banner daniela marszałka

Bielerhohe x 2

Autor: admin o środa 22. Czerwiec 2011

Środowy etap miał być lżejszy od dwóch poprzednich, gdyż nie chciałem się przemęczać na dzień przed startem w Kaunertaler Gletscherkaiser. Dlatego na teren naszego kolejnego sprawdzianu wybrałem podjazd pod przełęcz Bielerhohe (2036 m. n.p.m.). Wzniesienie nieznane wielkim wyścigom kolarskim, zapewne poza Osterreich Rundfahrt, lecz będące najtrudniejszym punktem programu na trasie amatorskiego maratonu Arlberg Giro. Zależało mi przede wszystkim na trudniejszej tzn. zachodniej stronie tego podjazdu, lecz ostatecznie zdecydowałem się go obejrzeć z obu stron. Przez przełęcz tą biegnie południowy szlak z Landeck do Bludenz o długości przeszło 91,5 kilometra. Jadąc od wschodu należy pokonać 1242 metry na przestrzeni 48,2 kilometra. Ruszając z zachodu mamy do przebycia 1465 metrów na dystansie 43,4 kilometra. Przełęcz ta łączy tyrolską dolinę Paznaun z położoną na terenie Vorarlbergu doliną Montafon. W tym miejscu przebiega wododział między dorzeczem Renu i Dunaju, a więc Morza Północnego i Morza Czarnego. Ponadto przebiega tu ponoć również granica między zasięgiem występowania dwóch dialektów języka niemieckiego tzn. alemańskim (na zachodzie) i tyrolskim (na wschodzie).

Biegnąca przez tą przełęcz droga to Silvretta-Hochalpenstrasse. Budowę tej drogi ukończono w 1954 roku. Do dziś uchodzi ona za najładniejszą i najciekawszą technicznie (po Grossglocknerze) wysokogórską szosę w Austrii. Wzięła ona swą nazwę od sztucznego jeziora Silvretta Stausee, które powstało rok wcześniej w sąsiedztwie granicznego szczytu  Silvrettahorn (3244 m. n.p.m.) i należy do lokalnego przedsiębiorstwa Voralrberg Illwerke. Na około 20-kilometrowym odcinku między Galtur w Tyrolu a Partenen w Vorarlbergu jest ona płatna i otwarta tylko w okresie od 1 czerwca do 15 listopada. Niemal dokładnie ten kawałek drogi zamierzałem pokonać w obie strony. Aczkolwiek po stronie zachodniej wolałem go przedłużyć o zjazd do Gaschurn, aby przejechawszy stosunkowo łatwy odcinek do Partenen móc dopisać do swej listy górskich skalpów kolejny „tysięcznik”. Podobnie jak w trakcie niedzielnej wyprawy na Arlberg i Flexen rozpoczęliśmy swój samochodowy dojazd na miejsce przeznaczenia od zjazdu do Landeck. Po kilku kilometrach jazdy na zachód trzeba było odbić na południe by po przejechaniu 32 kilometrów dotrzeć do Galtur, gdzie zatrzymaliśmy się przed budynkiem Alpinarium. Budynek ten z zewnątrz jest centralnym elementem zapory przeciwlawinowej, a zarazem kryje w sobie: wystawy informacyjne, ściankę wspinaczkową czy sale konferencyjne.

