banner daniela marszałka

Archiwum dla wrzesień, 2024

Forca Canapine

Autor: admin o 30. września 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: incrocio SS685 & SP476

Wysokość: 1572 metry n.p.m.

Przewyższenie: 919 metrów

Długość: 19,6 kilometra

Średnie nachylenie: 4,7 %

Maksymalne nachylenie: 8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Podjazdem do stacji Selvarotonda zakończyłem swój krótki pobyt w stołecznym Lacjum udając się na północ ku górkom Umbrii. Przed dziesięciu laty przy pierwszym „przelocie” przez północne i środkowe Apeniny zaliczyłem w tym regionie trzy wzniesienia czyli: Colle Bertone, Monte Subasio (ponad słynnym Asyżem) i niepozorną Bocca Trabaria. Na sezon 2024 upatrzyłem sobie trzy kolejne cele. Pierwszym z nich miała być Forca Canapine w paśmie Monti Sibillini. Przełęcz, którą po raz pierwszy odwiedziłem pięć dni wcześniej czyli w trakcie wywołanej chorobą przymusowej przerwy od wszelkiej rowerowej aktywności. Matteo tego dnia wspiął się na Monte Prata, po czym krążył wokół płaskowyżu Pian Grande zaliczając m.in. ostatnie kilometry zachodniej wspinaczki pod Canapine. Ja mogłem jedynie śledzić jego poczynania zza kółka swego samochodu. Po kilku dniach było ze mną nieco lepiej i po raz pierwszy od powrotu na szosę zdecydowałem się zrobić dwie górki jednego dnia. Skończywszy zjazd z Selvarotonda wskoczyłem do auta by znaną mi już drogą SP17 skierować się w rejon Nursji. Miasteczka, w którym pod koniec V wieku n.e. urodził się św. Benedykt – założyciel najstarszego z zakonów Kościoła Zachodniego. Po kilkunastu kilometrach wjechałem do Umbrii, po czym za wioską Civita zacząłem zjazd do podnóża drugiego ze swych poniedziałkowych podjazdów. Postanowiłem się zatrzymać w miejscu, gdzie krajówka SS685 styka się z dróżką SP478 i tym samym nie dojechałem do Norcii, sponiewieranej trzęsieniem ziemi z października 2016 roku.

Forca Canapine trzykrotnie pojawiła się na trasie Giro d’Italia. Premie górskie wygrywali na niej Hiszpan Faustino Fernandez Ovies w 1977, Kolumbijczyk Reynel Montoya w 1985 i znakomity Szwajcar Toni Rominger w 1989 roku. Czy kiedykolwiek wspinano się na tą przełęcz z okolic Nursji tego nie udało mi się ustalić. Przy ostatniej okazji podjeżdżano z przeciwnej strony czyli z miasteczka Tufo w Abruzji na odcinku, który wiódł kolarzy z L’Aquili do Gubbio. Tym niemniej większa część „mojego” podjazdu została wykorzystana w marcu 2024 roku w pierwszej fazie czwartego etapu Tirreno – Adriatico, który przez Valico di Castelluccio (Ventosola) i Forca di Presta prowadził ku mecie w nadmorskiej miejscowości Giulianova. Zachodni podjazd na Forca di Canapine jest długi, lecz całkiem przyjemny. Ogólnie łagodny, a poza tym bardzo regularny. Średnie nachylenie ciut poniżej 5%. Przy tym raptem kilka półkilometrowych sektorów ze stromizną na umiarkowanym przecież poziomie 6%. Maksymalna stromizna to ledwie 7%. Jednym słowem coś do szybkiego przejazdu na dość twardym przełożeniu. Zawodowiec czy naprawdę mocny amator mógłby tu chyba nie zrzucać łańcucha na małą tarczę. Zacząłem wspinaczkę o wpół do trzeciej przy wysokiej temperaturze 28 stopni. Pierwsze 4,5 kilometra miałem do przejechania wspomnianą już drogą krajową nr 685. Na szczęście szosa była otoczona drzewami, więc jechało się nieco zacienionym korytarzem. W połowie piątego kilometra zgodnie z planem skręciłem w lewo wjeżdżając na drogę SP 477/1.

