banner daniela marszałka

Lago di Morasco (Cascata del Toce) & Macugnaga

Autor: admin o niedziela 7. Sierpień 2011

W trzecim dniu naszej wyprawy mieliśmy ruszyć ku północnym krańcom Piemontu. Naszym kolejnym celem były wzniesienia, które w minionej dekadzie pojawiły się na trasie Giro d’Italia. W ogólnym zarysie miały być one skrajnie różne od szwajcarskich gór, które przejechaliśmy w sobotę. Tym razem czekały nas bowiem dwa ponad 20-kilometrowe podjazdy o średnim nachyleniu poniżej 5 %. Trzeci etap nie miał jednak należeć do łatwych. Średnie nachylenie bywa zwodnicze, zaś ponad 100-kilometrowy dystans budzi respekt w alpejskim terenie. Jednym słowem Ticino zamieniliśmy na Piemont, wzniesienia strome na długie – lecz niestety pogoda pozostała bez zmian. Od rana padało, niemal nie było szans na przejaśnienie. Pomimo tego nie mieliśmy zamiaru siedzieć w domu cały dzień. Nie po to przejechaliśmy przecież 1500 kilometrów z Trójmiasta by tracić choć jeden dzień ze swych wakacji. Poza tym do podnóża pierwszej z czekających nas gór mieliśmy aż 76 kilometrów dojazdu samochodem. Zawsze była więc nadzieja, iż na miejscu zastanie nas aura bardziej przyjazna kolarzom niż ta, która od dwóch dni panowała nad Ronco di Ghiffa. Ostatecznie ruszyliśmy podróż około dziesiątej i po zjechaniu do drogi SS34 tym razem musieliśmy skręcić na zachód w kierunku Verbanii. W mieście tym zatrzymaliśmy się na tankowanie, zaś kilka kilometrów dalej odbiliśmy na północ wjeżdżając na SP54 prowadzącą wzdłuż niewielkiego Lago di Mergozzo. Za miasteczkiem o tej samej nazwie wskoczyliśmy zaś na kolejną krajówkę czyli SS33 znaną lepiej jako Strada Sempione, gdyż prowadzi ona w kierunku szwajcarskiej przełęczy Simplon. My zostaliśmy na niej do okolic miasteczka Crevadossola. Następnie wierni kierunkowi, a nie samej drodze pognaliśmy dalej na północ droga SS659 przez Crodo, Baceno i Premię do miejsca „wyładunku”, który zaplanowałem w San Rocco di Premia na wysokości 761 metrów n.p.m.

Stąd mieliśmy przypuścić nasz atak na wzniesienie Lago di Morasco (1815 metrów n.p.m.). Nazwa ta nic nie powie kibicom kolarskim, nawet tym świetnie obeznanym z historia Giro d’Italia. Niemniej w praktyce jest to wydłużona wersja podjazdu pod Cascata del Toce, imponujący wodospad przy którym na wysokości 1675 m. n.p.m. wyznaczono metę dziewiętnastego etapu Giro z 2003 roku. Wyścig ten jest dobrze pamiętany w naszym kraju, gdyż startowała w nim polska drużyna zawodowa CCC – Polsat. Pomimo słabszej formy swego lidera Rosjanina Pawła Tonkowa spisywali się bardzo dzielnie, zaś Dariusz Baranowski niemal do samego końca rywalizacji liczył się w walce o czołową „10” klasyfikacji generalnej. Jak się później okazało był to też ostatni wyścig w karierze znakomitego górala Marco Pantaniego. „Il Pirata” dzień wcześniej upadł na zjeździe z Colle di Sampeyre, lecz mimo tego Giro chciał ukończyć w stylu godnym wielkiego mistrza. Podjął kilka ataków, lecz rywale pomni jego dawnych przewag i bezkompromisowych rządów na górskich szlakach nie podarowali mu tego dnia zwycięstwa. Najpierw skontrował go Franco Pellizotti, zaś następnie plecy wszystkim pokazał Gilberto Simoni i wygrał ten odcinek z przewagą 3 sekund nad swymi rodakami: Dario Frigo i Eddym Mazzolenim. Tym samym „Gibo” potwierdził swą dominację w 86. Giro, który dwa dni później wygrał z przewaga przeszło siedmiu minut nad Stefano Garzellim i młodym Jarosławem Popowiczem. Pantani w Cascata del Toce był tylko dwunasty, zaś cały wyścig skończył na czternastej pozycji. Po jego zakończeniu na szosę już nie powrócił, pogrążył się w uzależnieniu od leków i narkotyków po czym niespodziewanie dla wszystkich odszedł z tego świata 14 lutego 2004 roku.

