banner daniela marszałka

Archiwum dla Maj, 2019

Col Visentin / Forcella Zoppei

Autor: admin o 17. maja 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1420 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1227 metrów

Długość: 14 kilometrów

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 15,9 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec tej przygody ustawiłem sobie Col Visentin (1764 m. n.p.m.). Górę na terenie Prealpi Bellunesi i pograniczu weneckich prowincji Treviso oraz Belluno, będącą najwyższym wierzchołkiem masywu Monte Cesen & Col Visentin. Już sześć lat wcześniej miałem okazję się jej przyjrzeć, acz od przeciwnej strony. Na dwa dni przed zakończeniem słoweńsko-włoskiej wyprawy zwieńczonej startem w GF Leggendaria-Charly Gaul do ruszyłem wraz z Adamem Kowalskim z parkingu pod Belluno ku owemu, który wysokością niemal dorównuje słynnej Monte Grappie. Naszym pośrednim celem była wtedy znana stacja narciarska Nevegal. Czterokrotnie wykorzystana jako etapowa meta na trasach Giro d’Italia, w tym po raz ostatni dosłownie rok wcześniej kiedy to najlepszy wynik na trasie górskiej czasówki wykręcił tu Hiszpan Alberto Contador. Tym niemniej nie zadowolił nas ledwie 11-kilometrowy podjazd do samego ośrodka sportów zimowych leżącego 1047 metrów n.p.m. Postanowiliśmy dojechać do końca asfaltowej drogi, która ciągnęła się jeszcze przez ponad 5 kilometrów. Naszą wspinaczkę północno-zachodnim szlakiem zakończyliśmy przy Rifugio La Casera na wysokości 1396 metrów. Jednym słowem do szczytu zabrakło nam 367 metrów w pionie. W tym miejscu warto dodać, że po północnej stronie podjazd ku Col Visentin można też rozpocząć w położonej bardziej na wschód miejscowości Cadola (nieopodal Ponte nelle Alpi). Obie te drogi łączą się w pobliżu Nevegal, jakieś 6 kilometrów przed finałem tej szosowej wspinaczki. Skoro nie dało się wjechać na Visentin od północy to teraz chciałem spróbować tam dotrzeć od południa. Co więcej tym razem byłem gotów się nawet bardziej poświęcić i przebrnąć finałowy odcinek po szutrze o ile tylko okazałby się przejezdny dla szosowych kół z oponami o szerokości 23mm. Zastanawiałem się przeto czy górny segment tej góry będzie równie przyjazny jak Colle delle Finestre lub Croix de Couer czy też zdecydowanie wrogi szosowcom niczym Kronplatz kilka lat po wizycie Giro.

Podglądałem nawet te końcowe kilometry w Google-Street View i przyznam, że owe kamieniste odcinki wyglądały całkiem obiecująco. Miałem zatem nadzieję, iż uda nam się dotrzeć do szczytu, na którym stoi Rifugio 5′ V Artigliera Alpina. Południowe zbocza masywu Monte Cesen & Col Visentin uchodzą za bardziej strome od tych północnych. Niemniej to właśnie po nich prowadzą najciekawsze kolarskie podjazdy w tej okolicy. Trzy z nich czyli: Monte Cesen, Casere Budui oraz Pian delle Femene miałem już w nogach. Na deser pozostawiłem sobie ten najwyższy, największy i najtrudniejszy. Zagadką pozostawało jednak czy uda się go „przerobić” w pełnym wymiarze. Na bazie dostępnych mi żródeł mogłem odnieść wrażenie, iż szosowy podjazd na Col Visentin wydłuża się z biegiem lat, nieśpiesznie niczym sieć polskim autostrad. Wspominana przeze mnie niejednokrotnie książka z cyklu „Passi e Valli in Bicicletta” nr 10 czyli „Prealpi Venete – 1″z została wydana w listopadzie 2000 roku. W niej to podjazd zaczyna we wiosce Longhere kończy się już 5,5 kilometra nieopodal osady Menegon, na wysokości 671 metrów n.p.m. Przy czym autor owego przewodnika dodaje, iż asfalt ciągnie się jeszcze przez 1,4 kilometra za miejscem, na którym skończono opis i załączony do niego profil wzniesienia. W każdym razie nawet przy takim założeniu oznaczało to, że u progu XXI wieku ów szosowy podjazd miał niespełna 7 kilometrów i kończył się na wysokości około 800 metrów n.p.m. Tym niemniej w bazie podjazdów „archivio salite” ze strony www.zanibike.net można już od paru lat znaleźć profil całej wspinaczki o długości 17,5 kilometra i przewyższeniu 1571 metrów, na którym wyraźnie zaznaczono, iż koniec asfaltu jest na wysokości 1224 metrów po pokonaniu 11,6 kilometra tego wzniesienia. To już przynajmniej dawało pewność, iż nawet jeśli nie uda nam się dotrzeć na sam szczyt to nasz wysiłek zostanie nagrodzony zaliczeniem kolejnej premii górskiej o amplitudzie przeszło 1000 metrów.

