banner daniela marszałka

Archiwum dla lipiec, 2025

Blockhaus W

Autor: admin o 31. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Scafa

Wysokość: 2068 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1958 metrów

Długość: 31,7 kilometra

Średnie nachylenie: 6,2 %

Maksymalne nachylenie: 13 %

PROFIL > archivio salite

OPIS

Kolos z Abruzji. Góra jakich mało. Niezależnie od tego, który z trzech wariantów podjazdu na nią wybierzemy to napotkamy tu przewyższenie rzędu 1800-2000 metrów! Pełna nazwa tego wzniesienia to Blockhaus di Majella. Germańska nazwa w sercu Italii. Skąd się wzięła? Majella to jeden z pięciu masywów górskich wchodzących w skład utworzonego w roku 1991 Parco Nazionale della Majella. Park ten obejmuje obszar o powierzchni 741 km2 należący do 41 gmin z terenu trzech abruzyjskich prowincji: Chieti, L’Aquila i Pescara. Sam masyw Majella ma aż dwanaście szczytów przekraczających pułap dwóch i pół tysiąca metrów, z których najwyższa jest Monte Amaro (2793 m. n.p.m.). Monte Blockhaus nie jest tak wyniosła. Jej wierzchołek sięga „tylko” 2143 metrów n.p.m. W drugiej połowie XIX wieku postawiono na nim budynek służący żołnierzom zwalczającym lokalne bandy rozbójnicze. Ponoć dowódcą tego garnizonu był Austriak, który siedzibie swego oddziału nadał nazwę w swym ojczystym języku. To góra o całkiem bogatej historii kolarskiej sięgającej końca lat sześćdziesiątych. Wyścig Dookoła Włoch zajrzał tu jedenaście razy. A nawet czternastokrotnie, jeśli dodamy wizyty na niżej położonej przełęczy Lanciano (1310 m. n.p.m.). Do samego końca utwardzonej drogi czyli poziomu 2068 metrów n.p.m. ścigano się jedynie przy dwóch pierwszych okazjach. To znaczy w 1967 roku, gdy pierwszy ze swych 25 etapów Giro d’Italia właśnie na tej górze wygrał Eddy Merckx. W sezonie 1968 wyścig ten kończył się w Neapolu. Przedostatni odcinek tej imprezy dotarł na Blockhaus, zaś wygrał go mało znany Włoch Franco Bodrero.

W późniejszych latach peleton Giro d’Italia docierał już co najwyżej do Cima Mammarosa (vel Sella di Fonte Tettone) czyli na wysokość około 1650 metrów n.p.m. To tu wyznaczano mety górskich etapów Giro z lat 1972, 1984, 2009, 2017 i 2022. Ponadto linie górskich premii w trakcie edycji z sezonów: 1969, 1970, 1973 i 1992. Owa miejscówka w annałach wyścigu bywa określana mianem Maielletta. Triumfowali w tym miejscu kolejno: Hiszpan Jose Manuel Fuente, Włosi: Moreno Argentin i Franco Pellizotti oraz Kolumbijczyk Nairo Quintana. Natomiast przy ostatniej okazji mieliśmy tu finisz z 6-osobowej grupki wygrany przez Australijczyka Jai’a Hindley. Góral z Antypodów na kresce wyprzedził m.in. Romaina Bardet i Richarda Carapaza. Jeśli spojrzeć na to jakimi trasami organizatorzy Giro puszczali kolarzy pod Blockhaus to trzeba stwierdzić, iż najstarszym szlakiem jest ten wschodni od Fara Filiorum Petri czy też Pretoro. Na pierwszych pięciu finiszach z lat 1967-2009 zawsze wybierano wschodni wariant wspinaczki. Z czasem popularnością dorównała mu droga zachodnia przez Roccamorice. Tą najpierw trzykrotnie przetestowano w roli górskiej premii, zanim w latach 2017 i 2022 przyznano jej status finałowego podjazdu. Najmniej popularną na GdI okazuje się być droga północna ze Scafy przez Lettomanopello. Od tej strony do Maielletty podjechano tylko raz w 1992 roku. Tym niemniej godzi się też wspomnieć o trzech wizytach Giro na Passo Lanciano. Ta przełęcz zdobywana od północy była metą na etapie z 2006 roku wygranym przez Włocha Ivana Basso. Poza tym w latach 2020 i 2022 występowała w roli premii górskiej, gdy wjeżdżano na nią od strony wschodniej.

Gdy piszę te słowa wiadomo już, że w maju 2026 roku ponownie zobaczymy Blockhaus na trasie Giro d’Italia. Po raz ósmy w roli etapowej mety czyli z szóstym finiszem na Cima Mammarosa / Maielletta. Trzeci raz z rzędu organizatorzy wybrali sobie zachodni wariant wspinaczki pod tą górę. Tym razem jednak podjazd nie zacznie się na samym dole czyli w Scafie, lecz tuż przed Roccamorice po wcześniejszym zjeździe z przełęczy San Leonardo. Kończąc wątek męskiego Giro trzeba jeszcze wspomnieć o królewskim etapie Giro d’Italia Women z sezonu 2024. Panie na siódmym (przedostatnim) odcinku tej imprezy musiały dwukrotnie pokonać północny podjazd z początkiem w Manopello. Za pierwszym razem wjechały na poziom Passo Lanciano, zaś za drugim musiały dotrzeć do mety ulokowanej na wysokości 1654 metrów n.p.m. Tego dnia triumfowała Australijka Neve Bradbury (koleżanka Kasi Niewiadomej z ekipy Canyon), która o 44 sekundy wyprzedziła Belgijkę Lotte Kopecky i Włoszkę Elisę Longo Borghini tj. dwie zawodniczki walczące o zwycięstwo w klasyfikacji generalnej tego wyścigu. W dniu poprzedzającym moje drugie spotkanie z Blockhausem zameldowaliśmy się na kolejne dwie noce w „Il Vigneto Suite” na wsi za miejscowością Fara Filiorum Petri. Bardzo fajna miejscówka pośród gazów oliwnych i upraw winorośli ulokowana w pół drogi między wybrzeżem Adriatyku a szczytami masywu Majella. Gdybym chciał w tym roku zdobyć Blockhaus używając wschodniego wariantu wspinaczki to wyjechałbym z tego domu na rowerze.

Jednak tą drogę miałem już na rozkładzie. W 2014 roku zrobiłem bowiem pełen północny podjazd szlakiem przez Lettomanopello, po czym zaliczyłem jeszcze wschodnią ścieżkę do poziomu Passo Lanciano. Tym samym do odkrycia pozostała mi jedynie zachodnia trasa i to w zasadzie tylko do poziomu Cima Mammarosa / Maielletta. Tym niemniej uznałem, że skoro dotrę już w to miejsce, to nie odpuszczę i pozostałych sześciu kilometrów. Chciałem po raz drugi w życiu stanąć pod szczytem Blockhausu. Jednocześnie nie chciałem spędzać zbyt wiele czasu na tej solowej wycieczce, więc zakładałem już raczej rezygnację z całego dolnego segmentu podjazdu. Przymierzałem się zatem do startu z mostu poniżej Roccamorice. To ograniczyłoby ową wspinaczkę do ostatnich 19 kilometrów, na których wciąż musiałbym pokonać przeszło 1500 metrów w pionie. Tymczasem moja Iwonka, osoba biegła w tematyce kolarskiej, stwierdziła iż tak ważną górę powinienem zrobić w całości. Cóż, skoro ona nie miała nic przeciwko dłuższej rozłące to bez wahania podjąłem to ciężkie wyzwanie. W ten sposób zachodni Blockhaus stał się moim najtrudniejszym podjazdem z sezonu 2025 i to mimo 40 alpejskich wzniesień na tegorocznej liście. Zarazem jest dziś dla mnie trzecią największą wspinaczką w życiu, pod względem przewyższenia brutto. Biorąc pod uwagę odzyskiwanie wysokości straconej na delikatnym zjeździe przed Roccamorice musiałem tu pokonać w pionie aż 2025 metrów. Nieco więcej „przerobiłem” tylko na trasie z Locany na Colle delle Nivolet. Natomiast znacznie więcej w trakcie wspinaczki z Cenes de la Vega na niebotyczną Pico Veleta.