Podjazd ten chciałem pokonać już rok wcześniej podczas swej lipcowej podróży z Iwoną. W dniu naszego przejazdu z Varese (Lombardia) do Nus (Valle d’Aosta) mieliśmy zaplanowane dwa przystanki na terenie Piemontu, aby podjechać najpierw pod Cascata del Toce, zaś następnie do Santuario di Oropa. Ostatecznie jednak aby zaoszczędzić na czasie pojechaliśmy na zachód krótszą trasą. Z programu wypadła mi Cascata, ostała się Oropa, zaś jako drugi podjazd dnia wymyśliłem sobie „ad hoc” wspinaczkę do Champorcher już na terenie Doliny Aosty. Jednak, co się odwlecze to nie uciecze. Minął rok i pojawiła się nowa szansa na wycieczkę pod Cascata del Toce. Co więcej z racji innej lokalizacji noclegu mieliśmy dość czasu by pozwolić sobie na jazdę do samego końca Val Formazza. Dlatego też naszym celem stało się Lago di Morasco, sztuczne jezioro o pojemności przeszło 17 milionów metrów sześciennych leżące blisko cztery kilometry dalej, jakieś 140 metrów powyżej poziomu wspomnianego wodospadu. Wypływa z niego jeden z trzech potoków, które dają początek rzece Toce, która po 83 kilometrach wpada do Lago Maggiore w Fondotoce (dzielnicy Verbanii). Tuż po swych narodzinach rzeczka ta wykonuje istne „salto mortale” tworząc wspaniały wodospad o wysokości 143 metrów! Wiedzieliśmy więc, iż nasz wysiłek w górnej części tego podjazdu będzie wynagrodzony przepięknym widokiem. Gdy około wpół do dwunastej zatrzymaliśmy się przy kościele w San Rocco niebo było zachmurzone. Niemniej było dość ciepło i przede wszystkim nie padało. Szykując się do drogi mieliśmy okazje podziwiać wysoką na kilkadziesiąt metrów ścianę ciemnych skał zamykających dolinę po lewej stronie szosy SS659.

Ruszyliśmy w trasę na kwadrans przed południem. Jakub z Dawidem wystartowali z lekką przewagą nad pozostałą trójką. Kuba „odpalił” w swoim stylu czyli ostro od samego początku niczym na czasówce. Szybko zgubił Dawida, którego wkrótce dogoniłem jadąc razem z Piotrem. Darek jak zwykle zaczął spokojnie nie wdając się w takie harce. Po przejechaniu 1,8 kilometra minęliśmy wioskę Passo, zaś w połowie czwartego kilometra nieco większe Rivasco. Jakub zmobilizował mnie do szybkiej jazdy od samego początku. Wiedziałem, że tego typu wzniesienia będą mu bardziej pasować niż strome podjazdy typu Alpe di Neggia stworzone dla „górskich kozic”. Goniąc naszego lidera zgubiłem Dawida i nieco później także Piotrka po czym złapałem Kubę po przejechaniu czterech kilometrów. Nie miałem zamiaru ścigać się o punkty na wyimaginowanej górskiej premii. Aczkolwiek ambicja podpowiadała mi by nie dać się nikomu urwać podczas tego wyjazdu. Przejechaliśmy razem przez Foppiano (4,7 km), zaś wraz z końcem szóstego kilometra dojechaliśmy do strategicznego rozjazdu. Droga na wprost prowadziła pod gołym i niezmiennie zachmurzonym niebem. Niemniej znaki drogowe sugerowały nam skręt w lewo i wjazd do tunelu Le Casse o długości aż 3080 metrów przy m/w stałym nachyleniu na poziomie 7 %. Starałem się tu trzymać równe, mocne tempo na poziomie 16-16,5 km/h. Gdy tuż przed wioską Fondovalle (9,6 km) wyjechaliśmy na światło dzienne niebo zdawało się przejaśniać. Tu i ówdzie przez chmury przebijał błękit. Pierwsze 9 kilometrów do wylotu z tunelu miały średnie nachylenie 5,3 % przy max. 10 % pod koniec szóstego kilometra czyli tuż przed wjazdem do mrocznego korytarza. Pobudzony taktyką Jakuba przejechałem ten odcinek dość szybko bo z przeciętną 19,2 km/h. Po wyjechaniu z La Casse mieliśmy przed sobą przeszło 4,5 kilometra jazdy w łatwym terenie, gdzie ani na chwilę nachylenie nie skoczyło powyżej 5 %. W tym czasie przejechaliśmy przez wioskę Chiesa (10,6 km), nad którą górowała strzelista wieża kościelna. Następnie minęliśmy San Michele (12,2 km), zaś pod koniec trzynastego kilometra przez przejechaliśmy na lewy brzeg Toce.

