banner daniela marszałka

Col d’Artigaux

Autor: admin o środa 2. Styczeń 2019

DANE TECHNICZNE

Wysokość: 1383 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 826 metrów

Długość: 9,4 kilometra

Średnie nachylenie: 8,8 %

Maksymalne nachylenie: 13,1 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Dwie wycieczki do Bagneres-de-Luchon postanowiłem przedzielić wyjazdem w rejon Saint-Beat, miasteczka nad młodą tu jeszcze rzeką Garonną. Aura była nadal deszczowa, więc drugi poniedziałek naszej wyprawy lepiej było spędzić na wysokości około 1400 niż 1800 metrów n.p.m. Tym samym naszym głównym celem na etapie ósmym miał być podjazd na Col du Mente, przełęcz znaną z wielu edycji Tour de France. Przy tym odrobinę „podrasowany”, bo przedłużony o dojazd do wyrosłej nieopodal stacji narciarskiej Station du Mourtis. Był też drugi powód takiej decyzji. Piotr wolał tego dnia nieco odpocząć od kolarstwa. Zależało mu jednak na zdobyciu Superbagneres. Dlatego postanowiliśmy wrócić w nieco wyższe partie Pirenejów dopiero we wtorek. W miesiącach poprzedzających nasz wyjazd do południowo-zachodniej Francji drobiazgowo planowałem każdy z etapów tej podróży. Będąc przekonany co do tego, iż warto zahaczyć o Col du Mente musiałem znaleźć jeszcze inny, solidny podjazd w pobliżu owej przełęczy. Wszystko po to by bez większych komplikacji komunikacyjnych (czytaj: dłuższych przejazdów samochodami) sprawnie zaliczyć kolejne dwa wzniesienia na miarę naszych sportowych ambicji. Do tej koncepcji najlepiej pasowała mi niespełna 10-kilometrowa wspinaczka z Fos na Col d’Artigaux, zaczynająca się w bezpośrednim sąsiedztwie hiszpańskiej granicy. Mieliśmy na niej pokonać przeszło 800 metrów w pionie. Zatem zarówno pod względem dystansu jak i przewyższenia była ona podobna do Mente. Niemniej w przeciwieństwie do swej sąsiadki była mało znana, więc zagadką pozostawał stan drogi prowadzący na tą przełęcz. Podejrzewałem, że nawierzchnia niektórych jej fragmentów może być kiepska. Niemniej miałem nadzieję, że okaże się ona przejezdna dla naszych szosowych opon. A przy tym, iż obędzie się bez uszczerbku dla ultralekkich kół Darka i Rafała.

Z Aneres wyjechaliśmy jak zwykle po dziesiątej. W czteroosobowym składzie, bowiem Pedro został w bazie. Tym niemniej nasz kolega też nie leniuchował. Wczesnym popołudniem wybrał się na trwający blisko trzy godziny, przeszło 12-kilometrowy deszczowo-błotny trekking po okolicznych wzgórzach. Tym razem do szosy N125 postanowiliśmy dojechać bardziej północnym szlakiem przez Saint-Laurent-de-Neste i Montrejeau. Wstępnie planowałem zacząć ósmy etap podjazdem na Col du Mente, lecz wobec podobnej trudności obu podjazdów było to z grubsza obojętne. Dlatego gdy po dotarciu do Saint-Beat powitał nas deszcz zdecydowaliśmy się nie czekać bezczynnie na zlitowanie niebios. Zapakowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy dalej na południe. W drodze rozglądaliśmy się za stacją benzynową, bowiem czas był już po temu by zatankować oba auta. Ostatecznie uznaliśmy, iż skoro jest ku temu okazja możemy to taniej zrobić po hiszpańskiej stronie granicy. Wyjechaliśmy zatem z Francji zapuszczając się w głąb Katalonii. Nie trwało to jednak długo, bowiem przy szosie N-230 już po dwóch kilometrach natknęliśmy się na stację firmy Repsol. Rafa poczuł się jak u siebie w domu. Wszak wiele lat mieszkał w Mostoles pod Madrytem. Właśnie w Hiszpanii kończył wszystkie szkoły i studia, więc kraj za Pirenejami jest jego drugą ojczyzną. Teraz zaczerpnąwszy iberyjskiego powietrza zapragnął czym prędzej udać się na wycieczkę do najbliższego „hiszpańskiego” miasta. Tym zaś była znana nam z czerwca 2016 roku Vielha, stolica katalońskiej comarki Valle de Aran. Ustaliliśmy zatem, że po powrocie do Francji przejedziemy razem tylko pierwszą górę, którą będzie tajemnicza Col d’Artigaux. Potem zaś Rafał z Krzysztofem pojadą w celach turystycznych do Vielhy, zaś ja z Darkiem wrócę do Saint-Beat by stamtąd podjechać do Station du Mourtis via Col du Mente.

