banner daniela marszałka

Rossfeld

Autor: admin o niedziela 3. Lipiec 2011

Po powrocie z Tyrolu miałem niewiele czasu na odpoczynek … od wakacji. Poszedłem do pracy tylko na cztery dni, jednocześnie szykując się do kolejnej podróży. Jej głównym celem była Toskania i położony w pobliskiej Ligurii rejon Cinque Terre. Wybierałem się w te piękne strony z Iwoną, więc w przygotowaniach do wyjazdu mogłem polegać na nieprzeciętnych zdolnościach aprowizacyjnych mojej dziewczyny. W środę udało mi się nawet wyskoczyć na spokojny 60-kilometrowy trening po leśnych rundkach leżących na terenie Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, na pograniczu Sopotu i Gdyni. Jak wiadomo najprostsza droga z ziemi polskiej do włoskiej przebiega przez Niemcy. Od czasu wyprawy na Mistrzostwa Świata do belgijskiego Zolder na bezpłatnych niemieckich autostradach spędziłem przeszło dwieście godzin w trakcie kilkunastu wypraw do Włoch, Francji, Szwajcarii i Austrii. Nigdy jednak nie zatrzymałem się u naszych zachodnich sąsiadów na dłuższą chwilę czy to celem zwiedzania niemieckich miast i miasteczek czy też poznania któregoś z kolarskich podjazdów w tym kraju. Iwona bardzo chciała zobaczyć baśniowy zamek Neuschwanstein w południowo-zachodniej Bawarii. Mogliśmy sobie pozwolić na pełne dwa tygodnie urlopu. Na Toskanię przeznaczyliśmy tydzień, na Cinque Terre cztery dni, więc mieliśmy jeszcze parę dni do dyspozycji i było nam po drodze. Dlatego jeszcze wiosną uzgodniliśmy szczegóły bawarskiego wstępu do naszych włoskich wakacji.

Postanowiliśmy spędzić na niemieckiej ziemi w sumie trzy noce i tyleż dni. Pierwszą dobę w Schwangau gdzie mogliśmy obejrzeć zamek Neuschwanstein i w miarę możliwości nieco starszy Hohenschwangau. Następne dwie w okolicach Berchtesgaden, gdzie ja chciałem zdobyć uchodzące za najtrudniejsze w Niemczech wzniesienia Rossfeld i Kehlstein, zaś magnesem dla oczu Iwony miały być: Orle Gniazdo na górze Kehlstein, polodowcowe jezioro Konigssee oraz starówka w samym Berchtesgaden. Myśleliśmy też o wypadzie do miasta Mozarta, czyli oddalonego o zaledwie 35 kilometrów Salzburga, ale ostatecznie odpuściliśmy sobie ten punkt programu. Wyruszyliśmy w drogę w noc z piątku na sobotę około wpół do pierwszej. Mieliśmy do przebycia m/w 1260 kilometrów przez Niemcy, aż pod samą austriacką granicę. Zgodnie z planem dojazd do Schwangau miał nam zająć ponad 13 godzin. Trasa dobrze znana w swej zasadniczej części czyli nasza krajowa „6-tka”, potem niemieckie: A11, A10 (obwodnica Berlina), A9 i dopiero za Norymbergą odstępstwo od tradycyjnego szlaku na przełęcz Brenner czyli zjazd na A-6, a potem A7 przez Memmingen i Kempten aż po ładniutkie miasteczko Fussen, a za nim ostatnie kilometry na lokalnej drodze B-310. Zarezerwowałem dla nas apartament w domu Casa Patrizia na ulicy Am Winkelacker, skąd do Podzamcza mieliśmy ledwie 2,5 kilometra. Przyjechaliśmy na miejsce w porze obiadu, więc do wieczora było jeszcze kilka ładnych godzin. Dlatego po krótkim odpoczynku wybrałem się na rozpoznanie terenu do pobliskiego biura informacji turystycznej. Okazało się, że mamy szansę załapać się na wycieczkę do jednego z zamków jeszcze dziś, więc kupiłem dwa bilety na wycieczkę po Neuschwanstein w cenie 12 Euro za sztukę.

