banner daniela marszałka

Lac Besson (via L’Alpe d’Huez)

Autor: admin o niedziela 9. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Le Bourg d’Oisans (D 211)

Wysokość: 2080 metrów n.p.m.

Przewyższenie: 1361 metrów

Długość: 17,6 kilometra

Średnie nachylenie: 7,7 %

Maksymalne nachylenie: 12 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Noc z soboty na niedzielę spędziliśmy już w apartamencie La Poya, położonym 150 metrów od centrum Le Bourg d’Oisans. Niestety pesymistyczne prognozy pogodowe znalazły potwierdzenie w rzeczywistości. Od rano padało i rzecz jasna było znacznie chłodniej niż w okolicach Grenoble. Jak pech to pech. Aura okazała się złośliwa. Na mniejszych wysokościach męczyła nas upałem, a gdy tylko przeprowadziliśmy się wyżej to uległa znacznemu pogorszeniu. Akurat wtedy, gdy nawet ja, nie miałbym nic przeciwko ciepłemu powietrzu. Zważywszy na fakt, iż poczynając od etapu dziewiątego, niemal codziennie mieliśmy się wspinać ku celom położonym na wysokości ponad 2000 metrów n.p.m. W szeroko pojętym rejonie Oisans znaleźć można pewnie z tuzin ciekawych podjazdów. To znaczy takich na miarę pierwszej i najwyższej kategorii. My na rowerowe zwiedzanie tych okolic mieliśmy jednak tylko trzy dni plus początek czwartego. Dlatego po stosownej selekcji wpisałem do naszego siedem wzniesień. Sześć jak dotąd przeze mnie „nieoswojonych” oraz siódme dobrze znane tak mi jak i Darkowi. Mowa o podjeździe do stacji L’Alpe d’Huez, który zmęczyliśmy dwukrotnie w lipcu 2006 roku na ostatnich kilometrach imprez cyclosportive spod znaku: La Marmotte i L’Etape du Tour. Jednak dla kontrastu z dawnymi laty, teraz naszym celem było pokonanie tej kultowej góry na pełnej świeżości. Acz w większym wymiarze czyli z finiszem u kresu górskiej szosy tj. w pobliżu Lac Besson. Mój wstępny plan zakładał, iż od niedzieli do wtorku zrobimy siedem premii górskich. Najpierw Col du Sabot i Villard-Reculas, oba z poziomu sztucznego Lac du Verney. Następnie tryptyk: „podrasowana” L’Alpe d’Huez, Villard-Reymond i Villard-Notre-Dame. W końcu zaś południowo-zachodnią drogę na Col du Galibier i w drodze powrotnej z tej legendarnej przełęczy Col de Sarenne od Lac Chambon. Dzięki temu w trakcie środowej przeprowadzki do Embrun pozwoliłoby nam się skupić na podjazdach w rejonie Briancon i Guillestre. Program był bardzo ambitny, lecz mimo wszystko do wykonania, przynajmniej przy dobrych warunkach atmosferycznych.

