banner daniela marszałka

Julier & Albula

Autor: admin o piątek 15. sierpnia 2008

Niestety jak mieliśmy się przekonać na pogodzie Szwajcarzy znają się znacznie lepiej niż nasi meteorolodzy, bowiem praktycznie się nie mylą. Od rana do południa padało i to wcale nie lekko, więc mogliśmy tylko z nadzieją na przejaśnienia spoglądać w szare niebo. Tuż przed południem przestało padać, choć nadal było pochmurnie i zimno – skromne 12 stopnie. Mimo to ruszyliśmy na nasz najdłuższy rowerowy wypad poza rajdem Alpenbrevet. Czekało na nas 100 kilometrów górskiej trasy z przejazdami przez przełęcze: Julier (2284 m. n.p.m.) oraz Albula (2321 m. n.p.m.). Do tego ta niepewna pogoda. Na początek lekkie 11 kilometrów na płaskowyżu z niewielką górka między Celeriną a Sankt-Moritz, wolną jazdą przez słynny kurort pełen turystów oraz dalej po płaskim terenie do miejscowości Silvaplana.

Tu zaczyna się podjazd pod Julierpass, która od południa prezentuje się dość skromnie. Całe wzniesienie ma 7,3 kilometra przy średnim nachyleniu 6,7 % i przewyższeniu 469 metrów. Niemniej moim skromnym zdaniem jest ono cięższe niż oddają to suche dane. Wpływ na to ma zapewne ostry początek czyli stromizna blisko 12 % na pierwszy 550 metrach, który przejechany ze zbyt dużym entuzjazmem może nieco „podciąć” nogi czy „ukłuć” w płuca. Do tego w górnej części tzn. na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. droga prowadzi przez odsłonięty teren gdzie jazdę utrudniał nam silny wiatr. Wspinaczka zajęła mi nieco ponad 27 minut przy średniej prędkości 16,1 km/h i VAM 1032 metrów. Na górze było ledwie 7 stopni, więc warto było się schronić sklepie z pamiątkami.

Po obowiązkowym rytuale fotograficznym czekał nas blisko 36-kilometrowy zjazd do Tiefencastel na wysokość ledwie 836 metrów n.p.m. Tylko przez pierwsze kilka kilometrów typowo alpejski, zaś przez kolejnych trzydzieści przecinany płaskim terenem. Musieliśmy za to uważać w paru miejscach na odcinki szutru trafiwszy akurat na roboty drogowe. Miłym akcentem na koniec tego zjazd były dwa kilometry, na których bez trudu można było się „rozbujać” do 70 km/h. Po zjeździe, stojąc na rondzie przed Tiefencastel mieliśmy w nogach blisko 55 kilometrów, lecz najtrudniejsze „odcinki specjalne” dopiero przed nami. Temperatura 15 stopni i pochmurne, acz dość jasne niebo skłaniały nas do ostrożnego optymizmu przed drugą częścią piątkowego etapu.

Pierwsze 14 kilometrów to ledwie wstęp do właściwej części podjazdu, albowiem na tym odcinku trzeba pokonać różnice wzniesień zaledwie 300 metrów. Jechaliśmy zgodnie ze średnią prędkością ponad 20 km/h mijając po drodze Suravę i Filisur. Niestety w miarę pokonywania kolejnych kilometrów chmury nad nami ciemniały. Zaczęło zrazu kropić, następnie padać, zaś na dwukilometrowym stromym odcinku przed Bergun po mżawce nie było już śladu i z nieba lało jak z cebra. Postanowiliśmy zatrzymać się w Bergun i jakoś przeczekać to załamanie pogody. Do naszej bazy po drugiej stronie przełęczy Albula brakowało nam niespełna 30 kilometrów. Pora dnia była wciąż dość wczesna – dochodził kwadrans po piętnastej – czyli mieliśmy jeszcze spory zapas czasu przed wieczorem. Weszliśmy do jednego z hoteli na głównym placu miasta. Zostawiwszy rowery w holu, zmarznięci i przemoczeni udaliśmy się do restauracji wypić oraz przekąsić coś ciepłego.

