banner daniela marszałka

Vallombrosa x 2

Autor: admin o poniedziałek 11. Lipiec 2011

Po czterech dniach z kolarskimi wstawkami w niedzielę 10 lipca postanowiłem odpocząć od roweru. Nie oznacza to jednak, iż nasz pierwszy dzień w Borgo a Cascia spędziliśmy pasywnie. Wręcz przeciwne wyjechaliśmy z Villa Tanini już około dziewiątej aby najbliższe siedem-osiem godzin spędzić na turystycznym szlaku. Tego dnia pragnęliśmy obejrzeć aż trzy perły z toskańskiej kolekcji tzn. Sienę, Monteriggioni i San Gimignano. Zwiedzanie postanowiliśmy zacząć od największej i zarazem najdalej od nas położonej miejscowości czyli nam Sieny. To miasto o bogatej przeszłości obecnie jest tylko stolicą jednej z toskańskich prowincji. Według legendy założone zostało przez braci Senio i Aschio, bratanków Romulusa, któremu swą oryginalną nazwę zawdzięcza Rzym. Na przełomie XII i XII wieku należała do najbogatszych miast całej Europy. To w tym mieście powstał najstarszy bank na naszym kontynencie, istniejący do dziś Monte Paschi di Siena. O prymat w Toskanii długo rywalizowała z Florencją, lecz  kres jej rozkwitowi położyła dżuma z 1348 roku, w której śmierć poniosło 2/3 mieszkańców. Utraciła niezależność w 1555 roku gdy zdobyli ją Hiszpanie Karola V, który następnie oddał ją florenckim Medyceuszom. Przez następne trzy stulecia tj. do czasu zjednoczenia Włoch wchodziła w skład Wielkiego Księstwa Toskanii. Aby dojechać do Sieny musieliśmy pokonać jakieś 95 kilometrów. Niemniej w przeważającej mierze po szybkich drogach. Najpierw trzeba było wskoczyć na autostradę A1, po czym na zjeździe Firenze-Certosa opuścić ją i wjechać na tzw. Raccordo Autostradale Siena-Firenze. Tego typu droga w skrócie nazywana jest „superstradą” i wygląda jak autostrada nieco gorszej jakości. Szosa jest jakby węższa, nawierzchnia trochę gorsza, limity prędkości nieco niższe i wokół szlaku mniej infrastruktury, lecz ma jeden zasadniczy plus tzn. w odróżnieniu od prawdziwych włoskich autostrad jest bezpłatna.

Opuściliśmy ją na zjeździe Siena Nord i wjechaliśmy do centrum miasta. Tu zaparkowaliśmy pod murami XVI-wiecznej warowni otaczającej Piazza della Liberta, a następnie idąc wzdłuż Viale Vittorio Veneto, Viale 25 Aprile i Viale del Mille doszliśmy do starówki, na której już w 1966 roku wprowadzono zakaz ruchu samochodowego. Zwiedzanie zaczęliśmy od wizyty w XIII-wiecznym kościele Basilica Cateriniana di San Domenico. Następnie wzdłuż Via della Sapienza doszliśmy do Piazza Salimbeni, placu przy którym mieści się siedziba wspomnianego banku. Potem idąc po Via Banchi di Sopra skierowaliśmy się ku dwóm najcenniejszym zabytkom Sieny. Tak doszliśmy w rejon słynnego  Piazza del Campo, na którym dwa razy w roku tzn. 2 lipca i 16 sierpnia organizowano jest Palio czyli festyn ku czci Matki Boskiej. Kulminacyjnym punktem tego święta jest sławny wyścig konny, w którym rywalizują jeźdźcy reprezentujący 10 z 17 dzielnic (contrade) miasta. Jednak zanim udaliśmy się na plac poszliśmy w przeciwnym kierunku aby przez Via dei Pellegrini dotrzeć do sieneńskiej Duomo (Santa Maria Assunta) czyli pięknej katedry z białego i czarnego marmuru wybudowanej w latach 1215-1263. Na tej ulicy natknęliśmy się na głośny i barwny pochód kontrady Bruco (Gąsienica). Protoplaści tej zielono-żółtej „drużyny” w średniowieczu zajmowali się handlem jedwabiem. Na koniec półtoragodzinnego spaceru po Sienie poszliśmy na spalony słońcem Piazza del Campo. Do najważniejszych zabytków tego miejsca należą Palazzo Publico z przełomu XII i XIII wieku oraz nieco młodsza, aż 102-metrowa dzwonnica Torre del Mangia. Na placu tym w pierwszej dekadzie marca finiszują zawodnicy ścigający się w wyścigu Montepaschi Strade Bianche. W drodze powrotnej do samochodu zatrzymaliśmy się jeszcze na Piazza Tolomei przed kościołem św. Krzysztofa.

