wjechaliśmy najbardziej wschodnim pośród północnych przejść granicznych czyli na wysokości Tarvisio. Potem czekały na nas obie Wenecje czyli Julijska i Euganejska przejechane po linii: Gemona–Pordenone–Conegliano. Około południa zameldowaliśmy się w domu na południowych zboczach Monte Grappy. Nasi koledzy z Warszawy wyjechali do Italii o podobnej porze, choć mieli do pokonania przeszło dwieście kilometrów mniej. Tym samym cały czas jechali przed nami. Pod koniec transferu musieli znacząco zwolnić byśmy mogli ich dogonić. Wiedziałem, że pierwszego dnia po przyjeździe będziemy mieli niemal całe popołudnie do naszej dyspozycji, więc na piątek w zgodzie z naszą świecką tradycją zaplanowałem górski prolog czyli jedną, solidną acz nieszczególnie trudną, premię górską.

W minionych latach w roli takich „przystawek” występowały: Fai della Paganella (2010), Alpe Segletta (2011), Sirniz Sattel (6-2012) & Pokljuka-Rudno Polje (8-2012), San Marino (6-2014) & zachodnia Aprica (8-2014), Passo San Lugano (2015) czy też podwójne Passo Daone (2016). Jedynie w przypadku transferów dłuższych niż 15-16 godzin nie było szans na tego typu „szybkie wyjście w teren”. Tym razem wolnego czasu było aż nadto, więc pozostało mi tylko znaleźć górę, która nadałaby się na wieczorek zapoznawczy z Italią. Rzecz jasna najbliżej było nam do Monte Grappy. Niemniej z respektu przed tą wielką górą uznałem, że zanim się z nią zmierzymy odbędziemy co najmniej trzydniowe praktyki na mniejszych podjazdach. Do naszego prologu trzeba było znaleźć podjazd nie najwyższej, lecz pierwszej kategorii. To znaczy wspinaczką o długości około 15 kilometrów, z przewyższeniem od 800 do 1100 metrów. Jeśli miałaby w pionie przeszło tysiąc metrów tym lepiej, ale bez żadnej przesady. Oczywiście musiało to być wzniesienie możliwie najbliższe naszemu nowemu miejscu zamieszkania. Zwyczajowe źródła wiedzy czyli „archivio delle salite d’Europa” ze strony zanibike.net czy baza Michela z „cyclingcols” tym razem nie dały sensownej podpowiedzi. Zacząłem zatem szperać w atlasie drogowym Touring Editore oraz badać „teren” z map google. Tu znalazłem to co chciałem. Nawet całkiem blisko, bo parę kilometrów na zachód od pobliskiego Bassano del Grappa. Miasta, które w sezonie 1985 było gospodarzem MŚ w kolarstwie torowym. Podjazd z San Michele di Bassano na Monte Cogolin miał mieć 16 kilometrów długości i około 1000 metrów amplitudy czyli pasował jak ulał. Nieco więcej dowiedziałem się o nim z książki „Passi e Valli in Bicicletta” – Prealpi Venete 2, w której górki nr 15 i nr 16 częściowo pokrywały się z moim „wynalazkiem”. Wychodziło przy tym na to, iż naszą wspinaczkę możemy zacząć także we wiosce Valle San Floriano (na północ od Marostiki). Wtedy na samym początku przejechalibyśmy znane z Giro d’Italia dwukilometrowe wzgórze La Rosina.

