banner daniela marszałka

Cason di Lanza & Pramollo-Watschiger Alm

Autor: admin o sobota 14. Lipiec 2012

Po pierwszej nocy pod włoskim niebem zaczęliśmy zwiedzanie górskich atrakcji regionu Friuli-Venezia Giulia. Postanowiłem, że tak jak w Słowenii zaczniemy objazd okolicy od wschodnich krańców naszego nowego „rejonu łowieckiego”.  Następnie dzień po dniu przesuwając swe zainteresowanie w stronę zachodniej części rejonu Carnia. Dzięki temu mogliśmy zyskać na czasie przed wyruszeniem na podbój najtrudniejszych wzniesień tzn. budzącego trwogę swą stromizną Monte Zoncolan oraz pominiętego w ostatniej chwili na Giro d’Italia z roku 2011 Monte Crostis. Tym samym podczas pierwszego włoskiego weekendu czekały nas dwie wycieczki w górę rzeki Fella przy drodze krajowej SS13. Po nadspodziewanie długim transferze z Radovlijcy należał się nam dobry wypoczynek. Dlatego w sobotni poranek nie śpieszno było nam do wylotu z Casa Clementa. Najpierw długi sen, każdemu wedle potrzeb. Potem dla chętnych spacer po okolicy i lustracja miejscowych sklepów, głównie spożywczych. Śniadanie około godziny dziesiątej, a sam wyjazd z Ovaro dopiero punkt jedenasta. Do miejsca przeznaczenia, niespełna dwutysięcznego miasteczka Pontebba, nie mieliśmy daleko. Niespełna 60 kilometrów czyli jakieś 50 minut jazdy najpierw na południe drogą SR 335, potem na wschód po drodze SS52 i w końcu na północ wspomnianą krajówką nr 13. Po drodze minęliśmy miejscowości Chiusaforte i Dogna, w których mieliśmy się dotrzeć następnego dnia. Zatrzymaliśmy się na parkingu w centrum Pontebby przy Via Giuseppe Mazzini. Pogoda była tego dnia mocno niepewna. Na razie nie padało, lecz gęste szare chmury nie zwiastowały nic dobrego. Rozpakowując się w zasięgu wzroku mieliśmy miejsca startowe do obu wybranych na sobotę podjazdów.

Pierwszym miała być wschodnia droga pod Passo di Cason di Lanza (1552 m. n.p.m.), zaś drugim wjazd na graniczną przełęcz Pramollo vel Nassfeldpass (1530 m. n.p.m.). Na dzień 14 lipca 2012 roku żadne z tych wzniesień nie zaliczyło jeszcze występu na Giro d’Italia. Aczkolwiek gdy pisze te słowa już wiadomo, iż Cason di Lanza zadebiutuje w wielkim Giro na dziesiątym etapie tegorocznej edycji. Odcinek ten prowadzić będzie z Cordenons do Altopiano del Montasio. i uczestnicy 96. wyścigu Dookoła Włoch będą się wspinać na tą przełęcz od jeszcze trudniejszej i bardziej nieregularnej strony zachodniej. Tym niemniej jak mieliśmy się przekonać również wschodnie oblicze tej góry kryje przed śmiałkami parę niemiłych niespodzianek. Na spotkanie z tym podjazdem ruszyliśmy kilka minut przed wpół do pierwszą. Jak widać na załączonym profilu wzniesienie to ma dwie wyraźnie różniące się swym charakterem części. To znaczy łatwą pierwszą połówkę i znacznie trudniejszy drugi odcinek o podobnej długości. Kilka fragmentów tego podjazdu sprawia, iż było to niezły poligon doświadczalny przed wyprawą na Zoncolan. Szlak na Passo di Cason di Lanza zaczyna się od przejazdu pod wiaduktem kolejowym tuż za Bed & Breakfast Melani. Za przejazdem po prawej stronie drogi znajduje się siedziba lokalnego merostwa. Po 350 metrach od startu na chwilę wjeżdża się na drogę SP112, której lewa odnoga prowadzi ku przełęczy Sella Cereschaitis, zaś prawa na wschodnim brzegu potoku Pontebbana łączy się z drogą SP110 zmierzającą ku Passo di Pramollo. Tymczasem pod Cason di Lanza wiedzie skromniejsza droga lokalna. Po przejechaniu 1,8 kilometra mija się skręt w prawo ku osadzie Gruben, zaś z początkiem czwartego kilometra przejeżdża się przez największą na całym szlaku osadę czyli Studena Bassa (3,1 km). Niespełna pięć kilometrów po starcie należy przejechać pierwszy most nad Pontebbaną czyli ponte Lavaz (4,9 km).

