banner daniela marszałka

Kandel & Le Champ du Feu

Autor: admin o wtorek 5. Czerwiec 2012

Zaledwie po trzech dniach od naszego przyjazdu do Schwarzwaldu przyszedł czas na pożegnanie z niemieckimi górami i przeprawę na zachodni brzeg Renu. Niemniej przed podróżą do Alzacji mielimy jeszcze jedno zadanie do wykonania na terenie Badenii. Godnym finałem naszej krótkiej wizyty w Czarnym Lesie miała być wspinaczka na Kandel (1202 m. n.p.m.), bodaj najtrudniejszy kolarski podjazd w tym paśmie górskim. Przeszło 900 metrów przewyższenia na przestrzeni niespełna 12 kilometrów. Wzniesienie praktycznie nie dające okazji do wytchnienia i złapania głębszego oddechu. Do podnóża tej góry nie mieliśmy daleko. Jakieś pół godziny jazdy samochodem i szykowaliśmy swe rowery do jazdy na parkingu przed marketem Norma w północnej części Waldkirch. Jako, że zatrzymaliśmy się niemal na wysokości płynącej przez to miasto rzeczki Etz start wypadł nam z niższego poziomu niż na załączonym profilu tzn. z około 280 metrów n.p.m. Ruszyliśmy jakiś kwadrans przed trzynastą, tym razem przy słonecznej pogodzie i temperaturze aż 27 stopni. Pierwsze kilkaset metrów po szerokiej ulicy Am den Brunnenwiesen będącej początkiem drogi L186. Na pierwszym kilometrze nachylenie dochodziło do 7 %. Po krótkim wypłaszczeniu i pokonaniu 1,2 kilometra od startu należało skręcić w prawo, gdzie L186 łączyła się z Kandelstrasse.

Po kolejnych dwustu metrach szosa schowała się w lesie i po raz pierwszy wystrzeliła mocno w górę. Stromizna sięgnęła najpierw 11,2 %, zaś w połowie trzeciego kilometra 11,4 %. Tym niemniej pierwsze 3,2 kilometra kończące się na wysokości Gasthaus Altersbach i tak jest najłatwiejszą „tercją” tego wzniesienia. Ten odcinek ma bowiem średnie nachylenie rzędu tylko 6,7 %. Najgorsze miało dopiero nadejść i to dość prędko. Najtrudniejsza jest tu bowiem środkowa faza podjazdu. W szczególności kilometr mieszczący się między 4,5 a 5,5 kilometra od startu. Ma on średnio 10,7 %, z czego sama pierwsza połówka szóstego kilometra aż 11,6 %. W dodatku nawierzchnia szosy w środkowej i górnej części podjazdu jest raczej kiepska co dodatkowo utrudnia wspinaczkę. Jakby nie dość  tego, że sam profil górki jest iście alpejski. Szlak cały czas wiedzie przez las. Za wspomnianą gospodą mija się po drodze tylko jedną chatkę z przystankiem autobusowym. Brak efektownych widoków przynajmniej nie rozprasza, co pozwala skupić się na walce z własną słabością. A jest gdzie pocierpieć. Środek podjazdu między 3,2 a 7,5 kilometra ma średnio 9,1 % przy max. aż 16 % w połowie tego odcinka. Wyżej jest już nieco łatwiej, choć może to nie najszczęśliwsze słowo. Wciąż trzeba się zmagać ze stromizną porównywalną z tą na słynnym L’Alpe d’Huez. Ostatnie 4,3 kilometra ma bowiem średnio 8,1 % przy max. dwukrotnie sięgającym 11,4 % m.in. po przejechaniu 10,2 kilometra od startu.

Podjazd kończy się na niedługim płaskowyżu będącym dość zgrabnie zagospodarowanym. Jest tu niemały parking, górski hotel z piwnym ogródkiem i przede wszystkim trawiaste pole startowe dla paralotniarzy, którzy tego dnia w dużej liczbie korzystali z dobrych warunków noszenia. Wjazd o długości 11,85 kilometra zajął mi 53 minuty i 15 sekund co daje przeciętną 13,3 km/h. Na liczniku pokazało mi się nawet 939 metrów przewyższenia co oznaczałoby VAM rzędu 1058 m/h – w sumie jednak dość skromny jak na tak stromą górę. Najlepszy dowód tego, iż nie odrobiłem jeszcze wiosennych zaległości treningowych. Po przyjeździe Darka poszliśmy razem do hotelowej restauracji na cappuccino i kakao. Następnie przeszliśmy się jeszcze na zachodnią stronę przełęczy gdzie zrobiliśmy zdjęcia na skałkach oraz rzuciliśmy okiem na szutrowy szlak prowadzący na sam wierzchołek góry Kandel (1241 m. n.p.m.). Na zjeździe należało co nieco uważać z uwagi na wspomnianą jakość drogi, acz z drugiej strony zważywszy na stromiznę bez trudno można się było rozpędzić do 65 km/h. Na dole byliśmy około piętnastej. Teraz czekała nas blisko półtoragodzinna podróż do Ville w północnej części Wogezów, gdzie przed dotarciem na nocleg w okolicach Munster, chcieliśmy zdobyć bywałą na Tour de France górę Le Champ du Feu (1099 m. n.p.m.).

