banner daniela marszałka

Nevegal-La Casera & Cima di Campo

Autor: admin o piątek 20. Lipiec 2012

W trakcie tygodniowego pobytu w Ovaro zaliczyliśmy „wspólnymi siłami” niemal wszystkie najciekawsze najlepsze podjazdy w regionie Friuli-Venezia Giulia. Piszę tu o pracy zbiorowej, gdyż w drugiej połowie tego okresu byliśmy od siebie niezależni pod względem transportowym, dzięki czemu każdy mógł zwiedzać takie góry jakie mu w danym dniu pasowały. Jednym słowem działaliśmy wedle hasła każdemu wedle potrzeb i możliwości. Z tej przyczyny każdy z nas zaliczył inną liczbę i nieco inny zestaw wzniesień. Adam zdobył piętnaście kolarskich gór, ja czternaście, Piotr dwanaście, zaś Darek dziesięć. Dodam, iż były to podjazdy o amplitudach od 792 metrów (Monte Croce Carnico) do 1450 metrów (Monte Crostis), a więc bez żadnego wyjątku premie górskie pierwszej i najwyższej kategorii. W piątkowe przedpołudnie przyszło nam z żalem opuścić wygodną bazę w Casa „In Clementa”. Na zakończenie całej wyprawy czekał nas w niedzielę 22 lipca wyścig GF Leggendaria – Charly Gaul na blisko 140-kilometrowej trasie wokół Trento. Z myślą o tej imprezie zarezerwowałem dla nas pokój w hotelu Casa Vigolana w miejscowości Vigolo Vattaro oddalonej zaledwie 12 kilometrów od Trydentu. Czekał nas długi transfer na zachód, w przeważającej części przez rozdzielający Friuli od Trentino region Veneto. Oczywiście nie interesował nas pusty przelot czyli kilka godzin w samochodzie bez kolejnej przygody na rowerze. Po drodze było aż nadto górskich propozycji do rozważenia. Uznałem, że możemy sobie pozwolić na dwa przystanki. Pierwszy wyznaczyłem nam w Belluno z myślą o Nevegal / La Casera (1398 m. n.p.m.), zaś drugi w niewielkiej miejscowości Arsie celując w Cima di Campo (1435 m. n.p.m.).

Ovaro opuściliśmy dopiero po godzinie jedenastej. Do Belluno zdecydowaliśmy się dojechać autostradami. Dlatego najpierw za Tolmezzo wskoczyliśmy na A23 i pojechaliśmy nią na południe aż do Palmanovy. Tu skręciliśmy na zachód wjeżdżając na A4 do Portogruaro. Następnie wybraliśmy A28, którą dojechaliśmy do okolic Conegliano. W końcu zaś pozostało nam już tylko wjechać na A27 i pojechać nią na północ mijając po drodze Vittorio Veneto. Na miejsce dojechaliśmy dopiero około wpół do drugiej. Zatrzymaliśmy się przy Viale dei Dendrofori, na dużym płatnym parkingu pod miejscową starówką. Kolejny raz żar lał się z nieba. Gdy wyjąłem swój rower z samochodu licznik wskazywał mi – zapewne nieco na wyrost – temperaturę 42 stopni Celsjusza! Darek i Piotr zrezygnowali z jazdy w tych warunkach wybierając spacer po starej części Belluno. Jako, że rzadko zbaczam z obranego kursu postanowiłem się trzymać wcześniej opracowanego planu. Do towarzystwa miałem Adama. Kilka minut przed czternastą byliśmy gotowi do drogi i wypróbowania swych sił na podjeździe, który już czterokrotnie został sprawdzony na Giro d’Italia. Po raz ostatni ledwie rok wcześniej podczas czasówki, dzięki czemu mogliśmy się „porównać” z najlepszymi góralami globu. Góra ta wpadła w oko organizatorom Giro w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy aż trzykrotnie wysłano na nią kolarzy. Wygrywali na niej wyłącznie Włosi tzn. w 1962 roku Guido Carlesi, rok później Arnaldo Pambianco, zaś w sezonie 1968 Lino Farisato. W dwóch pierwszych przypadkach zdobycie góry równoznaczne było ze zwycięstwem etapowym.