Na start musiałem dojechać do Scafy co zajęło jakieś pół godziny. Około dziewiątej wypakowałem się z samochodu w pobliżu tamtejszego dworca kolejowego. Mimo wczesnej pory było tam już 28 stopni. Na sam początek wyjazd z miasteczka z króciutkim odcinkiem na krajówce nr 5 czyli via Tiburtina Valeria. Po 300 metrach skręt w lewo i wjazd na drogę SS487 biegnącą do uzdrowiska Caramanico Terme. Szeroka szosa z bardzo umiarkowanym nachyleniem. Na dojeździe do San Valentino in Abruzzo Citeriore (km 6,7) pięć zamaszystych wiraży. Powyżej tej miejscowości jeszcze nieco ponad dwa kilometry na tym szlaku. Pod koniec dziewiątego kilometra skręt na drogę SP64 i zarazem wjazd na teren wspomnianego parku narodowego. Do tego momentu przejechałem 8,8 kilometra z przeciętnym nachyleniem 4,7 i max. ledwie 7%. Następnie do połowy jedenastego kilometra falsopiano lub wręcz płaski teren. Po nim blisko półtorakilometrowy zjazd, na którym traci się 61 metrów ze zdobytej wcześniej wysokości. Poważna wspinaczka zaczyna się na samym początku trzynastego kilometra przy moście nad potokiem Capo di Vena. Po następnych 400 metrach jesteśmy już w centrum Roccamorice, gdzie trzeba skręcić w prawo. Ten odcinek nie jest jeszcze szczególnie wymagający. Pierwsze 3 kilometry za wspomnianym mostem ma nachylenie na poziomie 6,3%. Po czym na początku szesnastego kilometra zaczyna się długi i zdecydowanie najtrudniejszy segment zachodniego Blockhausa. To w zasadzie cała tercja wzniesienia, bo odcinek o długości 10,2 kilometra ze średnią stromizną 9,6% i max. 15%.

Większa część tego sektora prowadzi przez teren otwarty, na którym szosa wije się w kierunku południowo-wschodnim pomiędzy łąkami. Jedynie przez dwa kilometry (km 23-25) wspina się schowana w gęstym lesie. Wcześniej, bo pod koniec dwudziestego kilometra przemyka pod szczytem Colle della Civita (1185 m. n.p.m.). Po dotarciu na Sella di Monte Tettone (km 25,4) chwilka zjazdu. To raptem 150 metrów kończące się wjazdem na wielki plac powyżej hotelu Mammarosa. Tu trzeba skręcić w prawo by zacząć swego rodzaju atak szczytowy na drodze SP220. Najpierw 3,5 kilometra z pięcioma wirażami na dojeździe do Rifugio Pomilio (1888 m. n.p.m.). Tuż za nim droga się zwęża, staje się bardziej stroma i co raz gorsza jakościowo. Pod koniec przechodzi w dukt o nawierzchni betonowej. Po 30 kilometrach mija szczyt La Maielletta (1995 m. n.p.m.), zaś po kolejnych 400 metrach łamię pułap 2000 metrów. Finał podjazdu czyli odcinek powyżej schroniska ma długość 2,2 kilometra ze średnim nachyleniem 8,4 i max. 11,5%. To całkiem „mocna rzecz”, szczególnie z całym bagażem wcześniejszych kilometrów w nogach. Swoją wspinaczkę skończyłem po pokonaniu 31,3 kilometra przejazdem przez mini-rondo. Stoi n anim znak zwieńczony sercem, nazwą góry oraz informacją o wysokości bezwzględnej. Za nim przejechałem jeszcze 250 metrów, już po zupełnie płaskim terenie, zatrzymując się na krańcu utwardzonej drogi przy schodkach prowadzących do kapliczki Madonna delle Neve. Dotarłem tam w czasie 2 godzin i 18 minut. Ostatnie 6 kilometrów przejechałem niewiele wolniej niż w 2014 roku.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15301007383

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15301007383

ZDJĘCIA

Blockhaus_001

FILM

Napisany w 2025b_Appennini Nord & Centro vol. II | Możliwość komentowania Blockhaus W została wyłączona

San Giacomo N +

Autor: admin o 30. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Ascoli Piceno

Wysokość: 1201 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1040 metrów

Długość: 17,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6 %

Maksymalne nachylenie: 10 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

Tematem czwartego odcinka tych wspominek z podróży miał być podjazd z miejscowości Castelsantangelo sul Nera przez przełęcz Forca di Gualdo do stacji Monte Prata. Przeszło 11-kilometrowa wspinaczka o przewyższeniu 900 metrów w masywie Monti Sibillini należącym do pasma Appennino umbro-marchigiano. Niestety znów nie dane mi było się z nim zmierzyć. Przed rokiem choroba, a tym razem pogoda. Lało już od poniedziałkowego popołudnia. Naszą wtorkową przeprowadzkę z Mateliki do nadmorskiego Martinsicuro na północno-wschodnim krańcu Abruzji poprowadziłem 150-kilometrową trasą przez wspomniane góry. Jechaliśmy przez tereny należące do Parco Nazionale dei Monti Sibillini mijając ich najwyższy szczyt czyli Monte Vettore (2476 m. n.p.m.). Przecięliśmy kawałek regionu Umbria przemierzając płaskowyże Piani di Castelluccio. Terenu do rowerowej wspinaczki nie brakowało. Gdy Monte Prata wypadła z programu miałem jeszcze nadzieję na realizację planu B czyli zaliczenie podjazdu z Trisungo na Forca di Presta. Niestety po południowej stronie masywu pogoda była równie zła. Na dobrą sprawę poprawiła się dopiero wtedy gdy dotarliśmy nad Adriatyk. Wynająłem tu nam na jedną noc pokój ze wspólną kuchnią w lokalu „D’Annuzio house” położonym kilkaset metrów od morza. Niemniej tego dnia mogliśmy sobie pozwolić jedynie na spacer promenadą. Z opalaniem i kąpielą trzeba było poczekać do środowego przedpołudnia. Nazajutrz, gdy wizytę na plaży w Martinsicuro mieliśmy już odhaczoną, to przed dalszą podróżą na południe na kilka ładnych godzin wróciliśmy do regionu Marche.

Podjechaliśmy do Ascoli Piceno skąd miałem pokonać 16-kilometrowy podjazd do leżącej na granicy Marche i Abruzji stacji San Giacomo. To ośrodek narciarski w masywie Monti Gemelli należącym do pasma górskiego Monti della Laga. Miejscówka na północnym krańcu powstałego w roku 1991 Parco Nazionale Gran Sasso e Monti della Laga. Skądinąd jest to miejsce przetestowane na niejednym wyścigu kolarskim. Przede wszystkim trzeba tu wspomnieć o dwóch etapach Giro d’Italia. Ten pierwszy z roku 2002 kończył się zachodnim podjazdem z miejscowości Cesano. Wygrał go Meksykanin Julio Alberto Cuapio, który o 13 sekund wyprzedził Australijczyka Cadela Evansa oraz o 17 Włocha Dario Frigo. Z kolei w sezonie 2021 uczestnicy Giro wspinali się moją tegoroczną czyli północną trasą z Ascoli Piceno. Przy tej okazji triumfował tu śp. Szwajcar Gino Mader, który na metę dotarł 12 sekund przed Kolumbijczykiem Eganem Bernalem oraz Irlandczykiem Danem Martinem. Co ciekawe na ubiegłorocznym Tirreno-Adriatico przetestowano z kolei wschodnią wspinaczkę rozpoczynającą się w Villa Lempa. Przy czym nie był to finałowe wzniesienie, lecz premia górska na 23 kilometry przed finiszem w gminie Valle Castellana. Tego dnia nie miał sobie równych Duńczyk Jonas Vingegaard, który na podjeździe zgubił wszystkich rywali i wygrał później na solo z przewagą 1:12 nad Hiszpanem Juanem Ayuso i Australijczykiem Jai’em Hindley. Tym niemniej dodać trzeba, iż w San Giacomo również kończyły się górskie odcinki „wyścigu Dwóch Mórz”. W 1977 roku zwyciężył tu znakomity Flamand Roger De Vlaeminck (6-krotny triumfator T-A), w 1978 Szwajcar Josef Fuchs, zaś w 2007 Włoch Matteo Bono.

W środę nie było już śladu po wcześniejszym załamaniu pogody. Wczesnym popołudniem na starcie w Ascoli Piceno miałem temperaturę grubo ponad 30 stopni. Wyjazd z miasta ulicą via Serafino Cellini, po czym sam podjazd na drodze SP76. Pod koniec pierwszego kilometra przejazd nad miejską obwodnicą SS4. Dolna i środkowa tercja tego podjazdu ma umiarkowane, a przy tym bardzo regularne nachylenie. Poniżej Pianoro di San Marco miałem do przejechania 9,9 kilometra z przeciętnym nachyleniem 5,6%. Po drodze minąłem wioski: Piagge (km 5), San Pietro (km 6,9) oraz Carpineto (km 8,3). Na wysokości San Marco pół kilometra płaskiego terenu. Trzecia część podjazdu jest już wyraźnie trudniejsza. Na ostatnich 5 kilometrach przed wjazdem do ośrodka średnia stromizna wynosi 7,8%, przy czym najtrudniejszy jest pierwszy z nich. San Giacomo zdążyłem już odwiedzić na rowerze w 2014 roku. Wtedy podjeżdżając od strony zachodniej poprzestałem na dotarciu do stacji. Teraz wiedziałem już, że po szosie można tu pojechać nieco wyżej. Chciałem sprawdzić jak daleko jeszcze. Dlatego na górze skręciłem w drugą drogę w prawo i pocisnąłem dalej z nastawieniem, iż zatrzymam się na końcu asfaltu. Tym sposobem dodałem sobie 1,6 kilometra wspinaczki zatrzymując się na poziomie 1200 metrów n.p.m. Jak można wyczytać z map biegnąca wyżej szutrowa droga ma długość 2,8 kilometra i dociera na wysokość około 1430 metrów n.p.m. To znaczy do parkingu pod dolną stacją wyciągu krzesełkowego Tre Caciare obsługującego stok narciarski na północnym zboczu Monte Piselli (1676 m. n.p.m.).

