banner daniela marszałka

Samnaun & Serfaus (Fiss)

Autor: admin o piątek 24. Czerwiec 2011

W oryginalnym programie tej wycieczki pomiędzy dwoma czekającymi nas wyścigami zaplanowałem jedynie pojedyncze podjazdy co by za bardzo nie zmęczyć się przed niedzielnym maratonem. Niemniej z racji fatalnej pogody w ubiegłą sobotą wypadł nam pierwszy z przewidzianych etapów. Tymczasem przynajmniej jedną z przewidzianych na ten dzień gór chciałem zobaczyć. Dlatego też do piątkowego programu postanowiłem dodać „zaległy” podjazd do z Ried im Oberinntal do Serfaus. Taka zmiana planów nie wymagała przy tym wielkiego poświęcenia. Po pierwsze znajdował się on w bezpośrednim sąsiedztwie naszej bazy i można było o niego zahaczyć w drodze powrotnej z Samnaun. Po drugie na tle innych wybranych przez mnie wzniesień był stosunkowo krótki i łatwy, więc nie podwyższał zanadto skali trudności szóstego dnia naszej wycieczki. Po czwartkowym chłodzie i deszczu z radością powitaliśmy słoneczny piątkowy poranek. Czekała nas wyprawa w zupełnie nowy rewir. Przez pierwsze cztery dni wyjeżdżając z Prutz zjeżdżaliśmy w stronę Landeck, po czym odbijaliśmy na zachód (pod Arlberg czy Bielerhohe) lub na wschód (ku dolinie Oetz). Natomiast w czwartek pojechaliśmy prosto na południe czyli w głąb doliny Kaunertal. Ostatnie trzy dni naszej tyrolskiej przygody mieliśmy zaś zacząć od jazdy drogą nr 180 w kierunku południowo-zachodnim czyli w górę Inntal, ku granicy ze Szwajcarią i Włochami.

Jako się rzekło w piątek czekały nas dwa podjazdy czyli: Samnaun i Serfaus. Oba bywałe w ostatniej dekadzie na trasach Tour de Suisse. Samnaun znalazł się na trasie tego wyścigu w 2002 roku, podczas edycji bardzo ciekawej dla polskich kibiców z racji rewelacyjnej jazdy Piotra Wadeckiego. Obecny selekcjoner naszej kadry narodowej trzy miesiące po groźnym wypadku na Tirreno – Adriatico śmigał po wysokich górach pięknie jak nigdy i w klasyfikacji generalnej TdS zajął drugie miejsce, przegrywając tylko z Alex’em Zulle – zwycięzcą Vuelta a Espana z lat 1996-1997. Niemniej etap trzeci z metą w Samnaun padł łupem nie Polaka czy Szwajcara, lecz Aleksandra Winokurowa. Zulle był tego dnia drugi ze stratą 3 sekund do Kazacha i objął prowadzenie w wyścigu. Tuż za nim przyjechał jego francuskojęzyczny rodak Laurent Dufaux. Natomiast „Wadek” finiszował szósty tracąc do zwycięzcy 9 sekund, podobnie jak poprzedzający go Rosjanin Paweł Tonkow i Austriak Peter Luttenberger. Z kolei podjazd do Serfaus pojawił się na trasie TdS nieco później, ale za to już dwukrotnie. Po raz pierwszy w 2009 roku gdy finisz z 15-osobowej grupki asów wygrał Michael Albasini. Szwajcar wyprzedził swego rodaka i późniejszego triumfatora całej imprezy Fabiana Cancellarę oraz Włocha Damiano Cunego. Natomiast w tym roku, dokładnie na tydzień przed moją „inspekcją” cieszył się tu ze zwycięstwa Thomas De Gendt.  Okazał się on najmocniejszy i zarazem najsprytniejszy z grona 17 uciekinierów. Zainicjował swą solową akcję jeszcze w dolinie, zaś na finałowym podjeździe odparł kontratak samego Andy Schlecka. Młodszy z braci Schlecków stracił do Belga 35, zaś trzeci na kresce Hiszpan Jose Joaquin Rojas 48 sekund.

