banner daniela marszałka

Maloja

Autor: admin o środa 10. Sierpień 2011

W środę ponownie czekała nas tylko jedna wspinaczka. Oczywiście 30-kilometrowa aby nie było za łatwo. Tym razem mieliśmy działać w myśl teutońskiego zawołania „Drang nach Osten” czyli wybrać się na wschód. Naszym celem była bowiem przełęcz Maloja, na drodze do słynnego kurortu Sankt-Moritz. Leży ona wysokości 1815 metrów n.p.m. i rozgranicza Val Bregaglia (na zachodzie) od Doliny Engadyny (na wschodzie). Podobnie jak Spluga przełęcz ta rozgranicza baseny dwóch mórz. Wody spływające na zachód ku Chiavennie wpadają do najdłuższej z włoskich rzek czyli Padu, która kończy swój bieg w Adriatyku. Natomiast potoki po wschodniej stronie przełęczy wpadają do Innu (jednego z głównych dopływów Dunaju) i co za tym idzie zmierzają ku Morzu Czarnemu. Podjazd pod tą przełęcz miał być łatwiejszy tak od poniedziałkowego San Bernardino jak i wtorkowej Splugi ze względu na średnie nachylenie tylko 4,66 %. Niemniej te obiektywne dane mogły się łatwo okazać zwodnicze. Po pierwsze długość tego podjazdu czyli blisko 32 kilometry musiała budzić respekt. Po drugie  profil tego wzniesienia skłaniał do ostrożności i rozsądnego gospodarowania swymi siłami. Po spojrzeniu na wydruk od razu rzucało się w oczy, iż zdecydowanie najtrudniejsze będzie ostatnie 10 kilometrów. Poza tym wedle wszelkiego prawdopodobieństwa ten finałowy odcinek mieliśmy zacząć po przeszło godzinie wstępnej wspinaczki. Oczywiście o tym jak trudny może okazać się konkretny podjazd decydują również ludzie, z którymi się jedzie. W pierwszych trzech dniach tej wyprawy byłem zdecydowanie najsilniejszy. Moim atutem było nie tylko górskie doświadczenie, ale i moc wypracowana podczas czerwcowej oraz lipcowej wyprawy. Jednak począwszy od San Bernardino po piętach zaczął mi deptać najmłodszy w naszym gronie, ledwie 20-letni Piotrek Walentynowicz. Na Spludze musiałem się już zdrowo zaginać by wjechać na górę razem z Danonem. Gołym okiem było widać, iż jego forma szybko zwyżkuje, więc zakładałem że na Maloji nie będzie mi łatwo.

Pomimo swych wielce atrakcyjnych wymiarów Maloja nie należy do grona legendarnych podjazdów kolarskich. Owszem jest on popularna wśród rowerowych turystów, lecz organizatorzy największych wyścigów rzadko zwykli z niej korzystać. Tylko raz pojawiła się ona na trasie Giro d’Italia w dodatku z „niewłaściwej” strony. Natomiast w rodzimym Tour de Suisse skorzystano z niej czterokrotnie. Na tym wyścigu za każdym razem podjeżdżano od strony zachodniej czyli z początkiem wspinaczki w „naszej” Chiavennie. Giro przemknęło przez Maloję jedynie w roku 2009. Przemknęło jest przy tym słowem jak najbardziej na miejscu zważywszy, iż do przełęczy nadjechano od strony wschodniej na 242-kilometrowym etapie z Innsbrucka do Chiavenny. Ten maratoński odcinek zaczynał się w stolicy austriackiego Tyrolu na wysokości 579 m. n.p.m. Przejechawszy przez Imst, Landeck i Pfunds kolarze wjeżdżali do Szwajcarii na 107 kilometrze, na wysokości 1017 m. n.p.m. Po przejechaniu całej doliny Engadyny, w terenie o delikatnej tendencji zwyżkowej – średnio 0,8 % – zostawili za plecami miasteczka: Zernez, La Punt i Sankt-Moritz i dotarli do symbolicznej premii górskiej trzeciej kategorii na 208 kilometrze. Finisz na płaskowyżu wyglądał bardziej na walkę o lotną premię. Dlatego dziwić nie może, że ściganie to wygrał sprinter – Amerykanin Tyler Farrar. Losy etapu rozstrzygnęły się tymczasem na deszczowym zjeździe. Z peletonu urwała się piątka zawodników, która dotarła do mety z przewagą 40 sekund nad grupą zasadniczą. Na finiszu zdecydowanie najmocniejszy w tym gronie okazał się Norweg Edvald Boasson Hagen, który wyprzedził Roberta Huntera z RPA i Rosjanina Pawła Brutta.