Na dojeździe do Galtur niebo było tylko lekko zachmurzone, ot kilka białych obłoczków tu i tam. Niestety im dalej brnęliśmy w głąb doliny Paznaun tym bardziej martwił nas widok na horyzoncie. Wystartowaliśmy kilka minut przed dwunastą z poziomu około 1580 metrów n.p.m. Podjazd z razu bardzo delikatny zaczął się po przejechaniu kilkuset metrów. Czekało na nas 9,5 kilometra z pozoru łatwej wspinaczki o średnim nachyleniu 4,6 %. Niedługo później czyli po przebyciu 1,4 kilometra od parkingu wjechałem do Wirl. Tu powitały mnie pierwsze krople deszczu, a po chwili lało już na dobre. Pomimo tego postanowiłem jechać dalej i zobaczyć jak sytuacja się rozwinie. Raz jeszcze sprawdziło się przysłowie, iż do odważnych świat należy. Mój upór został nagrodzony po około dziesięciu minutach, gdy jeszcze przed końcem piątego kilometra przestało padać. W tym czasie zdążyłem minąć najpierw zjazd w prawo ku przełęczy Zeinisjoch i jezioru Kopstausee, zaś kilkaset metrów dalej punkt poboru opłat na wschodnim krańcu płatnego odcinka Silvretta-Hochalpenstrasse stojący dokładnie 1725 metrów n.p.m.. Gdyby nie wspomniany deszcz i przeciwny, zachodni wiatr jazda na tym odcinku byłaby łatwa, szybka i przyjemna. Pierwsze 3700 metrów miało średnie nachylenie tylko 3,4 % i tylko na samym początku czwartego kilometra stromizna dwukrotnie skoczyła do poziomu 10 %.

Po przejechaniu 5,3 kilometra minąłem niewielkie jeziorko Vermuntbach. Droga wiodła w przeważającej części długimi prostymi odcinkami przecinającymi zieloną górską łąkę. W kilku miejscach należało uważać nie tylko na śliską od niedawnego deszczu szosę, lecz przede wszystkim na stada krów beztrosko przechadzających się wzdłuż i w poprzek drogi. Podjazd nadal był nieznaczny. Dość powiedzieć, że na środkowym fragmencie wzniesienia o długości 4700 metrów średnie nachylenie wyniosło ledwie 3,2 %. Tym większym szokiem dla mnie okazały się ostatnie dwa kilometry, a w zasadzie 1800 metrów o średniej 8,9 % gdzie tak mnie przytkało, iż musiałem wrzucić przełożenie 39×28. Życia nie ułatwiły mi nawet serpentyny, które pojawiły się od poziomu 1900 metrów n.p.m. Spoglądając na profil tego podjazdu nie doceniłem jego końcówki. Tymczasem maksymalne nachylenie przekraczało tu nawet 13 %. Zatrzymałem się nieopodal górskiego pensjonatu Piz Buin. Pokonanie tego wzniesienia zajęło mi w sumie 35 minut i 20 sekund przy jeździe z przeciętną prędkością 17,320 km/h. Na 350-metrowym płaskowyżu ciągnącym się wzdłuż Silvretta-Stausee napotkałem wielu turystów. Chwilę po dotarciu na szczyt odebrałem też sms-a od Sylwka Szmyda, który akurat wpadł do Trójmiasta i zapytywał czy jutro tzn. w Boże Ciało wybieram się z kolegami na trening po Kaszubach. Po telefonicznej rozmowie z Darkiem, który podczas deszczu zatrzymał się w Wirl postanowiłem bez czekania na kolegę czym prędzej zjechać do Gaschurn.

Obrazy z zachodniej strony Bielerhohe znałem z pięknych zdjęć zamieszczonych na kartach ksiązki „Alpy – 50 najpiękniejszych tras przez przełęcze” autorstwa Dietera Maiera. Muszę przyznać, że rzeczywistość była równie imponująca. Wijące się niczym długi wąż serpentyny przypominały mi widoki z mitycznej Passo dello Stelvio, aczkolwiek tu szosa przecinała przyjazną człowiekowi zieloną krainę, a nie jak we Włoszech surowy skalny krajobraz, który pokryć się może białym puchem nawet w środku lata. Zatrzymałem się w Gaschurn na małym placu przed stacją kolejki linowej Versettla Bahn tj. na poziomie 960 metrów n.p.m.. Stąd do tablicy po zachodniej stronę przełęczy miałem 18,2 kilometra, przy czym pierwszego kilometra po nawrocie nie nazwałbym jeszcze podjazdem. Cała wspinaczka miała mieć 17,2 kilometra przy średniej 6,1 %. Pierwsze trzy kilometry do Partenen były łatwe bo z mizernym średnim nachyleniem 2,7 %. Na tym odcinku objechałem 500-metrowy tunel jadąc boczną dróżką wzdłuż rzeki. Schody zaczęły się dopiero na długiej prostej kilkaset metrów przed zachodnim punktem poboru opłat, który stoi na wysokości 1151 metrów n.p.m. Po wjechaniu na Silvretta-Hochalpenstrasse czekał mnie teraz kręty i bardzo malowniczy odcinek 7,1 kilometra o średnim nachyleniu blisko 8,5 %. Choć na wykresie z licznika na to nie wygląda najmocniej odczułem pierwsze dwa kilometry za bramką, zapewne z uwagi na zawsze niełatwe przejście z „falsopiano” na typową stromiznę. W teorii najtrudniejszy powinien był się okazać sam początek dwunastego kilometra gdzie stromizna na chwilę sięgnęła 14 %. Wcześniej na tym odcinku wyprzedziłem dwóch innych kolarzy-amatorów oraz spotkałem  zjeżdżającego Darka. Mój wspólnik początkowo nie planował wspinaczki z obu stron Bilerhohe, lecz ostatecznie dał się przekonać do obejrzenia „małego Stelvio” i zjechał aż do bramek przed Partenen.