Niestety pogoda pokrzyżowała nam plany. Trzeba było dokonywać roszad i cięć, aby „uratować” choć najcenniejsze punkty programu. Niedzielny wyjazd z domu odkładaliśmy tak długo jak było to możliwe. Gdy w końcu przestało padać około czternastej udałem się z Tomkiem na swoje czwarte, zaś jego pierwsze spotkanie z L’Alpe d’Huez. Górą znaną każdemu kibicowi kolarstwa szosowego. Jednak o bogatej kolarskiej historii tego podjazdu za chwilę. Warto napisać co nieco i o samej stacji. Otóż L’Alpe d’Huez Grand Domaine Ski to największy ośrodek narciarski w departamencie Isere. Dziesiąty pod tym względem w całej Francji. Jego początki sięgają roku 1936. Położony jest w masywie Grand Rousses, z najwyższą górą Pic Bayle (3465 m. n.p.m.). Teren narciarski obejmuje obszar 236 km2, położony w 5 gminach i na poziomach od 1109 do 3323 metrów n.p.m. Na poziom Pic du Lac Blanc dojeżdża się trzy-etapową kolejką „telepherique” z przesiadkami na wysokościach 2100 i 2700 m. n.p.m. Fani narciarstwa alpejskiego mają tu do swej dyspozycji aż 135 tras o łącznej długości 249 kilometrów, w tym ponoć najdłuższy na świecie 16-kilometrowy zjazd z najwyższego punktu stacji do poziomu 1510 m. n.p.m. W ofercie dla biegaczy jest 7 tras o zasięgu 50 kilometrów. Funkcjonują tu aż 74 wyciągi (4 „tramwaje”, 12 gondoli, 24 krzesełkowe, 27 orczyków i 7 tzw. „wyrwirączek”). Wszystko to jest w stanie obsłużyć 102.000 turystów na godzinę! O dostatek białego puchu dba zaś 1000 armatek śnieżnych. Jednym słowem stacja gigant, aż dziw bierze, że są jeszcze większe. Przy ośrodku tym podobnie jak w sabaudzkim Courchevel działa Altiport. Podczas Igrzysk Olimpijskich z roku 1968 w L’Alpe d’Huez rozgrywano zawody bobslejowe. Stacja ta oblegana zimą jest też popularna latem. Nie tylko z racji kolarskich imprez dla zawodowców jak Tour de France czy rzadziej Criterium du Dauphine. Kończy się w niej organizowany od roku 1982 amatorski wyścig szosowy La Marmotte (popularny „Świstak”). Fani off-roadowych zjazdów od sezonu 1995 mają swój Megavalanche. Natomiast „ludzi z żelaza” kusi górski Triathlon EDF L’Alpe d’Huez zainaugurowany w 2006 roku.

W świecie sportu L’Alpe d’Huez znana jest jednak głównie dzięki wyścigowi Dookoła Francji. Po raz pierwszy „Wielka Pętla” zajrzała do tej stacji 4 lipca 1952 roku na etapie z Lozanny. Wielki Fausto Coppi pokonał to niespełna 14-kilometrowe wniesienie w czasie 45:22. Na 6 kilometrów przed metą zgubił ostatniego rywala Francuza Jeana Robica i wygrał z przewagą 1:20. Dzięki temu zwycięstwu wywalczył koszulkę lidera, którą przejął od swego „gregario” Andrei Carrea. Był to pierwszy w dziejach TdF etapowy finisz na górze z prawdziwego zdarzenia. Dwa dni później kolejny wyznaczono we włoskim Sestriere, zaś pod koniec owej imprezy ścigano się jeszcze do mety na wulkanie Puy de Dome w Masywie Centralnym. Osobami, które namówiły Jacques’a Goddet na wypróbowanie L’Alpe na trasie Touru byli: miejscowy hotelarz Georges Rajon i dziennikarz sportowy Elie Wermelinger. Ponoć miejscowych przedsiębiorców nie kosztowało to drogo, raptem równowartość dzisiejszych 3250 Euro. Niemniej na kolejną wizytę Touru L’Alpe czekała prawie ćwierć wieku. Tym razem jednak „Wielka Pętla” miała tu wpaść na dobre. Stacja jakby wykupiła „abonament” na goszczenie największego z kolarskich wyścigów. Do roku 2013 czyli w ciągu 38 kolejnych sezonów w sumie aż 28 razy wyznaczano w niej etapową metę TdF, z czego w sezonie 1979 kończyły się tu dwa odcinki tego wyścigu. Po raz ostatni (trzydziesty) finiszowano tu w 2018 roku na etapie dwunastym z Bourg Saint-Maurice. Tym samym L’Alpe jest zdecydowanie najpopularniejszym finałowym podjazdem nie tylko na trasach Tour de France, ale i wszystkich trzech Wielkich Tourów. Podjazd prowadzący drogą D211 znany jest z serpentyn efektownie wijących się po nasłonecznionych południowych zboczach pasma Grandes Rousses. Szosa mija 21 wiraży, które to oznaczano imionami i nazwiskami kolejnych zwycięzców etapowych z tras TdF. Zrobiła się z tego swoista „Aleja Kolarskich Sław”. Niemniej u progu XXI wieku liczba asów przekroczyła ilość tutejszych zakrętów i dziś z konieczności niektóre z nich mają już dwóch patronów.

