banner daniela marszałka

Ghiffi

Autor: admin o piątek 8. Lipiec 2011

Po czwartkowym wypadzie do Toskanii w piątek mieliśmy zwiedzić południową część Ligurii. Ściślej mówiąc pas liguryjskiego wybrzeża od naszego Cinque Terre po stolicę regionu czyli Genuę. Niemniej już na miejscu dokonaliśmy kilku korekt w naszym hurraoptymistycznym i przesadnie ambitnym planie podróży. Między innymi zdecydowaliśmy się pominąć rodzinne miasto Kolumba  Uznaliśmy, iż z szeroko pojętych względów logistycznych (ponad 110-kilometrowy dojazd i blisko 600-tysięczne miasto do oswojenia) wyprawa do Genui będzie zbyt ryzykowna. Dojechanie do tego miasta po krętych nadmorskich dróżkach zajęłoby nam blisko trzy godziny, zaś na miejscu stracilibyśmy jeszcze nieco czasu na zatłoczonych ulicach tak dużego miasta. Z drugiej strony przy tak czasochłonnym dojeździe nie mielibyśmy zbyt wielu czasu na zwiedzanie. Tymczasem miastu z tak bogatą historią na pewno warto poświęcić choć kilka godzin. Dlatego też głównym celem naszej piątkowej przejażdżki po liguryjskiej riwierze stało się Portofino. Malutka wioska rybacka położona nad Zatoką Tigullio, jakieś 35 kilometrów na południowy-wschód od Genui.

Ruszyliśmy z Volastry około dziewiątej i z początku czekała nas jazda góra-dół, prawo-lewo po wąskich regionalnych drogach, na których śmiało można by rozgrywać odcinki specjalne rajdów z serii WRC. Cały czas po naszej lewej stronie mieliśmy błękitne wody Morza Liguryjskiego. Szybko zrobiliśmy pierwszy przystanek aby z wysokości drogi SP51 zrobić zdjęcia dwóm wioskom z Cinque Terre. Mieliśmy stąd piękny widok na w lewo na Manarolę i w prawo na Corniglię. Następnie jadąc drogami SP38, SS370 i SP43 po raz pierwszy zjechaliśmy na poziom morza wjeżdżając na ulice Levanto. Następnie musieliśmy odbić w głąb lądu i drogą SS566dir dojechać do wioski Carrodano. Tu mogliśmy w końcu wskoczyć na nieco szerszą i mniej krętą drogę SP-1 czyli słynną Via Aurelia, która przez przełęcz Bracco (615 m. n.p.m.) miała nas zawieść do kolejnej nadmorskiej miejscowość czyli Sestri Levante. To właśnie w tym mieście wyznaczono start 60-kilometrowej, górzystej czasówki podczas Giro d’Italia z 2009 roku. Dalej jechaliśmy już niemal cały czas wzdłuż nadmorskiej plaży co chwilę wpadając do mniejszej lub większej miejscowości. Minęliśmy Lavagnę i Chiavarii czyli dwa miasta oddzielone ujściem rzeki Entella.

Następnie po minięciu Zoagli dotarliśmy do Rapallo, które zasłynęło jako miejsce podpisania dwóch ważnych traktatów. W listopadzie 1920 roku swój spór terytorialny rozwiązały Włochy oraz Królestwo SHS (późniejsza Jugosławia). Natomiast w kwietniu 1922 roku potencjalnie groźny dla Polski układ dyplomatyczny zawarły Niemcy (Republika Weimarska) i Rosja Radziecka (RFSRR). W tym mieście musieliśmy zjechać z Via Aurelia by jadąc zakorkowaną drogą regionalną SP227 poprzez urocze miasteczko San Margherita Ligure dotrzeć w końcu do Portofino. Prowadząca do tej osady Via Paraggi a Monte była na tyle wąska i kręta, iż niejednokrotnie trzeba się było zatrzymać by przepuścić pojazd jadący z naprzeciwka. Na miejscu ciężko było liczyć na miejsce parkingowe na świeżym powietrzu. Portofino zajmuje obszar ledwie 2,6 kilometra kwadratowego, zaś od czasu gdy pod koniec XIX wieku upatrzyli je sobie angielscy arystokraci stało się nie tylko przystanią dla bogaczy, ale i ważnym punktem na turystycznej mapie Włoch. Zostawiliśmy samochód na wielopiętrowym parkingu pod dachem (za „skromne” 5,50 Euro za godzinę) i około wpół do pierwszej udaliśmy się na spacer po słynnej wiosce de luxe. Zeszliśmy do placu nad zatoką, po czym przeszliśmy się wzdłuż nabrzeża oglądając zawartość tamtejszej mariny od skromnych łódeczek po warte wiele milionów olbrzymie jachty. Na tle poznanych w środę wiosek Cinque Terre ekskluzywne Portofino nie zachwyciło nas jakoś szczególnie. Większe wrażenie zrobiła na nas chyba mijana nieco wcześniej Santa Margherita. W drodze powrotnej z początku jechaliśmy jakby lustrzanym odbiciem przedpołudniowej trasy. Jednak na wysokości Chiavari zjechaliśmy w głąb lądu.

Iwona zgodziła się bowiem na to abym na włoskiej ziemi powetował sobie poniedziałkową stratę czyli wymuszoną rezygnację ze wspinaczki pod Kehlstein. Szansa na to pojawiła się po rezygnacji z wyprawy do Genui. Nieopodal szlaku łączącego Volastrę z Portofino leży Passo del Ghiffi. Przełęcz, która tylko raz zagościła na trasie Giro d’Italia, ale za to wywarła duży wpływ na końcowy wynik wyścigu z 1994 roku. Wtedy to na osiemnastym etapie zaplanowano górską czasówkę ze startem w nadmorskim Chiavari i metą na Passo del Bocco. Niemniej trasa tego etapu nie wiodła do mety najkrótszym możliwym odcinkiem czyli z końcówką na stosunkowo łagodnej drodze SP26bis. Pierwsze 14 kilometrów owszem prowadziło do Borgonovo Ligure po terenie zrazu zupełnie płaskim, a następnie tzw. „falsopiano”. Tu jednak zamiast zacząć podjazd pod Passo del Bocco kolarze wjeżdżali na drogę SP586 ku Borzonasce. Dopiero w tej miejscowości po przebyciu 17,5 kilometra zaczynała się prawdziwie górska część owej czasówki czyli 13,5-kilometrowe wzniesienie o średnim nachyleniu 6,7 %. W zasadzie jest ono krótsza acz bardziej strome, gdyż wspinaczka kończy się na wysokości 1090 metrów n.p.m., lecz sama przełęcz znajduje się kilkaset metrów dalej, na poziomie 1068 metrów n.p.m. Ot taki układ, na podobieństwo tego z którym dotąd spotkałem się chyba tylko na szwajcarskiej przełęczy Lukmanier (Lucomagno). Na koniec wspomnianej czasówki trzeba było zjechać jeszcze niżej, gdyż Passo del Bocco leży na wysokości 956 metrów n.p.m. Próbę tą wygrał prowadzący od czwartego etapu wyścigu Rosjanin Jewgienij Bierzin. Drugie i trzecie miejsca zajęli jego najgroźniejsi rywale. Ówczesny król wieloetapówek Bask Miguel Indurain stracił do kolarza rodem z Karelii 20 sekund, zaś nowy faworyt gospodarzy Marco Pantani aż minutę i 37 sekund.

Nie miałem czasu na przejechanie całej trasy tego etapu prawdy. Wybrałem to co było w nim najciekawsze czyli odcinek z Borzonaski na Passo del Ghiffi. Do mojej bazy wypadowej na tą górę dotarliśmy około wpół do trzeciej. Na szczęście udało nam się schować samochód przed 33-stopniowym upałem. Dzięki czemu Iwona mogła oddać się lekturze w cieniu drzew. Ruszyłem w stronę centrum miejscowości trzymając się drogi SP586. Niestety stanowczo zbyt długo. Przejechałem kilometr, dwa, zacząłem trzeci jadąc cały czas w kierunku północno-zachodnim. Droga prowadziła cały czas lekko pod górę, lecz coś mi się zaczęło nie zgadzać. Ogarnięty niepewnością dojechałem do wioski Brizzolara, gdzie zatrzymałem się po przejechaniu 3,25 kilometra oraz pokonaniu 166 metrów jak się okazało zbędnego przewyższenia. Zapytałem o drogę na Passo del Ghiffi najpierw stojące na przystanku dwie starsze panie, zaś następnie kierowcę autobusu, który właśnie nadjechał i zmierzał w dół do Borzonaski. Ów dobry człowiek kazał mi zawrócić i niczym pilot sprowadził mnie z powrotem do miasteczka. Co więcej wskazał mi nawet ręką przez otwarte okno szlak na Prato Sopralacroce. W ten sposób skręcając w Via Giacomo Massa, dokładnie po 18 minutach niezamierzonej rozgrzewki zacząłem podjazd pod przełęcz Ghiffi. Na początek czekało mnie 550 metrów do mostku nad potokiem Penna, przed którym w prawo odchodzi droga ku opactwu Borzone. Przejechawszy 2,2 kilometra minąłem zjazd w lewo ku osadzie Caroso. Na czwartym kilometrze przejechałem przez swoisty wąwóz wśród ciekawych formacji skalnych. Ogółem pierwsza 4-kilometrowa część tego podjazdu miała średnie nachylenie 6,2 % przy max. 11,3 % w połowie czwartego kilometra. Cały ten odcinek przejechałem ze średnią prędkością 18 km/h.

Kolejne cztery kilometry okazały się najłatwiejszą częścią tego wzniesienia – średnia tylko 3,9 % przy max. 8 %. Po przejechaniu 5,2 kilometra minąłem drogę wiodąca ku Perlezzi, zaś półtora kilometra dalej dojechałem m/w do półmetka podjazdu w Prato Sopralacroce, gdzie kilkadziesiąt domostw skupia się wokół kościoła z wyniosłą wieżą w różowo-żółtych barwach. Do tego momentu wspinałem się używając przełożeń 39×19 i 39×21. Za tą wioską czekał mnie nawet lekki zjazd na przełomie siódmego i ósmego kilometra (km 6,8 – 7,3). Spodziewałem się trudnej wspinaczki a tymczasem jechało się stosunkowo łatwo i do tego jeszcze ten mini-zjazd. Aby upewnić się, że jestem na właściwej drodze nijako w locie zapytałem o to pracującego przy drodze rolnika. Okazało się, że tym razem niczego nie pomieszałem. Pozostało mi do pokonania jeszcze 540 metrów  w pionie i wszystko to miało skupić się na ostatnich sześciu kilometrach wzniesienia. Tymczasem lekką drugą część podjazdu pokonałem z przeciętną 20,4 km/h. W połowie dziewiątego kilometra minąłem nieco zrujnowany kościółek przy osadzie Vallepiana. W dalszej części wspinaczki mijałem pojedyncze domy oraz stosy drzewa przygotowanego na zimowy opał zanim po przejechaniu 10,2 kilometra dotarłem do wioski Belvedere na wysokości około 760 metrów n.p.m. W sumie 2,5-kilometrowa trzecia część podjazdu (od km 8 do 10,5) miała średnie nachylenie 7,6 %, przy max. 11,4 % pod koniec dziewiątego kilometra. Poprzeczka została podniesiona, lecz trzymałem się całkiem dzielnie jadąc ze średnią prędkością 16 km/h.

Za Belvedere zaczęły się prawdziwe schody. Oglądając niegdyś profil tego podjazdu pamiętałem, że w końcówce zrobi się czerwono. Pomyślałem więc sobie teraz, że będzie to dla mnie dobry test przed sobotnim podjazdem pod San Pellegrino in Alpe, którego  obawiałem się najbardziej z całej włoskiej listy. A to ze względu na ponad dwukilometrowy odcinek o stromiźnie powyżej 14 %. Niewiele łatwiejsza końcówka podjazdu pod Passo del Ghiffi mogła mi udzielić odpowiedzi na pytanie czy poradzę sobie z takim wyzwaniem. Szczególnie czy mam na to szansę korzystając z zamontowanej na używanym aktualnie kole Ritchey’a kasecie z 27 ząbkami. Stroma prosta za Belvedere, potem kilka sztywnych serpentyn. Po drodze minąłem tylko parę zabudowań gospodarskich. Niebo się zachmurzyło, temperatura spadła do 23 stopni, zaś w powietrzu czuło się wilgoć. Dlatego zacząłem się obawiać ataku letniej burzy. Ostatnie trzy kilometry miały średnie nachylenie aż 10,3 % przy max. 18 % na początku dwunastego kilometra. Poradziłem sobie z tą trudną końcówką w stylu więcej niż dobrym tzn. jadąc w średnim tempie 12,4 km/h. Całe 13,66 kilometra podjazdu pokonałem w czasie 50 minut i 18 sekund czyli z przeciętną prędkością 16,294 km/h. Wedle danych z licznika (896 metrów przewyższenia) taki czas dałby mi wartość VAM 1068 m/h, zaś biorąc pod uwagę oficjalne dane z profilu (932 metry) nawet 1111 m/h.

Na ostatnich metrach podjazdu wzdłuż drogi ustawiona słupki służące zima do pomiaru grubości pokrywy śnieżnej. Widomy znak, iż mimo bliskości włoskiej riwiery terenom tym nie obca jest obecność białego puchu. Wjechawszy na sam szczyt nie zatrzymałem się, lecz zjechałem ku przełęczy położonej dokładnie 650 metrów za kulminacją wzniesienia. Droga przez przełęcz Ghiffi jest częścią Alta Via dei Monti Liguri, leży na terenie Regionalnego Parku Naturalnego „Aveto” i przebiega praktycznie wzdłuż granicy Ligurii z regionem Emilia-Romagna. Jeśli wierzyć jednemu ze znaków drogowych od Passo del Bocco dzieli nas tylko 2,8 kilometra. Teoretycznie mogłem tam podskoczyć, zjechać w dół do Borgonovo Ligure i dojechać do Borzonaski doliną. Tym samym mógłbym obejrzeć miejsce tragicznego wypadku Woutera Weylandta. Biorąc pod uwagę ile respektu mam górskich zjazdów i jak ograniczone zaufanie do własnych umiejętności byłoby to rozwiązanie całkiem bezpieczne. Niemniej dałem słowo Mojej Miłej, że na ten przeklęty szlak nie wjadę. Poza tym miałem do wykonania swą tradycyjną robotę na drugim etacie czyli pracę fotografa dokumentalisty. Ostatecznie zjechałem do samochodu około 16:30 przejechawszy 51 kilometrów o łącznym przewyższeniu 1131 metrów.

W drodze powrotnej do Volastry liczyła się już tylko szybkość. Dlatego na wysokości Lavagny wskoczyliśmy na autostradę A12 by pokonać przeszło 50-kilometrowy odcinek do La Spezii. Przejazd Lazurową Autostradą kosztował nieco więcej niż na wcześniej poznanych drogach szybkiego ruchu. Stwierdziliśmy, że droga musi na siebie zarobić.  Okoliczności wskazywały za, iż jej budowa była drogą inwestycją. Pokonywany przez nas odcinek A12 w przeważającej części składał się bowiem z tuneli i mostów. W tym górzystym terenie budowniczowie raz to musieli się przebić przez masyw górski, zaś po chwili przeskoczyć nad rzeczną doliną. Po powrocie do B&B Niria postanowiliśmy w ostatni wieczór naszego pobytu skosztować regionalnej kuchni w pobliskiej restauracji „Gli Ulivi”. Iwona zdążyła mi jeszcze pokazać najcenniejszy zabytek tego miasteczka czyli romański kościółek z XII wieku Santuario di Nostra Signora della Salute. Miała okazję dokładnie go obejrzeć już dwa dni wcześniej gdy ja pojechałem na przełęcz Lagastrello.