Wróciłem do Schwangau po Iwonę i około wpół do piątej byliśmy już gotowi na zwiedzanie. Za cenę 5 Euro zostawiliśmy samochód na strzeżonym parkingu przy jeziorze i poszliśmy na przystanek autobusowy, skąd wyruszał specjalny autokar zawożący turystów na przystanek przez Marienbrucke, w bezpośrednie sąsiedztwo sławnego zamku. Dojazd na górę był kręty i stromy, aż dziw brało jak sprawnie pokonywał go nasz kierowca. Resztę drogi trzeba było odbyć na pieszo, zaś na miejscu poczekać dłuższą chwilę na dziedzińcu zamku aż przyjdzie czas na zwiedzanie dla naszej grupy. Budowę Neuschwanstein rozpoczęto w roku 1869 za sprawą kontrowersyjnego Ludwika II Wittelsbacha. Ten władca Bawarii nazywany Szalonym Ludwikiem lub w najlepszym razie Bajkowym Królem był ekscentrykiem, którego za życia uznano niepoczytalnym i zdetronizowano w czerwcu 1886 roku. Uwięziony w zamku Berg zmarł kilka dni później w niejasnych okolicznościach. Choć za jego czasów budowa Neuschwanstein niemal zrujnowała budżet włączonej już do Bawarii to ostatecznie zamek ten już dawno zarobił na siebie – obecnie odwiedza go ponoć aż 1.300.000 turystów rocznie. Ludwik II zaczytywał się w baśniach, więc nie dziwi iż w największą z zamkowych komnat zdobią freski przedstawiające legendarnego Parsifala, zaś w dawnej sypialni króla ze ścian spoglądają Tristan i Izolda. Cała przechadzka trwa około 35 minut. Obejrzawszy zamek, który stał się inspiracją dla Walta Disneya ruszyliśmy w dół do samochodu.  Zeszliśmy idąc z początku wąską asfaltową dróżką alternatywną do trasy autobusu, zaś następnie na skróty gruntową ścieżką przez las. Na dole byliśmy około wpół do ósmej, więc nie było nam już dane zwiedzić Hohenschwangau. Starszy z dwojga skarbów Schwangau został zbudowany w latach 1833-1837 z inspiracji ojca Ludwika, Maksymiliana II Bawarskiego. Przed powrotem do Casa Patrizia podeszliśmy jednak z parkingu do murów tego zamku aby naocznie przekonać się, że brama wejściowa została już zamknięta na noc.

Nazajutrz po śniadaniu spakowaliśmy się i około wpół do jedenastej byliśmy już gotowi do trzygodzinnej drogi na wschód ku Berchtesgaden. Pierwsza część blisko 240-kilometrowego przejazdu prowadziła nas lokalnymi drogami nr 17, 472 i 13, w tym na samym początku szlakiem słynnej Romantische Strasse z Wurzburga do Fussen. Mijaliśmy bawarskie wsie i miasteczka z charakterystycznymi domkami, ozdobionymi kolorowymi malunkami lub też ukwieconymi balkonami. Jechaliśmy po urozmaiconym pagórkowatym terenie, raz w górę i to znów w dół. Dopiero tuż za Holzkirchen wjechaliśmy na wiodącą do austriackiego Salzburga autostradę nr 8 i tu droga stała się szybsza, lecz zarazem o wiele nudniejsza. Na wysokości miasteczka Piding zjechaliśmy na drogę lokalną nr 20 aby przez Bad Reichenhall i Bischofswiesen dostać się na zachodnie obrzeża Berchtesgaden, gdzie mieliśmy zamówiony pokój w Gasthaus Alpina przy Ramsauer Strasse. Na miejscu byliśmy około czternastej i choć pogoda niespecjalnie zachęcała do jazdy rowerem uznałem, że warto będzie zgodnie z wcześniejszym planem czym prędzej pojechać na Rossfeld (1541 m. n.p.m.). Tym samym poświęciłem okazję obejrzenia bezpośredniej relacji z drużynówki na Tour de France, lecz ostatecznie nie po to wyruszyłem na wakacje by za dnia siedzieć przed telewizorem. Rossfeld warta była grzechu. To jedna z zaledwie paru kolarskich gór na ternie Niemiec „mogących się pochwalić” przewyższeniem o wartości ponad 1000 metrów, lecz mimo to nie była dotąd testowana w profesjonalnych wyścigach typu Deutschland Tour czy Bayern Rundfahrt. Była natomiast główną atrakcją amatorskiego wyścigu Berchtesgadener Land Radmarathon, rozgrywanego w latach 2005-2010 około połowy czerwca. Ten szosowy maraton był wtedy jedną z trzech eliminacji międzynarodowej serii pod szyldem „Alpencup” do spółki z majowym Amade Radmarathon (Austria) i lipcowym Engadin Radmarathon (Szwajcaria).