Spośród trzydziestu kończących się tu etapów Touru połowę wygrali Holendrzy oraz Włosi. Ci pierwsi triumfowali tu ośmiokrotnie, lecz po raz ostatni dawno, bo w sezonie 1989. To właśnie kolarz z Niderlandów, a mianowicie Joop Zoetemelk zwyciężył tu w roku 1976. Następny był jego rodak Hennie Kuiper, któremu przyznano też zwycięstwo w sezonie 1978 (po dyskwalifikacji Michela Pollentiera). We wspomnianym roku 1979 wygrywali Portugalczyk Joaquin Agostinho i ponownie Zoetemelk, zaś w 1981 i 1983 jeszcze jeden „Oranje” czyli Peter Winnen. W międzyczasie etap z roku 1982 należał do Szwajcara Beata Breu. Odcinek z sezonu 1984 padł łupem Kolumbijczyka Lucho Herrery, zaś na pamiętnym finiszu z roku 1986 razem do mety dotarli kolarze ekipy La Vie Claire Bernard Hinault i Greg Lemond. Amerykanin zadowolił się obroną koszulki lidera. Etap przypadł Francuzowi z Bretanii. W roku 1987 świętował tu hiszpański Bask Federico Etxabe. Niemniej lata 1988 i 1989 znów należały do „pomarańczowych” tzn. Stevena Rooksa i Gerta-Jana Theunisse. Nic zatem dziwnego, że w latach 80. L’Alpe przezwano „Górą Holendrów”. Jednak już w następnym roku rozpoczęła się włoska „epo-ka”. W sezonie 1990 do wyczynu Coppiego nawiązał Gianni Bugno, który to rok później powtórzył ten sukces. Jest zatem jedynym asem, który na TdF w Huez wygrywał rok po roku. Co prawda w sezonie 1992 wygrał tu Amerykanin Andy Hampsten, ale potem rok 1994 należał do Roberto Contiego, zaś lata 1995 i 1997 do Marco Pantaniego. Słynny „Pirat” w drodze po swe pierwsze zwycięstwo ustanowił aktualny po dzień dzisiejszy rekord tego podjazdu czasem 36:40. W sezonie 1999 pomimo zderzenia z kibicem po etapowy triumf sięgnął zaś kolejny Włoch czyli Giuseppe Guerini. Początek trzeciego tysiąclecia to era zdyskwalifikowanego po latach Lance’a Armstronga. Teksańczyk zwyciężył tu w latach 2001 i 2004, za drugim razem na trasie jedynej rozegranej na tym wzniesieniu górskiej czasówce. W międzyczasie czyli w roku 2003 w ślady Etxabe poszedł kolejny Bask tzn. Iban Mayo.