Ludzie z obsługi tego gościnnego przybytku patrzyli na nas jak na straceńców. Zamówiona herbata i zupa grzybowa smakowały mi oczywiście bardziej niż zwykle. Tymczasem nawałnica za oknem nie ustawała. Momentami padał grad, zaś szarość za oknem rozświetlały światła błyskawic. W ogólnym hałasie dało się słyszeć uderzenia piorunów. W tych warunkach dalsza jazda wydawała się czystym szaleństwem. Skoro bowiem w Bergun cały czas lało, a temperatura oscylowała w granicach 10 stopni to cóż lepszego nas mogło czekać blisko 1000 metrów wyżej na przełęczy Albula? Łukasz za namową naszych gospodarzy całkiem rozsądnie postanowił dalszą część drogi przebyć pociągiem czyli wspomnianą przeze mnie trasą Kolei Retyckich. Ja byłem na tyle szalony by choć spróbować dalszej jazdy na rowerze. Pomysł iście wariacki, lecz kierowałem się wówczas sercem i wiarą we własne możliwości niż obiektywną oceną potencjalnych niebezpieczeństw. Dla przykładu nie pomyślałem jak w tych warunkach, zgrabiałymi od zimna i wilgoci rękoma byłbym w stanie zmienić dętkę w razie defektu? Niemniej skoro Łukasz zdecydował się wrócić do Engadin pociągiem to przynajmniej miałem pewność, że już wkrótce będzie cały i zdrowy w naszej bazie.  Tym samym w razie potrzeby wsiądzie w samochód i ściągnie mnie z trasy.

Ostatecznie po 100 minutach postoju, cieplej ubrany i rozgrzany zupą oraz herbatą ruszyłem w dalszą drogę na przełęcz. Cóż udało się, więc mam co z rozrzewnieniem wspominać. Niesamowite przeżycie 57 minut jazdy w strugach deszczu, zaś na ostatnich trzech kilometrach przy deszczu ze śniegiem. W okolicy Predy wyprzedził mnie pociąg z Łukaszem. Od czasu do czasu z naprzeciwka mijały mnie samochody, których kierowcy musieli być nieźle zaskoczeni iż ktoś w tych warunkach gramoli się na górę. Jednak do czasu gdy trzeba było się ciężko pracować wspinając się przez 13,7 kilometra przy średnim nachyleniu 7 % nie czułem szczególnego zimna. Wjechałem na górę ze średnią prędkością 14,4 km/h przy wartości VAM 969 metrów – chyba nieźle jak na te warunki. Na górze stanąłem zrobić sobie autoportret przy tablicy, a następnie chciałem zjechać na drugą stronę ku dolinie Engadin. Do La Punt brakowało tylko 9,5 kilometra z czego półtora kilometra na płaskowyżu i osiem dalszych zjazdu. Szybko jednak przekonałem się o różnicy między mozolną wspinaczką, a szybszą jazdą przy temperaturze 1 stopnia Celsjusza. Po ledwie kilkuset metrach spasowałem przemarznięty zawróciłem do schroniska, które niestety okazało się zamknięte na cztery spusty.

Pozostał mi telefon do przyjaciela i cierpliwe wyczekiwanie na ratunek. Jednym słowem blisko pół godziny dreptania i chuchania. Nieliczni kierowcy przejeżdżający przez przełęcz nie specjalnie przejęci moim losem. No cóż miałem czego chciałem. Na moje szczęście trafiła się w końcu 4-osobowa rodzina uprzejmych Samarytan. Zaprosili mnie do swego samochodu, podali koc i poczęstowali czekoladą. W tym cieplejszym klimacie ludzkiej życzliwości spędziłem kilka minut pozostałych do przyjazdu Łukasza. Jazda samochodem przy minimalnej widoczności oraz mokrym śniegu pod letnimi oponami wymagała od mojego kolegi sporych umiejętności i doświadczenia na zjeździe do La Punt. W dolnej części zjazdu przeszkadzał mu już tylko deszcz. Okazało się, iż śnieg padał m/w od wysokości 2100 metrów, więc w samej dolinie Engadin już go nie było. Wieczorem zwiedziliśmy Samedan, w którym zamieszkaliśmy po porannej ewakuacji z Bever. Wcześniej jednak ciepło zrobiło się nam na sercach widząc sukces naszego kulomiota Tomasza Majewskiego, który zdobył pierwszy dla Polski złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie.