banner daniela marszałka

Pradaccio (San Pellegrino in Alpe) & Il Ciocco

Autor: admin o sobota 9. Lipiec 2011

W sobotę 9 lipca mieliśmy się przenieść z Cinque Terre do naszej nowej przystani na cichej toskańskiej prowincji pod Reggello. Przy okazji miał to być mój najtrudniejszy dzień na rowerze podczas całej lipcowej wycieczki. W trakcie przejazdu z Volastry do Borgo a Cascia zaplanowałem sobie bowiem dwa przystanki celem „zrobienia” znanych z Giro d’Italia podjazdów pod Passo di Pradaccio (1617 m. n.p.m.) i Il Ciocco (685 m. n.p.m.). Z tego względu planując nasz samochodowy transfer musiałem zrezygnować z najkrótszej 200-kilometrowej drogi po autostradach A15, A11, A12 i A1, której pokonanie zajęłoby nam niewiele ponad dwie godziny. Musieliśmy zboczyć w głąb półwyspu, przemierzając bardziej górzysty teren by wjechać do interesującej mnie doliny Garfagnana. B&B Niria opuściliśmy około dziewiątej tj. zaraz po śniadaniu. Nasi gospodarze Andrea i Maria Franca zdobyli się na miły gest wystawiając rachunek na 280 Euro za cztery doby (zamiast 300 wynikających z cennika). Co więcej Pan Domu zaoferował się bezpiecznie wydobyć nasz samochód z ciasnego zaułka służącego za parking na jego posesji. Początek podróży wiódł nas po trasie, z której skorzystałem trzy dni wcześniej przy dojeździe do podnóża Passo del Lagastrello tzn. najpierw zjazd do La Spezii, potem niedługi odcinek po A15 i SP62 do położonej na rozdrożu kilku dróg Aulli. Dopiero w tym miasteczku musieliśmy skręcić na wschód czyli w drogę SS63, zaś przed wioską Gassano wybrać SS445 ku Casola in Lunigiana. Za tą miejscowością zaczęliśmy podjazd pod Foce Carpinelli (842 m. n.p.m.). Przełęcz ta łączy doliny Lunigiana oraz Garfagnana i już siedmiokrotnie była wykorzystana na Giro, zaś po raz ostatni w 2004 roku.

Po drugiej stronie przełęczy nadal jechaliśmy po drodze SS445 by po minięciu Piazza al Serchio oraz Camporgiano około wpół do dwunastej dotrzeć do pierwszego przystanku w Castelnuovo di Garfagnana. Zaparkowaliśmy pod dachem, bo na krytym parkingu należącym do supermarketu CONAD. Kwadrans później ruszyłem na podbój jednej z najtrudniejszych kolarskich gór w całych Apeninach. Podjazd pod Passo di Pradaccio znany jest lepiej jako San Pellegrino in Alpe za sprawą wioski leżącej na wysokości 1524 m. n.p.m., w miejscu gdzie kończy się najtrudniejszy odcinek całego wzniesienia, jakieś półtora kilometra przed samą przełęczą. Podjazd ten trzykrotnie znalazł się na trasie wielkiego Giro, zaś od niedawna jest też w programie organizowanej na początku lipca imprezy dla amatorów Gran Fondo Prato – Abetone. Profesjonaliści musieli się z nim zmierzyć po raz pierwszy w 1989 roku na przedostatnim, aż 220-kilometrowym odcinku z La Spezii do Prato. Premię górską zdobył wówczas Belg Claude Criqueilion (mistrz świata z roku 1984), lecz sam etap wygrał inny czempion Włoch Gianni Bugno, który dotarł do mety z przewagą 46 sekund na 7-osobową grupką, którą przyprowadził wspomniany Walon. Sześć lat później na etapie z Pietrasanta do Il Ciocco tak premia górska na przełęczy Pradaccio jak i zwycięstwo etapowe przypadło temu samemu kolarzowi tzn. Włochowi Enrico Zainie. Podobnie było w 2000 roku gdy swój solowy atak na stromiźnie przed San Pellegrino rozpoczął jego rodak Francesco Casagrande. Wygrał on premię górską, po czym kontynuował swój rajd i do mety usytuowanej 29 kilometrów dalej na Passo dell’Abetone dotarł z przewagą aż minuty i 39 sekund nad najbliższymi rywalami. Dzięki temu zdobył koszulkę lidera, którą oddał dopiero jedenaście dni później, gdy w przeddzień zakończenia wyścigu wyraźnie przegrał czasówkę do Sestriere ze Stefano Garzellim.