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15289535262

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15289535262

ZDJĘCIA

San-Giacomo_001

FILM

Napisany w 2025b_Appennini Nord & Centro vol. II | Możliwość komentowania San Giacomo N + została wyłączona

Monte San Vicino

Autor: admin o 28. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Matelica

Wysokość: 1211 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 872 metry

Długość: 13 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

W pierwszych latach XX wieku marcowe Tirreno – Adriatico było imprezą, którą częściej wygrywali specjaliści od wyścigów klasycznych niż etapowcy. Stąd na liście jego triumfatorów takie nazwiska jak: Filippo Pozzato (2003), Paolo Bettini (2004), Oscar Freire (2005) czy Fabian Cancellara (2008). Wszystkiemu „winne” były trasy owych edycji pozbawione podjazdów, na których do głosu mogli dojść najlepsi górale owej ery. To zmieniło się na przełomie dekad, gdy do programu „wyścigu Dwóch Mórz” zaczęto wrzucać etapy zdolne wywołać ostrzejszą selekcję w stawce uczestników. Na trasie pojawiały się zatem wzniesienia takie jak: Sasso Tetto, Passo Lanciano, Prati di Tivo czy Terminillo co było „wodą na młyn” dla grandtourowców. Jeden z nich miał też wygrać wyścig z sezonu 2016, choć akurat trasa tej edycji do najtrudniejszych nie należała. Tym niemniej „generalka” wyścigu miała się ułożyć na etapie piątym z Foligno do Monte San Vicino. Pięć górskich premii, w tym ta pierwszej kategorii jako podjazd finałowy. Jednak 13 marca tego roku pogoda spłatała organizatorom T-A nie lada figla. Nagły powrót zimy sprawił, iż wyższe partie owej góry pokryły się białym puchem. Decydenci z RCS Sport krytykowani rok wcześniej za dokończenie śnieżnego Terminillo nie podjęli kolejnego ryzyka i odwołali etap z finałem ponad Mateliką. Górale musieli się obejść smakiem, zaś klasykowcy dostali niespodziewany dar od losu. Ostatecznie 51-wszą edycję tego wyścigu wygrał Belg Greg Van Avermaet, który o sekundę wyprzedził Słowaka Petera Sagana.

Monte San Vicino choć nie tak wysoka czy duża jak Monte Nerone lub nawet Monte Carpegna wydała mi się bardzo solidnym podjazdem. Na tyle ciekawym, iż godnym zobaczenia. Dlatego też znalazła się w programie mojej ubiegłorocznej wycieczki po Apeninach. Niestety dopadło mnie choróbsko, więc gdy akurat byliśmy w tej okolicy to nawet nie wychyliłem nosa ze stancji pod Camerino. W tym roku chciałem nadrobić tą stratę. Znalazłem nam lokal na wzgórzach ponad Mateliką czyli I Balzani B&B na kolejne dwie noce. Z tej miejscówki mieliśmy też raptem 20 minut dojazdu do wąwozu Frasassi. Co dawało szansę na odwiedziny systemu przepięknych jaskiń krasowych znajdujących się nieopodal miejscowości Genga Stazione. Nasz plan na poniedziałek był prosty i podobny do sobotniego. Z rana miałem dwie godzinki na spotkanie z Monte San Vicino, po czym jeszcze przed południem ruszyliśmy na północ zwiedzać cuda podziemnego świata. Od razu powiem, że było warto. Badanie Grotte di Frasassi rozpoczęto w roku 1948, lecz wielkim przełomem było odkrycie w 1971 tzw. Abisso di Ancona, ogromnej sali o wymiarach 180 na 120 i wysokiej 200 metrów, w której to mogło by się zmieścić całe Duomo di Milano. Od roku 1974 jaskinie otwarto dla publiczności. Ciężko opisać te wszystkie: stalaktyty, stalagmity, stalagnaty, draperie naciekowe, makarony czy misy martwicowe. To trzeba po prostu zobaczyć, aby uwierzyć co jest w stanie stworzyć woda dodając kropelka po kropelce przez miliony lat. Przejście trasą turystyczną przez pięć sal zajmuje około 75 minut i kosztuje 20 Euro. Gorąco polecam, a jak ktoś będzie miał nieco więcej wolnego czasu to może jeszcze obejrzeć pobliskie Tempio del Valadier.

Po słonecznej niedzieli zapowiadano dość ponury poniedziałek. Niepewna pogoda przed południem i niemal pewny deszcz popołudniu. Ruszyłem z domu jeszcze wcześniej niż w sobotę, bo o wpół do ósmej. Na początek niemal 2 kilometry zjazdu do drogi SP256. Potem półtorakilometrowy przejazd północną częścią Mateliki. Szybko dotarłem do ronda, przy którym zaczyna się podjazd wycięty z trasy Tirreno-Adriatico 2016. Na sam początek przejazd pod wiaduktem kolejowym na trasie łączącej Fabriano z nadmorską Civitanova Marche. Dolny segment czyli dojazd do wioski Braccano (słynącej z około 50 murali) łatwy i przyjemny. Na odcinku 3,5 kilometra przeciętne nachylenie wynosi ledwie 3,6%. Potem mamy już jednak wspinaczkę z prawdziwego zdarzenia. Trzeba bowiem pokonać 740 metrów w pionie na dystansie 9,4 kilometra. Na początku szóstego kilometra droga SP14 wpada w las. W tej okolicy zaczyna się pierwszy cięższy segment wspinaczki to jest 3,5 kilometra o średniej 8,9%. Potem chwila oddechu czyli luźne 300 metrów w okolicy punktu widokowego Aia di Macciano (885 m. n.p.m.). Po nich kolejny mocny kawałek czyli 3,8 kilometra o przeciętnej 8,6%. To już de facto szosa SP90, która na początku dwunastego kilometra bierze wiraż w lewo pod szczytem Monte la Forcella. Solidny podjazd kończy się jakieś 1200 metrów dalej to jest w połowie trzynastego kilometra. Na ostatnich 400 metrach szosa wznosi się coraz łagodniej i ostatecznie przechodzi w płaskowyż, stąd linia mety jest tu nieoczywista. Przyjąłem za nią zakręt przed Monumento Madonna degli Alpini czyli miejsce oddalone jakieś 2 kilometry od szczytu Monte San Vicino (1484 m. n.p.m.), który zdobyć można tylko na pieszo.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15263620105

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15263620105

ZDJĘCIA

San-Vicino_001

FILM

Napisany w 2025b_Appennini Nord & Centro vol. II | Możliwość komentowania Monte San Vicino została wyłączona

Monte Nerone NW

Autor: admin o 27. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Pian di Molino

Wysokość: 1506 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1086 metrów

Długość: 16,2 kilometra

Średnie nachylenie: 6,7 %

Maksymalne nachylenie: 11 %

PROFIL > archivio salite

OPIS

Monte Nerone to wapienna góra wznosząca się na wysokość 1525 metrów n.p.m. niemal 1200 metrów ponad dno doliny wyrzeźbionej przez potok Biscubio. Podobnie jak Monte Carpegna ona też znajduje się w prowincji Pesaro e Urbino, ale należy już do pasma Appennino Umbro-Marchigiano. Jak można się domyślić nazwa tego szczytu pochodzi od Nerona. Niemniej nie od niesławnego cesarza, który w I wieku n.e. prześladował chrześcijan, lecz od żyjącego znacznie wcześniej konsula Gaio Claudio Nero, rzymskiego bohatera z okresu II wojny punickiej. Ponoć wojska tego dowódcy po zwycięskiej bitwie nad rzeką Metauro (207 rok p.n.e.) miały ścigać Galów sprzymierzonych z Kartaginą aż pod szczyt owej góry. Dziś na jej wierzchołku umieszczone są anteny nadawcze telewizji RAI oraz urządzenia należące do włoskiego Ministerstwa Obrony. Dzięki temu szosą można tu dotrzeć na wysokość 1505 metrów czyli pod bramę strzegącą tego miejsca. Monte Nerone zaliczyłem już na wyprawie z 2014 roku. Wówczas wspinałem się na nią od południowego-wschodu startując z wioski Pianello. Przy tym dotarłem jedynie na wysokość 1417 metrów czyli do linii górskiej premii rodem z Giro 2009. To był podjazd o długości 13,2 kilometra i średniej 7,8% z przewyższeniem 1026 metrów. Tym razem moim celem był najwyższy drogowy punkt na zboczach tej góry i miałem do niego dotrzeć szlakiem północno-zachodnim, zaczynając swą wspinaczkę przy drodze krajowej SS257.

