banner daniela marszałka

Kum & Krvavec

Autor: admin o środa 11. Lipiec 2012

W środę 11 lipca zrobiliśmy trzecią i ostatnią wycieczkę na wschód Słowenii po autostradzie A1. Tym razem przyszło nam z niej zjechać nieco wcześniej, bo na wysokości Trojane. Stamtąd musieliśmy jeszcze odbić na południowy-wschód w rejon miasteczka Trbovlje. Jakieś trzy kilometry na południe od tej miejscowości zaczyna się bowiem uchodząca za jeden z najtrudniejszych podjazdów w tym kraju – niespełna 10-kilometrowa wspinaczka na górę Kum (1212 m. n.p.m.). Dojechawszy do Trbovlje po chwili poszukiwań zrezygnowaliśmy z postoju w centrum miasta i zawróciliśmy do miniętego przez kilkoma minutami podnóża wzniesienia. Początek tego podjazdu znajduje się na prawym brzegu rzeki Sawa, przy zjeździe z drogi nr 108 na wysokości fabryki materiałów budowlanych Lafarge. Dzień był słoneczny, acz po wczorajszym deszczu bardziej rześki niż dwa poprzednie. Około wpół do pierwszej na swoim liczniku zanotowałem temperaturę 26 stopni. Zaparkowaliśmy samochody zaraz za zakrętem na poboczu bocznej drogi. Byliśmy świadomi wyzwania jakie nas czeka, a nawet gdybyśmy nie oglądali czerwonego profilu tego wzniesienia to jego mroczny sekret szybko by nam zdradziła tablica drogowa stojąca na pierwszym metrach wspinaczki. Według niej maksymalna stromizna na tym podjeździe miała sięgać 16 %. W rzeczywistości „najmocniejszy” stumetrowy odcinek miał nachylenie nieco wyższe, bo 17,1 %. Na starcie można się było również dowiedzieć, iż podjazd znajduje się na terenie Parku Krajobrazowego objętego unijnym programem Natura 2000.

Od samego początku trzeba było wrzucić miękkie przełożenie. W moim przypadku najpierw 39×28, a później ostatni tryb w dostępnym mi pakiecie czyli 32. Niemal do końca drugiego kilometra droga wiodła w kierunku wschodnim, równolegle do wspomnianej rzeki z ładnym widokiem na jej dolinę. Stromy start przypominał początek szwajcarskiego podjazdu pod Les Planches nieopodal Martigny. Cała góra była jednak jeszcze cięższa. Najtrudniejsze były zaś pierwsze cztery, z których każdy miał średnie nachylenie ponad 10 %. W tym drugi kilometr aż 12,4 %. Po przejechaniu 3 kilometrów minąłem zjazd w prawo ku wiosce Skofja Riza, zaś niespełna kilometr dalej dobrnęliśmy do wioski Dobovec mijając Cerkev sv. Ana (3,9 km). Przejeżdżając przez centrum tej miejscowości trzeba było pokonać nad wyraz stromy odcinek i minąć lokalny Dom Strażaka (Gasilski Dom). Pokonawszy tą ściankę należało odbić w prawo za kapliczką poświęconą Matce Boskiej. Tu chwila odpoczynku i następna stromizna w lesie na której musiałem nieco spasować nie mogąc dłużej utrzymać koła Adama. Postanowiłem jechać dalej własnym, równym i możliwie mocnym tempem trzymając kontakt wzrokowy z naszą kozicą. Piąty i szósty kilometr miały nachylenie rzędu „tylko” 9,4 i 9,8 %. Na początku siódmego kilometra dwa ciasne zakręty blisko siebie i przed nami kilometr siódmy o wartości średniej 11,1 %. Jednym słowem teren dla typowych górali czyli kolarzy wagi lekkiej. Nieco łatwiej zrobiło się za osadą Lontovz, skąd już do końca strome odcinki miały się przeplatać z łagodniejszymi wpływając na nieco niższe niż wcześniej średnie nachylenie ostatnich trzech kilometrów tzn. 7,4 – 8,5 oraz 9,4 %.