Około południa wyjechaliśmy ze Sieny udając się z powrotem na znaną nam superstradę. Jednak tym razem przejechaliśmy po niej ledwie 10 kilometrów, gdyż wznoszącym się po lewej stronie drogi wzgórzu Ala dojrzeliśmy warowny gród opiewany już przez Dantego w „Boskiej Komedii”. Zjechaliśmy na drogę SR2 i podjechaliśmy w pobliże warowni zatrzymując się na płatnym parkingu przygotowanym dla turystów. Sieneńczycy wybudowali tą warownię w latach 1214-1219 i przez ponad trzy wieki służyła im ona do kontrolowania dolin Elsa i Staggia oraz obrony przez ataki Florentczyków oraz wojsk biskupa z Volterry. Leżała na słynnej trasie pielgrzymkowej Via Francigena. Wewnątrz murów o obwodzie 570 metrów mieści się maleńka osada, której dwie przeciwległe bramy oddalone są od siebie zaledwie o 172 metry. My weszliśmy do środka przez Porta Franca (alias Romea). Głównym punktem tej średniowiecznej wioski jest Piazza Roma, przy której znajduje się m.in. romański kościółek Santa Maria Assunta. Poza tym nie brak tu sklepików i restauracji, gdzie płacić trzeba lokalną walutą „grossi”, którą można kupić za euro po kursie 1 do 1. Twierdza ta miała niegdyś piętnaście wież wyrastających 6,5 metra powyżej poziomu murów. Do dnia dzisiejszego ostało się ich jedenaście. Przez 340 lat pozostała nie zdobyta, aż w końcu przeszła pod władanie Medyceuszy za sprawą zdrady dowódcy tutejszego garnizonu, który po prostu oddał klucze do warowni wojskom z Florencji. Nasza wizyta w Monteriggioni trwała około pół godziny, po czym udaliśmy się w dalszą drogę na północny-zachód. Znów czekał nas krótki odcinek na superstradzie, z której zjechaliśmy tuż przed Colle di Val d’Elsa. Miasteczko to prezentowało się na tyle efektownie, że zrobiliśmy sobie krótki postój przy słonecznikowym polu, aby nacieszyć swe oczy widokiem owej miejscowości wyrastającej na pobliskim wzgórzu. Niemniej nie mieliśmy czasu aby zatrzymać się tu na dłuższą chwilę.

Trzecim i ostatnim celem niedzielnej wycieczki było bowiem San Gimignano nazywane „Manhattanem Średniowiecza”. Miasteczko to zawdzięcza swą świętemu biskupowi Modeny Geminianusowi II, który w V wieku miał obronić tą wioskę przez atakiem Hunów. Słynie jednak przede wszystkim ze średniowiecznych wież, które w celach tak obronnych jak i dla podkreślenia swego znaczenia w okresie od XIII do XV wieku budowały najbogatsze familie tego grodu. Niegdyś było ich aż 72, zaś do dziś przetrwało tylko 14 – z których najwyższa jest Torre del Podesta (Grossa) mająca 54 metry, zaś najstarsza Torre Rognosa wybudowana około 1200 roku. Na starówkę weszliśmy od strony południowej przez Porta San Giovanni. Poszliśmy główną alejką na północ mijając po lewej stronie wejście do osobliwego Museo Torture e la Pena di Morte. Po przejściu 350 metrów doszliśmy do Piazza della Cisterna, placu który swą nazwę wziął od stojącej na nim średniowiecznej studni gdzie trwał właśnie targ, na którym można było nabyć lub choćby tylko spróbować lokalne specjały tzn. różne rodzaje sera, wędlin czy oliwek. Potem poszliśmy na pobliski Piazza del Duomo, którego nazwa pochodzi od dawnej katedry, a dziś kolegiaty pod wezwaniem jakże by inaczej – Santa Maria Assunta, którą wzniesiono już w połowie XI wieku, zaś konsekrowano w 1148 roku. W drodze powrotnej zajrzeliśmy jeszcze do miejscowej winiarni – San Gimignano słynie z produkcji białego wina La Vernaccia. Miasto opuściliśmy po godzinie piętnastej. Teoretycznie mogliśmy się pokusić o wypad do odległej o 40 minut jazdy Volterry. Niemniej tego byłoby już za wiele jak na ten gorący dzień. Dlatego wyjechaliśmy z San Gimignano w przeciwnym kierunku by w okolicy Poggibonsi wrócić na „superstradę” i tą samą trasą co przed południem wrócić do Borgo a Cascia. Tymczasem Volterra pozostanie jednym z powodów, dla których będziemy chcieli rychło wrócić do pięknej Toskanii.