Na lewym brzegu tego potoku trafił nam się ledwie przejezdny odcinek drogi pokryty żwirem i kamieniami z pobliskiego zbocza. Chwilę później przejechaliśmy dwa blisko siebie położone mostki. Pierwszy 6,7, zaś drugi 7,3 kilometra od startu. Za trzecim mostem zaczyna się pierwsza stroma ścianka, a w zasadzie cały kilometr na poziomie około 10 %. Nie byłem w stanie dłużej dotrzymać tempa Adamowi. Przed stromizną przy dwóch domach (km 9,2) miałem jeszcze nadzieje do niego doskoczyć. Jednak wkrótce stało się jasne, że na pozostałych do szczytu sześciu kilometrach będę walczył tylko o przetrwanie. Kolejna stroma ściana czekała nas na łące przed Casera Rio Secco (km 10,9), gdzie w desperacji wrzuciłem już tryb 32. Odrobinę można było odpocząć na łatwiejszym kilometrze dwunastym. Niemniej była to tylko cisza przed burzą czyli całym kilometrem o średnim nachyleniu 14,7 %. Były na nim dwa odcinki serpentyn, pierwszy w lesie i drugi wśród skał. Goniąc resztkami sił na jednym z wiraży wypiąłem nogę z pedału i na chwilę stanąłem. Poniekąd z uwagi na żwirek dodatkowo utrudniający przejazd przez tą stromiznę. Po przebyciu 13,3 kilometra minąłem zniszczone zabudowania gospodarcze oznaczone na profilu jako Casarotta i już prawie byłem w domu. Po łatwym przedostatnim kilometrze trzeba było się jeszcze wysilić na ostatnich 800 metrach. Dystans 15,3 kilometra przejechałem w czasie 1h 5 minut i 30 sekund czyli z przeciętną 14,015 km/h. Na szczycie było wietrznie i mokro przy rześkiej temperaturze 14 stopni. Jeszcze nie padało, ale powietrze było przesiąknięte wilgocią. Przełęcz wyglądała na miejsce wypadowe do rozmaitych górskich wędrówek. Znajduje się na niej schronisko i gospodarstwo agroturystyczne. Natomiast po drugiej stronie drogi za drzewami widać też opuszczony budynek Gwardii Finansowej. Z ciekawostek historycznych warto odnotować bitwę jaką miejscowi wojacy w 1478 roku stoczyli z Turkami, którzy ćwierć wieku po zdobyciu Konstantynopola najechali tereny należące do Wenecji.