Wspomniałem już o Giro d’Italia z roku 2009. Ten wyścig Dookoła Włoch miał bardzo nietypową trasę. Peleton Giro najpierw przemierzył wtedy Alpy, by dopiero około półmetka dotrzeć na półwysep Apeniński. Najtrudniejszym odcinkiem owej edycji rozegranej na stulecie „La Corsa Rosa” był 240-kilometrowy etap w regionie Marche z metą na Monte Petrano nieopodal miasteczka Cagli. Na jego trasie znalazły się cztery premie górskie, w tym trzy pierwszej kategorii. Monte Nerone była pierwszą z tych większych będąc ulokowana na 81 kilometrów przed metą. Zwycięzcą owej premii górskiej został Włoch Francesco De Bonis. Tym niemniej na finałowym podjeździe o triumf walczyli już czołowi kolarze tego wyścigu. Triumfował Hiszpan Carlos Sastre, który o 25-26 sekund wyprzedził liderującego Rosjanina Denisa Mienszowa oraz wicelidera Włocha Danilo Di Lukę. Tego dnia peleton Giro wspinał się od strony Pianello, a następnie zjechał do tej wioski przez Serravalle di Carda korzystając jedynie z górnej części mojego tegorocznego szlaku na Monte Nerone. Inny pomysł na wykorzystanie owej góry mieli organizatorzy Giro d’Italia Women 2025. Przedostatni odcinek tej imprezy kończył się wspinaczką z Pian di Molino czyli biegł właśnie tą trasą, lecz ku mecie na wysokości 1396 metrów n.p.m. Ponieważ etap ten rozegrano zaledwie 15 dni przed moim przybyciem w te strony, to na szosie widziałem wiele śladów po tym wydarzeniu. Wygrała go Australijka Sarah Gigante, najlepsza góralka i trzecia zawodniczka w generalce. Druga była tu Włoszka Elisa Longo Borghini, która wliczając bonifikatę zyskała 38 sekund nad Szwajcarką Marlen Reusser, dzięki czemu odebrała jej różową koszulkę liderki wyścigu.

Wspomniałem już o sobotniej wycieczce do Rimini. Wracając z niej odwiedziliśmy miasteczko San Leo (niegdyś stolicę Księstwa Montefeltro). Klimatyczne miejsce „strzeżone” przez imponujący fort powstały w XV wieku. W niedzielny poranek opuściliśmy Carpegnę. Tuż po wyjeździe zahaczyliśmy jeszcze o śliczną wioseczkę Frontino. Turystyczną perełkę wpisaną na listę „I Borghi piu belli d’Italia”. Następnie pojechaliśmy do Urbino, miasta które jest jedną z dwóch stolic prowincji z północnego krańca regionu Marche. Jego historyczne centrum w 1998 roku wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO, więc było tam co oglądać. Dodam, że w owej miejscowości urodził się Rafael Santi malarz i architekt zaliczany do trójki najwybitniejszych artystów renesansu (obok Leonardo De Vinci i Michała Anioła). Dopiero po tej części kulturalnej przyszedł czas na moje drugie spotkanie z Monte Nerone. Podjechaliśmy do Serravalle di Carda, na parking który poznałem rok wcześniej, gdy na tą górę ruszał Mateusz. Ponieważ była to miejscówka na półmetku podjazdu, to tak jak dzień wcześniej zacząłem wszystko od zjazdu. Zatem mogłem sobie raz jeszcze obejrzeć dolną połowę tego wzniesienia. Pod względem sportowym nie było to wielkie wyzwanie. Najpierw segment o długości 6,1 kilometra z przeciętnym nachyleniem 5,6% i przejazdem przez wioskę Colombara pod koniec drugiego kilometra. Potem bardzo łagodny kilometr przez Pian di Trebbio do miejsca, w którym trzeba było w końcu zjechać z drogi SP28.

Skręt w lewo na samym początku ósmego kilometra był wstępem do znacznie trudniejszej górnej części wzniesienia, na której musiałem pokonać 8,8 kilometra ze średnią stromizną 8,4%. Na pierwszych trzech kilometrach tego segmentu minąłem kilka efektownych serpentyn. Teren był z grubsza otwarty, więc widoki przednie. Za to nie było się jak schować przed słońcem. Tymczasem u podnóża tej wspinaczki miałem temperaturę na poziomie 33-34 stopni, zaś na samej górze 25. W połowie trzynastego kilometra wyjechałem już pomiędzy górskie łąki, na których pasły się krowy i konie. Powyżej Serravalle di Carda najłatwiejszy kilometr ma przeciętne nachylenie 7,1%, zaś na trzech ostatnich stromizna trzyma już na poziomie 8,5-9%. Pod koniec piętnastego kilometra przeciąłem linię etapowej mety z tegorocznego Giro d’Italia Women. Za nią pozostało mi do przejechania jeszcze 1200 metrów. Chwilę później minąłem drogę SP140, którą mógłbym dotrzeć do miejsca gdzie skończyłem swą wspinaczkę z roku 2014. Skręciłem tu jednak w lewo by dotrzeć na szczyt góry. Na finałowym kilometrze miałem do pokonania jeszcze trzy wiraże. Na ostatnim z nich minąłem punkt widokowy. Potem miałem do pokonania już tylko ciężki 300-metrowy finisz, na którym stromizna sięgała 11%. Meta pod zamknięta bramą stacji nadawczej, na terenie której stoją cztery wysokie maszty. Widoki ze szczytu zrobiły na mnie spore wrażenie. Cóż w najbliższej okolicy nie ma wyższej góry. Tej trzeba szukać na południu. Jest nią Monte Catria (1701 m. n.p.m.) czyli „koleżanka” Nerone ze wspomnianego etapu Giro 2009. Dzięki temu wzrokiem mogłem tu ogarnąć naprawdę spory teren.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15252674460

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15252674460

ZDJĘCIA

Nerone_001

FILM

Napisany w 2025b_Appennini Nord & Centro vol. II | Możliwość komentowania Monte Nerone NW została wyłączona

Monte Carpegna

Autor: admin o 26. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: bivio Frontino

Wysokość: 1369 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 953 metry

Długość: 12,1 kilometra

Średnie nachylenie: 7,9 %

Maksymalne nachylenie: 17 %

PROFIL > archivio salite

OPIS

Monte Carpegna to najwyższa góra na obszarze Appennino riminese czyli wschodniej części pasma górskiego Appennino tosco-romagnolo. Jej szczyt wznoszący się na wysokość 1415 metrów n.p.m. administracyjnie należy do prowincji Pesaro-Urbino wchodzącej w skład regionu Marche. Z punktu widzenia historycznego to kraina Montefeltro. Słynąca z wielu twierdz, zamków i wież, które zdobią tutejsze wzniesienia i obejmująca powierzchnię 987 km2 z pogranicza dzisiejszych regionów: Marche, Emilia-Romagna, Toskanii oraz Republikę San Marino. Tutejsza grupa górska znajduje się na terenie Parku Regionalnego Sasso Simeone e Simoncello. W kolarskim światku to wzniesienie znane jest przede wszystkim jako treningowa góra śp.p. Marco Pantaniego czyli najlepszego górala końca XX wieku. Kolarza, który wygrał Giro d’Italia i Tour de France w sezonie 1998. Za jego czasów wyścig Dookoła Włoch nie zaglądał w te strony. Tym niemniej w całej historii Giro podjazd na Monte Carpegna wykorzystano czterokrotnie. Nigdy nie wystąpiła ona w roli etapowej mety. Niemniej przy dwóch pierwszych okazjach ta wspinaczka była na tyle blisko finiszu, że miała kluczowe znaczenie dla losów etapu. Co ciekawe na tą premię górską zawsze podjeżdżano trudniejszym wschodnim szlakiem. Niemniej stałym punktem programu była tylko stroma 6-kilometrowa końcówka powyżej miasteczka Carpegna. Do niego zaś dojeżdżano za każdym razem od innej strony. W roku 1973 przez Passo di Cantoniera, w 1974 moim szlakiem z okolic Frontino, w 2008 od Ponte Cappuccini, zaś w 2014 roku drogą z Belforte all’Isauro przez San Sisto.

Pierwszym zwycięzcą premii górskiej na Monte Carpegni był nie kto inny jak wielki Eddy Merckx. Belg wygrał etap do Carpegni z przewagą 46 sekund nad nadzieją Włochów Giovannim Battaglinem oraz ponad czterech minut nad kolejnymi rywalami. Rok później w ślady „Kanibala” poszedł znakomity hiszpański góral Jose Manuel Fuente. Pierwszy na owej górze, a także na mecie z przewagą 1:05 nad Merckxem. W sezonie 2008 Monte Carpegna znalazła się okoła półmetku etapu do Ceseny. Dobre 90 kilometrów od mety, a mimo to znów premię górską jak i etap wygrał ten sam kolarz. Tym razem był to Włoch Alessandro Bertolini. W 2014 roku etap ósmy kończono po drugiej stronie tej grupy górskiej. To znaczy pod Eremo Madonna del Faggio na terenie gminy Montecopiolo. Odcinek ów wygrał Włoch Diego Ulissi, lecz wcześniejszą premię górską na Monte Carpegna wziął Kolumbijczyk Julian Arredondo, przyszły zwycięzca klasyfikacji górskiej tego wyścigu. Po czterech spotkaniach z wielkim Giro góra ta pojawiła się w roku 2022 na trasie marcowego „Wyścigu Dwóch Mórz”. Na królewskim etapie Tirreno – Adriatico kolarze pokonywali 6-kilometrową stromiznę dwukrotnie. Za pierwszym razem w ramach dłuższego podjazdu z okolic Frontino, zaś za drugim tylko ów „konkret”, na rundzie wokół Carpegni. Na liście startowej tego wyścigu był Tadej Pogacar, więc w obliczu tak trudnej końcówki etapu wynik rywalizacji mógł być tylko jeden. Słoweniec urwał się wszystkim rywalom i na solo triumfował w miasteczku z przewagą 1:03 nad Duńczykiem Jonasem Vingegaardem oraz Baskiem Mikelem Landą.