Rzeczywistość okazała się nieco bardziej optymistyczna. Otóż od czasu publikacji owego profilu w internecie „ludzka cywilizacja” połknęła kolejny kawałek tego wzniesienia umożliwiając kolarzom szosowym bezproblemowe dotarcie do Forcella Zoppei czyli na wysokość 1420 metrów n.p.m. Niemniej atak szczytowy przy użyciu „bici da strada” nadal okazał się niemożliwy. Niemniej owego dnia około południa nie wiedzieliśmy jeszcze jak wysoko nas ta droga zawiedzie. Nie ulegało wszakże wątpliwości, iż czeka nas tu niełatwa przeprawa. Postanowiliśmy się do niej zabrać na spokojnie. Po pierwsze obiecałem sobie jak i koledze, iż tym razem pojadę tempem odpowiednim dla Tomka. Przede wszystkim na „do widzenia” chciałem zgarnąć swój 50 górski skalp w tym sezonie, mniejsza o tym w jakim stylu. W przeszłości, a dokładnie w latach 2014-2016 miewałem już „bogatsze” zbiory. Rekordowy pod tym względem był dla mnie rok 2014, w którym na trasach od San Marino po stację Bormio-2000 zaliczyłem w sumie 55 apenińskich i alpejskich podjazdów. Zupełnym przypadkiem wówczas też ostatnią górę drugiej wyprawy poznawałem w towarzystwie Burego. Tym razem po zjeździe z Pian delle Femene nie od razu zabraliśmy się do drugiej roboty. Cofnęliśmy się do Vittorio Veneto, ale nie do centrum czy też na odpoczynek do naszej bazy, lecz jedynie na północne obrzeża miasta. Tamże u styku dróg SP35 i SS51 zatrzymaliśmy się na jakieś dwadzieścia minut w miejscowej Gelateria Rosetta. W ramach osobiście przyznanych sobie nagród za zdobycie pierwszej góry zamówiliśmy sobie po pucharze wyśmienitych lodów, z których wszak słynie Italia. Tego nam było trzeba, skoro temperatura o tej porze dnia oscylowała w okolicy 35 stopni. Po zasłużonym deserze m/w kwadrans przed trzynastą zawróciliśmy w kierunku Longhere na spotkanie z Col Visentin. Od wspomnianej lodziarni do podnóża naszej finałowej góry mieliśmy zaledwie kilometr.

Przejechawszy ten krótki odcinek na wysokości Chiesa della Beata Vergine di Loreto należało skręcić w lewo i wjechać na via Longhere, z której szybko odbiliśmy na Via del Landro. Od razu dało się poznać charakter tego wzniesienia. Na pierwszym kilometrze podjazdu średnie nachylenie wynosi bowiem 9,1%. Jeszcze ciekawiej było na kolejnych 400 metrach o średniej 14%, kończących się przy bocznej drodze do wioski Vizza. Ustawiony obok drogi znak straszył tam nawet nachyleniem rzędu 20%. Niemniej aż tak stromo to tam nie było. Mój licznik zanotował maxa na poziomie 15,2%. Przejechawszy nad potokiem Zuccotti pod koniec drugiego kilometra byliśmy już w osadzie Previda. Droga niekiedy kręta, innym razem prosta wiodła nas zdecydowanie do góry przy stałym nachyleniu około 9-10%. Dopiero po przejechaniu 4,7 kilometra w okolicy Borgo Olivi można było przez chwilę odpocząć na krótkim zjeździe do osady Borgo Menegon. Podjazd odżył na początku szóstego i następnie solidnie trzymał nas do końca ósmego kilometra. Na tym sektorze droga wyraźnie skręciła na zachód. Kolejna okazja do wytchnienia nadarzyła się na początku dziewiątego kilometra. Niemniej był to odcinek ledwie 300 metrów, który szybko przeszedł w stromiznę rzędu 11,5%, a potem nawet 13,5%. Na początku jedenastego kilometra trzeba się było uporać ze ścianką o nachyleniu aż 14,5%. Niebawem śmignął nam z naprzeciwka Darek, który dla odmiany Visentin pojechał w pierwszej kolejności. Jeśli dobrze pamiętam Dario krzyknął nam w przelocie, iż do końca wspinaczki mamy jeszcze trzy kilometry. Teoretycznie już za kilometr miał się zacząć 6-kilometrowy szutrowy odcinek. Tym niemniej gdy dojechaliśmy do wirażu nr 19 (ze znakami na Malga Cor) szosa wcale się nie skończyła. Owszem stan nawierzchni uległ pewnemu pogorszeniu. Stała się ona bardziej chropowata. Można nawet powiedzieć, że była posypana drobnymi kamyczkami, które z biegiem czasu pewnie wbiją się w tutejszy świeży asfalt. Na podjeździe nie miało to większego znaczenia. Jedynie w początkowej fazie zjazdu należało bardziej uważać.