Po przejechaniu 8,3 kilometra skończyła się jazda po asfalcie i wjechaliśmy na nawierzchnię szutrową. Adam jako pierwszy, ja zaś 10-15 sekund później. Na sypkim gruncie czułem się dość dobrze i zacząłem odrabiać straty do swego młodszego kolegi. Wjechaliśmy do gęstszego lasu, gdzie czekało na nas jeszcze parę stromych ścianek na sypkim gruncie. Jednym słowem dość niepewny teren. Nie były co wstawać w pedały ze względu na niemal pewnym uślizg tylnego koła. Z drugiej strony nie można było siedzieć głęboko na tyłach siodełka bo przednie koło rwało się do podskoku. Dwukrotnie musiałem wypiąć nogi z pedałów. Za drugim razem przejazd utrudniła mi dodatkowo poprzeczna rynna do odpływu deszczówki. Pomimo tego dosłownie na ostatnich metrach udało mi się dogonić Adama i do szczytu wzniesienia dojechaliśmy razem w czasie 51 minut i 50 sekund. Podjazd miał długość 9,84 kilometra i 996 metrów przewyższenia, więc wdrapaliśmy się ze średnią prędkością 11,320 km/h i wartością VAM 1153 m/h – w moim przypadku najwyższą na tym wyjeździe. Aby dotrzeć na szczyt trzeba było się nieźle namęczyć, ale było warto i to nie tylko dla własnej sportowej satysfakcji. Na mecie natknęliśmy się nie tylko na kapliczkę, maszt telewizyjny oraz schronisko Planinski Dom. Główną atrakcją był niewielki kościółek pod wezwaniem sv. Neza z towarzyszącą mu wieżą. Na jego tle zrobiliśmy sobie zdjęcia, po czym udaliśmy się w stronę schroniska, gdzie spędziliśmy nieco czasu na słonecznym tarasie, po południowej stronie tego budynku. Kum okazał się bardzo treściwym podjazdem. Może nie jest to „killer” a’la Zoncolan, Kitzbuheler Horn czy Mortirolo, lecz spokojnie można go wymieniać w jednym rzędzie ze wspinaczkami klasy Alpe di Pampeago.

Po zjechaniu do Trbovlje udaliśmy się w drogę powrotną do Radovljicy. Oczywiście nie na odpoczynek. Trzeba było przecież wyrobić naszą dzienną normę górskich wyzwań i zaliczyć drugą wspinaczkę. Na tą okoliczność wybrałem podjazd, na którym trzykrotnie rozstrzygał się wyścig Dookoła Słowenii czyli Krvavec. Pod tą nazwą w rzeczywistości kryje się góra  o wysokości 1971 metrów n.p.m. w Alpach Kamnickich. Natomiast sam podjazd ukrywa się w zbiorach „archivio salite” pod nazwą Planina Jezerca. Według profilu umieszczonego na tej stronie kończy się on na poziomie 1374 m. n.p.m. W rzeczywistości po asfalcie można tu dojechać na wysokość około 1420 metrów. Natomiast pokonując niezbyt stromy dwukilometrowy odcinek szutru da się wjechać przynajmniej o kilkadziesiąt metrów wyżej. Oczywiście zawodowcy musieli kończyć swe zmagania na końcu asfaltowej drogi gdzie znajduje się dość miejsca na przyjęcie uczestników wyścigu kolarskiego. Po raz pierwszy na Dirka po Sloveniji zmierzyli się z tą górą w 2008 roku. Najlepszy okazał się wówczas lokalny as Jure Golcer, który wyprzedził Włocha Franco Pellizottiego i Chorwata Roberta Kiserlovskiego. Nasz Przemysław Niemiec był tego dnia szósty. Rok później pierwszy na górze zameldował się inny Słoweniec Simon Spilak, który wyprzedził Chorwata Matiję Kvasinę oraz Włocha Domenico Pozzovivo. Czwarty był kontrolujący wydarzenia na wyścigu lider rodem z Danii Jakob Fuglsang. W sezonie 2010 podobnie jak dwa lata wcześniej zwycięstwo na tym królewskim etapie było kluczem do zwycięstwa w całej imprezie. Tym razem obie nagrody zgarnął Włoch Vicenzo Nibali, który na królewskim etapie wyprzedził swego rodaka Giovanni Viscontiego i Duńczyka Chrisa Ankera Sorensena.