Natomiast w 2011 roku na trasie szesnastego etapu z Belluno do Nevegal (1047 m. n.p.m.) zorganizowano tu górską czasówkę. Wspinaczkę wygrał Hiszpan Alberto Contador. „El Pistolero” pokonał dystans 12,65 kilometra w czasie 28 minut i 55 sekund czyli ze średnią prędkością 26,351 km/h. Wyprzedził on swych włoskich rywali: Vincenzo Nibalego i Michele Scarponiego odpowiednio o 34 i 38 sekund. W tym miejscu należy powiedzieć, iż podjazd z Belluno do stacji narciarskiej Alpe di Nevegal liczy sobie m/w 11 kilometra. Jednak podczas ubiegłorocznej czasówki startowano z położonego na wzgórzu centrum miasta. Pomiędzy Piazza Martiri a Ponte della Vittoria na dystansie 1,85 kilometra zjechano więc 45 metrów. My dwaj wspomniany most mieliśmy dosłownie po sąsiedzku. Nasz podjazd miał się skończyć przeszło 350 metrów wyżej po pokonaniu 16,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,5 %. Włączyłem licznik tuż za rzeką Piave, gdy tylko szosa zaczęła się wznosić. Po dwustu metrach dojechaliśmy do ronda, na którym należało wybrać drugi zjazd czyli drogę SP 31 – Via Col Cavalier. Pierwszy kilometr ma przyzwoite nachylenie 5,3 %. Jednak po zakręcie w lewo na wysokości niespełna 400 metrów n.p.m. szosa wypłaszcza się i to na dobre trzy kilometry. Na trzecim kilometrze przejechaliśmy przez Castion (2,5 km) dojeżdżając następnie do okolic Caleipo (3,7 km). Tu na końcu długiej prostej ujrzeliśmy przez sobą stromą ścianę, która oznaczała początek zdecydowanie najtrudniejszej, środkowej części podjazdu. Dla porównania. Na pierwszych czterech kilometrach średnie nachylenie podjazdu wynosi ledwie 3 %. Tymczasem między początkiem piątego a połową dziesiątego kilometra przeciętna stromizna to 9,5 % przy max. 14 %. Na tym odcinku jest dziewięć wiraży, łączonych na ogół długimi prostymi. Nie muszę dodawać, że na tak stromym fragmencie góry z trudem dotrzymywałem kroku swemu koledze wagi lekkiej.