To była moja trzecia przymiarka do zaliczenia przydomowej góry Marco Pantaniego. Z różnych przyczyn nie udało mi się to w 2014 jak i 2024 roku. Przed rokiem dotarłem nawet do Carpegni, ale zmożony chorobą byłem na wpół-żywy i mogłem co najwyżej pospacerować sobie po miasteczku, czekając na Matteo walczącego z Monte Carpegną. Tym razem nic nie zostawiłem przypadkowi. Wyjechaliśmy z Trójmiasta w czwartek rano przeznaczając ten dzień na dojazd do Italii przez Czechy i Austrię na nocleg w Majano (region Friuli-Venezia Giulia). Nazajutrz po kilku następnych godzinach podróży dotarliśmy do San Marino, by przez parę godzin zwiedzać historyczne centrum tej Republiki, od roku 2008 wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Późnym popołudniem zameldowaliśmy się w B&B il Bughetto pod Carpegną, gdzie mieliśmy spędzić kolejne dwie noce. Tym samym zamieszkaliśmy przy trasie mojej pierwszej wspinaczki. W sobotę głównym punktem naszego wakacyjnego programu był wypad na plażę w Rimini. Niemniej przed nim miałem zaliczyć Montę Carpegnę. Ruszyłem z domu bardzo wcześnie, bo kwadrans przed ósmą. Na początek niespełna 5-kilometrowy zjazd na miejscówkę pod restauracją Mulino DiVino. Tam nawrotka i pierwsza faza wspinaczki wiodąca dopiero co poznanym szlakiem czyli przez 4,6 kilometra drogą SP18. Ten segment wiodący prowadzący przez wioski: Torrito (km 1,2), Ca’ Miciangolo (km 2,3) oraz Genghe (km 3,9) miał umiarkowane nachylenie o przeciętnej 6,2%. Potem miałem dosłownie sto metrów do przejechania szosą SP1 by na najbliższym rondzie wykonać skok w bok na drogę wiodącą ku Carpegni. Tu po chwili minąłem naszą tymczasową siedzibę, zaś po przejechaniu 5,8 kilometra skończyłem łatwiejszy odcinek na via Roma.

Do pokonania zostało jeszcze 6 kilometrów o średnim nachyleniu 10,5% na via Cippo. Pierwsze 1100 metrów trudne tylko miejscami. Potem zaczęła się już ostra wspinaczka z niemal stale dwucyfrową stromizną. Wiodąca krętym szlakiem z 22 wirażami. Jej dolny segment to 1,4 kilometra o średniej 13,1%. Szybko zdałem sobie sprawę, iż nie będę mógł tu korzystać z największego trybu w swej kasecie czyli z 28-ki. Musiałem to wszystko przepchnąć na przełożeniu 34/25. Na szóstym zakręcie przejechałem przez punkt widokowy „Il cielo del Pirata”. Na przydrożnych tablicach widywałem artykuły z „La Gazzetty”, opublikowane po etapach Giro z lat 1973-74. Na wysokości kampingu Cippo mogłem chwilę odsapnąć na odcinku 300 metrów z umiarkowanym nachyleniem. Minąłem Dom Leśniczych, po czym za najbliższym zakrętem musiałem obejść szlaban blokujący dostęp do dalszej części podjazdu. Za tą przeszkodą pozostał mi segment o długości 2,9 kilometra i średniej 11,4%. Przydrożne tabliczki dokładnie informowały jaki dystans z jakim nachyleniem pozostawał jeszcze przede mną. Wspinaczka de facto skończyła się na ostatnim dwudziestym drugim zakręcie. Finałowe 300 metrów było już w zasadzie płaskie. Górska premia na linii między tablicą z napisem „Passo Marco Pantani” a podobizną „Pirata z Cesenatico”. Meta znajdująca się ledwie 46 metrów poniżej wierzchołka góry była tego dnia mocno zamglona. Czy może raczej tonęła w gęstych chmurach, które nie rozpierzchły się jeszcze po nocnych opadach. Pomimo problemów sprzętowych udało mi się wreszcie pokonać ten stromy podjazd. Szkoda tylko, że kiepskie warunki pogodowe uniemożliwiły zrobienie lepszych zdjęć z finałowych kilometrów tego wzniesienia.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15244687674

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15244687674

ZDJĘCIA

Carpegna_001

FILM

Napisany w 2025b_Appennini Nord & Centro vol. II | Możliwość komentowania Monte Carpegna została wyłączona

Alp Palfries

Autor: admin o 4. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Azmoos

Wysokość: 1712 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1222 metry

Długość: 11,5 kilometra

Średnie nachylenie: 10,6 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL > climbfinder

OPIS

Tej wspinaczki bardzo długo nie mogłem zacząć. Po zjechaniu z Malbun Obersass do Buchs wsiadłem do samochodu i wróciłem na miejsce, gdzie przed południem rozstałem się z Danielem. Wedle mojego wyobrażenia znalazłem się w Azmoos u podnóża drugiego z piątkowych wzniesień. Miałem tylko ruszyć pod górę ulicą Wolfgartgasse. Tak też zrobiłem rozpoczynając całą serię drogowych pomyłek. Najpierw pokonałem odcinek 1,7 kilometra z przeciętną 9,3%, zanim ta szosa zmieniła się w kamienisty dukt. Jak się potem okazało była to ślepa dróżka do osady Matug. Zawróciłem zbity z tropu i zjeżdżając zahaczyłem jeszcze o ścieżkę po drugiej stronie potoku Luterbach. Niemniej tam jeszcze szybciej pojawił się szuter. Uznałem zatem, że trzeba pojechać na północ. Dopiero wtedy tak naprawdę opuściłem Trubbach i wjechałem do Azmoos. Niemniej tam podjąłem jeszcze dwie złe decyzje. Najpierw zacząłem się wspinać stromą ulicą Eichwaldweg, lecz po 700 metrach ze średnią 11% zatrzymałem się na podwórku przed samotnym domem. Potem zajrzałem w uliczkę Eichwaldstrasse, lecz i ta wkrótce stała się gravelowa. Kręciłem się po okolicy przez dobre pół godziny, będąc coraz bardziej zdezorientowany. Przejechałem kilka zbędnych kilometrów robiąc blisko 300 metrów nadprogramowego przewyższenia i wciąż nie odkryłem „wrót” do Alp Palfries. W końcu jednak zdałem sobie sprawę, że ten podjazd zaczyna się przy restauracji Hofli na ulicy Gatina. To znaczy na drodze wiodącej do miejscowości Malans.

Zrobiłem sobie całkiem niezłą rozgrzewkę przed drugą tego dnia premią górską najwyższej kategorii. Climbfinder wycenia tą wspinaczkę na 1349 punktów. Tylko trzy „oczka” więcej otrzymał na tej stronie kultowy podjazd pod Mont Ventoux od Bedoin. Wyzwanie było zatem niemałe. Tymczasem ja zdążyłem już tego dnia uzbierać, chcący czy niechcący, przeszło 1600 metrów przewyższenia. Tu na sam początek miałem do pokonania 800 metrów ze średnią 9,1%. Na drugim zakręcie Gatiny zamiast skręcać w prawo musiałem pojechać prosto i wjechać na dróżkę Wiesenrank. Ta zrazu wiedzie do restauracji Lavadarsch, którą mija się po przejechaniu 3,6 kilometra. Do połowy czwartego kilometra przeciętne nachylenie tego wzniesienia to 10,3%. Potem robi się jeszcze trudniej, bowiem średnia z kolejnych 3 kilometrów wynosi już 11,6%. Tym niemniej jakoś się jechało. Po dwóch tygodniach ciężkiej górskiej zaprawy nogi przyzwyczaiły się do tego rodzaju stromizn. Pod koniec piątego kilometra minąłem dróżkę Alpenstrasse schodzącą do miejscowości Oberschan. Droga już od kilkuset metrów biegła przez gęsty las, w którym miała pozostać aż do końca dziesiątego kilometra. Tu i ówdzie zmieniała ona kierunek. Na całym podjeździe jest 13 wiraży. Od czasu do czasu mijałem przydrożne parkingi, których jest tu całkiem sporo.