Nasza przygoda zakończyła się na wysokości 1420 metrów n.p.m. W miejscu zwanym Forcella Zoppei. Doskonale było stąd widać wierzchołek Col Visentin. Do szczytu owej góry brakowało nam jeszcze 3,3 kilometra dystansu i jakieś 344 metry w pionie. Jednym słowem pozostał nam do pokonania odcinek o średnim nachyleniu aż 10,4%, lecz po nawierzchni na tyle kamienistej, że przejechanie jej rowerem szosowym nie wydawało się możliwe. To nie było tylko moje i Tomka zdanie. Tuż przed nami z tej samej okolicy zawrócił Darek, zaś cztery dni wcześniej również tu swój odwrót rozpoczął Adam Kowalski. Według stravy segment o długości 14,27 kilometra oraz przewyższeniu 1208 metrów (chyba nieco zaniżonym) pokonaliśmy w 1h 21:10 (avs. 10,6 km/h z VAM 893 m/h). Nieco wolniej niż Dario, który wdrapał się na Zoppei w czasie 1h 18:56, ale szybciej niż Adam, który na to samo potrzebował 1h 24:29. W górnej fazie zjazdu mogliśmy sobie po raz ostatni spojrzeć na wenecki fragment Pianura Padana. Kilka minut przed wpół do czwartą zjechaliśmy do Serravalle, gdzie pod dachem naszego apartamentu zastaliśmy Darka pochłaniającego swój obiad przed wyprawą na Pian delle Femene. Dario ze spotkania z „Panią Partyzantką” wrócił po godzinie osiemnastej. Tym niemniej zdążyliśmy jeszcze zrobić wypad na miejską starówkę i zjeść obiad w Pizzeria Galium. Na tym zakończyliśmy nasze górskie Giro del Veneto, wbrew moim planom przejechane w wąskim 3-osobowym składzie. Około 21-wszej skończyliśmy się pakować, zdaliśmy apartament gospodarzom i rozpoczęliśmy około 15-godzinną podróż przez Wenecję Julijską, Austrię, Czechy a w zasadzie Morawy i całą Polskę do naszego Gdańska. Towarzysko ta wyprawa niespecjalnie mi się udała. Na kilku osobach się zawiodłem. Niemniej pod kątem sportowym zrealizowałem swoje plany, nawet jeśli moja forma pozostawiała nieco do życzenia. Niemal każdego dnia mogłem liczyć na wsparcie Darka i Tomka. Zatem już dziś cieszę się na kolejną wycieczkę z nimi. Tym razem we francuskie Alpy na najtrudniejsze podjazdy departamentów Isere i Hautes-Alpes.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999728

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999728

ZDJĘCIA

20180815_041

FILMY

VID_20180815_133309

VID_20180815_134406

VID_20180815_142313

VID_20180815_143134

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Col Visentin / Forcella Zoppei została wyłączona

Monte Frascone / Pian delle Femene

Autor: admin o 10. maja 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1126 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 893 metry