Tym niemniej dbając o nasz komfort zdecydowałem, iż Monte Cogolin zaatakujemy od strony San Michele, gdyż dojazd samochodem do podnóża tej wersji wzniesienia był ledwie 10-kilometrowy. Wyznaczyłem go bowiem na obrzeżach Bassano, na początku Viale Asiago. Łatwe trzy kilometry na dojeździe do św. Michała miały posłużyć za teren do delikatnej rozgrzewki przed wspinaczką. Po wjeździe do Bassano przejechaliśmy na prawy brzeg rzeki Brenta by kilkaset metrów dalej zatrzymać się przed Kościołem Santissima Trinita di Angarano. Dotarliśmy tam o wpół do czwartej. Niemniej Piotr zapomniał zabrać swe buty z Casa Alba. Postanowiliśmy zatem poczekać aż Pedro pojedzie do Borso del Grappa i przewiezie z bazy brakującą część swego kolarskiego rynsztunku. Ten drobny gest koleżeńskiej solidarności szybko jednak został zapomniany. Dzień był niemiłosiernie upalny, więc cierpliwie czekając na kolegę topiliśmy się pod weneckim słońcem. Na nasze szczęście nieco cienia dawały drzewa osłaniające parking. Moi czterej pozostali koledzy z nudów zaczęli się kręcić na rowerach, kreśląc kółka i ósemki w pobliżu samochodów. Zaczęły się słowne zaczepki Mazowszan pod adresem Pomorzan i vice-versa. Owe przekomarzanki na temat formy, stroju i sprzętu „przeciwnika” były jakby sportową wersją potyczek harcowników przed dawnymi bitwami. Brylowali w tym Romek z Darkiem, którzy od miesięcy śledzili w necie swe treningowe postępy i szykowali się na kolejną „ustawkę” pod włoskim niebem. Stało się dla mnie jasne, iż już pierwszego dnia zobaczę – o ile tylko wytrwam w ich towarzystwie – następną rundę pojedynku Dario vs Romano. Niemniej biorąc pod uwagę, iż około godziny szesnastej było tam aż 38 stopni Celsjusza bojowe nastawienie moich kompanów trąciło masochizmem. Jazda na pełen gaz w tych warunkach mogła się okazać taktyką zgoła samobójczą. Mimo to chartów nie dało się powstrzymać. Sam też dałem się porwać nastrojowi chwili i dołączyłem do tej rozgrywki. Względny spokój panował tylko na wstępie. Pierwsze dwa kilometry były zupełnie płaskie, zaś trzeci w typie falsopiano.

Ostra akcja zaczęła się na wylocie z San Michele, gdy nachylenie szosy przekroczyło najpierw 5, a po chwili już 7%. Piotr i Tomek z miejsca zostali w tyle. Artur próbował nadążyć za czołówką, lecz dość szybko zostaliśmy na czele we trzech. Na pierwszym wirażu, po około 1700 metrach wspinaczki nasza droga SP72 połączyła się z podjazdem rozpoczynanym z Valle San Floriano. Pedro i Bury tracili w tym miejscu już półtorej minuty. Arturro znacznie mniej, bowiem po zakręcie w prawo zobaczyłem go jadącego o półkę niżej. W połowie trzeciego kilometra biorąc tym razem ostry zakręt w lewo minęliśmy skręt ku Valrovina. Wjechaliśmy na odcinek 72-ki nazywany SP della Fratellanza, jednak o żadnym braterstwie nie było tu mowy. Walka trwała w najlepsze. Każdy z nas dawał mocne zmiany w nadziei, iż wytnie „konkurencje”. Upał nadal był niemiłosierny. Na samym początku wzniesienia było 39 stopni. Poniżej 35 temperatura po raz pierwszy zeszła na początku dwunastego kilometra trasy czyli dziewiątego jeśli chodzi o sam podjazd. Między połową czwartego i szóstego kilometra wspinaczki pokonaliśmy cztery kolejne wiraże (nr 3-6), przed wjazdem do Pradipaldo. Nasze otwarcie było naprawdę mocne. Według stravy segment o długości 5,42 kilometra przejechaliśmy w czasie 19:02 (avs. 17,1 km/h) z VAM na poziomie 1109 m/h. Artur tracił już w tym miejscu 3:55, Tomek 4:23, zaś Piotr 4:46. Kolejny kręty odcinek minęliśmy na dziewiątym kilometrze wzniesienia w pobliżu wioski Bressani. Półtora kilometra dalej tuż przed Contra Tortima, na wysokości restauracji „La Rondinella” trzeba było opuścić drogę SP72. Należało skręcić ostro w prawo na boczną Strada della Scaletta. Do tego miejsca dojechaliśmy w czasie 35:25. Artur i Tomek tracili tu do nas przeszło siedem minut i jak się później okazało przeoczyli ten strategiczny zakręt. Pojechali prosto, przez co następnie na wierzchołek góry dotarli od przeciwnej strony okrężną trasą przez Fontanelle, Conco, Galgi i Val Lastaro. Pedro na tą wysokość nie dotarł. Upał pokonał go pod koniec siódmego kilometra wspinaczki. Dojechał zatem na wysokość osady Pozza, po czym zawrócił do Bassano.