Przeszło dziesięć lat minęło od tego czasu. Niemniej wciąż miałem w pamięci sceny z dwóch ostatnich spotkań Giro ze stromizną pod San Pellegrino in Alpe. Swoją drogą niezła zmyłka w nazwie tego miejsca, wynikająca stąd iż ta część Apenin to tzw. Alpy Apuańskie. Przed wyjazdem w trasę nie zmieniłem koła Ritchey DS Pro na Mavica Aksium z górską kasetą 12-32, więc do pojedynku z czekającą mnie 18-20 % stromizną miałem do dyspozycji co najwyżej przełożenie 39 / 27. Na początek zjechałem z parkingu w kierunku miejskiego parku, w którym trwała właśnie  wystawa starych samochodów. Następnie skręciłem w lewo, przejechałem przez wiadukt, skręciłem w prawo i pokonałem most na skromną w środku lata rzeką Serchio. Dotarłem do industrialnych obrzeży miasteczka, przeciąłem tory kolejowe, skręciłem raz jeszcze w prawo by po przejechaniu około 1300 metrów dotrzeć do Via Guglielmo Marconi czyli drogi SP72. W tym miejscu na wysokości około 290 metrów n.p.m. zacząłem swoją wspinaczkę. Pierwsze trzy kilometry miały być stosunkowo łatwe, lecz już po chwili musiałem pokonać dwa-trzy wiraże, gdzie przez trzysta metrów stromizna trzymała na solidnym poziomie 7 %. Potem było znacznie łatwiej czyli przez ponad dwa kilometry cały czas poniżej 5 %. W tym czasie minąłem miasteczko Pieve Fosciana. Na razie jedynym problemem był 30-stopniowy upał. Pokonawszy 2,9 kilometra dojechałem do zjazdu na Campori. Do tego momentu wzniesienie miało średnio 3,7 %, więc jechałem z przeciętna prędkością 21,3 km/h. Aby spotkać się ze słynnym Giro del Diavolo musiałem odbić w prawo i wjechać na drogę SP71. Pozostając na głównej szosie też dojechałbym wysoko, ale znacznie dłuższym i łagodniejszym podjazdem pod Passo delle Radici (1529 m. n.p.m.). Ta przełęcz również była testowana na Giro i to nawet czterokrotnie, ale ostatni raz 35 lat temu.

Już dwieście metrów dalej wjechałem do Campori, gdzie przez chwilę jechałem delikatnymi serpentynami wśród willowych zabudowań. Wkrótce wjechałem do lasu, który tylko momentami ustępował miejsca polom i łąkom wokół pojedynczych gospodarstw rolnych. Nieco gęstszą zabudowę ujrzałem dopiero po przejechaniu 7,3 kilometra dojechawszy do osady Pellizzana. Do największej miejscowości na tym szlaku miałem jeszcze blisko dwa kilometry. Była nią Chiozza, leżąca na wysokości około 940 metrów n.p.m., jakieś 9,2 kilometra od początku wzniesienia. Przed wjazdem do tej wsi stromizna na chwilę odpuściła tzn. spadła do niespełna 6 %. Ogółem jednak odcinek 6,3 kilometra od rozjazdu miał średnie nachylenie 8,3 %, przy max. 13 %. Co godne podkreślenia aż 15 razy wykres z licznika pokazał mi tu wartość powyżej 10 %. Jak na te warunki i swoje możliwości ten fragment przejechałem całkiem szybko, bo z  przeciętną 14,7 km/h.  Coś mi się w głowie pomieszało i za Chiozzą spodziewałem się napotkać nieco łatwiejszy teren, który miał mi pozwolić na złapanie głębszego oddechu i zaoszczędzenie odrobiny sił przed piekielnym finałem. Tymczasem kolejne 3300 metrów miało średnie nachylenie 8,4 %, zaś stromizna dwukrotnie przekroczyła poziom 13 %. Nie miałem wyboru musiałem w końcu wrzucić tryb 24. Dlatego też odcinek ten pokonałem z nieco niższą przeciętną 13,6 km/h. Nieubłaganie zbliżała się chwila prawdy czyli próba sił na morderczej końcówce wzniesienia. Nieduże napisy „scalata” wymalowane na szosie białą farbą zwiastowały prawdziwą wspinaczkę. Zanim jednak do tego doszło przed osadą Boccaia czekało mnie jeszcze 530 metrów zjazdu.