Nachylenie na chwilę odpuściło pod koniec siódmego kilometra, po czym znów ostro przygrzało. Odtąd czekał mnie segment o długości 2,9 kilometra i średniej aż 12,2%. Ta stroma końcówka była bardziej nieregularna niż finałowy segment na Malbun Obersass. To była seria ścianek z luzami pomiędzy, przy tym niektóre stromizny wiodły po szutrze. Jedna z nich mnie pokonała. Na krótko postawiłem stopy na ziemi. Ostatnim wyzwaniem był nachylenie z drugiej połowy jedenastego kilometra. Za ostatnim trzynastym zakrętem podjazd zaczął szybko łagodnieć, by na wysokości ósmego parkingu (km 11,2) przejść w falsopiano. Przejechałem jeszcze dalsze 600 metrów w terenie płaskim, a potem nawet łagodnie schodzącym. Na tym odcinku minąłem górną stację kolejki linowej Palfriesbahn, która dociera tu z wioski Ragnatsch leżącej w dolinie Seeztal. Palfries to pastwisko na południowym zboczu góry Alvier (2343 m. n.p.m.) należącej do pasma Appenzell Alps. Nie zjeżdżałem do parkingu nr 9 czyli do samego końca owej szosowej drogi. Ponoć jest on wyposażony w stację ładowania rowerów elektrycznych. Nieco dalej na wysokości około 1690 metrów n.p.m. stoi gospodarstwo Vorderpalfries, do którego prowadzi już szutrowa ścieżka. Na szczycie tej góry pojawiłem się dość późno, bo parę minut po wpół do siedemnastej. Nie miałem specjalnie czasu na podziwianie uroków tej górskiej krainy. Trzeba było możliwie prędko zjechać do Trubbach, aby mój kompan nie czekał na mnie zbyt długo przy samochodzie, po zakończeniu swej przeszło 90-kilometrowej „wycieczki” szosami Liechtensteinu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15007865738

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15007865738

MALBUN (LIE) by DANIEL SZAJNA

https://www.strava.com/activities/15005568417

ZDJĘCIA

Palfries_001

FILM

Napisany w 2025a_Graubunden-Grischun-Grigioni | Możliwość komentowania Alp Palfries została wyłączona

Malbun Obersass

Autor: admin o 4. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Buchs

Wysokość: 1743 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1304 metry

Długość: 12 kilometrów

Średnie nachylenie: 10,9 %

Maksymalne nachylenie: 15 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

Dwa ostatnie etapy 15-dniowego pobytu we wschodniej Szwajcarii przeznaczyłem sobie na strome podjazdy w kantonie Sankt-Gallen. Po czwartkowym odwrocie do Chur wiedziałem, że dwóch z czterech tamtejszych wspinaczek nie dam już rady zaliczyć. Pozostało tylko zdecydować na czym mniej nam zależy. Wycieczka w rejon Liechtensteinu miała priorytet, więc tak jak dzień wcześniej opuszczając Domat / Ems wzięliśmy kurs na miasteczko Azmoos. Tym samym zrezygnowaliśmy z wyprawy nad jezioro Walensee, gdzie czekać nas mogły podjazdy z Weesen na Vorder Hohi (1537 m. n.p.m.) oraz z Walenstadt na Schwaldis (1440 m. n.p.m.). Ponieważ w piątkowy poranek powoli kończyły się nocne opady deszczu, to tym razem ruszyliśmy z bazy dopiero po godzinie dziesiątej. Jak się później okazało zatrzymaliśmy się nie w Azmoos, lecz sąsiadującym z nim Trubbach. Daniel z tej miejscówki przez Rheinbrucke wjechał do Alpejskiego Księstwa, po czym z Balzers ruszył na północ tego mikro-państwa. Ogólnie zrobił sobie 40-kilometrową rozgrzewkę przed głównym punktem swego piątkowego programu czyli podjazdem do stacji Malbun (1705 m. n.p.m). Do pokonania miał wspinaczkę o długości 14,9 kilometra i przeciętnym nachyleniu 8,3%. W tym półtorakilometrowy segment o średniej 11,6% tuż przed wjazdem do tego ośrodka narciarskiego. To premia górska najwyższej kategorii. Nic dziwnego, że etapy Tour de Suisse kończące się w tym miejscu wygrywali tylko świetni górale tzn. Austriak Georg Totschnig (2004), Luksemburczyk Frank Schleck (2007), Holender Steven Kruijswijk (2011) i Francuz Thibout Pinot (2022).

Moje piątkowe wzniesienia były co najmniej tej samej klasy. Na pierwsze danie wziąłem sobie ten ciut trudniejszy czyli Buschserberg alias Malbun Obersass. W tym celu ze wspomnianego już Trubbach musiałem podjechać autem jakieś 12 kilometrów dalej na północ do miejscowości Buchs. Tam znalazłem sobie miejsce do rozładunku na parkingu koło młyna przy Altendorferstrasse. Do podnóża podjazdu cofnąłem się jakieś trzysta metrów docierając na styk z uliczką Kreuzgasse. Tym samym wystartowałem niemal spod sklepu rowerowego firmy Koba. Już po pierwszych 400 metrach wyjechałem z miasteczka. Kolejne dwa kilometry wiodły przez gęsty las. Jednak tym razem cienia nie potrzebowałem. Deszczu już nie było. Niemniej słońce też jeszcze nie wyjrzało. Chmury zalegały nisko, a może była to mgła. W każdym razie widoczność niemal na całym tym podjeździe miałem bardzo ograniczoną. Może to i lepiej bowiem widziałem tylko najbliższe kilkadziesiąt metrów, więc „nie rzucały mi się w oczy” żadne dłuższe stromizny. Tymczasem było z czym walczyć. Średnia stromizna tej 12-kilometrowej góry to niemal 11%. Dolna tercja czyli pierwsze 4 kilometry ma średnią 10%. Na tym segmencie mija się gospodarstwo Rhynerhaus (km 2,7) oraz restaurację Holzig Alvier przy osadzie Bongert (km 3,4). Droga wspina się ostro, ale leci krętym szlakiem. Podczas całej wspinaczki zawija się na 21 zakrętach. W środkowej fazie biegnie przez teren otwarty czyli górskie łąki. Tu i ówdzie mija pojedyncze gospodarstwa jak choćby Xanderguet (km 5,3) czy Waldrand (km 6,3). W drugiej połowie siódmego kilometra ponownie chowa się w lesie i przez kolejne 1100 metrów trzyma na poziomie ponad 12%. Cała 4-kilometrowa środkowa tercja ma zaś przeciętne nachylenie 10,3%.

Przejechawszy 8,2 kilometra mogłem pojechać prosto i od razu wbić się na węższą dróżkę prowadzącą bezpośrednio do gospodarstwa Alp Malbun – Obersass. Zostałem jednak na drodze skręcającej w lewo i po dalszych 650 metrach dotarłem na plac pod Berghaus Malbun (1369 m. n.p.m.). To malutki ośrodek narciarski. Ot górska restauracja z jednym stokiem obsługiwanym przez wyciąg orczykowy. Gdy po krótkim zjeździe wjechałem na dalszą część mojego podjazdu to do pokonania zostało mi jeszcze 3,9 kilometra o średniej aż 11,3%. Jak widać na tej górze: im wyżej tym trudniej. Za połową swego jedenastego kilometra minąłem dolne gospodarstwo czyli Malbun Untersass. Bez zbędnego odcinka o długości 1300 metrów minąłbym je mając w nogach 9,3 kilometra. Powyżej niego wąziutka Dossenweg już niemal cały czas trzyma dwucyfrowe wartości. Nawierzchnia szosy jest dość wątpliwej jakości. Poza tym w trakcie mojego przejazdu była ona nawet gówniana i to dosłownie, gdyż gdzieniegdzie brązowa świeżo po przejściu stada krów. W dwóch miejscach nie musiałem też na chwilę stanąć by przełożyć rower jak i samemu przejść ponad sznurem rozwieszonym wszerz dróżki. Niemniej skoro już tak się namęczyłem to żadna przeszkoda nie mogła mnie powstrzymać od dotarcia na sam szczyt. W końcu dopiąłem swego i stanąłem pod zamglonym Malbun Obersass. Gdyby odliczyć czas stracony poza głównym szlakiem to zabrało mi to 1 godzinę i 16 minut, co oznaczało wspinaczkę z VAM na poziomie około 1000 m/h. W trakcie zjazdu niebo już się rozpogadzało, dzięki czemu fotki „strzelałem” w znacznie lepszych warunkach świetlnych niż te które miałem na podjeździe.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/15007814649

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/15007814649

ZDJĘCIA

Buchserberg_001

FILM

Napisany w 2025a_Graubunden-Grischun-Grigioni | Możliwość komentowania Malbun Obersass została wyłączona

Tschiertschen

Autor: admin o 3. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Chur

Wysokość: 1339 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 744 metry

Długość: 10,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,2 %

Maksymalne nachylenie: 14 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

To miał być pierwszy z dwóch etapów poza Gryzonią. Daniel chciał przejechać wszerz i wzdłuż Liechtenstein przy okazji podjeżdżając do stacji Malbun znanej z czterech edycji Tour de Suisse. Ja w tym samym czasie miałem pokonać dwa ciężkie wzniesienia po zachodniej stronie Renu. Tymczasem musieliśmy się ograniczyć do wspinaczek na szosach powyżej znanego nam już Chur. Pogoda pomieszała nam szyki. Po kilku upalnych dniach trafił się ten pochmurny z możliwością opadów. Mimo to ruszyliśmy z bazy w kierunku Alpejskiego Księstwa. Zmierzając na północ autostradą A13 widzieliśmy gęstniejące ciemne chmury na horyzoncie. Gdy zbliżaliśmy się do Sargans zaczęło padać. Wtedy zarządziłem odwrót na południe, gdzie sytuacja na niebie wydawała się nieco lepsza. Miałem nadzieję, że w okolicy gryzońskiej stolicy deszcz nas nie złapie. Tym samym powstała okazja do zaliczenia premii górskich, które uciekły nam w środowe popołudnie po samochodowej awarii. Mój kompan miał wjechać z Chur na Lenzerheidepass, przełęcz znaną też pod nazwą Parpanerhohe (1547 m. n.p.m.). Do pokonania jest tu 14 kilometrów ze średnim nachyleniem 6,8 i max. 11%. Po drodze dwa ciężkie segmenty czyli: początkowe 6 kilometrów z przeciętną 8,6% oraz u góry 2,5 kilometra między Churwalden i Parpan ze średnią 10%. Ja zaliczyłem ten podjazd w sierpniu 2011 roku, więc dla siebie wybrałem wspinaczkę do Alp Farur (1974 m. n.p.m.). Jeszcze jednego samotnego gospodarstwa ulokowanego wysoko pod szwajcarskim niebem. Na szlaku do którego trzeba pokonać dystans 16,7 kilometrów z przeciętnym nachyleniem 8,5%.