Tym samym wjechaliśmy do największej na naszym szlaku wioski tzn. Formazzy, podzielonej na dwie dzielnice: Valdo i Ponte. Chwilę później skończyło się „falsopiano” i stromizna skoczyła do 8 %. Minęliśmy elektrownie wodną firmy Enel i dojechaliśmy do Grovelli (14,6 km), gdzie nachylenie wzrosło nawet do 11 %. W tym miejscu po dziesięciu kilometrach wspólnej jazdy Kuba „strzelił mi z koła”. Kolejne pół kilometra były również dość strome, więc dystans między nami się powiększył. W tym czasie pokonaliśmy rzadki na tym wzniesieniu odcinek po serpentynach. Droga znacznie odpuściła przed kolejną osadą czyli Canzą (15,4 km). Na początku siedemnastego kilometra stromizna skoczyła do poziomu 10 %. Na wysokości niebieskiego kościółka z malunkami w kubistycznym stylu wyjechałem ponad granicę lasu. Szosa odpuściła i dojechawszy do Sottofrua (16,9 km) otworzył się przede mną zapierający dech w płucach widok na Cascata del Toce. Środkowe 8 kilometrów tego wniesienia za sprawą długiego „falsopiano” przed Formazzą miało średnie nachylenie tylko 4,4 %, ale ze wspomnianym maksimum 11,3 % i trzema innymi skokami nachylenia do poziomu 10 %. Ten odcinek, częściowo za sprawą zmian dawanych mi wcześniej przez Jakuba, pokonałem ze średnią 21,5 km/h. Ostatnie dwa kilometry przed wodospadem były dość strome o średnim nachylenie 8,3 %. Wiodły one w dużej mierze przez galerie chroniące podróżnych przed lawinami. Pierwsza była dwuczęściowa tj. z przerwą na wirażu i miała blisko 700 metrów. Druga była znacznie krótsza tj. o długości 330 metrów. Po wyjechaniu z drugiej do słynnego wodospadu i wybudowanego w 1863 roku Albergo Cascata pozostało mi już tylko 400 metrów. Do mostku nad szykującymi się do skoku wodami Toce (18,9 km) dotarłem w czasie niespełna 59 minut.