Po ostrym skręcie w prawo mieliśmy do pokonania dość trudny odcinek bez wyraźnych zakrętów, stale prowadzący w kierunku północno-wschodnim. Według książki ten fragment wzniesienia ma długości 3,75 kilometra i średnie nachylenie 7,8%. Już na pierwszym kilometrze tego odcinka zapadły ważkie decyzje. Najpierw pod koniec dziesiątego kilometra Darek stanął na pół minuty w związku z problemem technicznym. Kilkaset metrów dalej Romek puścił moje koło i w ten sposób sam zostałem na prowadzeniu. Romano wpadł w lekki kryzys, bowiem już na początku dwunastego kilometra wyprzedził go „wracający do gry” Dario. Do kolejnego ciasnego wirażu tuż przed Rubbio dojechałem z przewagą 1:05 nad Darkiem i 2:30 nad Romkiem. Według stravy na długim, bo liczącym aż 10,86 kilometra segmencie od bivio Valrovina po wiraż przed Rubbio spędziłem 41:32 (avs. 15,7 km/h i VAM 1009 m/h). Dario przejechał go w 42:58 (netto 42:27), zaś Romano 43:59. Darek w tym miejscu na chwilę się pogubił, gdyż zamiast w lewo skręcił w prawo ku nadajnikom na Monte Caina. Tym niemniej szybko zawrócił na właściwą drogę. Ten błąd kosztował go tylko 400 metrów dystansu i 1:10 czasu. Tymczasem ja niewiele dalej „wkopałem się głębiej”. Wiedziałem, że po przejeździe przez Rubbio trzeba będzie odbić w lewo by rozpocząć finisz z metą przy samym wierzchołku góry. Kłopot polegał na tym, iż zrobiłem to o jakieś 1300 metrów za wcześnie. Tym samym zamiast finiszować pod Monte Cogolin wkrótce zacząłem zjeżdżać do wioski Rubbietto. Zanim nabrałem pewności, że nie tędy droga na szczyt oraz zawróciłem i ponownie dojechałem do Rubbio dodałem sobie półtora kilometra dystansu i poniosłem 4:30 straty. Tak to znalazłem się za plecami Darka i Romka. Tym niemniej na górze znalazłem się jako drugi, gdyż w samej końcówce skręt do Le Laite – Monte Cogolin przeoczył Romano. Zamiast ścigać Darka pojechał prosto i przez Colle Zolina dotarł do Val Lastaro, od przeciwnej strony niż nieco później uczynili to Artur i Tomek.