Na pierwszy rzut postanowiliśmy wziąć położony nieco dalej od Prutz, a przy tym niewątpliwie trudniejszy podjazd do Samnaun (1839 metrów n.p.m.). Tą górę można pokonać na dwa sposoby. Opcja zachodnia czyli 14,5 kilometra przy średnim nachyleniu 5,1 % zakłada początek wspinaczki we wiosce Vinadi na poziomie 1094 m. n.p.m. i w całości przebiega po południowo-wschodnich rubieżach Szwajcarii. Natomiast wschodnia wersja podjazdu o długości 15,3 km i średnim nachyleniu 5,4 % rozpoczyna się na austriackiej ziemi, w położonym nieco niżej, bo na wysokości 1017 m. n.p.m. Kajetanbrucke. Obie drogi zbiegają się tuż za austriacko-szwajcarskim przejściem granicznym co oznacza, iż końcowe sześć kilometrów wzniesienia jest wspólne dla obu wersji tego wzniesienia. Przypuszczam, że uczestnicy TdS z roku 2002 wspinali się do mety od strony Vinadi. My jednak z powodów tak logistycznych jak i odrobiny własnej sportowej ambicji wybraliśmy do swego „menu” nieco trudniejszą wschodnią opcję. W tym celu podjechaliśmy samochodem do miasteczka Pfunds, oddalonego od naszej bazy o skromne 16 kilometrów. Podobnie jak kilka dni wcześniej w Oetz na miejsce naszego rozładunku wybraliśmy parking pod marketem Impreis. Dzięki temu mogliśmy liczyć na odrobinę rozgrzewki tj. kilka minut jazdy w płaskim terenie, drogą krajową nr 180 wzdłuż rzeki Inn. Kilka minut po jedenastej ruszyliśmy z Pfunds i już po chwili okazało się, że jestem do tej jazdy podwójnie nieprzygotowany. Po pierwsze zapomniałem zabrać z sobą aparatu fotograficznego, a na domiar złego mój licznik znów nie działał. Tym razem zawiodła bateria w podstawce pod licznik, najwyraźniej przemoczona w trakcie czwartkowego wyścigu z powodu nieszczelnej przykrywki. Na szczęście mogłem liczyć na dane i zdjęcia zebrane przez Darka.

Po przejechaniu 2200 metrów zjechaliśmy z niej odbijając w prawo na drogę lokalną nr 348, dosłownie kilkadziesiąt metrów przed miejscem gdzie główna droga rozdziela się na zmierzającą ku Italii Reschen Strasse (nr 180) oraz biegnącą ku Helwetii Engadiner Strasse (nr 184). Pierwsze kilkaset metrów przez nieuwagę przejechałem na dużej tarczy używając specyficznego przełożenia 53×21. Wkrótce jednak zaczęła się widoczna na profilu stromizna i nie pozostało mi nic innego jak zrzucić łańcuch na małą tarczę 39, po czym wrzucić typowo górski tryb z 24 ząbkami. Ze sporym wysiłkiem pokonałem trzy trudne kilometry z siedmioma wirażami, korzystając również z trybu 28. Z mozołem zbliżyłem się, a następnie wyprzedziłem dwóch cyklo-turystów, których ujrzałem przed sobą. Było słonecznie i ciepło (dobrze ponad 20 stopni Celsjusza), więc można było się w tym miejscu zdrowo napocić. Nie bez powodu, gdyż nawet mimo łatwiejszego wstępu pierwsze 3,7 kilometra miało średnie nachylenie rzędu 11 %. Szczęśliwie nie cały podjazd wyglądał w ten sposób. W zasadzie pokonawszy ten odcinek najgorsze mieliśmy już za sobą. Kolejne 4,5 kilometra kończące się na wysokości około 1640 metrów n.p.m., przy rozjeździe Samnaun / Spiss miało średnio już tylko 4,5 %. Co więcej z tego miejsca do granicy i zbiegu naszego szlaku z drogą z Vinadi prowadził dość stromy, około półtorakilometrowy zjazd, na którym straciliśmy blisko 120 metrów ze zdobytej właśnie wysokości. Wszystko to trzeba było oczywiście odpracować na ostatnich sześciu kilometrach wzniesienia. Szwajcarska końcówka miała średnie nachylenie 5,5 %, lecz jej początek potrafił mnie nieco przytkać. Szczególnie podstępny okazał się jedenasty kilometr wzniesienia o nachyleniu 10,5 %.