W poniedziałek ponownie wsiadłem na rower. Do kolejnej góry na swej liście nie miałem daleko. Praktycznie pod nosem miałem bowiem początek podjazdu do Opactwa Benedyktynów w Vallombrosa, który na trasie Giro d’Italia zagościł tylko raz na szóstym etapie edycji z 1990 roku. Niemniej postanowiłem mu się przyjrzeć z uwagi na osobę Joachima Halupczoka, naszego nieodżałowanego mistrza świata amatorów z Chamery. „Achim” jako zaledwie 22-letni neo-profi rewelacyjnie poczynał sobie na trasie tego Giro. Na mecie tego odcinka był szósty, lecz jednocześnie wskoczył na pozycje wicelidera wyścigu. Etap jak i cały wyścig wygrał Włoch Gianni Bugno, który w tej imprezie był klasą sam dla siebie, bowiem prowadził nieprzerwanie od prologu w Bari po metę w Mediolanie. Na finiszu nieopodal opactwa wyprzedził Piotra Ugriumowa reprezentującego chylący się ku upadkowi ZSRR oraz Francuza Charly Mottet. Przed przyjazdem do Toskanii zastanawiałem się, z której strony podjechać do Vallombrosy. Aczkolwiek nie miałem stuprocentowej pewności to wiele wskazywało na to, iż kolarze na Giro wspinali się od łatwiejszej południowej strony czyli z poziomu Reggello (384 m. n.p.m.). Mogłem też skorzystać z trudniejszej zachodniej wersji wzniesienia czyli rozpocząć wspinaczkę w położonym we Valdarno miasteczku San Ellero (108 m. n.p.m.). Ostatecznie mając do dyspozycji całe przedpołudnie zdecydowałem się wjechać od obu stron. Dopiero po powrocie z Toskanii na podstawie 15-minutowego filmiku jaki może znaleźć w serwisie „You Tube” ustaliłem, iż owszem generalnie podjeżdżano od Reggello, ale na wysokości Saltino kolarzy skierowano w kierunku końcówki zachodniego podjazdu i od tej strony pokonano ostatnie 1200 metrów do mety usytuowanej jakieś 300 metrów za budynkiem Opactwa.

Wyjechałem z domu około 8:50 i mimo tak wczesnej pory było już całkiem ciepło czyli 27 stopni Celsjusza. Według załączonego do tej opowieści profilu południowy podjazd do Vallombrosy zaczyna się w Reggello. Niemniej ja wystartowałem z Borgo a Cascia na wysokości 295 metrów n.p.m. i muszę przyznać, że od startu miałem pod górkę. Na początkowych dwóch kilometrach szosa wznosiła się przy umiarkowanym nachyleniu między 3 a 5 %. Po pięciuset metrach dojechałem do centrum Borgo a Cascia. Natomiast pokonawszy 1,3 kilometra byłem już we wiosce Cascia, gdzie wjechałem na drogę prowincjonalną SP87. Po przebyciu kolejnego kilometra byłem już w centrum Reggello, gdzie musiałem skręcić w lewo i zjechać jakieś 150 metrów, po czym odbić w prawo biorąc kierunek na miejscowość Pietrapiana. Podjazd nadal był łagodny, jedynie pod koniec trzeciego kilometra stromizna na chwilę sięgnęła 8 %. Wzdłuż drogi rosły przede wszystkim oliwki. Dokładnie po 5 kilometrach od startu dojechałem do sąsiadującej z Pietrapianą wioski Poggiolini. Do tego momentu średnie nachylenie wzniesienia wyniosło tylko 3,5 %, więc udało mi się przebyć tą pierwszą tercję wspinaczki z przeciętną prędkością 20,8 km/h. Potem było już znacznie trudniej. Wbiłem sobie do głowy, że podjazd od strony Reggello jest stosunkowo łagodny i nieco zlekceważyłem środkowe 6,5 kilometra. Tymczasem stromizna okazała się na tyle dokuczliwa, iż chcąc nadal jechać na przełożeniu 39/21 musiałem zmusić się do większego wysiłku. Po przejechaniu 7,7 kilometra minąłem wiraż na wysokości restauracji Il Parco di Stroncapane. Na tej wysokości mogłem się już momentami schować przed słońcem w cieniu dawanym przez rosnący tu las bukowo-jodłowy. Środkowe 5 kilometrów miało już całkiem solidne średnie nachylenie 6,7 %, przy max. 10 % po 8,9 kilometra od startu. Ten odcinek przejechałem ze średnią prędkością 17 km/h.