Długość: 8,8 kilometra

Średnie nachylenie: 10,1 %

Maksymalne nachylenie: 14,6 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na sam koniec dwa podjazdy blisko domu. Wygodnie czyli bez żadnych transferów samochodowych. Niemniej wcale nie łatwo, bo oba wzniesienia z przewyższeniem około tysiąca metrów i średnim nachyleniem na poziomie 9-10%. Pierwsza wspinaczka czyli Pian delle Femene wyglądała na krótką, lecz bardzo konkretną. Druga czyli podjazd ku Col Visentin stanowiła pewną zagadkę. Wiedziałem bowiem, że na sam szczyt tej góry nie można wjechać po drodze asfaltowej. Otwartym pozostawało jednak pytanie na jaką wysokość doprowadzi nas szosa oraz jak wygląda szutrowa ścieżka będąca końcowym odcinkiem tego górskiego szlaku. Właśnie z powodu owej niepewności w swych planach ów podjazd zostawiłem sobie na sam koniec. Normalnie większe z dwojga codziennych wzniesień wolałbym pokonać w pierwszej kolejności. Niemniej w tym przypadku wolałem najpierw zaliczyć „cywilizowaną od stóp do czubka głowy” Femene by następnie pozostały czas poświęcić na przejechanie możliwie najdłuższego kawałka z Col Visentin. Oba podjazdy wybrane przeze mnie na pożegnanie z regionem Veneto mieliśmy w zasięgu kilku kilometrów od bazy noclegowej w Serravalle, dzielnicy Vittorio Veneto. Pierwszy mieliśmy zacząć w oddalonym o ledwie cztery kilometry miasteczku Revine, zaś drugi jeszcze bliżej we wiosce Longhere. Wystarczyło ruszyć z miasta w kierunku północnym i po przejechaniu niespełna kilometra skręcić w lewo (na zachód) by prowadzącą nieco pod górę drogą SP35 wkrótce dotrzeć do każdej z tych miejscowości. Oczywiście kolejność pokonania obu tych wzniesień była dowolna. Ja wybrałem wyżej opisane rozwiązanie i do wspólnej eskapady namówiłem Tomka. Nasze ostatnie zmagania z weneckimi górami i miejscowym upałem rozpoczęliśmy o godzinie dziesiątej. Darek, któremu czas do południa płynie dwa razy wolniej niż większości znanych mi ludzi, wybrał się ku tej ostatniej przygodzie w samo południe. Tym razem narzucane przez dyrektoriat wyprawy zasady grupowej solidarności nie obowiązywały. Każdy mógł we właściwym sobie rytmie dobowym zmierzyć się z finałowymi odcinkami naszego Giro del Veneto.

Zatem dla nas pierwszym celem był Pian de le Femene. Płaskowyż na terenie Prealpi Bellunesi, przez który przechodzi górski szlak łączący Nizinę Padańską (Pianura Padana) na południu z doliną Valbelluna na południu. Niestety tylko jego pierwsza część przebiega po drodze asfaltowej, zaś na północ ku miejscowości Limana schodzi jedynie gruntowa ścieżka. Najwyższy punkt tej drogi znajduje się pomiędzy szczytami Il Monte Cor (1322 m. n.p.m.) na północnym-wschodzie oraz Il Monte Boral (1245 m. n.p.m.) na południowym-zachodzie. Oryginalna nazwa tej górskiej mety pochodzi z dialektu weneckiego, zaś w literackim języku włoskim brzmi Pian delle Donne. Tak czy owak miejsce to upamiętnia Waleczne Kobiety, uczestniczki włoskiego ruchu oporu z końcowych lat II Wojny Światowej. U kresu owej szosy stoi zresztą pomnik przedstawiający Bohaterską Niewiastę, zaś nieco dalej budynek, w którym mieści się Museo della Resistenza. Co ciekawe w tych stronach oprócz dwóch odmian kolarstwa uprawia się też jeździectwo oraz łucznictwo, co pasuje do wyobrażeń na temat mitycznych Amazonek. Przeszło 9-kilometrowy podjazd na Monte Frascone zasadniczo prowadzi po drodze SP159. To znaczy po Via San Francesco, przy czym owym patronem jest nie ów słynny święty rodem z Asyżu, lecz młodszy o blisko 190 lat jego imiennik rodem z miasteczka Paola w Kalabrii. Przyjechawszy do Revine można go zacząć na co najmniej na trzech różnych ulicach. Niemniej wszystkie te opcje łączą się w jedną już po kilkuset metrach. Wspinaczka jest stroma od samego początku do końca i daje doprawdy niewiele miejsce na złapanie oddechu. Na pierwszych 4 kilometrach średnie nachylenie wynosi 9,3%, a byłoby jeszcze gdyby nie 200-metrowe falsopiano pod koniec drugiego kilometra. Najtrudniejszy na tym wzniesieniu jest środkowy sektor o długości 2 kilometrów i średniej aż 11,8%, zakończony 500-metrowy odcinkiem ze stromizną 13,4%. Trzecia tercja ma nachylenie zbliżone do pierwszej. Na dystansie 3,12 kilometra średnia stromizna to niespełna 9,2%. Dopiero finałowe 100 metrów z hakiem to już zupełnie płaski teren.