Ja dotarłem na Monte Cogolin dwie minuty po Darku. Dystans 20,45 kilometra od kościoła w Bassano del Grappa przejechałem w czasie brutto 1h 11:51. Odejmując czas spędzony na płaskim terenie przed San Michele oraz straty z bocznej drogi do Rubbietto wyszedł mi wynik netto samej 16-kilometrowej wspinaczki m/w 1h 00:40. Trochę pokręciłem się w rejonie końca asfaltowej drogi, po czym gdy spotkałem Darka, już po trawie pojechaliśmy na sam wierzchołek Monte Cogolin by tam odpocząć i poczekać na naszych kolegów. Długo nikt się nie zjawiał, zaś my nie mieliśmy świadomości ile dramatów wydarzyło się za naszymi plecami. Choć było już po siedemnastej na szczycie góry temperatura sięgała 29 stopni Celsjusza. To zbocze góry z ławeczką na samym szczycie było wystawione w kierunku południowym. Słońce nadal ostro grzało stąd pewne niewiasty na tutejszej polanie zażywały kąpieli słonecznych. Na szczycie góry spędziliśmy 20-kilka minut, stąd na przyjazd kolegów się nie doczekaliśmy. Romek po dotarciu do Val Lastaro zawrócił i zjechał do Bassano. Artur dodał sobie 8,7 kilometra dystansu i tym samym dotarł na szczyt z przeciwnej strony pół godziny po nas. Tomek na środkowym odcinku wspinaczki złapał Artura i popełnił ten sam „wielbłąd” nawigacyjny. Potem jak przyznał: trzykrotnie dopadła go „klątwa Dumuolina”, zgubił kolejny raz drogę, upadł i skrzywił hak przerzutki. Koniec końców nadłożył 10,4 kilometra i wjechał na górę godzinę po liderach. Podsumowując tylko jeden z nas względnie bezproblemowo dotarł na szczyt, drugi dołożył sobie nieco drogi, trzeci ominął końcówkę, czwarty z piątym objechał górę dookoła, zaś szósty wycofał się przed półmetkiem wzniesienia. Tyle zamieszania na niepozornej Monte Cogolin. Więcej niż w dramatycznej końcówce szóstego etapu „Hannibala”, na odcinku z Sospel do Menton. Gdy wracam myślami do tego upalnego piątkowego popołudnia to przed oczyma staje mi teledysk „10 Kleine Jagermeister” niemieckiej kapeli punk-rockowej Die Toten Hosen. Na początku tamtej historyjki bohaterów było wielu i wszyscy z wyjątkiem jednego „wysypali” się w akcji.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1747633317

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1747633317

ZDJĘCIA

20180803_001

FILMY

VID_20180803_173432

VID_20180803_175135

VID_20180803_181607

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Cogolin została wyłączona

Giro del Veneto (Vicenza – Treviso – Belluno)

Autor: admin o 3. lutego 2019

W swych podróżach rzadko zdarzało mi się pomijać kierunek włoski. Od roku 2003 odwiedzałem Italię już siedemnaście razy. Niekiedy bawiłem w niej przeszło dwa tygodnie, innym razem wpadałem na kilka dni lub też zgoła okazjonalnie na parę godzin jak w czerwcu 2011 roku w trakcie wyścigu Dreilander Giro. Jedynie w latach 2005, 2009 i 2017 nie dane mi było zahaczyć rowerem o włoskie szosy. Tym bardziej nie mogło ich zatem zabraknąć w moim programie na sezon 2018. Tym razem celem było Veneto czyli po naszemu Wenecja Euganejska. To region o wielkiej różnorodności terenu. Od plaż Adriatyku po najwyższy szczyt Dolomitów czyli słynną Marmoladę (3343 m. n.p.m.). Kolarskiej Italii dał on trzech szosowych mistrzów świata: Marino Basso (1972), Moreno Argentin (1986) i Alessandro Ballan (2008) oraz dwóch zwycięzców Giro d’Italia: Giovanni Battaglin (1981) i Damiano Cunego (2004). Obecnie największym tutejszym asem jest znakomity sprinter Elia Viviani. Synem tej ziemi jest też „wiecznie żywy” Davide Rebellin. Bynajmniej nie była to moja pierwsza wizyta w krainie, której stolicą jest magiczna Wenecja. Jednak przez pierwsze dziesięć lat swych górskich podróży skupiałem się na najbardziej znanych podjazdach lub szukałem wyzwań w postaci najtrudniejszych wyścigów w typie Gran Fondo. Dlatego choć w owym czasie poznałem już kilkanaście „weneckich” podjazdów to prawie wszystkie z nich w Dolomitach i na terenie prowincji Belluno. Tak było podczas pierwszej wycieczki z lipca 2003 roku, gdy wjechałem na przełęcze: Fedaia, Falzarego-Valparola i Tre Croci. Nie inaczej w latach następnych, gdy zdobyłem: Pordoi, San Pellegrino, Duran, Staulanza, Giau, Valles, Croce d’Aune i Tre Cime di Lavaredo. Na południe od zjawiskowych Dolomitów poznałem zaś tylko Monte Grappę (od strony Romano d’Ezzelino), Nevegal-La Casera i Cima Campo. Przed kilkoma laty, po powrocie z niezapomnianej eskapady pod szyldem Route des Grandes Alpes (alias „Hannibal”) uznałem, iż kolejne podboje górskich zakątków Europy będę prowadził według innych założeń.