Stromizna skończyła się po przejechaniu około 9,3 kilometra. Chwilę później znaleźliśmy się na łatwym odcinku drogi przed Piano Nevegal (1012 m. n.p.m. – 10,2 km). Pół kilometra dalej dojechaliśmy do ronda, na którym trzeba było się rozstać z drogą SP 31, która w tym miejscu zawraca na północ w kierunku Cadoli i Ponte Nelle Alpi. My na rondzie musieliśmy wybrać pierwszy zjazd czyli odbić w prawo aby dojechać do centrum ośrodka, który poza uczestnikami Giro gościł m.in. narciarzy obu specjalizacji podczas XII Zimowej Uniwersjady w roku 1985. Minęliśmy linie mety wspomnianej czasówki i przejechawszy 11,2 kilometra w okolicy Albergo Slalom odbiliśmy w prawo ku osadzie Faverghera (12,9 km). Do obranego przeze mnie finału brakowało jeszcze niespełna pięciu kilometrów. Najpierw jedzie się po długiej prostej mijając po lewej stronie drogi Santuario della Madonna di Lourdes (11,9 km), które przyznam przeoczyłem. Na ostatnich czterech kilometrach szosa wije się już nieustannie pokonując aż trzynaście wiraży na dystansie ledwie 3,8 kilometra. Ostatnie 4,9 kilometra ma średnio 7 %, więc serpentynki są tu pewnym ułatwieniem dla kolarza-amatora. Do karczmy La Casera dojechaliśmy razem w czasie 1 godziny 4 minut i 13 sekund z przeciętną prędkością 15,042 km/h. VAM poniżej normy czyli 982 m/h, zapewne z uwagi na „płaskie” trzy kilometry w pierwszej ćwiartce podjazdu. Na górze temperatura spadła do przyjaznych 22 stopni. Teoretycznie można było pojechać jeszcze wyżej tzn. w kierunku schronisk na Col Visentin (1763 m. n.p.m.). Początkowo po bardzo stromej, zaś jakościowo po ledwie cementowej ścieżce. Tym niemniej dojazd do La Casera w zupełności spełnił moje ambicje. Poza tym nie mieliśmy czasu na przedłużenie tej wspinaczki. Do Vigolo Vattaro pozostało nam przeszło 100 kilometrów. W dodatku w planach mieliśmy do pokonania jeszcze jeden i to nieco dłuższy podjazd oraz obowiązkowo jakieś zakupy spożywcze po drodze.

Na parking pod Belluno zjechałem kwadrans po szesnastej. Darek i Piotrek wrócili już wcześniej ze swego turystycznego rekonesansu i byli gotowi do dalszej drogi. Trzeba się było szybko spakować i ruszyć dalej na zachód. Mieliśmy teraz przejechać 44 kilometry po drodze krajowej SS50. W teorii miało nam to zająć około 50 minut. Tym niemniej już po 11 kilometrach zatrzymaliśmy się na dłuższy czas u „Kangura” czyli w supermarkecie pod Sedico. Adam z Darkiem nie mieli dotąd okazji zrobić większych zakupów przed powrotem do Polski i to była jedna z ostatnich ku temu okazji. W dalszej drodze najpierw minęliśmy odchodzącą na północ drogę N203, którą można dojechać do podnóża kilku sławnych w kolarskim światku podjazdów, by wymienić tylko: Duran, Valles czy Fedaia-Marmolada. Potem przejechaliśmy przez Feltre, które dobrze poznałem w czerwcu 2008 roku szykując się do startu w Gran Fondo Campagnolo (obecnie GF Sportful). Na ostatnich kilometrach dojazdu do Arsie po lewej ręce mieliśmy wielki masyw Monte Grappa. Dosłownie przemknęliśmy obok Seren del Grappa i Caupo, w których rozpoczynają się dwie z pięciu kolarskich dróg na tą słynną górę. W końcu około wpół do siódmej zjechaliśmy z SS50 w kierunku północnym i zatrzymaliśmy się przy Via Dante Alighieri niespełna kilometr na zachód od Arsie. Podjazd na Cima di Campo zaczyna się w samym centrum tego miasteczka przy Piazza Guglielmo Marconi. Na Giro przejechano go tylko raz w 1999 roku na etapie z Castelfranco Veneto do Alpe di Pampeago wygranym przez Marco Pantaniego. Jednak na znajdującej się w środkowej części tego etapu premii górskiej jako pierwszy zameldował się znany nam również z trasy Tour de Pologne Mariano Piccoli.