Ostatnia część podjazdu zaczęła się dla mnie dokładnie po przejechaniu 13 kilometrów. Do przełęczy pozostało stąd jeszcze 3800 metrów, w tym najbliższe 2500 o średnim nachyleniu blisko 13 %. Od razu wrzuciłem tryb 27 i czekałem na najgorsze. Znaki drogowe ostrzegały o stromiźnie sięgającej 18 %, ale z początku nie było aż tak źle. Pierwsze 750 metrów połknąłem jeszcze dość gładko, po czym doczekałem się głównej atrakcji dnia. Kilka bardzo stromych serpentyn, w tym dwa fragmenty o maksymalnym nachyleniu aż 20 % – dokładnie 14,6 oraz 15,5 kilometra od początku wzniesienia. Ten drugi w zasadzie tuż przed wjazdem do San Pellegrino in Alpe, wioską która powstała wokół sanktuarium wybudowanego ku czci świętego, który żył w VII wieku i pochodził ponoć z dalekiej Szkocji. Mając najgorsze za sobą nie spocząłem na laurach i z rozpędu pojechałem dalej ku przełęczy. Jeszcze w kilku miejscach musiałem pokonać przeszło 10 % stromiznę, w tym na 800 metrów przed finałem ściankę o nachyleniu 16 %. W każdym razie ostatnie 3,8 kilometra o średnim nachyleniu 11,2 % pokonałem w tempie 11,5 km/h, z czego mogłem być więcej niż zadowolony. Okazało się, że nawet taką stromiznę będąc dobrze przygotowany mogę pokonać bez kompaktu z przodu czy górskiej kasety w tyle. Całe wzniesienie o długości 16,8 kilometra i przewyższeniu 1273 metrów (według licznika) czy też raczej 1327 metrów (według google-maps) pokonałem w 1 godzinę 9 minut i 38 sekund przy średniej prędkości 14,458 km/h i VAM 1096 czy nawet 1143 m/h. Niestety na przełęczy dopadło mnie stado wrednych much, od których nie mogłem się opędzić. Strzeliłem więc tylko kilka fotek i zjechałem do San Pellegrino, gdzie zatrzymałem się nieco dłużej. Do Castelnuovo di Garfagnana zjechałem o czternastej pokonawszy 36,2 kilometra o przewyższeniu 1319 metrów. Słońce było niemal w zenicie, temperatura 37 stopni Celsjusza mówi sama za siebie.