Następnie skręciłem w prawo pokonując płaski odcinek drogi przez La Frua (19,1 km) i stromą ściankę, która pół kilometra za wioską doszła do poziomu 12,5 %. Podjazd trzymał do końca dwudziestego kilometra, po czym znów można było się rozpędzić na odcinku niemal 1600 metrów. W tym czasie po przebyciu 20,7 kilometra należało minąć zjazd w prawo na gruntową drogę ku przełęczy San Giacomo (2308 m. n.p.m.). Dziewięć kilometrów szutrowego szlaku kolarzy spod znaku MTB doprowadzić może do granicy ze Szwajcarią. Za znajduje się Val Bedretto, dolina ze wschodnim podjazdem pod słynną przełęcz Nufenen. Sto metrów za tym rozjazdem przemknąłem wzdłuż wioski Riale, nad którą górował żółty kościółek. Jadąc dalej po płaskowyżu po przejechaniu 21,9 kilometra dotarłem do rozdroża na wprost szerokiej na 565 i wysokiej na 55 metrów tamy powstrzymującej wody jeziora. Tu należało skręcić w prawo by po stromych serpentynach pokonać ostatnie 800 metrów, na którym maksymalne nachylenie sięgnęło 13,3 %. Ostatnia tercja podjazdu czyli 5,7 kilometra od Sottofrua miała średnie nachylenie 6,3 %. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 22,72 kilometra w czasie 1 godziny 9 minut i 57 sekund czyli z przeciętną prędkością 19,488 km/h i niskim VAM 905 m/h. Stojąc przy tamie miałem dobry widok na płaskowyż Riale, na którym wyglądałem swych kolegów. Z oddali dostrzegłem sylwetkę Kuby, lecz mimo tego jako pierwszy po siedmiu minutach dojechał do mnie Piotrek. Okazało się, że Kuba na rozjeździe skręcił w lewo biorąc kurs na schronisko „Bimse al Lago”. Dlatego też do szczytu dotarł po dziesięciu minutach. Podobnie postąpił Dawid, którego powitałem na górze po 21 minutach oczekiwania. Natomiast niepokojąco długo przyszło nam czekać na Darka. Minęło pół godziny od mojego finiszu, a przy tym Dario nie odpowiadał na telefon. Dlatego postanowiliśmy dłużej nie czekać i złapać kontakt na zjeździe. Spotkaliśmy się jeszcze przed Riale. Dario nie czuł się tego dnia najlepiej, więc przystawał po drodze. Dokończył podjazd w czasie 1 godziny i 59 minut, po czym dogonił nas przy Cascata del Toce, gdzie z oczywistych względów zrobiliśmy sobie wszyscy dłuższy postój.

W dolnej części zjazdu złapał nas deszcz. Do San Rocco di Premia dotarliśmy kwadrans przed trzecią nieźle przemoczeni. Tym samym druga z zaplanowanych wspinaczek stanęła pod znakiem zapytania. Miała nią być wyprawa w górę Valle Anzasca do wioski Macugnaga (1370 m. n.p.m.), powstałej u podnóża masywu Monte Rosa. Do miejscowości tej wiedzie blisko 30-kilometrowy podjazd, który dwa miesiące wcześniej przed nami przetestowali kolarze biorący udział 94. Giro d’Italia. Działo się to również na dziewiętnastym etapie podczas, którego „profi” musieli dłuższy czas zmagać nie tylko z górami (przełęcz Mottarone), ale też mocnymi opadami deszczu, które ustąpiły dopiero na finałowym wzniesieniu. Podobnie jak Cascata del Toce ten łagodny podjazd nie rozerwał zanadto stawki. Tu również czternastu pierwszych zawodników zmieściło się w odstępie minuty. Niespodziewanie zwyciężył Paolo Tiralongo, który niespełna 6 kilometrów przed metą  ponowił swój wcześniejszy atak. Wieczny „gregario” rodem z Sycylii został dogoniony w końcówce przez kontratakującego lidera wyścigu Alberto Contadora. Niemniej Hiszpan podarował Włochowi to zwycięstwo w rewanżu za pracę, którą ten wykonał dla niego w sezonie 2010, gdy obaj jeździli jeszcze w ekipie Astany. Na trzecim miejscu ze stratą 3 sekund finiszował Włoch Vincenzo Nibali, zaś inny kandydat do podium Michele Scarponi był siódmy ze stratą 7 sekund do zwycięzców tego odcinka. Podjazd do Macugnagi zaczyna się w miasteczku Piedimulera, leżącym 40 kilometrów na południe od San Rocco di Premia. Dojechaliśmy do niego przy narastającej ulewie pełni niepewności czy dane nam będzie w ogóle wychylić nosy z samochodu. Blisko godzinę przesiedzieliśmy w autach na małym parkingu powyżej wezbranej rzeczki Anza. W bezpośrednim sąsiedztwie pierwszych metrów tego podjazdu.