Krajówka, którą i tak miałem tu porzucić została w tym miejscu zamknięta na najbliższe cztery tygodnie. Tymczasem ja przez kolejne trzy kilometry jechałem na północ, zanim pod koniec ósmego kilometra mój szlak zawrócił i już na dobre obrał kurs na południowy-wschód. Wokół cisza i spokój z rzadka przerywana odgłosami samochodowych czy motocyklowych silników. Ogólnie bardzo przyjemna jazda po dobrej nawierzchni i pod błękitnym niebem. Na początku szesnastego kilometra minąłem punkt, w którym zaczyna się droga SP477/2 biegnąca ku Rifugio Perugia i Forca Ventosola (1514 m. n.p.m.) czyli ku „południowej bramie” do wspomnianego już Pian Grande. Z tego miejsca do mojej przełęczy miałem już tylko trzy kilometry. Końcówka w terenie bardziej odsłoniętym. Meta teoretycznie w pobliżu schroniska Genziana. Niemniej ja już przed paroma dniami postanowiłem sobie, że jeśli tylko tu powrócę to nie zatrzymam się na Forca Canapine, lecz zaliczę najwyższy punkt w tej okolicy. Tym samym po 18 kilometrach jazdy skręciłem jeszcze w lewo na węższą i gorszą jakościowo dróżkę, która prowadzi ku Rifugio Monti del Sole (1574 m. n.p.m.). Zrobiłem zatem dodatkowe 1300 metrów dystansu i jakieś 30 metrów extra w pionie, albowiem wspinaczka zakończyła się po pięciuset metrach. Na sam koniec był już tylko płaski dojazd na duży plac. Miejscówkę z ładnym widokiem na sięgające przeszło 2400 metrów n.p.m. szczyty na pograniczu Umbrii i regionu Marche. Zasadnicza część podjazdu zabrała mi 1h i 6 minut przy średniej prędkości 16,4 km/h. Czas lepszy czy gorszy był dla mnie mało istotny. Najważniejsze, że nareszcie stać mnie było na zaliczenie dwóch premii górskich w ciągu jednego dnia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12540296195

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12540296195

ZDJĘCIA

Forca-Canapine_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Forca Canapine została wyłączona

Selvarotonda

Autor: admin o 30. września 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pallottini

Wysokość: 1543 metry n.p.m.

Przewyższenie: 729 metrów

Długość: 13,4 kilometra

Średnie nachylenie: 5,4 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Ostatni dzień września zacząłem od pożegnania ze swym kompanem. O poranku zawiozłem Mateusza na dworzec kolejowy w Terni, skąd miał on dotrzeć na lotnisko Fiumicino. Następnie wróciłem do naszej bazy noclegowej na wzgórzach ponad miastem by spakować oba rowery, cały swój dobytek jak i większą część bagaży kolegi przed dalszą podróż w górę „włoskiego buta”. Tym niemniej zanim na dobre skierowałem w kierunku północnym zrazu pojechałem blisko 80 kilometrów na wschód by zaliczyć górkę widzianą niegdyś podczas relacji z Tirreno-Adriatico. Na pożegnanie ze stołecznym regionem Lacjum chciałem pokonać przeszło 13-kilometrowy podjazd do niewielkiej stacji narciarskiej Selvarotonda. Korzystając z dróg krajowych SS79 i SS4 po przeszło godzinie jazdy około wpół do dwunastej dotarłem do osady Pallottini należącej do gminy Cittareale. Tam zatrzymałem się w przydrożnej zatoczce naprzeciwko baru Silvana. Do „oficjalnego” początku wzniesienia na rondzie u styku szosy SP59 z drogą prowadzącą do wioski Collicelle miałem jakieś trzysta metrów. W poniedziałek po trzech dniach ostrożnego „powrotu do grona żywych” miałem już działać zgodnie z planem czyli przerobić dwie premie górskie. Tego dnia chciałem bowiem sprawdzić czy w drugim tygodniu stać mnie będzie na jazdę o zwyczajowej dla moich wypraw objętości. Nawet jeśli jakość czytaj tempo wspinaczki odbiegać miałaby od zakładanej wcześniej prędkości. Oba podjazdy miały być stosunkowo łagodne co powinno było ułatwić mi zdanie tego testu.