Po daniu głównym zażyczyłem sobie deseru. W tym celu wyjeżdżając z miasta wróciliśmy na drogę SS435 i przejechaliśmy około osiem kilometrów w kierunku południowym. Następnie odbiliśmy w boczną drogę w kierunku na Albiano / Barga. Tu przejechawszy przez wioskę Conti znaleźliśmy się na Via Giovanni Pascoli. Zacząłem wyglądać zjazdu ku ścieżce na Il Ciocco. Nie wykryłem jej od razu. Za pierwszą próbą pojechałem za daleko na wschód. Tknięty przeczuciem zawróciłem i znalazłem właściwy zakręt przy którym rosło kilka cyprysów. Udało nam się znaleźć parking po lewej stronie alejki już kilkadziesiąt metrów dalej. Należał do pobliskiej restauracji, lecz o tej porze dnia nie było w niej żadnych gości. Co ważne był mocno zacieniony dzięki czemu można było się na nim schować przez palącym słońcem, zaś wjazd do Il Ciocco był w najbliższym sąsiedztwie. To wzniesienie skromne pod względem wysokości bezwzględnej oraz przewyższenia, ale z uwagi na swą stromiznę (4 km przy średnim nachyleniu 10,3 %) naprawdę wymagające. Przede wszystkim jednak zainteresowało mnie z uwagi na historię swych występów w Giro d’Italia. Na górę wiedzie droga prywatna należąca do ośrodka zdrowia. W połowie lat siedemdziesiątych dyrektor Vincenzo Torriani nie wyobrażał sobie Giro bez wizyty w tym miejscu. Po raz pierwszy zaprosił tu kolarzy w 1974 roku na etapie z Modeny, który wiódł m.in. przez przełęcz Radici. Odcinek ten zdecydowanie wygrał Hiszpan Juan Manuel Fuente, który o 41 sekund wyprzedził Eddy Merckxa i Włocha Tino Contiego. Fuente umocnił się wówczas na prowadzeniu w wyścigu, które wywalczył już na trzecim etapie. Jednak dwa dni po triumfie na Il Ciocco poniósł ciężkie straty na deszczowym etapie do Pietra Ligure i w konsekwencji mimo aż pięciu sukcesów etapowych nie zmieścił się nawet na podium tej imprezy.

Rok później Il Ciocco namaściło innego kolarza na zwycięzcę całego wyścigu. Co ciekawe Torriani zafundował wówczas uczestnikom Giro dwie czasówki dzień po dniu. Po płaskiej 38-kilometrowej próbie wokół nadmorskiego Forte dei Marmi prowadził Giovanni Battaglin, lecz nazajutrz na 13-kilometrowej czasówce ze startem w Piano di Coreglia i górskim finałem na Il Ciocco nie zmieścił się nawet w „10”. Ten dzień należał do jego kolegi z ekipy Jollyceramica. Był nim Fausto Bertoglio, który nie tylko wygrał ten odcinek z przewagą 43 sekund nad Giuseppe Perletto i 59 sekund nad Gianbattista Baronchellim, ale też objął prowadzenie w wyścigu i nie oddał go do mety wyścigu, którą wyznaczono na przełęczy Stelvio. Minął kolejny rok i Giro zawitało tu po raz trzeci. Kolarze wyjechali z Prunetta Terme i przed finałowym wzniesieniem mieli do pokonania przełęcze: Prunetta, Abetone i Radici. W końcówce etapu liczyło się ich czterech. Wygrał Belg Ronald De Witte, który o 2 sekundy wyprzedził Włochów Wladimiro Panizzę i GB Baronchellego, zaś czwarty ze stratą 3 sekund finiszował ubiegłoroczny bohater czyli Bertoglio. Lider wyścigu, słynny Felice Gimondi był ledwie dziesiąty i stracił 37 sekund, ale utrzymał się na prowadzeniu. Z kolei na czwarty i ostatni jak dotychczas udział Il Ciocco w Giro trzeba było czekać do roku 1995. Etap ze startem w Pietrasanta prowadził przez Foce Carpinelli i San Pellegrino in Alpe (Pradaccio). Cały wyścig zdominował Szwajcar Toni Rominger, który na tej górze odparł ataki dwóch kolarzy Gewissu: Piotra Ugriumowa i Jewgienija Bierzina. Liderzy zajęci swoją walką dali się wyhasać dobrym góralom. Wygrał Enrico Zaina, który w dwójkowym finiszu na bieżni wokół stadionu pokonał maleńkiego Kolumbijczyka Nelsona Rodrigueza. Natomiast trzeci ze stratą 22 sekund był niespełna 24-letni wówczas Gilberto Simoni.