Na szczęście dla nas niebo wypłakało swe żale do godziny siedemnastej i mogliśmy spróbować swych sił jak i szczęścia. Ostatecznie czterech z nas podjęło to wyzwanie. Darek postanowił zostać w mieście i zjeść coś ciepłego. Poprosiłem go by mimo wszystko wjechał za nami na górę i to nie tylko dla własnej przyjemności krajoznawczej. W razie mógł nam pomóc w ewakuacji na dół, gdyby pogoda uległa znacznemu pogorszeniu. Dawid ruszył jako pierwszy. Nasza trójka kilka minut za nim, przy czym Kuba z Piotrem ruszyli od razu do góry. Ja tymczasem zjechałem jakieś 150-200 metrów ku centrum miejscowości by w zgodzie z własnym sumieniem zacząć podjazd od samego dołu. Tym sposobem na samym starcie miałem z grubsza minutę straty do obydwu. Jak się okazało Jakub znów ruszył ostro od startu i szybko zgubił Piotra, którego ja dogoniłem nadspodziewanie szybko bo wraz z końcem drugiego kilometra. Pierwsze trzy kilometry były jeszcze całkiem ostre, bo o średnim nachyleniu 7,4 %. Już po siedmiuset metrach droga po raz pierwszy chowała się w tunelu, który liczył sobie 600 metrów. Po przejechaniu 1,6 kilometra mija się zjazd ku Gozzi Sopra, zaś konkretna wspinaczka kończy się po trzech kilometrach na wysokości zjazdu ku wsi Migianella. Na następnych pięciu kilometrach więcej jest delikatnych zjazdów, niż chwil podjazdu i w ogólnym rozrachunku traci się ponoć nawet 6 metrów z wypracowanej wcześniej wysokości. W tym czasie przejechałem przez wioski: Castiglione-Calasca (3,9 km) oraz Molini (6,9 km). Pod koniec dziewiątego kilometra, na krótką chwilę nachylenie podskoczyło do przyzwoitego poziomu 5,2 %.

Na kolejnych trzech kilometrach podjazd zasługiwał jedynie włoskie na miano „falsopiano”. Nawet się nie łudziłem, iż na tym odcinku mogę dojść takiego czasowca jak Kuba. Przejechałem przez kolejną większą wioskę czyli Pontegrande (10,9 km) i wraz z końcem dwunastego kilometra dotarłem do San Carlo. Pierwsze 12 kilometrów z ostrym początkiem i długim luzem miało średnio 4,9 %, które dałem radę przejechać w tempie 24,4 km/h. Dopiero gdy na trzynastym kilometrze droga uniosła się do poziomu ponad 6 % ujrzałem przed sobą w oddali dwie żółte koszulki moich kolegów z Tri-City. Byli jeszcze na tyle daleko, iż zastanawiałem się którego z nich mam bliżej siebie. Okazało się, że Dawid nie mający zaufania do swych wspinaczkowych umiejętności podejrzewał, iż pomylił drogę i po pokonaniu kilkunastu kilometrów zaczął zawracać. Niemniej po chwili zjazdu napotkał Kubę i kontynuował podjazd, przy czym nie był w stanie zanim nadążyć. Dogoniłem go i wyprzedziłem na wysokości Battiggio (12,7 km), lecz Jakuba złapałem dopiero półtora kilometra dalej tzn. w trakcie przejazdu przez Vanzone (14,2 km). Tym razem przyjechaliśmy wspólnie ponad osiem kilometrów. Podjazd był w umiarkowanie trudny do połowy szesnastego kilometra, po czym znów łatwiutki do końca osiemnastego. W tym czasie minęliśmy Croppo (15,8 km) oraz Borgone (16,9 km). Za wioską Ceppo Morelli musieliśmy ominąć roboty drogowe, zaś. wyznaczony objazd zmuszał nas do skrętu w lewo i przejazdu przez dwa mostki. Na obu na wprowadzono ruch wahadłowy. Przed pierwszym z nich (19,1 km po starcie) stosując się do prośby drogowców zatrzymaliśmy się. Na postoju tym straciliśmy około 100 sekund. Na drugim przejeździe to my mieliśmy zielone światło, a mimo to „komendanci ruchu” niefrasobliwie puścili samochody i na wąskim przesmyku musieliśmy się jakoś minąć z kilkoma autami. Wróciliśmy na główny szlak wraz z końcem dwudziestego kilometra. Środkowe 8 kilometrów miało średnio ledwie 3,9 %, przy max. niespełna 9 %. Mimo to wyraźnie zwolniłem przejechawszy ten fragment ze średnią 21,7 km/h.