Tymczasem po przejechaniu 11,3 kilometra droga znacznie złagodniała. W tym momencie dojechałem już bowiem do sztucznego jeziora Vermuntstausee (1753 m. n.p.m.) i jadąc wzdłuż jego wschodniego brzegu przez jakieś 1300 metrów mogłem się cieszyć jazdą po momentami płaskim terenie. Za jeziorem pozostało jeszcze do pokonania 4600 metrów, z czego pierwsze 2600 metrów w dużej mierze po kolejnych serpentynach i przy niebagatelnym średnim nachyleniu 7,7 %. Ostatnie dwa kilometry były już znacznie łatwiejsze tzn. ze średnią 4,5 %, aczkolwiek na kilkaset metrów przed finałem należało się jeszcze raz sprężyć na stromiźnie dochodzącej do 11-12 %. Od tej strony metę podjazdu wyznaczyłem sobie na parkingu, jakieś sto metrów za dużą tablicą z nazwą przełęczy. Z wiadomych względów wkrótce się do niej cofnąłem. Podjazd od tej strony zajął mi w sumie 1 godzinę 10 sekund i 56 sekund (blisko trzy minuty mniej bez pierwszego kilometra) przy średniej prędkości 15,682 km/h. Na górze zrobiłem sobie kilka fotograficznych autoportretów, po czym nie czekając na Darka nieśpiesznie czyli z przystankami zjechałem do samochodu w Galtur. Około wpół do czwartej zakończyłem czwarty etap naszej wyprawy przejechawszy 59 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1455 metrów.

Wtedy też zadzwoniłem do mego kompana i uzgodniliśmy, że podjadę kawałek do góry aby zgarnąć Darka do samochodu na parkingu przed wschodnimi bramkami. Bez wielkiego pośpiechu wróciliśmy do naszej bazy, tuż przed Prutz robiąc jeszcze zakupy w znanym nam już z poprzednich dni supermarkecie SPAR. Ten dzień należał do najdłuższych w roku, więc do wieczora było jeszcze daleko. Dlatego podjęliśmy próbę załatwienia formalności przedstartowych związanych z czwartkowym Kaunertaler Gletscherkaiser. W tym celu podjechaliśmy 12 kilometrów w górę doliny do Feichten. Wycieczka ta okazała się nietrafionym pomysłem. W miejscowym biurze turystycznym poinformowano nas, że odbiór numerów startowych przewidziany jest dopiero na dzień zawodów, w godzinach od 10:00 do 13:00. Tym niemniej nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Przynajmniej poznaliśmy miasteczko startowe i przede wszystkim dowiedzieliśmy się, iż w związku z robotami drogowymi, które napotkaliśmy jadąc do Feichten zmianie uległa klasyczna trasa tego wyścigu. Organizatorzy postanowili skrócić wyścig z 51 do 42 km tzn. byli zmuszeni wyrzucić z programu zawodów początkowy odcinek Feichten – Prutz – Feichten, lecz jako częściową rekompensatę dodali 14,5-kilometrową płaską rundę wokół sztucznego jeziora Gepatsch Stausee. Nazajutrz miało się okazać, że i te plany wymagają dalszej korekty.