Ku francuskiej ziemi prowadziła nas droga L113. Przez Ren przeprawiliśmy się na przejściu między miejscowościami Sasbach a Wahl am Kiaserstuhl. Pierwszą miasteczkiem po francuskiej stronie rzeki było Markolsheim. Zresztą po tablicach drogowych trudno było zrazu poznać, iż wyjechaliśmy już z Niemiec, jako że każda z mijanych przez nas osad miała nazwę kończąca się na germańsko brzmiące „-heim”. W okolicy Selestat pozwoliliśmy sobie na krótki postój, do którego skłoniła nas oferta przydrożnych sprzedawców czereśni. Do Ville, w którym mieliśmy zacząć drugi tego dnia podjazd przybyliśmy przed siedemnastą, ale nie bardzo było widać miejsce gdzie moglibyśmy zaparkować. Przejechaliśmy główne skrzyżowanie i wkrótce byliśmy poza ta mieściną. Ostatecznie zatrzymaliśmy się w Saint-Martin tuż przed zjazdem z  drogi D424. Darek stwierdził, że wystartuje z tego miejsca i pominie delikatny wstęp do tego wzniesienia. Ja ruszyłem i kilka minut później, a że postanowiłem się trzymać wskazówki rodem z wydrukowanego profilu najpierw cofnąłem się półtora kilometra do wspomnianego Ville. W tej miejscowości zawróciłem i z poziomu około 265 metrów n.p.m. wyruszyłem na szlak, który w latach osiemdziesiątych dwukrotnie pokonali uczestnicy „Wielkiej Pętli”.  Za pierwszym razem w 1985 roku pierwszy na górze był słynny Kolumbijczyk Luis Herdera, za drugim dwa lata później mniej znany Belg Hendrik Devos – w obu przypadkach metę etapu wyznaczano w Epinal na terenie Lotaryngii.

Pierwsze 1,6 kilometra do skrętu na północ tj. w drogę D425 to w zasadzie „falsopiano” czyli jazda szybka i przyjemna, na rozgrzewkę przed właściwym podjazdem. Na Route du Hochwald było już nieco trudniej, ale w sumie 3,7 kilometra od startu do miasteczka Breitenbach miało średnio tylko 3,9 %, acz z max. 11,4 % w połowie czwartego kilometra. Środkowa część wzniesienia nie miała aż tak stromej niespodzianki, acz ogólnie droga bardziej trzymała, nie rzadko na poziomie 8-9 %. W sumie odcinek między Breitenbach a znajdującym się 8,4 kilometra od startu rozjazdem, gdzie D425 gna dalej na północ w kierunku przełęczy Kreuzweg, miała średnio 6,9 przy max. 10 %. W tym miejscu chcąc dotrzeć na szczyt najtrudniejszego podjazdu w północnej części Wogezów należy pojechać na zachód po drodze, która od tego momentu nosi oznaczenie D57. Na tym odcinku droga wiedzie przez las, lecz na tyle rzadki że bez trudu przez korony drzew przebijało się słońce. Po przebyciu 11,6 kilometra dojechałem na Col du Charbonniere (961 m. n.p.m.), kolejny ważny punkt na tym szlaku, z którego rozchodzą się drogi na cztery strony świata. Chcąc dotrzeć do swego celu musiałem skręcić w prawo i wjechać na drogę D214. Z rozdroża do szczytu pozostawały już tylko dwa kilometry. Ostatnie kilkaset metrów na długiej prostej zwieńczonej rondem, na którym budowla swym kształtem przypominająca morską latarnię.

Licząca sobie 5,3 kilometra trzecia tercja podjazdu okazała się być najtrudniejszą tj. ze  średnim nachyleniem 7,4 i max. 11,4 % niespełna trzy kilometry przed finałem. Ten liczący sobie 13,7 kilometra podjazd zdobyłem w 51 minut i 50 sekund przy średniej prędkości 15,8 km/h. Nie udało mi się odrobić 10-15 minut straty na starcie jakie miałem do swego kolegi. Darek okazał się nieuchwytnym zającem. Było już godzina osiemnasta, więc na płaskowyżu mimo słoneczka było tylko 12 stopni. Po sesji fotograficznej czekał nas przyjemny 12-kilometrowy zjazd do Saint-Martin, a potem około 60-kilometrowy transfer. Częściowo drogą krajową N58 (alias A35) do Colmar i dalej na zachód drogą D417 w rejon Munster, będącego idealnym miejscem startowym do wypadu na co najmniej cztery z czekających nas wzniesień. Okazało się, że wybierając na naszą drugą przystań schronisko Le Londenbach, położone wysoko ponad wioską Soultzeren zaserwowałem sobie na koniec dnia niezły odcinek specjalny po krętych i bardzo wąskich górskich dróżkach. Dodatkowo też mały kurs z samochodowej nawigacji. Wątpliwą „nagrodą” było lokum w nazbyt jak na nasze gusta i potrzeby surowych warunkach, wiec postanowiliśmy skrócić sobie pobyt w tym miejscu do jednego noclegu i jutro przed południem znaleźć w dolinie coś lepszego, a przy tym położonego bliżej dróg , które mieliśmy zamiar przemierzać na dwóch kółkach.