Jako się rzekło prawdziwe oblicze podjazdu pod Maloję dane było poznać uczestnikom wyścigu Dookoła Szwajcarii. Za każdym razem działo się to na etapach ze startem w kantonie Ticino. Kolarze zmierzali następnie przez Chiavennę do mety wyznaczonej w jednym z miast kantonu Graubunden (Grigioni) lub nawet w Liechtensteinie. Po raz pierwszy przetestowano to wzniesienie w 1969 roku na odcinku z Lugano do Davos-Jakobshorn. Przy tej okazji tak premię górską jak i sam etap wygrał Hiszpan Mariano Diaz, który dotarł do mety z przewagą 2:45 nad ówczesnym mistrzem świata Włochem Vittorio Adornim i swym rodakiem Aurelio Gonzalesem, dwoma najlepszymi zawodnikami tej imprezy. Trzy lata później czyli w sezonie 1972 ścigano się na odcinku z Lugano do Schaan. Na premii górskiej pierwszy zameldował się Portugalczyk Joaquim Agostinho (trzeci kolarz TdF w latach 1978 i 1979). Niemniej na mecie w Liechtensteinie z etapowego sukcesu cieszył się Włoch Giancarlo Polidori. Minęły kolejne trzy lata i w 1975 roku peleton TdS znów ruszył z Lugano w kierunku Lago di Como oraz Chiavenny. Tym razem premię górską na Maloji wygrał Włoch Giancarlo Bellini. Ten sam kolarz triumfował również na mecie etapu w niedalekiej Silvaplanie. Tuż za nim finiszował lider wyścigu Belg Roger De Vlaeminck, który tego dnia zadowolił się zyskiem 28 sekund nad swym głównym rywalem, wielkim Eddy Merckxem. Natomiast po raz czwarty i ostatni jak dotąd szlak szwajcarskiej etapówki przebiegał przez Maloję w roku 1987. Miało to miejsce na odcinku z Cademario do Scuol. Premię górską wygrał Włoch John Baldi, lecz na mecie leżącej przeszło 70 kilometrów dalej był ledwie czwarty. Po solowej akcji triumfował inny uciekinier, Amerykanin Ron Knickmann, zaś drugi był kolejny „Jankes” Jeff Pierce.

Podobnie jak uczestnicy Tour de Suisse nie zamierzaliśmy ograniczać się do wjechania na Passo del Maloja. Jakub z Dawidem wyjechali z Bed & Breakfast „Al Ponte” już około dziewiątej. Wjechali na przełęcz razem w czasie 2 godzin i 7 minut. Dla porównania dzień wcześniej Darek wspiął się na Maloję w czasie 2 godzin 18 minut i 25 sekund. Jakuba z pewnością było stać na zejście poniżej dwóch godzin, lecz jechał spokojnie w tempie dostosowanym do możliwości słabszego kolegi. Następnie Dawid zjechał z powrotem do Chiavenny, zaś Kuba udał się na wschód. Dotarł do Silvaplany skąd w towarzystwie lokalnego amatora podjechał na Julierpass (2284 m. n.p.m.). Podjazd o długości 7 kilometrów przy średniej 6,7 %, najtrudniejszy na pierwszych kilkuset metrach. Po zjechaniu z tej przełęczy zahaczył jeszcze o Sankt Moritz-Bad i wrócił do Chiavenny przejechawszy w sumie 112 kilometrów. Tymczasem ja i Piotr ruszyliśmy się z domu dopiero po dziesiątej. Jako, że mieszkaliśmy przy wiodącej na przełęcz Viale Maloggia, aby przejechać cały podjazd pod Maloję na samym początku naszej wycieczki musieliśmy się udać w kierunku przeciwnym. To znaczy zjechać 750 metrów na zachód w kierunku ronda, przy którym dzień wcześniej zaczynaliśmy podjazd pod Splugę. Pogoda była wyśmienita. Niebo było bezchmurne i mimo dość wczesnej pory temperatura osiągnęła już 25 stopni Celsjusza. Wymarzone warunki do górskiej eskapady. Ustaliliśmy, że będziemy sobie dawać zmiany na prowadzeniu co kilometr. Pierwsze cztery kilometry były łatwe – średnio 3,1 %, więc cały czas jechaliśmy z prędkością powyżej 20 km/h. W tym czasie minęliśmy wioski San Carlo i Campedello, by po przejechaniu 1,9 kilometra dotrzeć do Piuro. Kolejną miejscowością na naszym szlaku było Borgonuovo (3,6 km) ozdobione wodospadem Acquafraggia. Dopiero za tą wioską stromizna drogi po raz pierwszy przekroczyła poziom 5 %. Kolejny 4-kilometrowy odcinek miał  średnie nachylenie 4,9 % przy max. 8 % w połowie siódmego kilometra. Minęliśmy tu dwie kolejne wioski tzn. Santa Croce (5,2 km) i Villa di Chiavenna (7,3 km).