Wspomniałem już, że podjazd do ośrodka narciarskiego Selvarotonda pojawił się na trasie marcowego wyścigu „Dwóch Mórz”. W stacji tej zakończył się bowiem czwarty etap Tirreno-Adriatico z roku 2014. Tego dnia w niebieskiej koszulce lidera jechał nasz Michał Kwiatkowski. Polak rok wcześniej ukończył T-A na czwartym miejscu przegrywając jedynie z największymi asami owych czasów czyli: Vincenzo Nibalim, Chrisem Froome’m i Alberto Contadorem. „Kwiato” miał znakomity początek sezonu 2014. Wygrał m.in. Volta ao Algarve i Strade Bianche. Tu wraz z kolegami z drużyny Omega-Pharma triumfował w drużynówce na otwarcie wyścigu, po czym dzięki drugiemu miejscu na finiszu w Arezzo wyszedł na prowadzenie. Na czwartym odcinku musiał bronić się przed atakami znakomitych górali. Ten podjazd nie złamał Michała. Owszem poniósł drobne straty do najlepszych, ale utrzymał koszulkę lidera. Etap wygrał Contador, który na finiszu wyprzedził o sekundę Nairo Quintanę. Potem ze stratą 5 sekund do Hiszpana przyjechali Dani Moreno, Roman Kreuziger i Richie Porte. Nasz przyszły mistrz świata finiszował siódmy ze stratą 10 sekund do „El Pistolero”. Dzięki temu na trasę piątego etapu ruszył z przewagą 16 sekund nad Contadorem i 23 nad Quintaną. Niestety na kolejnym górskim odcinku prowadzącym do Guardiagrele przez stromy podjazd na Passo Lanciano Polak został znokautowany przez Contadora. Do Hiszpana stracił przeszło sześć minut, zaś do pozostałych asów z czołówki wyścigu około cztery. Tym samym definitywnie pożegnał się z szansami nie tylko na podium, ale i miejsce w top-10 tej edycji T-A.

Kwadrans przed dwunastą ruszyłem na północ drogą SP17 ku szczytom widzianym w oddali. Pierwsze kilometry były łagodne. Początkowo szosa biegła równolegle do spływających z gór źródeł Velino. W połowie trzeciego kilometra przeszła na lewy brzeg tej rzeczki i zaczęła się wić zakrętami. Pod połowie piątego kilometra dotarłem do największej miejscowości na tym górskim szlaku czyli Cittareale. Ta gmina dziś licząca niespełna 400 mieszkańców przez kilka stuleci należała do Abruzji. Dopiero po zjednoczeniu Italii znalazła się w granicach regionu Lazio. W jej okolicy urodził się cesarz rzymski Wespazjan oraz jego synowie Tytus i Domicjan, którzy również rządzili Cesarstwem w I wieku n.e. Na wylocie z tej miejscowości przykuły moją uwagę pozostałości dawnych murów obronnych Rocca di Cittareale czyli zamku wybudowanego pod koniec XV wieku przez Aragończyków na pograniczu Królestwa Obojga Sycylii i Państwa Kościelnego. Powyżej wioski nachylenie podjazdu nieznacznie wzrosło, lecz nadal było umiarkowane. Co najwyżej 6% na kolejnych kilometrowych sektorach. Na początku siódmego kolejne wiraże, potem droga odbiła na zachód. W końcu w połowie dziewiątego kilometra należało zjechać z szosy SP17 prowadzącej ku granicy Lacjum z Umbrią. Aby dotrzeć do wspomnianej stacji narciarskiej musiałem odbić w lewo i skręcić na południowy-zachód ku schroniskom położonym na zboczach Monte San Venanzio (1801 m. n.p.m.).