Rozebrałem zatem najbardziej interesujące mnie kraje Starego Kontynentu (Włochy, Francję, Hiszpanię, Szwajcarię i Austrię) na mniejsze strefy geograficzne. Po czym we współpracy z Darkiem Kamińskim przystąpiłem do realizacji śmiałego planu jakim jest poznanie niemal wszystkich najtrudniejszych podjazdów kolarskiej Europy. Na odcinku włoskim taki pomysł przełożył się jak dotąd na cztery regionalne wycieczki. Na przełomie czerwca i lipca 2014 roku przemierzałem północne i środkowe Apeniny. Po czym w sierpniu udałem się do północnej Lombardii czyli prowincji Sondrio z licznymi wzniesienia na terenie Valtelliny. Następnie w sezonie 2015 wybrałem się do Południowego Tyrolu (prowincja Sud Tirol-Alto Adige), zaś w 2016 roku do Trydentu (prowincja Trentino). Teraz przyszła pora na Veneto, przyłączone do świeżo zjednoczonej Italii w roku 1866. Jak na włoskie warunki to region dość duży i gęsto zaludniony. Na powierzchni 18.345 km2 żyje tu 4.903.722 mieszkańców co daje 267 osób na km2. A zatem zagęszczenie przeszło dwukrotnie wyższe niż w naszej ojczyźnie. Region ten podzielony jest na 7 prowincji i 565 gmin. A w zasadzie na sześć prowincji tzn. Rovigo, Padova, Verona, Vicenza, Treviso i Belluno oraz jeden obszar metropolitalny Venezia. Biorąc pod uwagę ukształtowanie terenu tylko cztery z nich mogły nas interesować. Skąpana w wodach Adriatyku citta metropolitana Venezia oraz położona na płaskiej jak stół Nizinie Padańskiej provincia di Rovigo odpadły w przedbiegach. Podobnie ledwie pagórkowata Padwa. Teoretycznie zostały nam cztery prowincje do zobaczenia. Niemniej tak ze względów osobistych jak i logistycznych wykluczyłem jeszcze Weronę. Przede wszystkim dlatego, że najciekawsze wzniesienia wokół miasta Romea i Julii takie jak: Prada Alta, Monte Baldo, Malga Lessinia i Valico Branchetto oraz ekstremalnie stromą Punta Veleno zdążyłem już poznać w latach 2015-16. Poza tym wycieczki ku zachodnim kresom weneckiego regionu wymagałyby znalezienia trzeciej bazy noclegowej.

Na szosach trzech pozostałych weneckich prowincji: Vicenza, Treviso i Belluno znalazłem wystarczająco dużo trudnych podjazdów byśmy mieli tu ciekawe zajęcie przez co najmniej dziesięć dni. Do nich mogłem zaś jeszcze dorzucić kilka wzniesień z południowo-wschodniej części Trentino. Na podstawie takich założeń opracowałem program z prologiem i 12 etapami pod roboczą nazwą Giro del Veneto. Na wyprawę tą udało mi się zebrać liczną, bo aż 7-osobową ekipę. Większą drużynę miałem tylko trzy lata wcześniej w Południowym Tyrolu, gdzie było nas ośmiu. Z Gdańska ku Wenecji Euganejskiej wyjechali ze mną Darek Kamiński (wspólnik z blisko 10-letnim stażem) oraz Tomek Buszta (uczestnik trzech wypraw, który debiutował w Lombardii-2014). Natomiast z Warszawy wyruszyli: Romek Abramczyk (cztery, począwszy od Route des Grandes Alpes-2013), Piotr Podgórski (cztery z rzędu od Trentino-2016) oraz Artur Rykowski (uczestnik wyprawy Sud Tirol-2015). Na miejscu dołączył do nas jeszcze Adam Kowalski: ultramaratończyk, pogromca kolarskich Everestów i „honorowy obywatel” Teneryfy, który brał udział w pięciu organizowanych przeze mnie wycieczkach z lat 2012-16 czyli od Słowenii po Trentino. Tym razem Adam z ziemi polskiej do włoskiej dotarł na rowerze szlakiem przez Czechy, Bawarię i Tyrol. Do Italii wjechał już 29 lipca, więc jeszcze przed spotkaniem z nami zażył sporą dawkę miejscowych wzniesień. Na sześciu długich etapach przejeżdżając m.in. przez przełęcze: Stelvio, Forcola di Livigno, Mortirolo, Gavia, Tonale, Fedaia, Giau, Pordoi i w końcu zachodnie Passo Rolle. Miałem nadzieję, że w tak mocnym i zgranym dotychczas składzie będziemy się razem dobrze bawić. Rzeczywistość okazała się inna, z czego wypada mi wyciągnąć wnioski na przyszłość. W każdym razie dla całej naszej siódemki zarezerwowałem na booking.com dwie bazy noclegowe. Pierwszą przeznaczoną na osiem dób była Casa Alba we wiosce Borso del Grappa. Drugą wynajętą na pięć pozostałych dni były dwa lokale spod szyldu Apartamenti Vacanza tra Venezia e la Dolomiti w mieście Vittorio Veneto.