Po zjeździe do Pontebby nie prędko wybraliśmy się na drugi podjazd. Jeszcze przed piętnastą rozpadało się i to całkiem zdrowo. Dlatego zamiast od razu ruszyć na Passo Pramollo schowaliśmy się w samochodach, aby przeczekać niekorzystne warunki pogodowe. Nasza cierpliwość została wystawiona na próbę, lecz opłaciło się poczekać. Po godzinie szesnastej nieco się przejaśniło i postanowiliśmy spróbować szczęścia. Szlak na przełęcz Pramollo w całości przebiega po drodze SP 110. Nigdy nie został przetestowany na Giro, lecz tym roku zajrzało tu młodzieżowe Giro del Friuli – wygrał niejaki Diego Rosa. Podjazd rozpoczyna się przy domku z napisem Francesco Parisi, w miejscu oddalonym ledwie 130 metrów od ulicy, na której cztery godziny wcześniej zaczęliśmy pierwszą wspinaczkę. Tu również zaraz po starcie trzeba przejechać pod linią kolejową z Tarviso do Udine. Po kilkuset łatwych metrach wspinaczka zaczyna się na dobre za mostem nad rzeczką Bombaso. Drugi kilometr miał średnio 8,8 %. Znów łatwiej zrobiło się wśród łąk na trzecim i czwartym kilometrze tzn. 4,9 i 5,1 %. Prawdziwa wspinaczka zaczęła się w okolicy tunelu wykutego skręcającego o 180 stopni w lewo. W połowie piątego kilometra napotkaliśmy maksymalną stromiznę rzędu 12,2 % i Adam ponownie mi odjechał. Trzy kolejne kilometry trzymały na bardzo podobnym do siebie poziomie od 8,5 do 8,7 %. W tym czasie jeszcze dwukrotnie trzeba było przeskoczyć ponad nurtem rio Bombaso. W drugiej połowie ósmego i na całym dziewiątym kilometrze droga wiodła łagodnymi serpentynami na górskiej hali. Po każdym zakręcie w prawo trzeba się było zmagać z przeciwnym wiatrem. Minąłem gospodarstwo Malga Tratten (8,6 km) otoczone przez stadko rozbieganych kóz. Dwieście metrów za nim droga ponownie schowała się w lesie.

Ósmy i dziewiąty kilometr miały średnio 7,1 i 7,6 %. Nieco trudniej było na dziesiątym i jedenastym czyli 8 i 8,9 %. Jak widać góra była dość sztywna, lecz przynajmniej regularna. Nachylenie niemal cały czas oscyluje tu między 7 a 9 %, przy max. 12 %. W lesie czekały nas teraz długie proste, w tym najdłuższa kończąca się szerokim wirażem przy Caserma Marta e Laritti (11,5 km). Z tego miejsca do końca planowanej wspinaczki było jeszcze półtora kilometra, w tym kolejna serpentyna, dokładnie po dwunastu kilometrach od startu. Podjazd skończył się na wysokości Albergo Wulfenia (12,7 km). Do granicy brakowało jeszcze trzystu płaskich metrów wzdłuż brzegów małego sztucznego jeziorka. Na przełęcz wjechałem po pokonaniu 13 kilometrów o średnim nachyleniu 7,45 % w czasie 1 godziny 2 minut i 10 sekund czyli z przeciętną prędkością 12,546 km/h. Dawne przejście graniczne znajduje się na zakręcie w prawo. Odkryliśmy jednak, że po austriackiej stronie od głównej drogi odbija w prawo świeżutka asfaltowa ścieżka do Watschiger Alm (1638 m. n.p.m.). Była ona naszą szansą na zaliczenie kolejnego „tysięcznika” czyli kolarskiej góry o przewyższeniu co najmniej tysiąca metrów. Aby dotrzeć do kresu drogi przy górskim schronisku nad stawem trzeba było przejechać dodatkowe 1300 metrów o średnim nachyleniu 8,3 % i minąć po drodze malutki kościółek, zaś tuż przed finałem dom gościnny Alpenhof Plattner. Do Pontebby zjechaliśmy tuż przed dziewiętnastą. Zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w pobliskim sklepie spożywczym i ruszyliśmy do bazy na nocleg w Ovaro. W drodze powrotnej natknęliśmy się na prawdziwe oberwanie chmury. Przyznać trzeba, że pomimo pewnych niedogodności mieliśmy sporo szczęścia. Pomimo wielce kapryśnej pogody udało nam się wykonać sobotni plan w całości i to z małą nawiązką. Na siódmym etapie wyprawy przejechaliśmy wszyscy 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 2068 metrów.