Droga trzymała niemal do końca dwunastego kilometra czyli zjazdu z drogi Via Cascina Nuova. Dojazd do Saltino (12,9 km) był już znacznie łatwiejszy. W tym miejscu popełniłem błąd taktyczny, albowiem wpuściłem przed siebie ociężałą ciężarówkę, która jak się okazało wiozła jakieś meble do Opactwa i na wzniesieniu nie była w stanie mi odjechać, zaś na płaskiej końcówce blokowała mnie i nie pozwalała nabrać właściwej prędkości. W międzyczasie tj. po przejechaniu 13,44 kilometra od startu dobiłem do najwyższego punktu z tej strony Vallombrosy czyli poziomu około 1000 metrów n.p.m. Jako, że kilometr z haczykiem pozostały mi do Opactwa prowadził lekko w dół można powiedzieć, że podjazd zakończył się właśnie tutaj czyli na wylocie z Saltino. Ostatnia 3,5-kilometrowa tercja miała średnio 5,1 %, przy max. niespełna 9 % na początku jedenastego kilometra. Dzięki temu finiszowałem z przeciętną 18,5 km/h. Natomiast cały podjazd pokonałem w czasie 43 minut i 21 sekund czyli ze średnią prędkością 18,602 km/h. Dość szybko, acz tylko w teorii bowiem wzniesienie to miało średnie nachylenie około 5 %. Wyjechawszy z Saltino przejechałem przez strefę piknikową gdzie na przekór palącemu słońcu gęsty las dawał dużo cienia i stwarzał tu przybyłym przyjemne warunki do wypoczynku. Po przejechaniu 14,5 kilometra od startu minąłem odchodzącą w prawo Via del Paradisino, która prowadzi na odległy o ponad osiem kilometrów od tego miejsca szczyt Monte Secchieta (1435 m. n.p.m.). W sumie mogłem się pokusić o jego zdobycie, ale wtedy musiałbym zrezygnować z poznania drugiego oblicza Vallombrosy. Dlatego pojechałem prosto i po przebyciu następnych stu metrów znalazłem się na Via San Benedetto. Tu stoi główna siedziba Opactwa powstała w latach 1038-1058 za sprawą Giovanniego Gualberto i następnie rozbudowana w II połowie XV wieku.

Zatrzymałem się tam na kilka minut przyglądając się remontowemu zamieszaniu. Następnie nieśpiesznie zjechałem na drugą stronę aż do biegnącej wzdłuż rzeki Arno drogi krajowej SS69. Na dole około wpół do jedenastej było już 31 stopni. Pierwsze dwa kilometry, na których szosa była schowana w lesie były całkiem solidne. Potem zrobiło się lżej, lecz zarazem wyjechałem na otwarty teren, na którym pod palącym słońcem temperatura wzrosła aż do 34 stopni. Wokół gaje oliwne, rosnące wzdłuż drogi cyprysy, zaś tu i ówdzie samotne rezydencje w typowym toskańskim stylu. Po przejechaniu 3,6 kilometra dotarłem do pierwszej wioski na tym szlaku czyli Donnini. Gdybym skręcił tu w prawo mógłbym poprzez San Donato Fronzano dojechać na skróty do Reggello. Czułem się jednak całkiem dobrze, więc nie było takiej opcji. Pojechałem prosto w kierunku na Tosi. Początkowe cztery kilometry miały średnie nachylenie 6,2 %, przy max. 11,4 % w połowie czwartego kilometra. Wraz z końcem piątego kilometra mogłem się znowu schować w cieniu drzew, zaś po chwili również droga znacznie odpuściła. Przez kolejne 2700 metrów nachylenie tego podjazdu, ani razu nie skoczyło powyżej 5 %. Z drugiej strony nie było tu żadnego zjazdu – ot typowe „falsopiano”. Zamiast używać przełożenia 39/21 mogłem skorzystać nawet z trybu 17. Za sprawą tego łatwego odcinka środkowe cztery kilometry miały średnie nachylenie tylko 4,2 %, przy max. niespełna 9 %, na początku piątego kilometra. Pod koniec ósmego kilometra byłem już w Tosi pokonawszy środkową część wzniesienia w tempie 20,8 km/h.