Można powiedzieć, że dojechałem pod Il Ciocco szlakiem bardzo podobnym do tego sprzed szesnastu lat. Niemniej ja w nogach miałem „tylko” Passo di Pradaccio. Zacząłem swoją wspinaczkę kilka minut po wpół do trzeciej przy temperaturze 32 stopni. Ruszyłem z wysokości parkingu i już po chwili minąłem bramkę, na której pobiera się opłaty za wjazd od kierowców samochodów. Il Ciocco to świetne miejsce do różnego rodzaju wypoczynku. Można tu odpocząć nie tylko na terenie luksusowego hotelu z sieci Marriott, ale też popływać w krytych i otwartych basenach, zaś spacerując po łąkach i lasach podziwiać widok ze wzgórza na leżące w pobliżu średniowieczne miasteczko Barga. W górnej części podjazdu na amatorów sportu czekają korty tenisowe, kryta ujeżdżalnia, a nawet pełnowymiarowy stadion do piłki nożnej. Cały ośrodek zajmuje ponoć teren około 2000 hektarów. Już po przejechaniu 240 metrów musiałem się zmierzyć z pierwszą nie lada stromizną czyli ścianką o nachyleniu 16,7 %. Minąłem zbudowane na wyniosłym zboczu wille osady Caprona i skręciłem w prawo. Początkowo jechałem stosunkowo szeroką drogą w szpalerze drzew oliwkowych. Teren był odsłonięty, więc upał dawał się we znaki. Pierwszy kilometr podjazdu miał średnie nachylenie 9,7 %. Przejechałem go ze średnią prędkością tylko 11,9 km/h. Potrzebowałem chwilę czasu by złapać właściwy rytm jazdy. Na początku drugiego kilometra skręciłem w lewo i schowałem się przed słońcem w cieniu drzew. Jeszcze przed tym zakrętem ujrzałem przed sobą różowe mury hotelu. W połowie drugiego kilometra moja droga połączyła się z zachodnią wersją tego podjazdu. Druga kwarta wzniesienia była najłatwiejsza mając średnie nachylenie 7,5 % i max. tylko 10 %. Dlatego przejechałem ją z przeciętną prędkością 15,2 km/h.

W strefie piknikowej na początku trzeciego kilometra nachylenie na moment spadło do poziomu 2-3 %, lecz już za chwilę ujrzałem stromiznę, wyrastającą na wysokości największego z hoteli kompleksu Kedrion Spa. Licznik po 2340 metrach od startu pokazał mi wartość 18 %. Teraz przez blisko 600 metrów musiałem się zmagać z nachyleniem 10 % lub więcej. Trzysta metrów za hotelem ponownie schowałem się w lesie, lecz zyskując nieco cienia musiałem się pogodzić z gorszą nawierzchnią drogi. Trzeci kilometr miał średnie nachylenie 10,5 %, lecz pokonałem go sprawniej niż sam początek tzn. ze średnią prędkością 12,5 km/h. Na ostatnich 840 metrach stromizna już tylko na moment spadła poniżej 10 % (do poziomu 8,4 %). Ostatnia kwarta miała średnie nachylenie 11,8 %, przy max. 18,3 % po 3040 metrach od startu. Ten odcinek przejechałem, więc najwolniej bo z przeciętną 11 km/h. Jadąc kierowałem się strzałkami „stadio” i „centro sportivo”. Przy drodze stały też tablice ostrzegające o obecności dzieci, które w sezonie letnim przyjeżdżają tu na kolonie. W końcówce musiałem się zdecydować czy wybrać szlak do stadionu czy też do centrum sportowego. Mając w pamięci relacje z Giro 1995 wybrałem tą pierwszą opcję skręcając w lewo. Na jednym z ostatnich stromych wiraży na nierównej nawierzchni wypięła mi się prawa noga z pedału przez co na krótko zostałem wybity z rytmu. Na ostatnich metrach przejechałem obok wjazdu do ujeżdżalni i po chwili zakończyłem wspinaczkę przy bramie piłkarskiego stadionu. Całe wzniesienie o długości 3,84 kilometra pokonałem w czasie 18 minut i 30 sekund czyli ze średnią prędkością 12,454 km/h. Przekłada się to na wartość VAM 1212 m/h biorąc za podstawę obliczeń 374 metry przewyższenia jakie pokazał mi licznik. Według profilu z „archivio salite” miało to być aż 412 metrów co dałoby mi VAM 1336 m/h. Rekord jak się patrzy, ale wyniku na tego typu stromej i krótkiej górce nie sposób porównywać z osiągnięciami na pełnowymiarowych wzniesieniach, na które wspinać się trzeba przez około godzinę.