Na bocznej dróżce SP17a podjazd stał się już nieco trudniejszy. Przede wszystkim bardziej nieregularny. Momenty wypłaszczeń przeplatały się z odcinkami o stromiźnie dochodzącej do 10 czy nawet 12%. Pierwszy z tych trudniejszych sektorów należało pokonać pod koniec dziesiątego kilometra. Szlak wspinaczki zawracał tu jeszcze na południe. Wraz z początkiem jedenastego kilometra definitywnie skierował się na zachód. W połowie tego kilometra po lewej ręce mogłem jeszcze dojrzeć w dole domostwa Cittareale. Zaraz potem przejechałem pod bramą witającą mnie w stacji Selvarotonda. Niemniej do mety miałem jeszcze blisko trzy kilometry, w tym niemal wszystkie najtrudniejsze odcinki tego wzniesienia. Najpierw mocne 800 metrów, gdy droga ostatni raz skręciła na północ. Potem pół kilometra na złapanie oddechu i 600-metrowa „poprawka” również w przedziale 8-12%. Niespełna kilometr przed finałem nachylenie odpuściło i na finiszu trzymało na poziomie od 5 do 7%. Po wjechaniu na plac dojechałem do jego kresu. Na pokonanie wzniesienia potrzebowałem nieco ponad 50 minut przy dość spokojnej jeździe w tempie około 15 km/h. Na miejscu zupełny spokój. Taki obrazek na przełomie lata i jesieni mnie nie zdziwił. Gorzej, że od kilku lat z uwagi na brak śniegu również w sezonie zimowym nie ma tu turystów. To już jednak znak naszych czasów czyli zmian klimatycznych. Narciarzy tu zatem nie uświadczysz. Cyklistów amatorów dociera niewielu. Na najdłuższym segmencie z owej góry w aplikacji „strava” przez cały rok 2024 oprócz mnie zapisało swe wyniki jeszcze tylko siedem osób.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12539101907

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12539101907

ZDJĘCIA

Selvarotonda_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Selvarotonda została wyłączona

Sella di Leonessa N

Autor: admin o 29. września 2024

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Leonessa SP10

Wysokość: 1901 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 962 metry

Długość: 16,7 kilometra

Średnie nachylenie: 5,8 %

Maksymalne nachylenie: 10 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Obiecałem koledze trzy największe skarby kolarskich Apeninów i słowa udało się dotrzymać. W czwartek Mateusz dzielnie walczył z przeciwnym wiatrem na Campo Imperatore. W sobotę zmierzył się z kolosalnym Blockhausem. Jednak druga niedziela naszej wyprawy była dla niego ostatnim dniem wycieczki. Na poniedziałkowe popołudnie zaplanowany miał powrotny lot do Trójmiasta z lotniska Fiumicino. Ostatni etap wspólnej podróży przeznaczyliśmy zatem na spotkanie z przełęczą Sella di Leonessa, lepiej znaną pod hasłem Terminillo. Postanowiliśmy wziąć tą słynną górę „w dwa ognie”. Matteo miał ją pokonać od trudniejszej południowej strony. Ja zaliczyłem ten podjazd w 2014 roku i teraz chciałem przetestować nieznany mi wariant północny. Ta pierwsza wspinaczka zaczyna się w miejscowości Vazia i liczy sobie 21 kilometrów. Na tym dystansie jest do zrobienia niemal 1400 metrów przewyższenia. Po drodze trzeba zaś pokonać 13-kilometrowy segment o średnim nachyleniu 8,3%. Moje zadanie było prostsze. Miałem wystartować z miasteczka Leonessa i zaliczyć podjazd niespełna 17-kilometrowy o przeciętnej 5,8%. Niemniej po tej stronie góry też można było się zmęczyć. Owszem dolna połówka północnego wzniesienia jest łagodna, lecz potem na ostatnich 9 kilometrach czeka już solidna wspinaczka o średniej 7,7%. Mimo pochorobowego osłabienia śmiało mogłem zakładać, iż będę się wspinał o jakieś pół godziny krócej niż mój kompan. Dlatego z naszej bazy ponad Terni zrazu pojechaliśmy w kierunku Rieti. Tam Matti wystartował z ulic Madonna del Cuore biorąc kurs na Vazię. Gdy tylko ruszył ja wskoczyłem do auta, by czym prędzej przetransferować się do Leonessy.