Ostatnimi czasy na trasach Tour de France niezłą karierę robi góra o pokrewnej nazwie tzn. La Planche des Belles Filles. Już trzykrotnie, bo w latach 2012, 2014 i 2017 wyznaczano na niej etapowe finisze, które to wygrywali: Chris Froome, Vincenzo Nibali i Fabio Aru. Za dwa miesiące najlepsi górale światowego peletonu będą się na niej pojedynkować już po raz czwarty tzn. na szóstym odcinku tegorocznej „Wielkiej Pętli”. Nasza „włoska niewiasta” raczej nigdy nie dostąpi podobnego zaszczytu na Giro d’Italia. Trochę szkoda, bo pod każdym względem jest atrakcyjniejsza od swej francuskiej koleżanki. Wszak podjazd w Wogezach to tylko 5,8 kilometra przy średniej 8,6% co daje przewyższenie ledwie 505 metrów. Mnie i Tomka, a nieco później także Artura i w końcu Darka czekało tego dnia poważniejsze wyzwanie. Po opuszczeniu Vittorio Veneto skręciliśmy w drogę SP35. Następnie przejechaliśmy pod wiaduktem, po którym biegnie Autostrada d’Alemagna czyli A27. Po 2 kilometrach jazdy byliśmy już w Longhere, gdzie zobaczyliśmy skąd będziemy zaczynać późniejszy podjazd na Col Visentin. Niemal drugie tyle dystansu trzeba było pokonać by dotrzeć do Revine. Dojechawszy do tego miasteczka na startowy odcinek naszej wspinaczki wybraliśmy „bramkę środkową” czyli Via Cal di Brussa. Plany na ten podjazd mieliśmy odmienne. Mając na uwadze, że Pian delle Femene jest wspinaczką stromą, ale dość krótką chciałem się na niej sprawdzić. Natomiast Tommy wolał ją przejechać oszczędniej, by zostawić sobie zapas energii konieczny do sprawnego pokonania jej większego sąsiada. Nie wystartowałem jednak zbyt szybko. Początkowy odcinek prowadzący po terenie zabudowanym z nachyleniem do 11,7% przejechaliśmy razem. Po około 600 metrach przecięliśmy Via Crusis czyli znaczoną kapliczkami Drogę Krzyżową pnącą się ku Santuario San Francesco da Paola. Pod koniec pierwszego kilometra odjechałem koledze i nieco szybciej niż dotąd zacząłem się wspinać tą krętą drogą, po obu stronach potoku Borrai.

Od czasu do czasu mijałem pojedyncze gospodarstwa oraz opuszczone domki z kamienia. Słońce przypiekało, ale nie był to szczególnie dokuczliwy upał. Tu trzeba było sobie radzić z temperaturą w przedziale od 24 do 28 stopni. Po czterech kilometrach wspinaczki minąłem kościółek Lama delle Crode. Tomek pojawił się w tym miejscu ze stratą tylko 1:20, więc nie można powiedzieć by jechał na „pół gwizdka”, bardziej w „takcie na trzy-czwarte”. Największą stromiznę czyli 14,6% zanotowałem w połowie szóstego kilometra. Naliczyłem tu bodaj dziewiętnaście wiraży. Ostatni z nich znajdował się na początku siódmego kilometra. Kilkaset metrów dalej droga zmieniła kierunek z północnego na zachodni. Na tym odcinku maksymalna stromizna wyniosła 11,9%. Zgodnie z opisem sam końcówka była płaska. Meta znajdowała się tuż za zakrętem w prawo na wysokości Casera Togo. Dzień był świąteczny, pogoda wyśmienita, więc nie brakowało tu innych turystów. Na pokonanie tego wzniesienia potrzebowałem około 52 minut. Według stravy segment „Monte Frascone” o długości 8,41 kilometra przejechałem zaś w 48:54 (avs. 10,3 km/h z VAM 1014 m/h). Jednym słowem nie poszalałem, acz wstydu też nie było. Tomek uzyskał tu czas 54:27. Na górze spędziliśmy przeszło pół godziny. Najpierw wpadliśmy na kawę do miejscowego Rifugio Alpino. Potem przyszła pora na zdjęcia, w tym najważniejsze na tle Partyzantki. Tego dnia jeszcze co najmniej dwa polscy „cicloturisti” wpadli złożyć jej wizytę. Artur dotarł tu przed piętnastą, przy czym przejechał jeszcze spory odcinek szutrowej drogi ku osadzie La Posa. Na naszym segmencie wykręcił zaś wynik 51:37. Wszystkich nas „zmiażdżył” jednak późno-południowy Dario. Ku owej górze ruszył po godzinie szesnastej, zaliczywszy w pierwszej kolejności Col Visentin-Forcella Zoppei. Odpowiednio zregenerowany i odżywiony w porze sjesty „połknął” wspomniany segment z Pian delle Femene w czasie ledwie 45:11 (avs. 11,2 km/h z VAM 1097 m/h). Jednym słowem wrzucił mi tu blisko 4 minuty. Szkoda, że nie zanotowałem co zjadł na ten obiad.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1773999659