Na trasie etapu z Gap w sezonie 2006 (który przejechałem kilka dni wcześniej) Luksemburczyk Frank Schleck na ostatnich kilometrach ograł Włocha Damiano Cunego. Finałowy podjazd z roku 2008 dał zwycięstwo tak etapowe jak i generalne Hiszpanowi Carlosowi Sastre. W roku 2011 młody Francuz Pierre Rolland niespodziewanie pokonał utytułowanego kolarzy z Iberii czyli Samuela Sancheza i Alberto Contadora. W 2013 roku peleton wjechał do L’Alpe dwa razy na tym samym etapie, wykorzystując zjazd przez Col de Sarenne. Na pierwszej premii górskiej usytuowanej na wysokości ledwie 1765 metrów n.p.m. wygrał Moreno Moser. Niemniej finał tej podwójnej rozgrywki należał do Francuza Christophe’a Riblon, który pokonał tak wspomnianego Włocha jak i faworyzowanego Tejay’a Van Garderena. Ostatnim czasy Tour jakby mniej chętnie spogląda w kierunku L’Alpe d’Huez. Podczas ostatnich sześciu edycji tylko raz wjechano do L’Alpe. Etap z roku 2018 wygrał Walijczyk Gerraint Thomas, który na finiszu z kilkuosobowej grupki wyprzedził Holendra Toma Dumoulina i Francuza Romaina Bardet. Czołową siódemkę dzieliło na mecie ledwie 13 sekund. Thomas jako jedyny obok Armstronga (z 2004 roku) wygrał tu jadąc w drogocennej „maillot jaune”. Dodać jeszcze można, iż w XXI wieku do Huez trzykrotnie zawitało Criterium du Dauphine. Niemniej tylko raz – w sezonie 2010 – wyścig ten skorzystał z klasycznego finału. Etap ten wygrał Contador, któremu jednak nie udało się zgubić liderującego w tej imprezie Słoweńca Janeza Brajkovicia. Trzeci na metę wpadł nasz Sylwester Szmyd, który stracił do nich 17 sekund. W sezonie 2013 L’Alpe była jedynie premią górską na etapie do stacji Super-Devoluy wygranym przez „Samu” Sancheza. Natomiast w 2017 owszem zorganizowano w niej finisz, lecz zasadniczą przeszkodą był tego dnia podjazd z Lac Chambon na Col de Sarenne, zaś z „naszej” góry wykorzystano jedynie ostatnie 3700 metrów. Ten etap wygrał pochodzący z autonomicznej wyspy Man Peter Kennaugh, który na finałowym odcinku zgubił Anglika Bena Swifta.

Z naszej bazy do podnóża L’Alpe d’Huez dotarliśmy nieco okrężną drogą, gdyż trochę pogubiłem się na uliczkach Bourg d’Oisans. Cóż dawno tu mnie nie było. Podjazd nie zaczyna się od ronda przy drodze D1091. Trzeba wjechać na szosę D211 biegnącą w stronę pola kempingowego nad potokiem La Sarenne. Po 700 metrach bierzemy zakręt w lewo, za którym od razu wpadamy na stromą ścianę. Zresztą pierwsza faza wzniesienia jest najtrudniejsza. Początkowy sektor o długości 2,3 kilometra ma średnie nachylenie 10% i maximum na poziomie 13%. Przy tym na samym dole długo „czeka się” na dwa pierwsze wiraże. Po przejechaniu 2,4 kilometra mijamy łagodny łuk w lewo przy kościele Saint-Ferreol i niebawem jesteśmy już we wsi La Garde. Cztery pierwsze kilometry przejechaliśmy razem. Jednak na wysokości osady Le Ribot musiałem puścić koło Tomka. Przed tą wyprawą ciekaw byłem jaki czas mogę obecnie wykręcić na tej górze. W latach 2005-2006 „zmęczyłem” ją trzykrotnie. Niemniej wówczas dojeżdżałem do niej pod koniec trudnych górskich wyścigów. Będąc wyczerpany dystansem, wcześniejszymi premiami górskimi jak i na ogół upałem. Finałowy podjazd był zawsze niesamowitą mordęgą. Najgorszą w finale L’Etape 2006, gdy do L’Alpe dotarłem na wpół żywy. Owe wspinaczki zajmowały mi wtedy od 75 do 85 minut, choć na świeżo mogłem się wtedy wyrobić m/w w godzinę. Teraz w końcu ruszyłem na tą górę pełen sił witalnych. Niemniej szkopuł polegał na tym, iż obecnie miałem już mniej mocy i więcej kilogramów niż w poprzedniej dekadzie. Zacząłem całkiem żwawo pokonując dolny sektor o długości 4,9 kilometra z VAM na poziomie 1041 m/h. Tomek mi odjechał, ale prawie cały czas miałem go na widoku, co mobilizowało mnie do ambitnej jazdy. Nieco przeszkadzał nadmiar ciuchów jakie wziąłem na drogę, ale skąd mogliśmy wiedzieć, że zacznie się rozpogadzać. Na starcie wspinaczki mieliśmy tylko 19, na trasie max. 22, zaś na mecie całkiem niespodziewane 20 stopni! Powyżej La Garde podjazd jest tylko nieco łatwiejszy niż na wstępie. Przez kolejne 10 kilometrów każdy 500-metrowy odcinek ma tu średnio od 7 do 9% i dopiero w samej stacji nachylenie wyraźnie odpuszcza.