Rossfeld zdobyć można zasadniczo na trzy sposoby. Od strony północnej ze startem w austriackim miasteczku Hallein, od północnego-zachodu z początkiem u zbiegu dróg nr 305 i 319 na ulicy Auerstrasse bądź też od południowego-zachodu zaczynając wspinaczkę w samym Berchtesgaden na prowadzącej do Obersalzbergu ulicy Salzbergstrasse. W każdym przypadku musimy pokonać przeszło 1000 metrów przewyższenia. Wybrałem dla siebie opcję drugą, która zdaniem autora strony internetowej www.cyclingcols.com jest najtrudniejsza, aczkolwiek na podjeździe trzecim zmierzyć się trzeba z największą chwilową stromizną rzędu aż 21,5 %! Na swój dziewiczy rejs po niemieckich górach wyruszyłem kilka minut po godzinie szesnastej. Na początku musiałem zjechać około kilometra po Ramsauer Strasse do dużego ronda w centrum dolnej części miasta. Następnie skręciłem w kierunku północnym wjeżdżając na drogę nr 305. Po przejechaniu kolejnych 700 metrów minąłem zamkniętą z uwagi na prowadzone roboty drogowe ulicę Salzbergstrasse. W tym momencie wiedziałem już, że zaplanowany na poniedziałek podjazd pod Kehlstein będę musiał zacząć od innej strony. Rozgrzewkę na płaskim terenie skończyłem po przebyciu 5,3 kilometra. W tym miejscu musiałem skręcić w prawo i wjechać na Auerstrasse. Podjazd od samego początku był stromy. Wedle danych z mego licznika pierwszy kilometr miał średnie nachylenie 9,9 %, zaś drugi nawet 10,4 %. Po przejechaniu zaledwie 700 metrów natknąłem się na zatrzymany w korku sznur samochodów. Okazało się, że na skutek interwencji straży pożarnej wprowadzono tu ruch wahadłowy. Wstrzymano pojazdy jadące do góry i tym samym ja też zostałem zastopowany na dwie i pół minuty. Niespełna kilometr dalej historia ta się powtórzyła i tym razem musiałem stanąć na blisko trzy i pół minuty. Co gorsza po odblokowaniu drogi ciężko mi było ruszyć z miejsca w terenie o blisko 14 % stromiźnie.

Luźniej zrobiło się dopiero na ostatnich czterystu metrach przed Unterau. W tym miejscu większość towarzyszących mi samochodów skręciła w prawo na Obersalzbergstrasse, która łączy drugą i trzecią z wyżej wspomnianych wersji podjazdów pod Rossfeld. Ja pojechałem prosto czyli drogą D-999 ku Oberau, gdzie druga wersja wzniesienia łączy się z pierwszą w połowie czwartego kilometra wybranej przez mnie opcji. Kilometry trzeci, czwarty i piąty należały do łatwiejszych, lecz średnie 7,9 % – 8,2 % – 7 %, lecz i tu nie brakowało długich prostych o znaczącej stromiźnie. Po przejechaniu 4,4 kilometra minąłem zjazd ku wiosce Gmerk. Od poziomu 1000 metrów n.p.m. co sto metrów w pionie mijałem brązową tablicę informującą mnie o wysokości bezwzględnej, na której się w danym momencie znajdowałem. Na szóstym kilometrze średnie nachylenie wyniosło 9,9 %, zaś na siódmym nawet 11,1 %. Zostawiwszy za plecami osadę Thannlehen i po przebyciu 6,8 kilometra od zjazdu z drogi nr 305, na wysokości 1180 metrów n.p.m. dojechałem do punktu poboru opłat za wjazd na Rossfeld Hohenringstrasse. Trzeba przyznać, iż ta wysokogórska droga panoramiczna jest stosunkowo tania. Gdybyśmy wybrali się tu we dwójkę to zapłacilibyśmy tylko 6,50 Euro (4,60 za samochód osobowy z kierowcą + dodatkowe 1,90 za osobę towarzyszącą). Na ósmym i dziewiątym kilometrze podjazd wcale nie odpuszczał. Średnie nachylenie tych odcinków według moich pomiarów wyniosło odpowiednio 9,9 % i 10,4 %. Co gorsza po przejechaniu ośmiu kilometrów wzniesienia natrafiłem na roboty drogowe prowadzone przez Strabag. Wyznaczony objazd rozkopanej drogi zmusił mnie do pokonania stromej rampy o nachyleniu blisko 17 %. Ta sztuczna przeszkoda była największą stromizną na całym podjeździe, którego największe nachylenie w normalnych warunkach sięga 14 %. Męcząca stromizna skończyła się po dotarciu na wysokość około 1400 metrów n.p.m.

Wyżej czekała mnie chwila względnego luzu, zaś na ostatnich dwóch kilometrach o średnim nachyleniu 7,3 % i 9,2 % droga do szczytu wiodła po kilku serpentynach. Minąłem wyciągi narciarskie oraz budynek szkółki narciarskiej i zakończyłem wspinaczkę w miejscu zwanym Hennenkopfl, na wysokości 1541 metrów n.p.m. po przejechaniu 11,06 kilometra (choć według „cyclingcols” ten podjazd ma 10,9 km przy średnim nachyleniu 9,5 %). Białego puchu wokół drogi nie widziałem, lecz warunki atmosferyczne były co najmniej jesienne. Na górze było ledwie 7 stopni Celsjusza. Dodatkowo chłodziła mnie mżawka. Widok na okolice był żaden, gdyż nadciągnęły gęste chmury skutecznie zasłaniające horyzont tak w kierunku wschodnim (ku Salzburgowi) jak i na zachodnim (ku Berchtesgaden). Pokonanie całego wzniesienia zajęło mi dokładnie 55 minut i 57 sekund, lecz zważywszy, iż blisko 6 minut straciłem stojąc w korkach na pierwszych dwóch kilometrach tego podjazdu to faktycznie wjechałem na górę w czasie 50 minut i 2 sekundy. Taki czas oznacza, iż wspinałem się w rekordowym jak na swoje umiejętności tempie. Osiągając wartość VAM 1211 m/h czy nawet 1236 m/h biorąc za podstawę obliczeń przewyższenie podane na stronie „cyclingcols”, a nie informacje pochodzące z mojego licznika. Dla porównania w sezonie 2010 moimi najlepszymi osiągnięciami było 1209 m/h na 47-minutowym i mimo wszystko znacznie bardziej stromym Kitzbuheler Horn oraz 1219 m/h na krótszym, bo ledwie 38,5-minutowym Passo Cuvignone. Na płaskowyżu przejechałem jeszcze około 1200 metrów w kierunku południowym, wzdłuż niemiecko-austriackiej granicy, po czym zawróciłem do Hannenkopfl. Na zjeździe było zimno, mokro i ogólnie rzecz biorąc nieprzyjemnie. Temperatura wzrosła maksymalnie do 13 stopni Celsjusza, więc jechałem bardzo ostrożnie na ogół z prędkością między 25 a 35 km/h. Padało również w dolinie, więc gdy około 18:40 dojechałem do Gasthaus Alpina byłem nieźle przemoczony. Tego dnia przejechałem tylko 35 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1044 metrów.

