banner daniela marszałka

Umbrail

Autor: admin o sobota 25. Czerwiec 2011

Jeszcze dwa-trzy lata temu podczas tego rodzaju wyprawy jeździłbym po górach od poniedziałku do piątku, zaś w sobotę odpoczywał przed niedzielnym wyścigiem. Z czasem jednak uznałem, iż ważniejsza od miejsca zajętego na sportowych zawodach jest możliwość poznania kolejnej góry. W końcu ile mógłbym zyskać pozwalając sobie na tą 24-godzinną regenerację? Przypuszczam, że w najlepszym razie kilkanaście minut czyli jakieś kilkadziesiąt pozycji w klasyfikacji tego rodzaju maratońskiej imprezy. Tak czy owak  finiszowałbym bliżej niż dalej tzn. w górnej części tabelki, lecz pomimo najszczerszych chęci w „bezpiecznej odległości” od szerokiej czołówki zawodów. Jednym słowem przestało mieć dla mnie znaczenie to czy w peletonie liczącym tysiące kolarzy zajmę miejsce w trzeciej czy czwartej setce. O taki szczegół nie warto kruszyć kopii, lepiej poznać coś nowego, zobaczyć coś pięknego, nawet za cenę mniejszej świeżości na starcie docelowej imprezy. Dlatego też przed rokiem na dzień przed Marcialonga Cycling pojechałem do Levico Terme aby „zbadać” podjazd do Vetriolo, zaś w tym roku namówiłem Darka na wycieczkę do szwajcarskiej doliny Mustair aby z właściwej strony poznać trzecie i najmniej znane oblicze przełęczy Stelvio. Obaj mieliśmy już okazję przemknąć przez te okolice w lipcu 2006 roku. Wtedy to na około 70-kilometrowej rundzie ze startem i metą w Prato allo Stelvio podjechaliśmy najwyższą z włoskich przełęczy od strony południowo-tyrolskiej, zaś następnie zamknęliśmy ową pętlę zjazdem przez wschodnie kresy Szwajcarii.

Ze względów finansowych postanowiłem, że nasz samochodowy dojazd zakończymy po włoskiej stronie granicy, we wiosce Taufers (wł. Tubre) położonej na wysokości 1240 metrów n.p.m. Leży ona samym początku doliny Mustair biegnącej na zachód w kierunku przełęczy Fuorn. Droga z Prutz do Taufers wiodła przez Nauders, przełęcz Reschen (wł. Resia) i urocze miasteczko Glurns alias Glorenza, dzięki czemu mogliśmy się nie tylko przyjrzeć się pierwszym kilometrom niedzielnego wyścigu, ale i zmierzyć czas dojazdu na start tej imprezy i co najważniejsze w samym Nauders załatwić wszystkie formalności przedstartowe. Z naszej bazy wyjechaliśmy około dziesiątej. Dojazd do Nauders zajął nam około 30 minut, najpierw szybka jazda na płaskim odcinku do Kajetanbrucke, potem odrobina pojazdu wąską i krętą szosą w kierunku włoskiej granicy. Na odbiór pakietu startowego trzeba było czekać w niemałej kolejce, gdyż wszystkich uczestników wyścigu podzielono alfabetycznie na zaledwie trzy grupy tzn. A-H, I-P oraz R-Z. Organizatorzy nie szafowali prezentami. Poza oczywistym w takich paczkach numerem startowym najcenniejszym nabytkiem był czerwcowy numer niemieckiego miesięcznika „Tour” ze sporym artykułem na temat niedzielnych zawodów. Dodam, że dwa dni wcześniej przy okazji startu w Kaunertaler Gletscherkaiser trafił nam się majowy numer tego samego czasopisma. Pozostało mi żałować, że w czasach licealnych niezbyt przykładałem się do nauki języka Goethego.