Nie tylko z uwagi na ową popularność i znaczenie dla losów wspomnianego wyścigu podjazd pod Krvavec można nazwać słoweńskim L’Alpe d’Huez. Przede wszystkim pod względem profilu wspinaczka ta bardzo przypomina ten najsłynniejsza wspinaczkę w kolarskim światku. Gdy doliczymy szutrową końcówkę z dojazdem do schroniska Dom na Gospincu (1491 m. n.p.m.) okaże się, że ten podjazd ma również około 14 kilometrów długości, z których najtrudniejsze są dwa pierwsze, zaś najłatwiejsze dwa ostatnie. Krvavec zaczyna się w Grad,  północnym przedmieściu Cerklje nad Gorenjskem, kilkanaście kilometrów na wschód od lepiej znanego Kranju, który w 1994 roku gościł nawet wielkie Giro d’Italia. Przejazd z Trbovlje w teorii miał potrwać około godziny, lecz przebiegając bocznymi drogami w praktyce zajął nam co najmniej półtorej. Dlatego do kolejnej akcji ruszyliśmy dopiero kwadrans przed siedemnastą. Tak się akurat złożyło, że każdy z osobna: najpierw Darek, potem Piotr, następnie ja i w końcu Adam. Mimo późnego popołudnia zrobiło się bardzo ciepło czyli 34 stopnie na starcie na wysokości około 440 metrow n.p.m.  Pierwsze dwieście metrów było jeszcze łagodnym wstępem do prawdziwej wspinaczki. Potem trzeba było skręcić w prawo czyli kontynuować jazdę po drodze nr 639. Jednak o pomyłkę nie było trudno gdyż droga w lewo odchodziła ku stacji kolejki linowej prowadzącej na Krvavec. Adam i Darek nie dość dokładnie zapoznali się z profilem podjazdu i zwabieni ową nazwą odbili w lewo dokładając po swego przebiegu około osiem kilometrów, z czego połowę stanowił wcale niełatwy podjazd do wioski Stefanja Gora. Wiedząc, że droga na szczyt musi wieść przez miejscowość Ambmroz pod Krvavcem skręciłem w prawo tak jak minutkę wcześniej uczynił to Piotrek.

Od razu postanowiłem wykorzystać tryb z 28 ząbkami. Pod koniec tego trudnego odcinka dogoniłem Piotra, chwilę pojechaliśmy razem, a potem już każdy własnym tempem. Wraz z końcem drugiego kilometra, 500 metrów przed wioską Ravne należało zjechać z drogi nr 639 i odbić w lewo na Stiska vas. Po zakręcie jeszcze kilkaset metrów solidnego podjazdu, więc w sumie pierwsze 2,5 kilometra miało średnie nachylenie 9,9 %. Potem luźny, częściowo zjazdowy, kilometr w kierunku północnym i po wirażu w prawo dalsza część wspinaczki. Dodajmy od razu, że bardzo wymagającej, albowiem kolejne 7,5 kilometra miało średnio 8,7 %, zaś pierwsza połowa dziewiątego kilometra całego wzniesienia aż 12,2 %, w tym max. na poziomie 15,5 %. Ten najtrudniejszy fragment podjazdu znajdował się tuż za wspomnianą wioską Ambroz nad Krvavcem, na początku leśnego odcinka za kościółkiem św. Ambrożego. Stromizna potrzymała jeszcze przez trzy kilometry i dopiero ostatni kilometr przed Planiną Jezerca miał ulgowa wartość 4,1 %. Asfaltowy odcinek długości o długości 11,9 kilometra (od rozjazdu) i przewyższeniu około 960 metrów pokonałem w czasie 56 minut. Postanowiłem na tym nie poprzestawać, iż omijając szlaban pojechałem jeszcze w lewo by po szutrze dotrzeć najwyżej jak się da. Na mapach „google” najśmielsza ciągła linia dochodzi do poziomicy oznaczającej 1740 metrów n.p.m. Dla mnie przejezdna okazała się dwukilometrowy odcinek do wyciągu narciarskiego przed wspomnianym schroniskiem. Aby pojechać wyżej musiałbym mieć rower górski. W tym miejscu poczekałem na Piotra, zaś w drodze powrotnej do Planina Jezerca spotkaliśmy Adama. Na polanie poczekaliśmy na Darka, który po raz drugi zmylił drogę na rozjeździe przed Ravne. Tym sposobem Dario zrobił tego dnia znacznie większy dystans i przewyższenie niż moje 48 kilometrów i 2050 metrów.