Celem Daniela była stacja znana z wielu sportowych wydarzeń. Moim jeszcze jedno samotne gospodarstwo ulokowane wysoko pod szwajcarskim niebem. Sporo można napisać o sportowej historii Lenzerheide. Ten ośrodek gościł w przeszłości zawody Pucharu Świata zarówno w narciarstwie alpejskim jak i klasycznym. Alpejczycy kończyli w nim swój pucharowy cykl z sezonu 2011/2021, zaś biegacze nie jeden ścigali się tu na etapach wielodniowego Tour de Ski. Przede wszystkim jednak stacja ta była gospodarzem Mistrzostw świata w kolarstwie górskim (2018) oraz w biathlonie (2025). W tematyce szosowej trzeba wspomnieć o piętnastym etapie Giro d’Italia z roku 1995, który wygrał Włoch Mariano Piccoli. Oczywiście znacznie częściej gościł w niej wyścig Dookoła Szwajcarii. Zakończyło się tu w sumie dziewięć odcinków z tras tylko sześciu edycji TdS, albowiem w latach 1971, 1976 i 1998 wizyta tej imprezy w owym miejscu była dwudniowa. Przy tej ostatniej okazji oba etapy jak i cały wyścig wygrał Włoch Stefano Garzelli. Przyjechawszy do Chur zatrzymaliśmy się na parkingu przy centrum sportowym Sand. Wykorzystanym już w poniedziałek w trakcie wyprawy na Innerarosę. Tym niemniej nasze czwartkowe wspinaczki nie zaczynały się na Luzistrasse, więc na start czternastego etapu musieliśmy podjechać wzdłuż rzeki Plessur do ronda na Obertorbrucke.

Początkowy odcinek był wspólny i zaczynał się od wjazdu na Malixerstrasse. Do przejechania razem mieliśmy 1700 metrów na drodze krajowej nr 3. Mocny segment na powitanie, bo o średnim nachyleniu 9,1%. Po rozjeździe mój kolega miał do pokonania dalsze cztery kilometry na zbliżonym poziomie. Natomiast ja mogłem chwilowo odpocząć od wspinaczki. Na odcinku 1400 metrów wiodącym przez Araschgen do Passugg straciłem nawet kilkanaście metrów wysokości. Droga nr 720.03 zaczęła się wznosić od wirażu przy lokalnej wytwórni wody mineralnej Allegra. Zaczął się ciężki segment podjazdu prowadzący do wioski Praden. W sumie 4,5 kilometra ze średnim nachyleniem aż 10,1%, pomimo paru krótkich wypłaszczeń na siódmym i ósmym kilometrze. Stromizna maksymalnie sięgała tu 14%. Przejechałem ten fragment wzniesienia całkiem sprawnie, więc zakładałem, że nie gorzej będzie na sześciu ostrych kilometrach kończących ten ciężki podjazd. Miałem tylko nadzieję, że towarzysząca mi mżawka nie przerodzi się w ulewę. Po minięciu Praden pokonałem jeszcze odcinek 2,2 kilometra z przeciętną 8,9% na dojeździe do Tschiertschen. Na wysokości kalwińskiej świątyni zaczął się płaski przejazd przez wioskę. Niestety po około dwustu metrach znów złapałem „kapcia” w przednim kole. Trzeciego w ciągu dwóch dni. Usiadłem na ganku miejscowej świetlicy i wymieniłem dętkę. Niestety nie szło jej napompować, co niekoniecznie było winą „zapasówki”, lecz raczej starej pompki, która zawiodła mnie w chwili próby.

Zresztą nie mogłem wykluczyć, że po ewentualnym restarcie i tak powtórzyła by się środowa historia z Alp dil Plaun. Zacząłem bowiem podejrzewać, że źródłem problemu jest wada produkcyjna opon Continental 5000 lub też jakiś ledwie wyczuwalny zadzior na wewnętrznej stronie obręczy. Tak czy owak musiałem porzucić myśli o zdobyciu Alp Farur. Obawiałem się, że czeka mnie teraz przeszło 10-kilometrowy spacer do Chur. Na szczęście wioska o nazwie niczym polski Szczebrzeszyn okazała się być dobrze skomunikowana ze stołecznym miastem. Poniżej wspomnianego kościółka dojrzałem pętlę autobusową, a na niej czekający na podróżnych dobrze mi znajomy żółty pojazd. Bez namysłu skorzystałem z górskiego busika linii nr 42. Nieco ponad 20-minutowy zjazd do Chur kosztował mnie 11,70 CHF (7,80 za człowieka + 3,90 rower). Autobus był niemal pusty, więc Scotta mogłem wpakować do środka. Kierowca okazał się rozmownym i sympatycznym gościem. Zjechawszy do miasta wyjechał nawet nieco poza swą zwyczajową trasę, aby wysadzić mnie jak najbliżej Luzistrasse. W ten oto sposób udało mi się gładko wybrnąć z „podbramkowej sytuacji”. Jedynym minusem zjazdu na pokładzie PostAuto busa był brak zdjęć z całego terenu poniżej Tschiertschen. Cóż, może kiedyś uda mi się jeszcze wrócić z rowerem do Gryzonii. Wtedy Alp Farur znów znajdzie się na „liście życzeń”. Trzeba będzie zrobić cały ten podjazd, w tym górne 6 kilometrów o średniej 10% i uwiecznić całą trasę w obiektywie telefonu.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/14993651726

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/14993651726

LENZERHEIDE by DANIEL SZAJNA

https://www.strava.com/activities/14994784547

ZDJĘCIA

Tschiertschen_001

Napisany w 2025a_Graubunden-Grischun-Grigioni | Możliwość komentowania Tschiertschen została wyłączona

Alp dil Plaun

Autor: admin o 2. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Rothenbrunnen

Wysokość: 1960 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1334 metry

Długość: 14,8 kilometra

Średnie nachylenie: 9 %

Maksymalne nachylenie: 18,5 %

PROFIL > climbfinder

OPIS

Druga środa była dniem naszej jedynej przeprowadzki. Niemniej nie był to żaden wielki transfer, bowiem Laax od Domat / Ems dzieli niespełna 20 kilometrów. Tym samym mieliśmy sporo czasu na realizację ambitnych kolarskich planów. Miały być dwie ciężkie góry do zaliczenia. Los chciał jednak inaczej. Etap trzynasty okazał się pechowy. Tym niemniej pierwszą premię górską udało się odhaczyć. Gorzej było z moim zjazdem, ale o tym na końcu opowieści. Wspinaczka do gospody Alp dil Plaun zaczyna się na wysokości Rothenbrunnen. Wioseczki na prawym brzegu Tylnego Renu, w bliskim sąsiedztwie autostrady A13. Leży ona 6 kilometrów na południe od Bonaduz, co oznacza iż po raz trzeci na tej wyprawie zajrzeliśmy do doliny Hinterrhein. Od startu było stromo. Pierwsze 800 metrów do przejechania na dość szerokiej kantonalnej drodze nr 744.00. Następnie za sugestią strony „climbfinder” skręciliśmy w lewo na stromą i wąską dróżkę przez wieś Tomils. Na tym kilometrowym odcinku trzeba było pokonać w pionie aż 117 metrów. Przy tym na pierwszych 650 metrach średnia wynosi blisko 15%, zaś maksymalne nachylenie w dwóch miejscach przekracza 18%. Po przejechaniu 1,8 kilometra wypadliśmy na szerszą Feldiserstrasse. Kilkaset metrów dalej ta droga skręciła w lewo i odtąd obrała już wyraźnie północny kierunek, acz przed końcem czwartego kilometra pokonała cztery wiraże. Do połowy piątego kilometra nachylenie było znaczące, bowiem na odcinku 2,7 kilometra miało średnią 9,6%.

Chwilę później pokonaliśmy pierwszy z dwóch niedługich tuneli. Ten drugi jest niewiele dalej, tuż za mostem w połowie szóstego kilometra. Mając w nogach 6,3 kilometra dotarliśmy do Scheid. Znów pojechaliśmy przez centrum wioski, zamiast korzystać z głównej drogi. W Tomils taki manewr skracał szlak o 600 metrów, tu zaledwie o 100. Pod koniec ósmego kilometra minęliśmy Purz. Tym razem trzymając się już wspomnianej Feldiserstrasse. Na dziewiątym kilometrze nachylenie ani na moment nie odpuszczało. Męczyło średnią aż 11,6%. Ta stromizna zaczęła słabnąć na prostym odcinku drogi z początku dziesiątego kilometra. Wkrótce trzeba było się rozstać z szosą nr 744.05 zmierzającą na północ ku wsi Feldis (Veulden). Na wysokości przystanku autobusowego Scheid Plazza musieliśmy zawinąć ostro w prawo i wjechać węższą betonową dróżkę ku osadzie Plaun digs Mats. Do pokonania w pionie zostało nam jeszcze 450 metrów na dystansie nieco ponad 5 kilometrów. Przeciętne nachylenie w okolicach 9% czyli nieco niższe niż w środkowej fazie podjazdu, gdzie od połowy szóstego do początków dziesiątego kilometra na odcinku 3,8 kilometra zanotowałem średnią 10,2%. Nawierzchnia drogi jako się rzekło nieco inna, ale twarda i równa więc nie było co narzekać. Okolica jeszcze spokojniejsza niż dotąd. Miejscami betonowe płyty niczym baton twix dzieliły się na prawy i lewy pasek. Taki wynalazek szwajcarskich drogowców przetestowałem już kilka dni wcześniej na Alp Anarosa.

Po przejechaniu 12,2 kilometra dotarliśmy do Plaun digs Mats. Przyzwyczajeni do stałej wspinaczki zamiast odbić w prawo, zrazu pojechaliśmy prosto czyli dalej pod górę. Po około 200 metrach zorientowałem się, iż nie tędy droga, więc zjechaliśmy do rozjazdu. Pierwsze metry za rozdrożem prowadziły delikatnie w dół między drewnianymi domkami tej osady, ale podjazd szybko odżył. Na finałowym odcinku o długości 2,1 kilometra średnie nachylenie to 10%. Przy tym o ile niżej „beton z trawiastym przedziałkiem” był wyjątkiem od reguły to tutaj stał się normą. Na przedostatnim i początku ostatniego kilometra trzeba tu jeszcze powalczyć z dwucyfrową stromizną. Po czym na ostatnich 700 metrach jest już nieco luźniej. Mimo powszedniego dnia w środku tygodnia gospoda była oblegana przez turystów. Jej dzierżawcy szczycą się nagrodami za produkcję serów i wędlin. Ponoć pochodzą z Tyrolu. Może dlatego ceny w tym schronisku wydały mi się niższe niż w innych. Tu w każdym razie skusiliśmy się na małe piwko i colę dla ochłody. Mimo blisko 2000 metrów n.p.m. mój licznik zanotował temperaturkę na poziomie 32 stopni! Po zdjęciach na tle budynku restauracji oraz drewnianego krzyża z doliną w głębokim tle rozpoczęliśmy nieśpieszny zjazd betonowym duktem. Niestety na trzecim kilometrze przebiłem dętkę w przednim kole. Po wymianie kilkaset metrów kolejny defekt też z przodu. Trzeba było wdrożyć plan awaryjny. Daniel pojechał po auto, a ja zrobiłem sobie spacer do umówionej miejscówki już na szosowym fragmencie wzniesienia. Do Rothenbrunnen zjechałem zatem w aucie. Oczywiście tu i ówdzie zatrzymywaliśmy się by zrobić zdjęcia.

Niestety na samym dole „kapcia” złapała też prawa przednia opona w moim samochodzie, którą najpewniej przeciąłem na ostatnim żwirowym parkingu. Cóż było robić. Szybka decyzja. Przystanek ad hoc przy autostradzie A13 tuż przed wlotem do tunelu Isla Bella. Po czym telefon do ubezpieczyciela, a po nim jeszcze parę kolejnych. Rozwiązanie tego problemu przy pomocy miejscowego mechanika kosztowało nas dwie godziny. Szczęśliwie wystarczyło uszczelnić oponę sznurem butylowym. Tym niemniej straciliśmy cenny czas. Zrezygnowaliśmy z wypadu do Chur na spotkanie z Alp Farur. Pojechaliśmy prosto do Domat / Ems zapoznać się z naszą bazą na ostatnie trzy noce w Gryzonii.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/14987262307

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/14987262307

ZDJĘCIA

Plaun_001

FILM

Napisany w 2025a_Graubunden-Grischun-Grigioni | Możliwość komentowania Alp dil Plaun została wyłączona

Valcaus

Autor: admin o 1. lipca 2025

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Seewis-Pradisla

Wysokość: 1608 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1008 metrów

Długość: 10,7 kilometra

Średnie nachylenie: 9,4 %

Maksymalne nachylenie: 13,5 %

PROFIL > cyclingcols

OPIS

Druga wtorkowa górka też miała być z regionu Prattigau. Z przystankiem na początku drogi powrotnej do naszej bazy noclegowej. Do wyboru mieliśmy dwa bardzo poważne wzniesienia. Pierwszą opcją była wspinaczka z Pragg-Jenaz na Furnerberg (1763 m. n.p.m.) zaczynająca się raptem 3 kilometry od przystanku przy Fideris Station. Ostry podjazd o długości 10,2 kilometra i średnim nachyleniu 10,3%. Bardzo ciężki przede wszystkim w swej początkowej fazie, na której stromizna przez 4,5 kilometra utrzymuje się w przedziale od 12 do 13,5%. Uznałem, że takie cudo w połączeniu z masakrycznym upałem to lekka przesada. A tym bardziej po zaliczeniu hardcorowej Berghaus Arflina. Poza tym lepiej było nie masakrować nóg i pleców kolegi, który na swoim karbonowym „rumaku” miał zamontowaną małą tarczę z 39 ząbkami. Wybrałem nam położony nieco dalej na północ podjazd do restauracji Valcaus. To również wspinaczka w typie 10×10, ale równiejsza czyli z najtrudniejszym kilometrem na poziomie 11,5, a nie 13,7% jak na „Furnie”. Podjechaliśmy zatem 10 kilometrów do wioski Grusch, dla odmiany położonej na prawym brzegu rzeki Landquart. Wczesnym popołudniem upał był tam niemiłosierny. Na starcie mieliśmy 36 stopni. Na szczęście w pobliżu była fontanna, a także sklep spożywczy sieci Volg, który mógł służyć za bufet po zaliczeniu drugiego ciężkiego zadania. Z centrum owej miejscowości do podnóża podjazdu trzeba było odrobinę podjechać. Jakieś 1300 metrów lekko w dół drogą kantonalną biegnącą do przysiółka Pardisla, wchodzącego w skład gminy Seewis.

Ta wspinaczka prowadzi południowym zboczem góry Vilan (2376 m. n.p.m.) należącym do pasma Rattikon. Pierwsze kilometry bardzo ciężkie. Można rzec „wytop” mieliśmy podwójny. Tylko nie wiadomo z jakiego powodu większy. Przez tropikalną temperaturę czy też ostre procenty nachylenia. Na początkowym segmencie o długości 2,1 kilometra średnia 11,3%. Kolejny kilometr nieco lżejszy, bo na poziomie 9,1%. Na samym początku czwartego kilometra dojechawszy do Seewis Dorf (największej wioski na tym szlaku) zatrzymałem się by poczekać na Daniela. Następnie skręciliśmy w Leschgagasse i wkrótce zaczęliśmy błądzić po wąskich uliczkach tej miejscowości. W ciągu kolejnych 10 minut zatrzymaliśmy się na krótko jeszcze ze trzy razy. Ostatecznie wypadliśmy z niej wybierając Fullistrasee. Kierunek jazdy był słuszny czyli zachodni. Niemniej strony „climbfinder” i „cyclingcols” polecają wyjazd z Seewis drogą Matanstrasse. Szczęśliwie nasza ścieżka podobnie jak ta zalecana też była asfaltowa. Od razu dodam, że może nawet ciut bardziej wymagająca. Na kolejnym odcinku o długości 3,8 kilometra średnia wyniosła równo 10%. Daniel nie miał dobrego dnia i ostatecznie dojechał na wysokość 1380 metrów n.p.m. Tymczasem ja z początkiem dziesiątego kilometra zacząłem delikatny zjazd o długości 600 metrów, który zawiódł mnie do łącznika ze wspomnianą Matanstrasse. Z tego miejsca do szczytu miałem jeszcze 2,3 kilometra o średniej 10,9%, w tym ostatnie 160 metrów prowadziło po szutrze. Za metę uznałem rozdroże, z którego kamienista ścieżka Sadreinweg leci w lewo i pod górę, zaś w prawo schodzi również gruntowy dojazd do restauracji Bergbeizli Valcaus.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/14974930445

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/14974930445

ZDJĘCIA

Valcaus_001

FILM

Napisany w 2025a_Graubunden-Grischun-Grigioni | Możliwość komentowania Valcaus została wyłączona