W kontraście do czerwcowych deszczy we francuskich Pirenejach pod weneckim niebem dopadły nas iście afrykańskie upały. Szczególnie dokuczliwe w pierwszym tygodniu naszego pobytu, gdy niektóre podjazdy przyszło nam zaczynać przy temperaturze przekraczającej 35 stopni Celsjusza. Na domiar złego po zmierzchu było wciąż ciepło przez co nocami spałem mało lub prawie wcale. Przede wszystkim jednak nasza drużyna szybko rozpadła się na dwa niezależne pododdziały. To znaczy już nazajutrz po tropikalnym prologu na Monte Cogolin. Koledzy z Mazowsza pod wodzą Piotra postanowili jeździć we wcześniejszych godzinach i niekiedy też po innych trasach. Tym samym na kolejnych etapach tej wyprawy mogłem liczyć tylko na towarzystwo Darka i Tomka. Niemniej na wyczerpujący „dwumecz” z Monte Grappą oraz krótki wypad do św. Antoniego ruszyłem sam. W tych przypadkach moi gdańscy kompani woleli bądź to dłużej pospać lub też szybciej odpocząć po trudnej wspinaczce na Tre Cime di Lavaredo. W dniach od 3 do 15 sierpnia zaliczyłem w sumie 25 premii górskich, z czego 21 na szosach regionu Veneto i 4 na drogach prowincji Trentino. Jeśli chodzi o moje weneckie „oczko” to m/w równo rozłożyłem akcenty pomiędzy trzy wspomniane prowincje. Najpierw pokonałem wraz z kolegami 7 wzniesień w okolicy Vicenzy, po czym dodałem jeszcze 8 podjazdów z rejonu Treviso i 6 z obszaru Belluno. Ponieważ gór do zdobycia miałem dokładnie tyle samo co w czerwcu łatwo mogę porównać obydwie wyprawy z sezonu 2018. Suche dane przemawiają na korzyść weneckich Alp. Przejechałem tu w sumie 895 kilometrów, zaś w pionie pokonałem aż 30.059 metrów! To dało dystans o 11% dłuższy i przewyższenie o 14% większe niż we francuskich Pirenejach. Udało mi się to zrobić pomimo upałów, których nie lubię. W dodatku po kilku nieprzespanych nocach.

Celowałem w najtrudniejsze spośród dotąd niepoznanych kolarskich podjazdów Veneto. Wyjątek zrobiłem tylko dla dwóch znajomych legend tego regionu. To znaczy dla Monte Grappy i Tre Cime di Lavaredo. Niemniej nie było tu mowy o zwykłych powtórkach moich podjazdów z czerwca 2008 roku. Tym razem posmakowałem dwóch innych gatunków Grappy, gdyż wjechałem na tą górę trudniejszymi drogami z Semonzo i Caupo. Natomiast strzeliste Drei Zinnen ujrzałem dopiero po przeszło 20-kilometrowej wspinaczce rozpoczętej prawie 1300 metrów niżej w dolinie Cadore. Wspomniane Tre Cime z metą przy Rifugio di Auronzo (2320 metrów n.p.m.) było zdecydowanie najwyższym wzniesieniem tej wyprawy. Przy tym jedynym wyrastającym ponad 2000 metrów, jako że druga na tej liście przełęcz Rolle niemal 350 metrów niżej. Pod tym względem czerwcowe Pireneje, w których spotkaliśmy aż pięć dwutysięczników górowały nad sierpniowymi Alpami. Pomimo to tytuł „mojej najwyższej w sezonie 2018” i tak przypadł górze włoskiej. Największa na tym wyjeździe była Monte Toraro czyli przedłużony podjazd na Valico Valbona. Nie mogło być inaczej skoro te wzniesienie o przewyższeniu 1592 metrów jest pod tym względem numer jeden w regionie Veneto. Niewiele mniejsza była południowa Monte Grappa, zaś co najmniej 1400 metrów amplitudy miały jeszcze Monte Pizzoc i północna Monte Grappa. Ten ostatni podjazd był z kolei moim najdłuższym na tej wyprawie, gdyż liczył aż 28,5 kilometra. Niemniej był on nieco krótszy od pirenejskich rekordzistów Aubisque i Tentes. Kolejne miejsca w tym zestawieniu zajęły ponad 24-kilometrowe wspinaczki na wspomnianą już Monte Toraro i do schroniska Rifugio Verenetta. Zważywszy na to, iż oba te wzniesienia musieliśmy pokonać w ten sam upalny dzień owa „kombinacja” dała mi się we znaki nie mniej niż podwójna Grappa. Według punktacji z „archivio salite” najtrudniejszym podjazdem była zaś Monte Grappa od Semonzo (1455 punktów), a zaraz potem przeraźliwie stroma Bocca di Forca (1422 punkty). Poza tym jeszcze kolejna czwórka czyli: Monte Grappa da Caupo, Col Visentin-Forcella Zoppei, Vedetta d’Archeson-Salto della Capra oraz Monte Toraro została oceniona wyżej niż najtrudniejsza w czerwcu Col de Portet.

Poniżej przedstawiam listę wzniesień, które w te gorące sierpniowe dni udało mi się obejrzeć. Natomiast w kolejnych tygodniach postaram się napisać coś więcej o nich samych jak i moich wrażeniach z ich zdobycia. Tym razem potrwa to pewnie nieco dłużej niż dwa miesiące, które potrzebowałem na opisanie czerwcowych Pirenejów. Niebawem nadejdzie wszak upragniona wiosna i więcej czasu będę mógł poświęcić na budowanie kondycji potrzebnej do realizacji kolejnych górskich wyzwań. W 2019 roku czeka mnie: prolog i 16 etapów w Centralnych Alpach francuskich (dep. Isere i Hautes Alpes) oraz 12 etapów na stromych podjazdach południowej Austrii (przede wszystkim w kraju związkowym Karyntia).

Mój rozkład jazdy:

3.08 – Monte Cogolin

4.08 – Rifugio Valmaron & Foza

5.08 – Monte Toraro & Rifugio Verenetta

6.08 – Pian delle Fugazze / Ponte Avis & Passo di Campogrosso

7.08 – Monte Grappa (Semonzo) & Monte Grappa (Caupo)

8.08 – Passo Brocon (Grigno) & Passo Brocon (Canal San Bovo)

9.08 – Passo Rolle & Lago di Calaita

10.08 – Vedetta dell’Archeson / Salto della Capra & Bocca di Forca

11.08 – Monte Cesen / Malga Mariech & Malga Budui

12.08 – Sella Ciampigotto & Pian de Buoi

13.08 – Tre Cime di Lavaredo / Rifugio Auronzo, Passo di Sant’Antonio

14.08 – Monte Pizzoc, Rifugio Dolomieu al Monte Dolada

15.08 – Monte Frascone / Pian delle Femene & Col Visentin / Forcella Zoppei

 

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Giro del Veneto (Vicenza – Treviso – Belluno) została wyłączona