W szybkim tempie zbliżaliśmy się do szwajcarskiej granicy. Po przejechaniu 8,4 kilometra dotarliśmy do Pian della Ca’ gdzie zgodnie z nazwą na 800-metrowym odcinku wzdłuż niewielkiego zbiornika wodnego zrobiło się niemal zupełnie płasko. Piotrek zaczął sobie żartować, że trafiają mi się łatwiejsze kilometry do dyktowania tempa. Potem przyszła jego kolej na zmianę i dokładnie z końcem dziesiątego kilometra wjechaliśmy do Szwajcarii. Pierwsze 10 kilometrów miało średnie nachylenie zaledwie 3,7 % i wspólnymi siłami udało się nam je przejechać w tempie 21,8 km/h. Zaraz za posterunkiem celnym musieliśmy wjechać do 300-metrowej galerii na wysokości szwajcarskiej wioski Castasegna. Tu teren zrobił się znacznie trudniejszy. Po  jedenastu kilometrach od startu stromizna sięgnęła nawet 11,4 %. Potem przez około dwa kilometry znów było łatwiej. W połowie tego odcinka minęliśmy wioskę Spino (12,6 km). Łatwizna skończyła się wraz z wjazdem do kolejnego tunelu na wysokości Promontogno (13,6 km). Tunel był długi na 700 metrów, lecz oświetlony więc zdecydowaliśmy się do niego wjechać pomimo zakazu. W drodze powrotnej byłem już grzeczny i skorzystałem z objazdu po krętych ulicach tej uroczej miejscowości. Na kolejnych kilometrach za tunelem wyprzedziliśmy pięciu członków jakiegoś amatorskiego klubu, najpierw trzech jadących w grupie, a potem kolejno wicelidera i lidera w tym towarzystwie. Około 15 kilometra wspinaczki przejechaliśmy pod naturalnym wiaduktem powstałym na skutek zetknięcia się dwóch skał, które zdają się z sobą całować. Po przejechaniu 16,3 kilometra byliśmy już w centrum kolejnej większej wsi czyli Stampy. Z końcem siedemnastego kilometra droga znowu odpuściła, więc w szybszym tempie dotarliśmy do Vicosoprano (18,9 km). Blisko 9-kilometrowy odcinek od granicy do tej wsi miał średnio 4,8 %. Przejechaliśmy go w tempie 19,6 km/h.