Sella di Leonessa to przełęcz o bogatej historii występów na trasach Giro d’Italia. Sięga ona lat trzydziestych XX wieku czyli czasów gdy „z rozkazu” Benito Mussoliniego wybudowano w tych stronach drogę krajową nr 4. Wokół osad Pian de’ Valli oraz Campoforogna zaczęła powstawać stacja narciarska Terminillo, która swą nazwę wzięła od sięgającego 2217 metrów n.p.m. najwyższego szczytu pasma Monti Reatini. Już w latach 1936-39 zorganizowano tu górskie czasówki Giro. Pierwszą z nich wygrał Giuseppe Olmo, drugą Gino Bartali, zaś trzecią i czwartą Giovanni Valetti. W bliższych nam czasach wyznaczano w niej mety etapów ze startu wspólnego. W 1987 roku zwyciężył tu Francuz Jean-Claude Bagot, w 1992 Kolumbijczyk Luis Herrera, w 1997 Rosjanin Paweł Tonkow, w 2002 Stefano Garzelli, zaś w 2010 Duńczyk Chris-Anker Sorensen. Warto też dodać, iż w latach 2015 i 2017 zakończyły się w niej królewskie odcinki Tirreno-Adriatico. Oba wygrał Nairo Quintana dzięki czemu triumfował w tych edycjach „Wyścigu Dwóch Mórz”. Kolarze uczestniczący w wielkim Giro niemal równie często co we wspomnianej stacji kończyli wspinaczki po zboczach Monte Terminillo na położonej przeszło 200 metrów wyżej przełęczy. Sella di Leonessa ośmiokrotnie wystąpiła na tym wyścigu w roli premii górskiej. Pięć razy wspinano się na nią od strony południowej, zaś trzy razy od północnej. Moim szlakiem podjeżdżano w latach 1960, 1962 i 1991. Jej pierwszym zdobywcą został słynny Luksemburczyk Charly Gaul. Dwa lata później wjeżdżano na przełęcz z obu stron na jednym etapie. Obie premie wygrał wówczas Francuz Joseph Carrara. Natomiast przy ostatniej okazji najszybciej podjechał tą stroną Kolumbijczyk Demetrio Cuspoca.

Po przyjeździe do Leonessy wypakowałem się przy Viale Rieti. Do podnóża podjazdu miałem stamtąd tylko kilometr. Na tym odcinku ominąłem miejscową starówkę, do której wjeżdża się przez bramę Porta Spoletina. Pojechałem dalej szosą SP69 biegnącą wzdłuż wschodniej części murów okalających to miasteczko. Niebawem wjechałem na prowadzącą ku przełęczy drogę SP10. Pierwsze 1700 metrów miało umiarkowane nachylenie w przedziale od 4 do 6%. Następnie po krótkim zjeździe przez kilkaset metrów było zupełnie płasko. Kolejne kilometry płynęły mi dość szybko z uwagi na łatwy teren. Najpierw półtora kilometra ze stromizną około 4%, zaś po nim odcinek o podobnej długości z nachyleniem ledwie 2%. Nic co mogło sprawiać problemy. Mimo kiepskiej kondycji byłem w stanie jechać z prędkością nieco ponad 20 km/h. Ta lekka dotąd melodia zaczęła nabierać poważniejszych tonów dopiero na siódmym kilometrze, który zakończył się przy ścieżce prowadzącej do Rifugio Vallonina. Droga od jakieś czasu prowadząca na wschód skręciła w tym miejscu na południe i niebawem postawiła mi znacznie twardsze warunki współpracy. Na początku ósmego kilometra średnia stromizna wzrosła do 6,5%, by następnie przez półtora kilometra trzymać już na poziomie 8%. Od początku podjazdu na szosie widziałem wymalowane białą farbą liczby informujące o tym ile kilometrów zostało mi do przełęczy. Z kolei ich czarne odpowiedniczki umiejscowione na białych przydrożnych tabliczkach odmierzały dystans w przeciwnym kierunku. Gdy do szczytu pozostało mi 8,5 kilometra droga SP10 wpadła w gęstszy niż dotąd las. Kilometr dalej pojawiły się pierwsze serpentyny.

