banner daniela marszałka

Alpenbrevet – dejavu

Autor: admin o niedziela 10. Sierpień 2008

W czasie gdy ja z Piotrem borykałem się z trudami wspinaczek pod cztery szwajcarskie dwutysięczniki Łukasz wcielił się w rolę alpejskiego turysty. Najpierw na pieszo przemierzał wzniesienia położone na północ od Meiringen, zaś następnie wybrał się na rowerową wyprawę ku Interlaken i z powrotem po pagórkowatym terenie wokół jeziora Brienzer See. Późnym popołudniem po doprowadzeniu się do porządku wybraliśmy się z Piotrem na „kulinarną ucztę wojownika” do restauracji położonej nieopodal miejscowego dworca kolejowego. W moim przypadku ów pożądany posiłek przybrał postać dużej pizzy z krewetkami, zaś Piotr skusił się na potrójną porcję sałatki warzywnej ze … szwedzkiego stołu.

Nazajutrz czułem jeszcze w nogach trudy sobotniego rajdu. Dlatego też postanowiłem zrobić sobie dzień wolny od roweru. Podjęcie tej decyzji przyszło mi tym łatwiej, iż w bezpośrednim sąsiedztwie Meiringen brakowało już ciekawych przełęczy do odkrycia. Owszem w ostateczności można by się pokusić o pokonanie Grosse Scheidegg od strony Grindewaldu czy Sustenpass od Innertkirchen, lecz na obu tych przełęczach już byłem acz docierając na nie od przeciwnych stron. Przed południem spędziłem więc pasywnie pozostając w naszym apartamencie i podglądając olimpijskie wydarzenia z dalekiego Pekinu. Łukasz z Piotrem wybrali się zaś na dwugodzinną przejażdżkę z Meiringen do Lungerer See i w tym celu musieli dwukrotnie wdrapać się pod wspomnianą już przeze mnie przełęcz Brunig. Najpierw od poznanej już przez nas strony południowo-wschodniej, zaś w drodze powrotnej od północy rozpoczynając wspinaczkę w okolicy Giswil.

Pogoda tego dnia była prawdziwie letnia i postanowiliśmy z tego skorzystać. Wczesnym popołudniem zapadła decyzja by wsiąść w samochód i przemierzyć pełny 176-kilometrowy szlak Alpenbrevet Gold. Dzięki temu po raz pierwszy w dziejach swych alpejskich wojaży mogłem sobie pozwolić na zrobienie dokładnej sesji fotograficznej z trasy przejechanego wyścigu. Normalnie bowiem na wyścigi nie zabieram z sobą aparatu fotograficznego, zaś dzień przed czy po imprezie nie miewałem okazji do takiego rekonesansu. Jechaliśmy sobie spokojnie przystając gdzie tylko naszła nas ochota. Oczywiście na każdej przełęczy, a poza tym w wielu strategicznie ważnych czy wizualnie atrakcyjnych miejscach tak na podjazdach, zjazdach jak i w mijanych miastach i wioskach. Górska trasa przy tak swobodnej jeździe i częstych postojach nawet samochodem zajęła nam około sześciu godzin. Pstryknąłem taka liczbę fotek, iż u podnóża Sustenpass moja „cyfrówka” odmówiła dalszej współpracy na skutek wyczerpania baterii.

Niemniej mnie i Łukasza czekał jeszcze nazajutrz samochodowy transfer z dotychczasowej bazy w Meringen do nowego lokum w Andermatt. Dzięki temu mogłem być pewien, iż będę miał jeszcze wyborną okazję ku temu by sfotografować oba oblicza tej przełęczy. Poniedziałek był dniem naszych rozstań z eleganckim Meiringen. Dla Piotra były to zarazem ostatnie godziny w Szwajcarii. Spędził je pracowicie niczym mróweczka czy jak kto woli ranny ptaszek. Gdy trójmiejska część naszej ekipy zalegała jeszcze w swych łożach, Piotr wstał o piątej i by około szóstej godziny wyprawić się na spotkanie z Grosse Scheidegg. Nie mam najmniejszych wątpliwości, iż podbój tej góry w cichej atmosferze letniego poranku miał swój wyjątkowy klimat. Po śniadaniu spakowaliśmy się i pożegnaliśmy około jedenastej. Mnie i Łukasza czekał ponad 60-kilometrowy przejazd do Andermatt. Chcąc pojeździć sobie tego dnia przynajmniej ze trzy godzinki musieliśmy ruszyć z Meiringen przed południem, aby w nowym miejscu o przyzwoitej porze znaleźć jakiś apartament. W drodze raz jeszcze przemierzyliśmy przełęcz Susten – tym razem z zachodu na wschód – dzięki czemu mogłem dokończyć fotograficzną dokumentację pięknej trasy sobotniego rajdu. W tym samym czasie Piotr czekał na swój pociąg do Zurychu skąd ku mazowieckim równinom porwać miał go samolot.