Za Vicosoprano jechało się łatwo i przyjemnie jeszcze przez jakieś półtora kilometra tj. do wysokości, na której znajduje się osada Crot (20,3 km). Następne 4,2 kilometra było pierwszym naprawdę trudnym odcinkiem na tym wzniesieniu o niebagatelnym średnim nachyleniu 7,6 %. Trzeba tu było nawet pokonać osiem łagodnych serpentyn. Większość z nich na dwukilometrowym pomiędzy Pranzairą (21,3 km) a Roivan (23,2 km). Stromizna skończyła się przed wjazdem do osady Lobbia. Na kolejnych dwóch kilometrach było prawie płasko, lecz życie utrudniał nam przeciwny wiatr. Na końcu tego płaskowyżu wyrosła przed nami Casaccia (26,6 km). Ostatnia większa osada ludzka po tej stronie przełęczy. Tymczasem ostatnie 7,7 kilometra od Vicosoprano miało średnio 5,8 % przy dwukrotnym maksimum 11,4 % na 22 kilometrze. Ten fragment wzniesienia przejechaliśmy w tempie 17,4 km/h. Niemniej najtrudniejsze miało dopiero nadejść. Znajdowaliśmy się 357 metrów poniżej przełęczy. Do przejechania pozostało 5,1 kilometra o stromiźnie 7,4 %. W rzeczywistości przez większą część tego odcinka było znacznie trudniej, gdyż przeciętna obejmuje łatwiutki kilometr numer 29 na wysokości Cavril. Zaraz po wjeździe z Casaccii trzeba było pokonać trudny kilometr o nachyleniu 8,2 % i max. 11,3 %. Natomiast po przemknięciu przez wspomnianą krainę łagodności na sam deser zostały nam trzy kręte kilometry o średnim nachyleniu 8,3 % i max. 13,3 % na 1300-1400 metrów przed finałem. Najpiękniejsze są dwa kilometry (między 29,3 a 31,3 km) poprowadzone po efektownych serpentynach z jedenastoma ciasnymi wirażami Właśnie w połowie tego odcinka dałem za wygraną, nie mogąc już dłużej jechać tempem Piotra. Pozostało mi tylko bezsilnie przyglądać się jak odjeżdża i odliczać metry do końca wzniesienia. Na ostatnich 1300 metrach straciłem do niego 50 sekund. Finiszowałem w tempie około 12 km/h – widomy znak mego kryzysu wobec przeciętnej 15,1 km/h z całej 5-kilometrowej końcówki. Pokonanie całego wzniesienia zajęło mi 1 godzinę 41 minut i 59 sekund przy średniej prędkości 18,650 km/h i VAM 876 m/h.

Na przełęczy było 19 stopni. Panowała wręcz piknikowa atmosfera. Na trawce po lewej stronie drogi porozstawiano krzesełka i leżaki, z których korzystali zapewne tak podróżni jak i goście pobliskiego hotelu Kulm-Maloja. Spędziliśmy w tym miejscu około dwadzieścia minut, rozglądając się po okolicy i pstrykając zdjęcia. Następnie zgodnie z planem ruszyliśmy w głąb Engadyny. Ta wysokogórska dolina biegnie przez około 100 kilometrów wzdłuż brzegów Innu aż do granicy z Austria na wysokości miasteczka Vinadi (1017 m. n.p.m.). Niegdyś jej mieszkańcy mówili przede wszystkim w romansch czyli języku reto-romańskim. Dziś powoli zanika on na terenie Górnej Engadyny (powyżej Zernez), szczególnie w tak kosmopolitycznym miejscu jak Sankt-Moritz, do którego się wybieraliśmy. Mieliśmy do pokonania niespełna 20 kilometrów po płaskowyżu, nad którym ponoć przez 300 dni w roku świeci słońce. Już na drugim kilometrze przejechaliśmy przez osadę Cadlagh i dotarliśmy do największego z tamtejszych jezior czyli Lej da Segl. Droga krajowa nr 3 ciągnie się wzdłuż jego brzegów przez dobre 5 kilometrów aż do wioski Segl Baseglia. Dwa kilometry dalej trafiamy na kolejne jezioro Silvaplanersee. Na jego północnym krańcu znajduje się Silvaplana, w której zaczyna się podjazd pod Julierpass. Zaraz za tą miejscowością czekało na nas trzecie jeziorko czyli Lej da Champfler. Za Silvaplaną jedziemy dalej drogą nr 27. Na wjeździe do Sankt-Moritz witają przyjezdnych trzy flagi: państwowa, kantonalna i miejska, a za nimi skrywa się okazały o swojsko brzmiącej nazwie Grand Hotel Kempinski.