Zaraz po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się na terenie strefy wolnocłowej, gdyż Samnaun niczym włoskie Livigno czy pirenejska Andorra jest górskim rajem podatkowym. Stąd dziwić im wyżej jechaliśmy tym więcej życia było wzdłuż drogi. O ile na austriackim odcinku mijaliśmy tylko pojedyncze gospodarstwa to po szwajcarskiej stronie witały nas całe narciarskie kurorty. Najpierw Compatsch, potem Ravaisch i w końcu Samnaun. Wszędzie czekające na turystów pensjonaty, zapadłe w letni sen wyciągi narciarskie oraz liczne stacje benzynowe oferujące najtańszą w regionie benzynę za skromne 1,15 Euro tj. po cenie o jakieś 20 % niższej od obowiązującej w dolinie. Przegoniłem tu jeszcze czterech kolejnych amatorów kolarstwa i mocno zbliżyłem się do piątego. Do Samnaun wjechałem przez mostek przerzucony nad górskim potokiem. Zdecydowałem się pojechać do najwyższego punktu tej miejscowości czyli pozostało mi jeszcze 500 metrów jazdy po Talstrasse pełnej sklepów oraz turystów. Asfalt skończył się na wysokości 1860 metrów n.p.m. Na pokonanie całego wzniesienia potrzebowałem 1 godziny 3 minut i 39 sekund co oznacza, iż jechałem ze średnią prędkością 14,422 km/h. Usiadłem u granicy miasteczka i lasu, na dwuczęściowej bali drewna przedzielonej skibobem. Postanowiłem odsapnąć i poczekać na swego kolegę. Zajęło to więcej czasu niż przypuszczałem, bo aż 45 minut. Darek z braku odpowiednich treningów był daleki od swej formy sprzed dwóch lat i wczorajszy Kaunertaler Gletscherkaiser dał mu się mocno we znaki. Dlatego pod Samnaun jechał bardzo spokojnie, tu i ówdzie przystając. Z zaliczenia kolejnego podjazdu był oczywiście zadowolony, lecz jednocześnie zapowiedział, że na dziś mu wystarczy. Co więcej stwierdził, że w sobotę potrenuje tylko na płaskim terenie aby relatywnie wypoczętym stanąć na starcie DreilanderGiro.

Na początku zjazdu zrobiliśmy krótki rekonesans po wystawach sklepowych w Samnaun i dopiero po minięciu mostku jazda w dół nabrała większego rozpędu. Zatrzymaliśmy się na nieco dłużej jedynie przed szwajcarsko-austriackim przejściem granicznym. Swobodne i raczej szybkie „opadanie” ku Inntal zakłócił nam tylko półtorakilometrowy podjazd, który wcześniej był jedynym przerywnikiem podczas 15-kilometrowej wspinaczki. Do samochodu na parkingu w Pfunds dojechaliśmy około 14:20, więc już przed piętnastą byliśmy z powrotem w naszym apartamencie. Czas było coś przekąsić czyli sporą miskę makaronu z serem i sosem na bazie pomidorów. Po obiedzie zająłem się suszeniem licznika, które mimo marnych rokowań zakończyło się pełnym sukcesem. Dzięki czemu tym razem z pełnym ekwipunkiem ruszyłem o 17:25 na wycieczkę do Serfaus. Podjazd do tej miejscowości zaczyna się w miasteczku Ried im Oberinntal, położonym ledwie trzy kilometry na południowy-zachód od Prutz. Mogłem więc śmiało dojechać do niego rowerem, ale wybrałem samochód gdyż na tym odcinku drogi krajowej nr 180 obowiązywał zakaz jazdy bicyklem, zaś na szukanie alternatywnej bocznej ścieżki nie chciałem tracić czasu. Silnik mojego samochodu chyba jeszcze nie zdążył się rozgrzać gdy zaparkowałem u podnóża wzniesienia. Nie wjechałem przy tym do wspomnianego miasteczka, lecz zatrzymałem się po północnej stronie „krajówki”, w pobliżu tartaku. W zasadzie bezpośrednio przed mostem nad Innem, za którym droga zaczynała się piąć do góry, z początku w kierunku północno-wschodnim niemal równolegle do rzeki.

Do Serfaus podobnie jak do Samnaun można się dostać na dwa sposoby. Aczkolwiek tu inaczej niż na podjeździe do szwajcarskiej strefy wolnocłowej nie tylko końcówka, ale i początek wzniesienia jest wspólny dla obu opcji. Obie wersje wspinaczki do Serfaus odróżnia jednak środkowa, zasadnicza część podjazdu. Trzeba też od razu powiedzieć, że podjazd kończy się praktycznie na poziomie wioski Fiss, gdyż następne trzy kilometry są już niemal płaskie. W obu znanych mi internetowych źródłach czyli „zanibike” oraz „cyclingcols” znalazłem jedynie około 6-kilometrową, bardziej stromą zachodnią wersję tego podjazdu. Tymczasem na Tour de Suisse kolarze wspinali się do Serfaus dłuższą wschodnią stroną zahaczając o urokliwą wioskę Ladis. Jako, że miałem świeżo w pamięci stoczony na tej drodze pojedynek De Gendta z młodszym Schleckiem wybrałem właśnie tą opcję. Profil tego wzniesienia stworzyłem następnie samemu na bazie danych z licznika i z wykorzystaniem włoskiego „salitaker”. Dlatego też po 750 metrach od startu czyli jakieś 600 metrów za mostem na rozjeździe skręciłem w prawo. Początek wzniesienia nie był jeszcze szczególnie trudny, pierwsze 1100 metrów miało średnie nachylenie na umiarkowanym poziomie 5,9 %. Jednak kolejne dwa kilometry stanowiły już znacznie większe wyzwanie. Średnia stromizna na tym odcinku wyniosła 9,6 %, zaś od połowy drugiego do połowy trzeciego kilometra dobrze ponad 11 %. Po przejechaniu 2,4 kilometra licznik wskazał mi nawet maksymalne nachylenie rzędu 18 %.