Na 6 kilometrów przed finałem minąłem dróżki prowadzące do osady Fonte Nova. Nieco ponad 3 kilometry przed przełęczą wyjechałem ze wspomnainego lasu. Dzień był pogodny, acz nieszczególnie ciepły. Na tym podjeździe temperatura sięgnęła tylko 16 stopni. Okoliczne górskie szczyty pięknie prezentowały się na tle niemal bezchmurnego nieba. Na dwa kilometry przed końcem wyjechałem na otwarty teren ze skalnymi ścianami wyrastającymi z górskiej łąki. Na sam koniec czekał mnie jeszcze piękny dla oka odcinek z czterema wirażami. Finiszowało się całkiem przyjemnie, albowiem na ostatnich 700 metrach nachylenie stopniowo malało. Zgodnie z oczekiwaniami na linii „górskiej premii” pojawiliśmy się niemal równocześnie. Mateusz miał wszak do zrobienia nie tylko dłuższą o pół godziny wspinaczkę, lecz również trwający około 15 minut dojazd z Madonna del Cuore do Vazii. Tym samym pojawił się na przełęczy ledwie trzy minuty wcześniej. Na tej mecie w pięknych okolicznościach przyrody spędziliśmy razem jakiś kwadrans. Potem rozpoczęliśmy zjazd do Leonessy. Chcąc zrobić zdjęcia do tej opowieści szybko zostałem w tyle. Wkrótce straciliśmy z sobą kontakt. Na trzecim kilometrze zjazdu zatrzymałem się by zrobić kolejną fotkę. Gdy tylko ruszyłem w dalszą drogę zdałem sobie sprawę, że właśnie przebiłem dętkę w przednim kole. Coś co zrazu wyglądało na mały kłopot rychło okazało się być większym problemem. Szybko wymieniłem gumę, ale od dawna nie używana mini-pompka była zepsuta. Nie miałem jak wtłoczyć do dętki tych kilku atmosfer. Na domiar złego telefon nie miał zasięgu, więc o swej sytuacji nie mogłem poinformować kolegi.

Cóż było robić? Rozpocząłem spacer w dół szosy SP10. Do samochodu brakowało mi stąd przeszło 14,5 kilometra. Miałem nadzieję, że spotkam po drodze jakiegoś kolarza-amatora wspinającego się na przełęcz od północnej strony, który pożyczy mi na chwilę swoją pompkę. Przeszedłem kilometr, dwa, trzy i nikogo takiego nie spotkałem. Przechadzka z rowerem pod bokiem zaczęła się dłużyć, choć przyznam iż przy tej słonecznej pogodzie nie była niczym strasznym. W końcu na wysokości około 1420 metrów napotkałem dwóch „Samarytan”, którzy poratowali mnie w potrzebie. Dzięki nim pozostałe mi do Leonessy przeszło 11 kilometrów pokonałem już szybciej, bo na grzbiecie swego „karbonowego rumaka”. Spokojnie zjechałem na sam dół, po drodze zatrzymując się gdzie trzeba by zrobić kolejne zdjęcia. Niemniej moja przygoda kosztowała nas tyle cennego czasu, że postanowiliśmy nie jechać prosto do bazy noclegowej. To był akurat dzień, w którym zawodowcy walczyli o tytuł mistrza świata na trasie wokół Zurychu. Na naszej wyprawie nie mieliśmy czasu my śledzić wydarzenia tego czempionatu. Chcieliśmy przynajmniej obejrzeć ostatnią godzinkę jego wielkiego finału. Postanowiliśmy zatem podjechać do bliżej położonego Rieti i tam wpaść do jakiegoś baru, w którym leciałaby relacja z wyścigu męskiej elity. Skończyło się jednak na tym, iż ostatnie kilometry tej rywalizacji obejrzeliśmy na telefonie Mateusza. W ramach spaceru po zatłoczonych uliczkach miasta doszliśmy nad rzekę Salto pod pomnik Lira czyli poświęcony włoskiej walucie sprzed wprowadzenia Euro. Następnie zahaczyliśmy też o Piazza San Rufo, gdzie wedle sięgającej czasów renesansu tradycji znajduje się centralny punkt Italii.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/12532492952

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/12532492952

SELLA DI LEONESSA via TERMINILLO by MATTEO

https://www.strava.com/activities/activities/12532511542

ZDJĘCIA

Sella-di-Leonessa_01

FILM

Napisany w 2024c_Appennini Nord & Centro vol. I | Możliwość komentowania Sella di Leonessa N została wyłączona