Tymczasem gdy kręciliśmy się po uliczkach i polanie zaadaptowanych na miasteczko startowe do mety swojego ultra-maratonu docierali kolejni bohaterowie z morderczego szlaku Race Across the Alps. Trzydziestu ośmiu śmiałków płci obojga wystartowało z Nauders na podbój Alp dzień wcześniej, w samo południe. Jak się miało okazać trasę o długości 533,5 kilometra, okraszoną tuzinem nierzadko wielkich wzniesień przetrwało dwadzieścia ośmioro spośród nich. Czterem osobom udało się to uczynić w czasie poniżej jednej doby. Natomiast zwycięzca jedenastej edycji tych niesamowitych zawodów Szwajcar Reto Schoch zdążył zafiniszować jeszcze przed naszym przyjazdem. Na pokonanie całego dystansu oraz podjazdów pod: Reschen od północy, Stelvio, Gavię, Aprikę, Mortirolo, raz jeszcze Aprikę, Berninę, Albulę, Fluelę, Fuorn, Stelvio (via Umbrail) i na deser Reschen od południowej strony potrzebował tylko 21 godzin i 26 minut! Przy tym czego musieli dokonać uczestnicy tej hardcorowej imprezy nasz niedzielny wyścig, nawet w swej dłuższej wersji, wyglądał na przejażdżkę po parkowej alejce. Zrobiwszy co mieliśmy do zrobienia udaliśmy się w dalszą drogę na południe. Po kilku kilometrach wjechaliśmy do Włoch, lecz jeszcze przed zjazdem do Glorenzy zatrzymaliśmy się na granicznym płaskowyżu by przyjrzeć się wystającej z tafli sztucznego jeziora wieży kościoła. Niegdyś górowała ona nad dachami domostw we wsi, której już nie ma. Ładne wrażenie zrobiła na nas również starówka w Glurns (Glorenzy), z wiekową i bardzo wąską bramą wjazdową oraz odcinkiem bruku, który miał nami wstrząsnąć nazajutrz. Niedługo potem odbiliśmy na zachód, opuszczając dolinę Venosta, aby jadąc szlakiem wyścigu Medio Fondo dotrzeć w bezpośrednie sąsiedztwo szwajcarskiej granicy.

Przejechaliśmy Tubre (1240 m. n.p.m.) i zaparkowaliśmy na końcu wsi. Ruszyłem w trasę jako pierwszy około 12:50. Darkowi się nie śpieszyło, tego dnia chciał jedynie zrobić sobie delikatną przejażdżkę w dolinie. Moim celem było zdobycie najwyższego ze szwajcarskich szosowych podjazdów. To był zresztą podstawowy powód, dla którego zdecydowałem się nie oszczędzać swych sił w przeddzień maratonu. We wcześniejszych latach udało mi się wdrapać na najwyższe wzniesienia Francji (Cime de la Bonette) i Włoch (Passo dello Stelvio), zdobyłem najwyższa drogową przełęcz Pirenejów (Port d’Envalira), zaś świeżo w nogach miałem wspinaczkę na dach Austrii czyli pod Oetztaler Gletscherstrasse z finałem na Rettenbachferner. Korzystając z okazji warto było dorzucić do tej kolekcji podjazd pod Umbrail (2501 m. n.p.m.), choćby nawet nie był on nigdy testowany na wyścigach profesjonalnej rangi. Wśród szwajcarskich wzniesień znanych kolarzom zawodowym miano „Jej wysokości” należy się przełęczy Nufenen (2478 m. n.p.m.), którą z najwyższym trudem przejechałem podczas Alpenbrevet Gold z sierpnia 2008 roku. Na początek czekało mnie kilka kilometrów w dolinie Mustair, gdzie trzy-czwarte ludności mówi językiem romansz. To czwarty z urzędowych języków Szwajcarii, występujący w kilku rejonach kantonu Graubunden (pl. Gryzonia). W ramach rodziny języków romańskich należy do grupy reto-romańskiej, będąc najbliżej spokrewniony z używanymi we Włoszech językami: friulijskim i ladyńskim.