Pech chciał, że właśnie na tej dwukilometrowej ściance tj. dokładnie po przejechaniu 1600 metrów musiałem się na chwilę zatrzymać. Bynajmniej nie z braku sił. Otóż wspinałem się stojąc w pedałach, tylne koło mocno pracowało, a najwyraźniej za słabo je dopiąłem i tak zaczęło ocierać o tylni widelec. Dlatego musiałem stanąć niczym rok wcześniej na podjeździe pod Saint-Barthelemy i poprawić zatrzask. Niemniej wystartować z miejsca pod 16 %-ową stromiznę bez pomocy „rozpychacza z wozu technicznego” nie było łatwą sprawą. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było przejechanie pierwszych metrów po wpięciu butów w pedały w poprzek drogi. Straciłem na tym wszystkim ponad dwie minuty, zostałem wybity z rytmu, zaś do końca stromizny brakowało jeszcze niemal półtora kilometra. Czwarty kilometr był już znacznie łatwiejszy. Tuż przed wjazdem do Ladis (3,8 km) na szosie ujrzałem liczne napisy zrobione przed tygodniem przez kolarskich fanów, wśród których najwięcej do powiedzenia mieli kibice luksemburskich braci z klanu Leoparda. Nieopodal Ladis na skale stał niewielki zameczek. Natomiast na miejskim murze dostrzegłem spory plakat zapowiadający tegoroczny etap TdS z 17 czerwca. Na pierwszym planie Damiano Cunego i Tony Martin bohaterowie tej imprezy z 2009 roku gdy poprzednim razem ten wyścig zawitał do Ladis. We wiosce przykuwał uwagę elegancki kościółek i przede wszystkim finezyjnie pomalowane domki. Za Ladis minąłem parking przed małym ośrodkiem narciarskim, po czym musiałem się zmierzyć z dość trudną końcówką piątego kilometra, gdzie stromizna w dwóch miejscach przekroczyła 11 %. Potem łatwiejsze półtora kilometra, po czym dopiero druga połówka siódmego i cały ósmy kilometr z przejazdem przed Fisser Hofe przypomniały mi, że wspinaczka jeszcze się nie skończyła.

Dokładnie po przejechaniu 7,5 kilometra moja droga czyli L-286 dobiła do wyglądającej na główną Serfauser Landesstrasse tzn. L-19. Pozostało mi do przejechania jeszcze kilkaset niełatwych metrów i niepełny kilometr w ledwie wznoszącym się terenie. Mój licznik jak zwykle zaniżał wysokość bezwzględną, gdyż w tym miejscu zakończył odliczanie na poziomie 1396 metrów n.p.m., podczas gdy z „google.maps” wynika, iż droga biegnąca obok Fiss dochodzi do poziomu co najmniej 1420 metrów n.p.m. W sumie podjazd w moim wykonaniu czyli z Ried do Fiss via Ladis miał 8,9 kilometra o średnim nachyleniu 5,8 %. Przejechanie tego wzniesienia zajęło mi 34 minuty i 55 sekund, acz odliczając stratę poniesioną na drugim kilometrze wiem, że de facto wspinałem się przez około 33 minuty. Do bram Serfaus zostało mi jeszcze 2100 metrów w terenie lekko pofałdowanym, na którym mogłem jechać z prędkością przekraczającą 30 km/h. Stanąłem przy otoczonym kwiatami pomniku, w pobliżu ścianki wspinaczkowej i toru dla deskorolkowców. Na szosie namalowana była gruba biała linia, niechybny znak iż w tym miejscu kończył się siódmy etap tegorocznego Tour de Suisse. Dalej skręciłem w prawo i pojechałem do centrum Serfaus. Zatrzymałem się dopiero przy moście linowym Zeno-brucke. W sumie spędziłem w tej stacji około dwudziestu minut. Nie było szczególnie ciepło (16 stopni), zaś na niebie gromadziły się ciemne chmury, więc uznałem że dobrze będzie stopniowo ewakuować się ku dolinie. Oczywiście tym szlakiem, który przywiódł mnie w to ładne miejsce. Po zjechaniu do poziomu rzeki nie udałem się od razu do samochodu, lecz przejechałem pod wiaduktem podtrzymującym drogę nr 180 aby choć rzucić okiem na Ried im Oberinntal. Tego dnia przejechałem w dwóch odcinkach 62 kilometry z łącznym przewyższeniem 1670 metrów. Nie za dużo, nie za mało – dobry kompromis między moim wielkim apetytem poznawczym a umiarkowanymi możliwościami fizycznymi.