Do naszej mety w Pecetto brakowało jeszcze dziewięciu kilometrów. Przemknęliśmy przez Campioli (20,4 km) i Stabioli (21,2 km), za którą to napotkaliśmy trzy tunele o łącznej długości 700 metrów na przestrzeni 1,7 kilometra. Nie był to łatwy odcinek także pod względem stromizny. Na 22 kilometrze licznik pokazał mi nachylenie 10 %. Kuba długo trzymał się dzielnie, ale miał co raz większe kłopoty by jechać moim tempem. Raz lekko zwolniłem, ale za drugim razem już nie poczekałem. Zostawiłem go na kilkaset metrów przed górniczą osadą Prestarena (23,5 km) m/w w tym samym miejscu gdzie zaatakował Tiralongo, o czym jednak w owym czasie nie miałem pojęcia. Za nią czekał mnie jeszcze jeden tunel o długości tylko 170 metrów. Po przejechaniu 25,5 kilometra dojechałem do wsi Borca, w pobliżu której wydobywano niegdyś złoto. Za nią długa prosta długości 900 metrów, lecz przy skromnym nachyleniu. Wokół drogi stało wiele stylowych domów z drewna z balkonami pełnymi kwiatów. Ostatni raz do 10 % stromizna skoczyła na sto metrów przed wjazdem do Macugnagi (27,1 km). Ostatnie dwa kilometry to mimo kiepskiej pogody przejazd przez gwarną miejscowość pełną turystów, tak pieszych jak i zmotoryzowanych. Minąłem centrum czyli dzielnicę Staffa (27,5 km) gdzie należało skręcić w prawo by dojechać do końca drogi SS549 na placu w Pecetto. Ostatnie 9 kilometrów miało średnie nachylenie 5,8 % i przejechałem je w tempie 16,6 km/h. Całą wspinaczkę o długości 29,06 kilometra ukończyłem w czasie 1 godziny 26 minut i 14 sekund przy średniej prędkości  20,219 km/h. Mogło być nawet 1h 24:30 z przeciętną 20,6 km/h. Wskaźnik VAM na tak łagodnym podjeździe (średnio 3,8 %) musiał być marny – w najlepszym razie było to 789 m/h.

Niestety przy tej pogodzie Monte Rosa schowała się za chmurami. Wielka szkoda bo widok nań musi ronić wrażenie. Jest to bowiem najpotężniejszy i zarazem drugi pod względem wysokości masyw górski w całych Alpach. W jego skład wchodzi aż 14 czterotysięczników, w tym Dufourspitze (4634 m. n.p.m.) będący najwyższą górą Szwajcarii. Masyw ten poza rozmiarami i wysokością bezwzględną słynie też ze swej wschodniej ściany o himalajskich proporcjach tzn. 2600 metrach przewyższenia. Jakub dojechał do Pecetto po sześciu, Dawid po dziewięciu, zaś Piotrek stracił szesnaście minut. Chwila wytchnienia, zdjęcia i odwrót gdyż na górze było tylko 16 stopni, w dodatku zaczęło siąpić i dochodziła godzina siódma. Jeszcze przed dojechaniem do Staffy natknąłem się na Darka, który po naszych śladach dotarł autem do Pecetto po czym nieśpiesznie zaczął zjeżdżać. W dolnej części drogi powrotnej dogonił mnie odnajdując się  w potrójnej roli: dyrektora sportowego, fotoreportera i kamerzysty nagrywającego filmiki swym telefonem. Do Piedimulery dotarliśmy kwadrans po dwudziestej. Nie da się ukryć, że bardzo późno, ale było jeszcze widno. Byłem zadowolony, iż pomimo wszelakich przeszkód pogodowych udało mi się zaliczyć oba wzniesienia – aby tego dokonać trzeba było przejechać  104 kilometry o łącznym przewyższeniu 2194 metrów. Do naszej hacjendy w Ronco di Ghiffa mieliśmy blisko 40 kilometrów, więc wylądowaliśmy w „Antico Ciliegio” około 21-wszej.