Do Tomka traciłem z grubsza po kilkanaście sekund na każdym kilometrze. Na początku siódmego 39 sekund, zaś w Huez na wstępie dziewiątego 1:03. Pod koniec kilometra dziesiątego, tam gdzie zaczyna się wschodnia droga D211F, dzieliło nas już półtorej minuty. Półtora kilometra dalej przy wjeździe do stacji 1:51. Wkrótce ukończyłem mierzony fragment tej wspinaczki. To zapewne segment o długości 11,91 kilometra znany na stravie jako Alpe d’Huez „Vieil Alpe”. Wykręciłem na nim czas 1h 01:18 (avs. 11,7 km/h z VAM 1009 m/h). Wynik Tomka nie został tu odnotowany. Zapewne dlatego, że wykres z licznika pogubił mu się w paru miejscach. Zakładam, że Tommy był o dwie minuty szybszy ode mnie czyli na pewno zszedł poniżej godziny. Znalazłem za to wyniki innych kolegów: Kuby Rucińskiego (55:41) czy Janka Wielgusa (57:15), no i oczywiście Darka (1h 03:36), który zmierzył się z tą górą nazajutrz. Do górnej części stacji dojechałem jadąc po Route du Signal. Wyścigi kolarskie skręcają w Avenue de l’Etendard ku mecie na Avenue du Rif Niel. Tą finiszową aleję obejrzeliśmy sobie na zjeździe. Na ulicach ośrodka zluzowałem tempo chcąc złapać oddech przed ostatnią fazą wspinaczki. Dlatego do Le Cognet dotarłem już 3 minuty po Tomku. Ten jednak pobłądził, więc na Lac Besson zabrał się dopiero w moim towarzystwie. W połowie czternastego kilometra wyjechaliśmy ze stacji mijając dolną stację kolejki na Pic du Lac Blanc. Po niespełna 2 kilometrach jazdy wąską Route de Lacs dotarliśmy w pobliże Col du Poutran (15,4 km). Po szosie można do niej dojechać tylko od południa. Na północ ku Oz-en-Oisans schodzi stąd jedynie gruntowa ścieżka. Po chwili pierwszy raz na tej wyprawie przekroczyliśmy pułap 2000 metrów n.p.m. Końcówka podjazdu miała zmienne nachylenie oraz szosę gorszej jakości. Na początku siedemnastego kilometra trafił się krótki zjazd, zaś na ostatnich 800 metrach strome ścianki przeplatały się z łagodnymi odcinkami. Wspinaczkę skończyliśmy po przejechaniu 17,3 kilometra w czasie 1h 25:22 (avs. 12,159 km/h). Metą był mały parking z widokiem na Lac Rond i Lac Besson. Dwa jeziorka połączone z ukrytym za najbliższym pagórkiem Lac Noir.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2437577854

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2437577854

ZDJĘCIA

20190609_001

FILM

VID_20190609_155647