Wkrótce miały się zacząć prawdziwe schody. We wiosce skręciłem w prawo ku Vallombrosie. Jazda prosto i w lewo oznaczałaby wycieczkę do Pelago i dalej w dół do Pontassieve lub w górę na przełęcz Consuma. Na zwiedzanie tych okolic miałem jeszcze czas. Tymczasem po przejechaniu 8,7 kilometra dotarłem do Pian di Melosa i tuż przed wjazdem do lasu rozpocząłem walkę z dwukilometrową stromizną. Wrzuciłem przełożenie 39/24 by sprawniej sobie poradzić w tym ciężkim terenie. Ostatnie 5,5 kilometra miało mieć średnie nachylenie 7,7 %. Na szczęście stromizna pozostała moim jednym zmartwieniem, gdyż korony drzew dawały mi wystarczającą ochronę przed słońcem. Po przejechaniu 12,4 kilometra dotarłem w końcu do miejsca gdzie mój szlak łączył się z wykorzystaną przez uczestników Giro 1990 drogą z Saltino. Do Abbazia di Vallombrosa pozostało mi tylko 900 metrów, w tym 350-metrowa prosta rozpoczynająca się przy budynkach należących do Państwowej Służby Leśnej (Corpo Forestale dello Stato) i kończąca się na wysokości niewielkiego stawu przy Via del Lago di Vallombrosa. Po lekkim zakręcie w prawo byłem już pod murami Opactwa, by po kolejnym wirażu zakończyć podjazd na wysokości około 970 metrów n.p.m. na styku ze wspomnianą wcześniej drogą Via del Paradisino. Trudną trzecią tercję pokonałem w tempie 15,2 km/h. Cały podjazd od San Ellero liczący sobie 13,55 kilometra przejechałem w czasie 47 minut i 20 sekund ze średnią prędkością 17,176 km/h. Według licznika miał on przewyższenie 810 metrów, więc ten wynik dałby mi wartość VAM 1026 m/h. Na bazie danych „google-maps” byłoby to nawet 1090 m/h przy amplitudzie 860 metrów – całkiem nieźle jak na podjazd o umiarkowanym średnim nachyleniu niespełna 6,5 %. Na zjeździe do Borgo a Cascia strzeliłem jeszcze ze trzydzieści fotek, lecz mimo to udało mi się wrócić do Villa Tanini w samo południe. Przejechałem w sumie 56,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1505 metrów. Po powrocie umyłem się oraz zjadłem by nabrać sił na drugą część poniedziałkowego programu.

Około wpół do drugiej wsiedliśmy do samochodu by ruszyć na kolejne spotkanie ze skarbami Toskanii. Plan na to popołudnie mieliśmy raczej minimalistyczny. Chcieliśmy zobaczyć Arezzo, miasto w którym na początku XIV wieku urodził się słynny poeta Francesco Petrarca. Cały przejazd zajął nam może trzy kwadranse, gdyż 39 z 55 kilometrów trasy mogliśmy pokonać po Autostradzie Słońca (A1). Wjechaliśmy do centrum miasta drogą SP21 i zaparkowaliśmy możliwie najbliżej tamtejszej starówki. Ruszyliśmy w górę wąskimi i stromymi uliczkami ku najstarszej części miasta. Na początku nawinęła nam się pod oczy Bazylikę św. Franciszka. Potem weszliśmy na ulicę Corso Italia i idąc nią dalej pod górę doszliśmy do pochodzącego z początków XI wieku Chiesa di Santa Maria della Pieve. Prawa ściana tej świątyni z racji położenia była o kilka metrów wyższa niż lewa. Po wyjściu z tego kościoła skierowaliśmy się wzdłuż Logge del Vasari na główny plac miasta czyli Piazza Grande. Przyznam, że to miejsce zrobiło na mnie duże wrażenie. Podobnie jak pobliskie ulice opada on zdecydowanie w kierunku południowym. Otaczają go kamienice udekorowane wielobarwnymi herbami, zaś w jego dolnej części stoi efektowna fontanna. Po zachodniej stronie obok wspomnianego kościoła św. Marii stoi barokowy Palazzo del Tribunale. Plac ten jest sceną efektownego pokazu sztuki rycerskiej Giostra del Saracino. Ten festyn podobnie jak sieneńskie Palio organizowany jest dwa razy w roku tzn. w przedostatnią sobotę czerwca i pierwszą niedzielę września. Po opuszczeniu placu poszliśmy jeszcze wyżej ku Piazza Duomo, na którym wzniesiono gotycką katedrę San Donato. Z kolei na pobliskim Piazza della Liberta w budynku Palazzo Comunale urzędują władze miasta. Godzinny spacer w pełnym słońcu pomimo wielu pozytywnych wrażeń dał nam do myślenia. Zdecydowaliśmy, iż przy takiej pogodzie kolejne miasta najlepiej będzie zwiedzać przed południem.