Na Il Ciocco również mógłbym się wspinać przynajmniej przez 45-50 minut gdybym za stojącą obok stadionu restauracją nie tylko wjechał na węższą leśną dróżkę, ale zechciał dojechać do jej najwyższego punktu. Dotarłbym do wysokości 1180 metrów n.p.m. po pokonaniu kolejnych sześciu kilometrów. Nie miałem na to czasu, ani specjalnej ochoty. Z ciekawości podjechałem tylko niespełna pół kilometra wjeżdżając 25 metrów powyżej poziomu, na którym zbudowano stadion. Następnie zjechałem do Castelvecchio Pascoli i kwadrans po piętnastej zameldowałem się przy samochodzie gotów do dalszej drogi. Po chwili wróciliśmy na drogę SS445 i wybraliśmy kierunek na Lukkę. Przed Borgo a Mozzano wskoczyliśmy na drogę krajową SS12, a następnie prowincjonalną SP29 by w okolicy Capannori wjechać na Autostradę Firenze – Mare czyli na A11, łączącą stolicę Toskanii z wybrzeżem Morza Tyrreńskiego. Stąd pomknęliśmy już znacznie szybciej w stronę Florencji mijając po drodze zjazdy na Montecatini Terme, Pistoię i Prato. Na zjeździe Firenze Nord przeskoczyliśmy na Autostradę del Sole czyli słynną A1, która łączy Mediolan z Neapolem przejeżdżając w pobliżu Bolonii, Florencji i Rzymu. Stolicę renesansu objechaliśmy szerokim łukiem od zachodu i południa, lecz pomimo tego i tak z odległości kilkunastu kilometrów widzieliśmy imponującą katedrę Santa Maria del Fiore. Autostradę Słońca musieliśmy opuścić na zjeździe Incisa w dolinie rzeki Arno, skąd do celu pozostało nam już tylko osiem kilometrów lokalnymi drogami przez Ciliegi, Prulli di Sopra i Montanino. W pobliżu tej ostatniej miejscowości przykuły naszą uwagę tzw. balze, czyli niesamowite formacje skalne w kształcie stożków przypominające podobne dziwy natury rodem z Kapadocji.

Na sam koniec czekał nas kilometrowy podjazd o nachyleniu sięgającym 10 %, co zmusiło mnie do redukcji biegu. Około osiemnastej byliśmy na miejscu tzn. na terenie sporej posiadłości ziemskiej Villa Tanini pod adresem Borgo a Cascia  213. Bardzo ładne miejsce w prawdziwie toskańskim stylu należące do braci Tanini. Starszy Eros wraz z żoną i córką zamieszkuje w wiekowej rezydencji, na co dzień zajmując się rolnictwem tj. uprawą winorośli, oliwek i produkcją miodu. Natomiast młodszy Stefano wraz z żoną i synem mieszka w mniejszym domu dobudowany w późniejszym okresie i pracuje we Florencji jako taksówkarz. Niemniej to właśnie on zarządza działem turystycznym rodzinnej gospodarki. Stojący na tyłach Villa Tanini dom wakacyjny (casa vacanze) to kompleks czterech apartamentów zaadaptowany na potrzeby turystów na bazie dawnego budynku gospodarczego. W jego podziemiach do dziś funkcjonuje piwniczka, w której Eros przechowuje produkowane przez siebie wino. Na nasze potrzeby zarezerwowałem najmniejszy, 2-osobowy apartament Ginevra, składający się z sypialni, łazienki oraz jadalni z kuchnią o powierzchni 48 metrów kwadratowych. Wszystko za niewygórowaną cenę 420 Euro za tydzień. Pozostałe apartamenty były większe tzn. jeden 55-metrowy dla 4 osób oraz dwa 85-metrowe dwupiętrowe przeznaczone aż dla 5 osób czyli de facto dla rodziców z dziećmi. Podczas naszego pobytu były one „okupowane” przez całe rodziny z Niemiec i Holandii. Do dyspozycji gości, a przede wszystkim dzieciaków w ogrodzie był też basen o wymiarach 14×7 metrów, z którego i nam zdarzało się korzystać, gdy tylko mieliśmy ochotę się schłodzić w ten bodaj najgorętszy tydzień toskańskiego lata anno domini 2011.