banner daniela marszałka

Col du Mont Noir

Autor: admin o wtorek 4. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Saint-Gervais (D 35)

Wysokość: 1421 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1231 metrów

Długość: 17,4 kilometra

Średnie nachylenie: 7,1 %

Maksymalne nachylenie: 11,7 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Po prologu i trzech etapach miałem na rozkładzie pięć wzniesień z obszaru grupy górskiej Chartreuse oraz dwa podjazdy w paśmie Vercors. Tą jawną dysproporcję należało nieco wyrównać. Dlatego cały czwarty etap naszej podróży postanowiłem poświęcić na zwiedzanie tego drugiego masywu. Leży on na pograniczu departamentów Isere oraz Drome, na zachód od Alp Delfinackich. Jego najwyższym szczytem jest wierzchołek Le Grand Veymont (2341 m. n.p.m.). Góry te zbudowane są ze skał wapiennych, więc ze względów geologicznych zasłużyły sobie na przydomek – Francuskie Dolomity. Wapień jest podatny na erozje pod wpływem wody, więc tutejsze rzeki przez miliony lat wydrążyły tu głębokie kaniony. Jeden z najciekawszych mieliśmy tego dnia zobaczyć. Dwa dni wcześniej zaliczyliśmy wspinaczkę do Source de la Moliere. Najwyższą, największą i z pewnością najdłuższą w owych górach. Niemniej z uwagi na ogólnie łagodne nachylenie z pewnością nie najtrudniejszą w tym rejonie. Na to miano bardziej zasługuje Col du Mont-Noir. Na stronie internetowej „cyclingcols” zaprezentowane są aż cztery drogi wiodące na przełęcz Czarnej Góry. Umownie oznaczono je nazwami czterech stron świata. W rzeczywistości trzy docierają ku tej górskiej przeprawie od zachodniej, zaś jedna od strony wschodniej. Ta ostatnia, poprzez pośrednią Col du Romeyere (1069 m. n.p.m.). Każdy z owych podjazdów ma długość od 16 do 18 kilometrów i przewyższenie od 1150 do 1230 metrów. Trzy z nich mają średnie nachylenie na poziomie około 7%. Za najtrudniejszy uchodzi wariant wschodni z początkiem w miejscowości Saint-Gervais. Minimalnie łatwiejszy jest szlak zachodni rozpoczynany na drodze D31 poniżej wioski Saint-Pierre-de-Cherennes. Poza tym mamy tu jeszcze opcję północną na szosie D22 Cognin-les-Gorges łączącą się z zachodnią na wysokości około 1290 metrów n.p.m. Jest też wersja południowa wiodąca drogą D292, która na pierwszych 14 kilometrach pokrywa się z podjazdem na Col de Pra-l’Etang (1267 m. n.p.m.), zaś z dwoma poprzednimi dzieli tylko ostatnie 800 metrów.

Nie wszystkie te podjazdy, choć trudne pod kątem sportowym i spektakularne widokowo, nadają się do wykorzystania na wyścigu kolarskim. Na drodze wschodniej trzeba pokonać ciemny tunel o długości 500 metrów strzegący dostępu do zjawiskowego kanionu Ecouges. Trzy krótkie tuneliki wykute w dolnej części szlaku północnego nie sprawiają aż takiego problemu. Niemniej na tym odcinku szosa została poprowadzona po tak wąskiej i wysoko zawieszonej półce skalnej, że puszczenie tędy kolarskiego peletonu byłoby mocno ryzykowne już w przypadku podjazdu, zaś wyścigowy zjazd byłby igraniem z życiem zawodników. Spośród dwóch pozostałych opcji bardziej wymagający jest podjazd zachodni, który przed rokiem wykorzystano na czwartym etapie Criterium du Dauphine. Finisz tego odcinka wyznaczono powyżej stacji narciarskiej Lans-en-Vercors. Na premii górskiej pierwszy był wówczas Włoch Dario Cataldo, zaś 38 kilometrów dalej na mecie najszybciej finiszował Francuz Julian Alaphilippe. Po wjechaniu na Col du Mont-Noir mamy 5-kilometrowy zjazd na przełęcz Romeyere, z której to każdy wyścig musi odbić na południe ku miejscowości Rencurel. Po dotarciu do drogi D531 organizatorzy mogą już swobodnie wybierać czy skończyć ściganie w Villard-de-Lans, wspomnianym Lans-en-Vercors czy też zjazdem do Grenoble. Jak na razie przełęcz Mont-Noir nie zagościła na trasie Tour de France. Niemniej trzykrotnie zaszczyt ten spotkał niższą Col de Romeyere. Z przełęczą tą związana jest nawet jedna z legend „Wielkiej Pętli”. Zarówno w 1954 jak i w 1959 roku zdobył ją Hiszpan Federico Bahamontes. Przy pierwszej okazji debiutował on w TdF i nastawił się na zwycięstwo w klasyfikacji górskiej. Uciekał tu wraz z Francuzem Jeanem Le Guilly, którego wyprzedził na tej premii. Niemniej do mety w Grenoble pozostawało jeszcze 67 kilometrów. Kastylijczyk nie wierzył w powodzenie tej akcji i postanowił poczekać na peleton. W oczekiwaniu na dużą grupę schłodził się jedząc loda i mocząc stopy w strumieniu. „Orzeł z Toledo” swój pierwszy z siedmiu etapów TdF wygrał dopiero w sezonie 1958, cały ten wyścig rok później, zaś koszulkę najlepszego górala zdobył na Tourze aż sześć razy.

