banner daniela marszałka

Col d’Aubisque

Autor: admin o piątek 7. Grudzień 2018

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1709 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1279 metrów

Długość: 29,6 kilometra

Średnie nachylenie: 4,3 %

Maksymalne nachylenie: 11,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

W drugim dniu wyprawy naszym głównym celem była Col d’Aubisque. Kolarska góra-legenda. Przełęcz, która aż 73 razy została wykorzystana w trakcie Tour de France. Popularniejszym od niej punktem na szlaku „Wielkiej Pętli” były jak dotąd tylko dwa miasta: Paryż i Bordeaux oraz jedna górska przeprawa czyli Col du Tourmalet. Aubisque w dniu 21 lipca 1910 roku znalazł się na trasie pierwszego etapu TdF poprowadzonego przez Wysokie Pireneje. Jechano wówczas od wschodu, więc ów podjazd rozpoczęty w Argeles-Gazost był ostatnim z czterech wielkich wyzwań jakie musieli pokonać uczestnicy tamtego wyścigu. Spośród 59 zawodników, którzy stanęli na stracie w Bagneres-de-Luchon tylko 46 dotarło do mety w Bayonne. Na Aubisque jako pierwszy wjechał Francuz Francois Lafourcade. Niemniej etap jak i cały wyścig wygrał jego rodak Octave Lapize. Tenże Lapize rozwścieczony trudami ekstremalnego etapu po dotarciu na tą przełęcz zwyzywał organizatorów wyścigu od morderców. Mimo tego Aubisque stał się odtąd żelaznym punktem w programie Tour de France. Po raz pierwszy zabrakło go potem dopiero podczas edycji z roku 1959. Z kolei 1985 roku podjazd ten trzeba było pokonać aż dwa razy. Za pierwszym razem na króciutkim etapie 18a, który prowadził z Luz-Saint-Sauveur na Col d’Aubisque poprzez Col du Soulor i liczył ledwie 52,5 kilometra. Irlandczyk Stephen Roche ubrał na ten odcinek swój kombinezon do czasówek i wygrał etap na solo z przewagą 1:03 nad swym rodakiem Sean’em Kelly’m.

Przeszło dwie dekady później, bo w roku 2007 na Aubisque wyznaczono kolejny finisz etapu TdF. Tym razem podjeżdżano od zachodu. Pierwszy do mety dotarł Duńczyk Michael Rassmussen, który na ostatnich kilometrach zgubił swych wszystkich najgroźniejszych rywali. Po kolei jego koło puścili: Cadel Evans, Alberto Contador i Levi Leipheimer. Wydawało się, że „Kurczak” właśnie zagwarantował sobie zwycięstwo w 94. edycji TdF. Jego radość trwała jednak krótko. Jeszcze tego samego wieczoru ekipa Rabobank wycofała swego lidera z wyścigu, gdyż co raz więcej okoliczności wskazywało na to, iż Rasmussen podczas przygotowań do Touru świadomie unikał poza-wyścigowych kontroli antydopingowych. W minionej dekadzie TdF zawitał na Aubisque tylko cztery razy. Po raz ostatni niespełna dwa miesiące po naszej wizycie. Pierwszy na premii górskiej zameldował się Rafał Majka, któremu jednak nie udało się przetrwać na czele do mety w Laruns. Poza tym godzi się jeszcze wspomnieć, iż Aubisque bywał też trzy razy na trasach Vuelta a Espana. Jako premia górska w latach 1995 i 2003 oraz jako etapowa meta w roku 2016. Miałem okazję komentować ten górski odcinek dla Eurosportu. Wygrał go Holender Robert Gesink, który o kilka sekund wyprzedził Francuza Kennego Elissonde i Rosjanina Jegora Silina.