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1773999659

ZDJĘCIA

20180815_001

FILMY

VID_20180815_113816

VID_20180815_174028

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Monte Frascone / Pian delle Femene została wyłączona

Rifugio Dolomieu al Monte Dolada

Autor: admin o 3. maja 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1494 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1099 metrów

Długość: 11,1 kilometra

Średnie nachylenie: 9,9 %

Maksymalne nachylenie: 16,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Z Monte Pizzoc do bazy zjechaliśmy kwadrans po czternastej. Po zjeździe z tej wyniosłej góry jadąc przez południowe obrzeża Vittorio Veneto dostrzegłem reklamę hipermarketu nieznanej mi dotąd sieci Emisfero. Tymczasem jeszcze tego samego dnia przed wypadem na drugą górę mieliśmy zrobić nasze tradycyjne zakupy przedwyjazdowe, pod roboczym hasłem „vino & olio d’oliva”. Tym razem nie mogliśmy z nimi czekać do końca, bowiem nazajutrz był 15 sierpnia czyli dzień dwóch włoskich świąt tzn. kościelnego Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny oraz mającego pogański rodowód Ferragosto. Jeszcze przed obiadem udaliśmy się zatem na spożywczo-pamiątkowe „łowy”, z których wróciliśmy nieźle obładowani, chwaląc sobie bogaty asortyment przypadkowo namierzonego sklepu. W porze obiadu dopadła nas natomiast wiadomość o tragedii jaka wydarzyła się pod Genuą. Tego dnia tuż przedpołudniem, podczas gwałtownej ulewy, runął fragment wiaduktu na autostradzie A10 przebiegającej przez stolicę Ligurii. Wybudowany w latach 1963-67 viadotto Polcevera alias Morandi (od nazwiska rzymskiego architekta) miał długość 1182 metrów. Zawalił się na długości około 200-250 metrów. W chwili tej na moście tym znajdowało się około 30 samochodów osobowych i 3 TIRY, które to spadły z wysokości 45 metrów. W katastrofie tej zginęły 43 osoby. Niewykluczone, że w lipcu 2014 i ja miałem okazję przejechać po tej drogowej pułapce, gdy wraz z Darkiem zwiedzałem włoski półwysep poznając najciekawsze kolarskie podjazdy w północnej i środkowej części Apenin. W pobliżu miasta Kolumba zaliczyłem wtedy wspinaczki pod Monte Beigua oraz Madonna della Guardia. Po obiedzie i krótkiej sjeście dobrze po godzinie siedemnastej udaliśmy się na spotkanie z najtrudniejszym wzniesieniem w górskim paśmie Alpago. Dojazd wiódł prosto na północ i liczył sobie 22 kilometry. Po minięciu Lago di Santa Croce, jakieś dwa kilometry za miejscowością La Secca należało zjechać z drogi krajowej SS51-Alemagna.

Po skręcie w prawo przejechaliśmy jeszcze kilkaset metrów zatrzymując się po lewej stronie szosy, na sporym parkingu nieopodal strefy przemysłowej Paludi. Podjazd zaczynał się w bezpośrednim sąsiedztwie naszego postoju, zaraz po przejeździe na wschodni brzeg Canale Cellina. Pierwsze cztery kilometry najtrudniejszej wspinaczki do Rifugio Dolomieu al Monte Dolada wiodą po drodze SP41. Początkowe 300 metrów to niespełna dwuprocentowe falsopiano. Następnie na łuku w lewo droga znacząco się wypiętrza. Kolejne 3,6 kilometra to dojazd do Pieve d’Alpago o średnim nachyleniu 7,9%. Na początku trzeciego kilometra przejeżdża się przez wioskę Tignes. Nazwa wszystkim nam trzem znajoma z racji o rok wcześniejszej wspólnej wspinaczki do francuskiej stacji narciarskiej z okolic Val d’Isere. Po wjeździe do Pieve najpierw mamy ledwie 200-metrowy, ale stromy zjazd o stromiźnie 9%, a potem 500-metrowy odcinek o nachyleniu 7,6% po drodze SP4 biegnącej z Cadoli (na północnym-zachodzie) po Puos d’Alpago (na południowym-wschodzie). Następnie po przejechaniu 4,6 kilometra od Paludi kończy się jazda stosunkowo szerokimi drogami. Należy skręcić w wąską via Guglielmo Marconi ku wiosce Plois i kierować się do celu znakami spod hasła „Rifugi”. Kolejny odcinek tej wspinaczki ma długość 2,9 kilometra i średnie nachylenie 11%. Kończy się on na wysokości restauracji „La Carota”. Dojazd do tej górskiej trattorii poprzedza zaś cały kilometr ze stromizną 13,5%, w tym 500 metrów na poziomie 15%. Dalsze 500 metrów o to ostatni już na tej górze krótki moment na złapanie oddechu. Ten odcinek składa się z 200-metrowego falsopiano i następnie 300 metrów podjazdu o umiarkowanym nachyleniu. Po czym na rozstaju dróg trzeba odbić w lewo i wjechać do lasu, gdzie zaczyna się finałowy (najtrudniejszy) fragment tego wzniesienia. To znaczy 4 kilometry o średnim nachyleniu 11,3%, na którym są dwa 500-metrowe odcinki o średniej 14-15%, zaś maksymalna stromizna wynosi 18%. Ten górny sektor to już bardzo wąska dróżka w całości ukryta w gęstym lesie.