Już 500 metrów po starcie przejechałem włosko-szwajcarską granicę. Pierwsze dwa kilometry prowadzące do Mustair (1247 m. n.p.m.) były niemal zupełnie płaskie. Przed wjazdem do wsi minąłem leżący po prawej stronie drogi konwent benedyktynów pod wezwaniem św. Jana. Romański kościół wybudowano już w 780 roku za sprawą biskupa z Chur, acz prawdopodobnie na polecenie przyszłego cesarza Karola Wielkiego. Nieopodal znajduje się również muzeum dokumentujące wielowiekowe dzieje tej ziemi. Następnie czekał mnie przejazd przez wąskie uliczki Mustair, wśród eleganckich domków zdobionych malunkami i kwiatami pomiędzy którymi rozwieszone były flagi gminne i kantonalne. Okazało się również, iż okolica ta może się pochwalić nie tylko bogatą historią, lecz również bohaterem jak najbardziej współczesnym. Pochodzi stąd Dario Cologna, mistrz olimpijski z Vancouver (IO-2010) w biegu narciarskim na 15 kilometrów stylem dowolnym. Wygrał on również w sezonach 2008/2009 i 2010/2011 klasyfikację generalną Pucharu Świata oraz cykl zawodów pod nazwą Tour de Ski. Na dystansie 5,4 kilometra z Tubre do Santa Maria in Val Mustair (1375 m. n.p.m.), gdzie na dobre zacząć miał się podjazd musiałem niejako na rozgrzewkę pokonać przeszło 130 metrów przewyższenia. Niemniej jedynym trudniejszym fragmentem tego dojazdu był kilometrowy odcinek, rozpoczynający się po przejechaniu 3700 metrów, na którym stromizna sięgała 9 %. Po przełknięciu tej przeszkody pozostało mi tylko 700 metrów na złapanie głębszego oddechu przed podjazdem. Trwająca dokładnie kwadrans rozgrzewka skończyła się na zakręcie w lewo, tuż za budynkiem tutejszej poczty.

Wzniesienie to z pozoru wygląda na ubogiego krewniaka właściwego „prawdziwego Stelvio”. Umbrail jest niższy, mniejszy i krótszy niż jego włoska sąsiadka w obu swych obliczach, ale pod jednym względem ją przewyższa. Legendarny czyli południowo-tyroski wariant tego podjazdu ma 24,3 km przy średniej 7,4 %, zaś lombardzki z początkiem w Bormio 21,5 km ze średnią 7,1 %. Natomiast po szwajcarskiej stronie trzeba się wspinać co prawda tylko przez 13,3 km, ale za to przy średnim nachyleniu rzędu aż 8,5 %. Jeśli zaś ktoś chciałby jeszcze dokończyć wjazd pod Stelvio to po dwustu metrach zjazdu do zbiegu dróg pozostałoby mu jeszcze pokonać odcinek 3,2 kilometra o średniej 8,4 %. Takie dane oznaczają jedno czyli brak miejsca na złapanie głębszego oddechu, a co za tym idzie konieczność precyzyjnego dawkowania sił własnych. Stromiznę dało się odczuć praktycznie od razu. Zgodnie z profilem pierwsze cztery kilometry miały mieć średnie nachylenie na poziomie 9,5 %. Najpierw stromy i prosty odcinek o długości 450 metrów oraz cztery wiraże na kolejnym kilometrze. Nieco wyżej prawdziwe zatrzęsienie serpentyn aż do połowy czwartego kilometra. Po przejechaniu 4,4 kilometra minąłem na jednym z wiraży Gasthaus Alpenrose w miejscu zwanym Plattatschas. Mimo stromizny byłem w stanie przez cały ten czas jechać na przełożeniu 39 x 24, gdzieniegdzie nieco przepychając. Obok mnie w obie strony śmigało wielu motocyklistów, zaś liczni kolarze mijali raczej tylko z naprzeciwka. Pierwsze 5,9 kilometra miało średnie nachylenie 8,4 %. Na tym odcinku aż siedmiokrotnie stromizna poszybowała powyżej 10%, przy max. 15 % po przejechaniu 2,37 kilometra.