Wjechaliśmy do dolnej, uzdrowiskowej części miasteczka gdzie zrobiliśmy sobie zdjęcia pod katolickim kościołem św. Karola. Po 17 kilometrach od przełęczy dobiliśmy do brzegów Lej da San Murezzan. Następnie ulicą Via Serlas podjechaliśmy do centrum. Na zakręcie mieliśmy dobry widok na miejscowy dworzec, z którego odchodzą słynne pociągi Bernina Express (Chur – Tirano via Albula i Bernina) oraz Glacier Express (Sanki-Moritz – Zermatt via Albula, Oberalp i Furka). Sankt-Moritz (rom. San Murezzan) to stolica dystryktu Maloja. Jego patronem jest św. Maurycy, dowódca legionu tebańskiego, który w III wieku wstawił się za prześladowanymi chrześcijanami i wymówił posłuszeństwo cesarzowi Maximianowi. Zostało odkryte dla turystów przez Anglika Josepha Badrutt’a, który w 1864 roku postawił tu swój pierwszy hotel. To tu odbyły się pierwsze na Starym Kontynencie zawody w curlingu (w roku 1880), pierwsze Mistrzostwa Europy w łyżwiarstwie figurowym (1882) i przede wszystkim miasto to dwukrotnie było organizatorem Zimowych Igrzysk Olimpijskich w latach 1928 i 1948. Poza tym uważane jest za kolebkę bobslejów. W sumie aż 21 razy odbywały się tu Mistrzostwa Świata w tej dyscyplinie sportu oraz pokrewnym skeletonie. Natomiast 3-krotnie wyznaczano też  MŚ w narciarskie alpejskim – ostatni raz w 2003 roku. Gra się tu również w polo i golfa, zaś na pobliskim jeziorze uprawia  żeglarstwo i windsurfing. Nieopodal tego miasteczka wznosi się najwyższy szczyt całych Alp Wschodnich czyli Piz Bernina (4049 m. n.p.m.).

Przy przejeździe przez tą miejscowość zrobiliśmy sobie strefę bufetu, spędzając czas na zakupach w miejscowym sklepie spożywczym z sieci Coop. Po czym ponownie zjechaliśmy na poziom jezior i udaliśmy się w drogę powrotną. Wydłużyliśmy ją sobie o przeszło kilometr, gdy na wysokości Foglias zjechaliśmy z drogi nr 3 na boczną ścieżkę wiodącą ku wiosce Segl Maria. Po czym na główny szlak wróciliśmy przy Segl Baseglia. Na dojeździe do Maloji pościgaliśmy się trochę z łysawym gościem na oko 40-kilkuletnim jadącym na rowerze Bianchi w charakterystycznej białej koszulce w czerwone grochy. Na przełęczy zrobiliśmy sobie kolejne zdjęcia, tym razem pod tablicą stojącą po wschodniej osady. Piotr rozpoczął zjazd jako pierwszy. Ja zaś w przerwach pomiędzy strzelaniem fotek na dwóch bezpiecznych odcinkach drogi puściłem hamulce aby złapać nieco prędkości. Na ósmym kilometrze zjazdu dobiłem do 71 km/h, zaś na dwunastym nawet do 77 km/h. Zatrzymałem się też na granicy, gdzie jednak udało mi się zrobić zdjęcie tylko szwajcarskiemu posterunkowi, albowiem po drugiej stronie natrafiłem na sprzeciw włoskich celników. Zjechałem do Chiavenny kwadrans przed szesnastą po zrobieniu 102 kilometrów i 1617 metrów przewyższenia. Słońce grzało w najlepsze, mieliśmy 34 stopnie. Darek wrócił ze Splugi o godzinie osiemnastej. Wieczorem wybraliśmy się na miasto. Za późno by zdążyć na większe zakupy do podmiejskiego hipermarketu, ale w sam raz by obejrzeć najładniejszą część miasta, zjeść późny obiad na starówce i kupić pamiątkowe specjały dla najbliższych w miejscowym sklepiku z lokalnymi produktami.