Dla nas wybrałem podjazd wschodni. Ten rozpoczynający się w Saint-Gervais na drodze D35. Po pierwsze najtrudniejszy z całej czwórki. Po drugie położony najbliżej naszej bazy noclegowej w Echirolles. Po dojechaniu na miejsce z wykorzystaniem autostrady A49 i regionalnej drogi D1532 zatrzymaliśmy się w pobliżu lokalnego przedszkola. Na ulicy o nazwie stosownej dla takiego sąsiedztwa czyli Route de l’Ecole. Start wspinaczki wyznaczyliśmy sobie nieco dalej, bo w centrum miasteczka. Jako pierwszy wystartował Dario, zaś ja i Tommy o dwie minuty później. Zaczynaliśmy przy temperaturze 26 stopni, ale bliżej szczytu było nawet 32. Pierwsze 9,5 kilometra tego wzniesienia mocno trzyma. Średnie nachylenie na każdym kilometrze oscyluje na poziomie od 7,2 do 9,2%. Postanowiłem się sprawdzić na tym trudnym odcinku i zacząłem mocno. Tuż po starcie odjechałem zatem Tomkowi, który nie zwykł od razu wchodzić na wysokie obroty. Darka złapałem i wyprzedziłem już pod koniec drugiego kilometra. W połowie trzeciego kilometra droga przeskoczyła nad potokiem Tourtonniere, zaś na początku szóstego nad rzeczką La Drevenne, w największym stopniu odpowiedzialną za rzeźbę tego górskiego terenu. Wysoki rytm jazdy utrzymałem przez sześć kilometrów, potem musiałem odrobinę zluzować. W połowie ósmego kilometra dojechałem do głównej przeszkody na tym szlaku czyli Tunnel des Ecouges. Według stravy na dotarcie w to miejsce potrzebowałem niespełna 36 minut (avs. 12,6 km/h z VAM 1012 m/h). Nie widziałem szans na przejazd przez  długi na pół kilometra, a przy tym nieco skręcający czyli kompletnie ciemny tunel. Przeszedłem go powolutku, bo niemal po omacku. Wiele przepraw tego rodzaju widziałem w swej „turystycznej karierze”. Do najbardziej mrocznych zaliczyłbym krótki, lecz pokręcony tunel na podjeździe Preda Rossa w lombardzkiej Valtellinie oraz długi i słabo oświetlony w samej końcówce nieco off-roadowej wspinaczki na Presa de Llauset z pogranicza Katalonii i Aragonii. Jednakże ten w masywie Vercors przebił wszystkie dotychczasowe.

Tym niemniej nagroda za pokonanie tej czeluści była zacna. Po drugiej stronie czekał nas 300-metrowy odcinek przez wspaniały Canyon des Ecouges. Ten odcinek skończył się przy bocznej ścieżce prowadzącej do wodospadów Cascade de Tuf. Następnie trzeba było pokonać długą na 1200 metrów prostą, zawierającą w sobie najtrudniejszy kilometr całego wzniesienia. W połowie dziesiątego kilometra rozpoczął się znacznie łatwiejszy, a momentami nawet płaski, dojazd do Col de Romeyere leżącej w cieniu góry Roche de Meaudre (1628 m. n.p.m.). Dodam, że oprócz Bahamontesa na trasie TdF jako pierwszy na tej przełęczy zameldował się jeszcze Belg Hendrik Devos w roku 1985. Po przejechaniu 12,2 kilometra musieliśmy tu odbić w prawo na boczną drogę Cerviaux prowadzącą już wprost na Col du Mont-Noir. Do przejechania zostało nam 4,8 kilometra i 342 metry w pionie. Jednym słowem solidny finał o średnim nachyleniu 7%. Tym niemniej przeprawa przez mroczny tunel wytrąciła mnie z rytmu i rozwiała myśli o zrobieniu dobrego czasu na całej górze. Finałowe kilometry przejechałem zatem w trybie ekonomicznym, co było dobrym pomysłem jako, że upał coraz mocniej doskwierał. Przejechanie tego odcinka zajęło mi przeszło 24 minuty (avs. 11,9 km/h z VAM tylko 859 m/h). Podobna była prędkość pionowa na całej górze, z uwagi na straty poniesione w tunelu. Według stravy uzyskałem czas brutto to 1h 25:56, zaś netto 1h 17:46. Co oznacza, iż 8 minut i 10 sekund spędziłem w „jaskiniach Morii”. Za moimi plecami Tomek stopniowo zbliżał się do Darka i ostatecznie doszedł swego starszego kolegę na odcinku pomiędzy Canyon des Ecouges i Col de Romeyere. Potem już razem zmierzali do celu, który osiągnęli z grubsza dziesięć i pół minuty po mnie. Na pewno jednak zostawili sobie więcej sił na pokonanie odcinka specjalnego o numerze 4b. Na szczycie spędziliśmy razem razem przeszło 20 minut. W tym czasie od przeciwnej strony na przełęcz dotarła grupka kolarskich weteranów rodem z Hiszpanii. Nie zabawili tu długo, bowiem szybko pognali ku przełęczy Romeyere. Ciekawe czy ściągnęła ich w te strony legenda Bahamontesa.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2423656155

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2423656155

ZDJĘCIA

20190601_001

FILMY

VID_20190604_130735

VID_20190604_133509

VID_20190604_135000