Cała wspinaczka kończy się po 12 kilometrach na niewielkim placu służącym za parking dla pobliskiego schroniska. Rifugio Dolomieu powstało na południowo-wschodnim zboczu Monte Dolada, góry wznoszącej się na wysokość 1939 metrów n.p.m. Cieszy się ona sporą popularnością wśród amatorów górskich wędrówek jak i fanów paralotniarstwa. Patronem schroniska jest Guy de Dolomieu (1750-1801) – francuski wulkanolog i geolog, który swego fachu nauczył się w więzieniu, w trakcie odsiadywania kary za uśmiercenie przeciwnika w pojedynku. To właśnie jemu swą nazwę zawdzięczają słynne w kolarskim światku Dolomity, góry z północno-wschodniej Italii będące częścią tzw. Południowych Alp Wapiennych. Francuz, choć sporo podróżował akurat w tych akurat nigdy nie był. Niemniej badając minerały przysłane mu z tego regionu odkrył, iż różnią się one od większości znanych nauce skał wapiennych. Nie reagowały na polanie kwasem solnym, będąc związkiem węglanów wapnia i magnezu. Oczywiście wyścig Dookoła Włoch nigdy nie dotarł w tak odludne i anonimowe miejsce. Niemniej wspomniane miasteczko Pieve d’Alpago gościło już peleton Giro w 2013 roku na pierwszych kilometrach etapu dwunastego z Longarone do Treviso. W najbliższym czasie po raz drugi będzie w nim wyznaczona premia górska GdI, acz tylko czwartej kategorii. Stanie się tak na odcinku osiemnastym z Valdaora do Santa Maria di Sala. Niemniej podobnie jak przed sześciu laty, gdy wygrał tu Rosjanin Maxim Biełkow, kolarze będą się wspinać do Pieve łagodniejszą drogą SP4. My na nasz bardziej stromy szlak ruszyliśmy dokładnie o osiemnastej. Po popołudniowym deszczu temperatura była umiarkowana. Na starcie mieliśmy 21 stopni. Tylko przez kilkaset metrów jechaliśmy razem. Za drugim wirażem Dario przyśpieszył i szybko nas pożegnał. Czułem się na tyle dobrze, że mogłem na ten pierwszy atak bez trudu odpowiedzieć. Na szczęście tym razem chłodna głowa zapanowała nad gorącym sercem. Wytrzymałbym z nim zapewne do wioski Plois, a potem zapłacił za swój zbytni optymizm na górnej połówce.