Drogi na Cima di Campo są dwie: wschodnia (wenecka) i zachodnia (trydencka), bowiem płaskowyż znajduje się na pograniczu tych dwóch regionów. Interesowała nas ta pierwsza, wypróbowana przez GdI opcja. Obie wersje góry mają ponad 1100 metrów przewyższenia i stawiają bardzo zbliżone wymagania. Podjazd od strony Grigno ma 20,9 kilometra o średnim nachyleniu 5,6 %, zaś ten z początkiem w Arsie 18,6 kilometra z przeciętną stromizną 6 %. Wspinaczkę rozpoczęliśmy dopiero kwadrans przed dziewiętnastą przy temperaturze 29 stopni. Od początku mocne tempo narzucił Piotrek. Najwyraźniej dobrze wypoczęty po rezygnacji z wycieczki na Nevegal. W dolnej części wzniesienia przejeżdża się przez kilka wiosek. Na początku trzeciego kilometra mija się Mellame (2,1 km), zaś półtora kilometra dalej osadę Borgo San Lorenzo (3,6 km). Na początku piątego kilometra bierze się ostry zakręt w lewo wjeżdżając na Via Dolomiti we wiosce Rivai (4,1 km). Pod koniec piątego kilometra kończą się ostatnie zabudowania i przez kolejne sześć kilometrów wąska, acz dobrze utrzymana droga chowa się w leśnej głuszy. Monotonię jazdy przerywa na wysokości około 1000 metrów n.p.m. przejazd przez wioskę Col Perer (10,8 km) pełną domów letniskowych. Podjazd jest przyjemny, bo regularny co umożliwia jazdę w jednostajnym rytmie. Pierwsze 4,5 kilometra ma średnie nachylenie 5,9 %, zaś kolejne 6,3 kilometra niewiele więcej bo 6,6 %. Z trudniejszych odcinków: pierwsza połowa piątego kilometra ma 8,3 %, zaś cały dziewiąty kilometr 8,4 %. Maksymalna stromizna na krótszym odcinku wynosi tylko 9,5 %.

Za Col Perer do przejechania pozostaje jeszcze 7,8 kilometra. Droga staje się dwukrotnie węższa i ponownie wjeżdża w las. Jeszcze przez 700 metrów prowadzi na północ, potem zawraca na południe, aby z początkiem czternastego kilometra ostatecznie przybrać kierunek zachodni. Pierwsza połowa górnego odcinka trzyma na poziomie 6 %, zaś druga ma już tylko 4,6 %. Aczkolwiek to właśnie na siedemnastym kilometrze trzeba pokonać odcinek 550 metrów o średnim nachyleniu 8,2 %. W połowie piętnastego kilometra na pewien czas wyjeżdża się z lasu przejeżdżając przez polanę, przy której położone jest Agriturismo Malga Celado (15,1 km). Następnie na końcu długiej prostej przez las i przejechaniu 16,7 kilometra dojeżdża się do ciasnego wirażu w prawo. Z tego miejsca odchodzi szutrowa ścieżka do Malga Campo oraz wybudowanego na kilka lat przed I Wojną Światową fortu Leone. Na kolejnych 500 metrach jest kilka serpentyn, na których każdy zakręt w lewo oznacza wspinaczkę, zaś w prawo jazdę po niemal płaskim terenie. Ostatnie półtora kilometra to już delikatny podjazd na poziomie nie przekraczającym 4 %. Zatrzymaliśmy się na wysokości białego domku, w którym mieści się Trattoria Cima Campo. Dalej droga zaczyna zjeżdżać w kierunku oddalonego zaledwie 1800 metrów regionu Trentino. Zgodnie współpracując przejechaliśmy całą górę w 3-osobowym składzie w czasie 1 godziny 7 minut i 43 sekund (przeciętna 16,480 km/h i VAM 987 m/h). Darek, który po defekcie wystartował kilka minut później wykręcił czas netto 1h 17:12. Na górze tuż przed dwudziestą było jeszcze 18 stopni. Niestety ze względu na późną porę zaczynało brakować światła. Dlatego na zjeździe im niżej tym trudniej było o przyzwoite zdjęcia z podróży. Do samochodu zjechałem już po 21-wszej, a pozostało nam jeszcze do przebycia 35 kilometrów. Jadąc drogami SS47 i SP1 dotarliśmy do Casa Vigolana już po zmroku. Tego dnia na „weneckiej” ziemi przejechałem rowerem 72 kilometry o łącznym przewyższeniu 2167 metrów.