Przełęcz Aubisque położona jest na północnym zboczu góry Pic de Ger (2613 m. n.p.m.) i leży na wschodnich kresach departamentu Pyrenees-Atlantique. Przebiega przez nią droga D918 (dawniej znana jako krajowa N618). Wybudowana ją w XIX wieku z inspiracji cesarzowej Eugenii, żony Napoleona III. Łączy ona Vallee d’Ossau na zachodzie z Gave de Pau na wschodzie czyli miasta Laruns i Argeles-Gazost. Z racji bliskości Atlantyku tereny te znane są z ponadprzeciętnej jak na francuską normę ilości opadów. Tego dnia znalazło to potwierdzenie w rzeczywistości. Z naszego lokum nad nowo otwartym sklepem rowerowym L’Etape des Pyrenees wyjechaliśmy już o 9:10. Niestety znów nie w komplecie. Tym razem w naszej „ekipie wspinaczkowej” zabrakło Darka. Po przygodzie na Spandelles musiał on sobie najpierw poradzić z naprawą roweru. Jeszcze w poniedziałkowe popołudnie udało mu się kupić w Argeles-Gazost nową przerzutkę z gamy produktów Campagnolo. Co prawda jedynie klasy Potenza (a nie Super Record), niemniej zaświtała nadzieja, że Dario wkrótce wróci do gry. Trudniej było ze znalezieniem odpowiedniego haku do owej przerzutki. W necie znaleźliśmy namiar na większy sklep w niedalekim Lourdes. Dlatego gdy my ruszyliśmy na zachód w kierunku Col d’Aubisque, Darek zaopatrzony w adres „51 Avenue Alexandre Marquis” udał się samochodem do magazynu prowadzonego przez ex-kolarza Huberta Arbes’a. Arbes w latach 1975-82 jeździł w barwach ekip: Gitane-Campagnolo, Renault-Gitane oraz Renault-Elf. Niewątpliwie nie był asem (przez osiem lat wygrał jedynie etap Tour de Limousin), lecz na pewno cenionym gregario. Stał się najbardziej zaufanym pomocnikiem sławnego Bernarda Hinault. To u niego w domu „Borsuk” schował się na kilka dni przed dziennikarzami, gdy na skutek kontuzji kolana – pomimo liderowania – niespodziewanie wycofał się z TdF 1980.

Wyprawa Darka zakończyła się połowicznym sukcesem. Haku nie udało mu się kupić, ale mógł go przynajmniej zamówić z nadzieją na szybki odbiór. Gdy Dario bratał się z Hubertem i uwieczniał na zdjęciach sportowe trofea ex-zawodowca my już od godziny wspinaliśmy na Col du Soulor. Rozpocząłem spokojnie dbając o to byśmy pierwsze 12 kilometrów przejechali razem. Podjazd był za długi na to by szarżować od samego dołu. Przyjemniej było połykać kolejne kilometry wespół z kolegami. Na pierwszych trzech kilometrach musiałem nieco się hamować, by tempo było przyjazne dla nas wszystkich. Powyżej Arras-en-Lavedan nachylenie stało się łagodniejsze, zaś po siedmiu kilometrach odpuściło zupełnie. Zgodnie ze swym planem sprawdziłem nogę dopiero powyżej Arrens-Marsous czyli na ostatnich 7 kilometrach przed Col du Soulor. To najtrudniejsza faza całej wschodniej wspinaczki pod Col d’Aubisque. Podjazd trzyma tu bowiem na średnim poziomie od 7,5 do 8,5%. Według stravy odcinek o długości 7,24 kilometra przejechałem w czasie 32:58 (avs. 13,2 km/h z VAM 1085 m/h). Rafał z Piotrem na pokonanie drogi z Arrens na Soulor potrzebowali 38:25. Niestety psuła się nam pogoda. Początkowo niebo było tylko zachmurzone. Na tej wysokości zaczęło już padać, więc na pierwszą z dwóch słynnych przełęczy dotarłem już nieźle przemoczony.

Pierwsze dwa kilometry za Col du Soulor prowadziły lekko w dół. Dlatego ten odcinek przejechałem bardzo ostrożnie tracąc nieco ze swej przeszło 5-minutowej przewagi nad kolegami. Droga była wąska, nie najlepszej jakości i oczywiście mokra, więc wolałem nie ryzykować upadku. Tym bardziej, że wkrótce znalazłem się na słynnym odcinku Cirque du Litor. To dziki teren przecudnej urody – rzecz jasna przy odpowiednio dobrej widoczności – acz niebezpieczny, gdyż po północnej stronie szosy mamy tam głębokie na co najmniej kilkadziesiąt metrów urwisko. Z tą przepaścią zapoznał się choćby lider TdF 1951 Wim Van Est. Historia wydobycia Holendra „na powierzchnię” do dziś pozostaje jedną z najsłynniejszych „akcji ratowniczych” w dziejach Touru. Pod koniec krótkiego odcinka zjazdowego wyjechaliśmy z departamentu Hautes Pyrenees. Szosa znów powoli zaczęła się wznosić. Niemniej tak naprawdę dopiero na ostatnich pięciu kilometrach trzeba było się nieco natrudzić. Blisko 30-kilometrowe wzniesienie pokonałem w 1h 48:33 (avs. 16,5 km/h). Finałowy odcinek o długości 7,03 kilometra przejechałem w 25:05 (avs. 16,8 km/h z VAM 828 m/h), zaś moi koledzy wykręcili tu czas 29:21. Na przełęcz dotarli ze stratą ledwie ośmiu minut. Warunki na górze były nieprzyjazne. Rzęsisty deszcz, mocny wiatr i tylko 10 stopni. Nie czekałem zatem na dworze, lecz schowałem się w barze należącym do miejscowego hotelu. Z jego progu wyglądałem przyjazdu całej trójki. Po chwili wszyscy już siedzieliśmy pod dachem owej gospody i zastanawialiśmy się co począć dalej.

Mój wstępny plan zakładał, iż w trakcie powrotnego zjazdu do Argeles-Gazost na wysokości niespełna 900 metrów odbiję w prawo by drogą D105 dojechać do kresu bocznej doliny Vallee d’Arrens (1505 m. n.p.m.). Tym samym na dokładkę po daniu głównym dodałbym sobie stosunkowo łatwy podjazd o długości 10,9 km i średnim nachyleniu 5,7%. Niemniej skoro na przełęczy znalazłem się już o godzinie jedenastej to do wieczora miałem masę czasu. Dlatego gdy trochę się rozjaśniło pomyślałem nawet o tym, by zjechać do Laruns i zaliczyć Aubisque od obu stron. Musiałbym przejechać 92 kilometry z łącznym przewyższeniem około 2600 metrów, co przecież nie przekraczało moich możliwości. Jednak już po chwili naszły nas deszczowe chmury i wraz z kolejnym porywem wiatru tak śmiałe pomysły wywietrzały mi z głowy. Na dobre zadekowaliśmy się zatem pod dachem Hotel d’Aubisque. Jedliśmy ciastka, piliśmy kawy i herbaty, co jakiś czas wyglądając za okno czy pogoda się klaruje. Gdy wyczuliśmy lepszą chwilę wyskoczyliśmy zrobić pamiątkowe zdjęcia pod drogowym znakiem i kamienną tablicą. Potem chcąc się nieco ogrzać i wysuszyć ciuchy zebraliśmy się w pobliżu pieca. Niemniej na tą „kozę” trzeba było uważać. Pedro zanadto zbliżył do niej kolano i dostał pamiątkę (pieczątkę) z Aubisque na kolejne tygodnie. Mijały kolejne kwadranse, lecz nikt z nas nie śmiał rozpoczynać blisko 30-kilometrowego zjazdu. Ostatecznie „rzuciliśmy ręcznik” i zadzwoniliśmy po ratunek. Na nasze szczęście w odwodzie mieliśmy Darka. Ten przyjechał po nas samochodem na przełęcz i zaoszczędził nam drogi powrotnej pod mocno spłakanym niebem. Dzięki niemu do Argeles-Gazost dotarliśmy w dobrym zdrowiu i relatywnie nie tknięci przez pogodowe żywioły. Tym niemniej żal pozostał, iż na skutek fatalnej aury tak ważny sportowo i atrakcyjny wizualnie podjazd jak Aubisque ledwie uwieczniłem na swych zdjęciach.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1618535562

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1618535562

ZDJĘCIA

20180605_001

FILMY

VID_20180605_01