Do tej stromej wspinaczki podszedłem zatem z należytym respektem. Pojechałem swoim tempem, które okazało się też w sam raz dla z dnia na dzień mocniejszego Tomka. Pod koniec trzeciego kilometra mój licznik po raz pierwszy odnotował dwucyfrową stromiznę. Na dojeździe do Pieve wyniosła ona maksymalnie 11,8%. Dario na niespełna 4-kilometrowy sektorze wiodącym po szosie SP41 nadrobił nad nami przeszło minutę. Na segmencie o długości 3,47 kilometra wykręcił czas 15:19 (avs. 13,6 km/h z VAM 1087 m/h), zaś my 16:28 (avs. 12,7 km/h z VAM 1011 m/h). Po opuszczeniu drogi SP4 już w połowie piątego kilometra trzeba było sobie poradzić z nachyleniem na poziomie 13%. W sumie dobrze, że te „przyjemności” były dawkowane nam stopniowo. Jadąc z pewną rezerwą wciąż miałem siły na pokonywanie kolejnych, coraz to ostrzejszych, ścianek. Na początku siódmego kilometra, na wylocie z Plois, poradziliśmy sobie ze stromizną rzędu 16,5%. Łatwiejsze kilkaset metrów w okolicy „Rifugio Carota” pozwoliły zaś na złapanie oddechu przed hardcorowym finałem. W lesie było nie tylko stromo i wąsko, ale też mokro. Przy stromiźnie niekiedy przekraczającej 15% trzeba było myśleć jak rytmicznie pokonywać kolejne metry wzniesienia. W tych warunkach stawanie w pedałach mogło się skończyć uślizgiem tylnego koła. Z kolei jadąc na siedząco nie wypadało przenosić ciężaru ciała zbytnio do tyłu. Poradziliśmy sobie z tym wyzwaniem całkiem udanie. Bez przymusowych postojów dotarliśmy na opustoszały parking u kresu szosy. Segment o długości 7,25 kilometra (powyżej Pieve) przejechaliśmy w 45:03 (avs. 9,7 km/h z VAM 1063 m/h). Zaczęliśmy się zastanawiać jak stąd trafić do Rifugio Dolomieu, no i gdzie podział się nam niedościgniony Dario. Dopiero po dłuższej chwili spostrzegliśmy, iż na ostatnim zakręcie należało odbić w lewo i wjechać na 200-metrową szutrową dróżkę prowadzącą do owego schroniska. W jego pobliżu spotkaliśmy Darka, który na całym podjeździe „wrzucił” nam przeszło trzy i pół minuty. Według stravy dystans 11,21 kilometra pokonał w 59:49 (avs. 11,2 km/h z VAM 1054 m/h), zaś my w 1h 03:21 (avs. 10,6 km/h z VAM 995 m/h).

Na górze było pochmurno i doprawdy rześko. Tylko 13-14 stopni. Tak niskiej temperatury na tej wyprawie jeszcze nie widzieliśmy. Poza tym odczucie chłodu wzmagała mżawka. Schronisko mimo późnej pory nie było jeszcze zamknięte. Spędziliśmy przed nim ponad 20 minut. Początek zjazdu wyglądał dość niebezpiecznie. Na tej bardzo stromej i wąskiej szosie trzeba było często hamować. Niemniej na mokrej nawierzchni należało to czynić bardzo ostrożnie. Poza tym ja nie chciałem znów przegrzać obręczy by nie zaliczyć kolejnej „gumy”. Po defektach na Brocon, Bocca di Forca i Pian de Buoi kończył mi się już zapas dętek. Dlatego na co groźniej wyglądających odcinkach wolałem się już przespacerować niż kusić los szarpaną jazdą. Zakładałem, że moi kompani poczekają przez to na dole dłużej niż zwykle. Podczas przejazdu przez Plois i Pieve d’Alpago nieco skróciłem sobie drogę by odrobinę zyskać na czasie. Pamiętam, że w lokalnych kościołach biły dzwony. Bynajmniej nie dlatego, że była już godzina dwudziesta. To było żałobne uczczenie pamięci ofiar genueńskiej tragedii. Na parking w Paludi zjechałem przeszło kwadrans po ósmej. Mocno się zdziwiłem odkrywając, że dotarłem tu pierwszy. Cóż po drodze przytrafiło się moim kompanom? Miałem nadzieję, że nic groźnego. Szybko poznałem rozwiązanie tej zagadki. Okazało się, że Dario & Tommy podczas przejazdu przez Pieve nie spostrzegli, gdzie należy zjechać z drogi SP4. Pojechali nią dalej w kierunku Puos d’Alpago. Ze swej pomyłki zdali sobie sprawę dopiero po niespełna dwóch kilometrach, tuż przed wioską Garna. Tym samym chcąc wrócić na właściwy szlak musieli dorobić dodatkowe kilkadziesiąt metrów w pionie. Do bazy na nocleg wróciliśmy około 21:00. Zmęczeni ale zadowoleni, iż przed zmrokiem udało nam się pokonać ten trudny podjazd w relatywnie korzystnych warunkach pogodowych.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1772357898

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1772357898

ZDJĘCIA

20180814_061

FILMY

VID_20180814_191224

VID_20180814_191804

VID_20180814_192213

VID_20180814_194549

Napisany w Bez kategorii | Możliwość komentowania Rifugio Dolomieu al Monte Dolada została wyłączona