Pod koniec szóstego kilometra podjazdu ujrzałem widok, na który czekałem. Po przejechaniu mostku nad potokiem Aval Prasura „przeniosłem się w czasie”. Za plecami zostawiłem teraźniejszość XXI wieku i wjechałem na szutrową nawierzchnie rodem z epoki, gdy królowali Fausto Coppi i Gino Bartali. Wiedziałem, że mnie to czeka, gdyż zjeżdżałem tędy w lipcu 2006 roku, lecz nie pamiętałem jak długi był to odcinek. Okazało się, że był krótszy niż oczekiwałem, gdyż po tym kamienistym podłożu musiałem się wspinać tylko przez kolejnych 1550 metrów. Jechało mi się nawet przyjemnie, za wyjątkiem dwóch zakrętów gdzie nadmiar kamyczków zmuszał do większej uwagi w wyborze toru jazdy. Pod koniec szutrowego odcinka wyjechałem ponad poziom 2000 metrów n.p.m. i zarazem granicę lasu. Chwilę później przejechawszy drugi mostek nad rzeczka Muranzina wróciłem na pewniejszy, asfaltowy grunt. Przesadziłbym jednak pisząc, że komfort jazdy uległ znacznej poprawie. Asfalt był jakby nakrapiany drobnymi kamyczkami, a przy tym mocno pofalowany co utrudniało złapanie właściwego rytmu do dalszej wspinaczki. Do tego spore wyzwanie stanowiła stromizna na dziewiątym kilometrze poprzedzającym dojazd do Alp Muraunza (9,2 km), leżącej na wysokości 2170 metrów n.p.m. Ogółem ta środkowa część podjazdu miała długość 3,4 kilometra o średnim nachyleniu 7,9 %, przy trzech fragmentach ponad 10 % i max. rzędu 12 %.

Do przełęczy pozostawały jeszcze cztery kilometry, zaś w koło drogi rosła już tylko trawa, ostatnie krzewy oraz tu i ówdzie kwiaty o wiśniowej barwie. Czterysta metrów za Alp Muraunza zaczęły się kolejne serpentyny, ułatwiające odrobinę finałową część wspinaczki. Na 4 kilometrach o średnim nachyleniu 8,2 % stromizna pięciokrotnie przekroczyła poziom 10 %, zaś max. wyniosło raz jeszcze 12 %. W samej końcówce do szybszej jazdy zdopingował mnie widok innego kolarza-amatora. Sprężyłem się i udało mi się go dojść na ostatnich metrach podjazdu. Przejechałem obok budynku szwajcarskiego urzędu celnego i stanąłem przy tablicy z kamienia jako żywo przypominającej podobny znak drogowy na przełęczy Albula, gdzie swego czasu omal nie zamarzłem. Przejechanie przeszło 13 kilometrów od Santa Maria zajęło mi w sumie 1 godzinę 6 minut i 8 sekund co oznacza, że wspinałem się ze średnią prędkością 12,157 km/h. Mimo sporej wysokości bezwzględnej na górze zanotowałem przyjemne 18 stopni Celsjusza. Następnie zjechałem jeszcze na włoską stronę granicy ku prowadzącej z Bormio na Passo dello Stelvio drodze SS-38. Na samą przełęcz popatrzyłem sobie z dołu, nazajutrz miałem ją zdobyć już po raz trzeci i znów od tyrolskiej strony. Na zjeździe do Santa Maria in Val Mustair jechało się całkiem przyjemnie, za wyjątkiem szutrowej „naturstrasse”, na której zwolniłem aby tuż przed wyścigiem uniknąć jakichkolwiek złych przygód. W dolinie nie sposób było nie stanąć w obu mijanych wioskach. Do samochodu dotarłem około 15:30. Kolejne półtorej godziny zajął nam powrót do Prutz. Na podjeździe pod Passo di Resia mijaliśmy goniących ostatkiem sił uczestników Race Across the Alps. Natomiast jadąc główna ulicą Nauders zerknęliśmy w kierunku Podzamcza, gdzie kolejki ludzi czekających po swe numery startowe były równie długie co przedpołudniem. Był to widomy znak tego, iż peleton DreilanderGiro jak na Gran Fondo z najwyższej półki przystało będzie liczył tysiące śmiałków.