Nazajutrz czyli w poniedziałek mieliśmy do wykonania strasznie ambitny program turystyczny. Przed południem góry czyli wjazd na Kehlesteinhaus, wczesnym popołudniem woda tj. wycieczka nad Konigssee, zaś wieczorem cywilizacja tzn. spacer po starej części Berchtesagden. Do tego wszystkiego chciałem jeszcze dodać rowerową wspinaczkę na górę Kehlstein (1720 metrów n.p.m.). Zaczęliśmy ten bogaty dzień około godziny dziesiątej od samochodowej wycieczki do Obersalzbergu. Tam zaparkowaliśmy na dużym parkingu i poszliśmy do centrum turystycznego kupić bilety autobusowe niezbędne nam do wjazdu pod Kehlstein. Niestety już w tym momencie dowiedziałem się, że mój ambitny plan wjechania na nią również rowerem z racji obowiązujących przepisów drogowych pozostanie jedynie w sferze marzeń. Droga z Obersalzbergu na parking poniżej Kehlsteinhaus jest zamknięta dla ruchu publicznego i co najwyżej można się pokusić o jej pokonanie poza sezonem turystycznym, ze względu na warunki pogodowe pogodę wchodzi w grę chyba tylko końcówka kwietnia. Od maja do października szlak ten przemierza jedynie sześć specjalnie przystosowanych autokarów, które na trasie mogą się wyminąć tylko w jednym miejscu z wykorzystaniem przygotowanej na taką okazję zatoczki. Na odcinku 6,5 kilometra droga pokonuje 756 metrów co daje temu wzniesieniu średnie nachylenie 11,6 %. Podjazd jest bez wątpienia bardzo trudny, lecz przynajmniej „na papierze” nieco łatwiejszy od znanego mi Kitzbuheler Horn-Alpenhaus. Wjechawszy na górę należało się od razu zapisać na konkretną godzinę powrotu w zależności od ilości czasu potrzebnego nam na zwiedzanie tego miejsca.

Następnie skierowaliśmy swe kroki do tunelu wykutego w górze Kehlstein. Tuż przed wejściem do niego dostrzegłem po swej lewicy końcówkę alternatywnej drogi na szczyt, która bierze swój początek w Ofnenboden i na dystansie ledwie 4,8 kilometra pokonuje 618 metrów różnicy wzniesień. Niemniej jest to droga jeszcze węższa i bardziej stroma niż Kehlsteinstrasse, a do tego o gorszej nawierzchni, więc lepiej przystosowana wspinaczki na rowerze górskim. Wspomniany tunel zaprowadził nas do windy, która w szybkim tempie pokonuje 142 metry w pionie do Kehlsteinhaus (1834 m. n.p.m.). Ten budynek to herbaciarnia, którą sekretarz NSDAP Martin Bormann kazał wybudować na 50-te urodziny swego szefa Adolfa Hitlera. Budowa drogi, windy jak i „gniazda” trwała tylko 13 miesięcy i pochłonęła w sumie 30 milionów reichsmarek. Fuhrer ponoć nieszczególnie docenił ów dar partii i narodu, gdyż odwiedził to miejsce tylko kilka razy, zaś znacznie częściej rezydował i podejmował swych współpracowników oraz zagranicznych gości w Berghofie na terenie Obersalzbergu. Wjechawszy na poziom Orlego Gniazda niemal od razu wyszliśmy z tego budynku, gdyż  znacznie ciekawsze dla oka rzeczy czekały nas na zewnątrz. Kręta droga powrotna na autobusowy parking miała w swej ofercie szereg zachwycających widoków na co najmniej trzy strony świata. Ku Austrii i Salzburgowi na wschodzie i północy, ku Berchtesgaden na północnym-zachodzie i przede wszystkim ku Konigssee na południowym-zachodzie.