Wróciwszy z Królestwa do Republiki zatrzymaliśmy się w pobliżu dawnego posterunku celnego La Seriail, skąd widać było początek podjazdu na Col d’Artigaux. Wystarczyło kilka razy przekręcić korbą by wjechać do wioski Fos. Tu na wysokości ruiny będącej niegdyś hotelem należało skręcić w prawo by wjechać na prowadzącą do Melles drogę D44h. Żadna z przydrożnych tablic drogowych nie wskazywała, iż szlak ten prowadzi do naszego celu. Niemniej jedna z nich informowała, iż dojedziemy tędy na Col d’Artigascou czyli przełęcz położoną nieco niżej (1349 m. n.p.m.), ale jakieś 1100 metrów za górską przeprawą, do której my chcieliśmy dotrzeć. Krzysiek z Rafałem byli szybsi w przygotowaniach i ruszyli na trasę tuż przed dwunastą. Ja z Darkiem zacząłem wspinaczkę niespełna sześć minut po naszych kolegach. Pierwszy odcinek tej wspinaczki prowadzący do wspomnianej wioski okazał się nie tylko stromy, lecz przede wszystkim bardzo kręty. Na dystansie 1400 metrów trzeba było przejechać aż 9 wiraży. Do tego droga była wąska, bo o szerokości ledwie 2,2 metra. Dario zaczął na tyle mocno, iż wytrzymałem z nim tylko przez pół kilometra. Pierwsze 1800 metrów miało średnio 9,3 % przy max. 13,1 %. Na tym segmencie mój kompan wykręcił VAM na poziomie 1172 lub 1197 m/h (w zależności od tego, któremu wskazaniu stravy mielibyśmy wierzyć). Moje osiągi rzędu 1090-1121 m/h oznaczały 35 sekund straty na tym odcinku. Po minięciu kościoła św. Pankracego i budynku lokalnego merostwa mieliśmy króciutki zjazd, zaś po nim 400 metrów łagodnego podjazdu do zakrętu nr 10. Skręcając tu w lewo porzuciliśmy szosę D44h wjeżdżając na drogę leśniczych. Ta również pięła się po serpentynach, lecz już nie tak gęstych jak wiraże na samym początku wzniesienia. Na kolejnych 5 kilometrach było bowiem jeszcze jedenaście zakrętów. Niektóre w odległości 200-300 metrów od siebie, inne rozdzielone przez długie 800 metrów.

Jeśli chodzi o jakość drogi to niemal do końca szóstego kilometra asfalt trzymał klasę. Potem było już tylko gorzej. Jechaliśmy po zniszczonej szosie lub po resztkach asfaltu, zaś w najgorszym razie po kamienistym szutrze. Na ostatnich czterech kilometrach podjazdu nawierzchnia była więc naszym dodatkowym przeciwnikiem. Nie bez powodu segment ze stravy nazwany „Artigaux Climb (Asfalto) – GSP” ma długość tylko 5,77 kilometra. Darek wykręcił na nim czas 28:21 (avs. 12,2 km/h z VAM 1043 m/h), zaś ja wynik 29:46 (avs. 11,6 km/h z VAM 994 m/h). Rafał uwolniony od myśli na temat drugiej góry trzymał się bardzo dzielnie. Do tego miejsca dotarł w 33:21 (avs. 10,4 km/h z VAM 887 m/h). Wyżej nie dało się już jednak jechać w takim tempie. Dwieście metrów za ostatnim czyli 21-wszym wirażem droga wpadła do lasu. To jednak nie dało ochrony przed deszczem, który pojawił się w trakcie naszej wspinaczki i do tego momentu znacznie się nasilił. Na niezbyt normalnym dla kół szosowych podłożu moi koledzy radzili sobie lepiej ode mnie. W każdym razie ani razu nie postawili stopy na ziemi. Mi zdarzyło się to zrobić dwukrotnie. Pierwszy raz po przejechaniu 6,6 kilometra. Drugi raz półtora kilometra dalej. W sumie kosztowało mnie to nieco ponad minutę. Tym samym na górnym odcinku byłem najsłabszy. Do Rafała straciłem 7 sekund, zaś do Darka przeszło 2 minuty. Całą górę przejechałem w 50:59 (netto 49:50) ze średnią 11,4 km/h i VAM 929 m/h. Dario uzyskał tu czas 47:22, zaś Rafa 54:27. Nasz lider okazał się być najszybszym spośród 43 zdobywców Artigaux zarejestrowanych na stravie w całym sezonie 2018. Ja dojechawszy do kolegów pojechałem jeszcze dalej by upewnić się, że stanęliśmy w najwyższym punkcie drogi. Przez dalsze 500 metrów napotkałem tylko delikatny spadek terenu, więc zawróciłem. Przy tej pogodzie (mokro, mgliście i tylko 12 stopni) odpuściłem sobie wizytę na Col d’Artigascou. W połowie zjazdu do Fos złapała nas kolejna ulewa. Na kwadrans schroniłem się zatem pod daszkiem przydrożnego garażu. Krzysiek miał gorzej, bowiem w tych warunkach musiał zmienić przebitą dętkę.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/1632414455

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/1632414455

ZDJĘCIA

20180611_001

FILMY

VID_20180611_001

VID_20180611_002