Właśnie to jezioro stało się kolejnym punktem naszej trzydniowej wycieczki po południowej Bawarii. Załapaliśmy się do autobusu na kurs powrotny około godziny trzynastej. Po dotarciu do naszego samochodu pojechaliśmy bezpośrednio z Obersalzbergu do Schonau am Konigssee. Tam też czekał na nas wielki parking, więc nie było problemów ze znalezieniem miejsca, nadającego się do porzucenia auta. Udaliśmy się na spacer ku wodom ponoć najczystszego jeziora w Niemczech. Deptak wiodący do Konigssee pełen był sklepików i stoisk z pamiątkami oraz restauracji i pomniejszych punktów gastronomicznych. Jak można dowiedzieć się z wikipedii jeziorko to ma powierzchnię 5,218 km kwadratowych, maksymalną głębokość 190 metrów i linię brzegową o długości 19,96 kilometra. Ten polodowcowy akwen z trzech stron otaczają imponujące góry, w tym od strony zachodniej słynny masyw Watzmanna, którego najwyższy wierzchołek sięga 2713 m. n.p.m. Jezioro jest na tyle ciasno wciśnięte w górski krajobraz, iż wokół niego nie wybudowano żadnej drogi, stąd w głąb kotliny można dotrzeć tylko pieszo lub łódką czy stateczkiem pływającym po jego chłodnych wodach. Z takiego środka transportu trzeba skorzystać chcąc dotrzeć do barokowego kościółka Sankt Bartholoma, który wybudowano na południowo-zachodnim brzegu jeziora. My przez całą godzinę pozostaliśmy na północnym brzegu skąd mieliśmy dobry widok na pobliski tor saneczkowo-bobslejowy, na którym wychował się m.in. Georg Hackl. Ten urodzony w Berchtesgaden legendarny saneczkarz niemiecki przywoził medale z pięciu kolejnych Igrzysk Olimpijskich od Calgary (1988) po Salt Lake City (2002), w tym trzykrotnie zdobywał złoto, na zawodach w Albertville, Lillehammer i Nagano.

Po tej wycieczce wróciliśmy do Gasthaus Alpina na około trzy godziny aby odpocząć i przekąsić małe co nieco. Na wieczorny spacer po Berchtesgaden wyszliśmy kilka minut przed osiemnastą. Pogoda tego dnia nadal nam dopisywała. Musieliśmy zejść wzdłuż rzeczki do budynku dworca aby przez oryginalne przejście nad torami kolejowymi dostać się najkrótszą drogą do górnej, starej części miasta. Pierwsze wzmianki o tej dziś niespełna 8-tysięcznej miejscowości o statusie miasta powiatowego pochodzą z roku 1102. Swój rozwój zawdzięczało ono kopalniom soli, które rozpoczęły swą działalność w 1517 roku. Przez długie lata cieszyło się statusem wolnego miasta, zaś w erze napoleońskiej weszło w skład najpierw Austrii, a kilka lat później Bawarii. Komu spodobało się w latach 30-tych XX wieku to jeszcze inna historia. Na wąskich uliczkach tamtejszej starówki czuć było bawarski klimat tego miejsca – gwar, muzyka, pełne klientów restauracyjne ogródki, w powietrzu czuć było zapach piwa i smażonych kiełbasek. Nie brakowało ludzi spacerujących w tradycyjnych strojach ludowych. Nieśpiesznie udaliśmy się w kierunku Schlossplatz (Plac Zamkowy), na przy którym oprócz zamku będącego niegdyś siedzibą królów Bawarii godny uwagi był również przytulony do niego kościół z dwoma wieżami oraz stojąca naprzeciwko kamieniczka z malowidłami przedstawiającymi sceny z okresu obu wojen światowych. Nasz spacer zakończyliśmy krótko przed dwudziestą. Następnego dnia czekała nas od rana co najmniej 7-godzinna podróż do Volastry, miasteczka w południowej Ligurii, które miało być naszą cichą przystanią na kolejne cztery noce i zarazem bazą wypadową do wycieczek po Cinque Terre oraz nieco dalszych wypraw do Lukki, Pizy i Portofino.