banner daniela marszałka

Col du Galibier S-W

Autor: admin o poniedziałek 10. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: La Clapier d’Auris (D 1091)

Wysokość: 2642 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1900 metrów

Długość: 42,6 kilometra

Średnie nachylenie: 4,5 %

Maksymalne nachylenie: 11,8 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Na etapie dziesiątym podobnie jak dzień wcześniej mieliśmy spotkanie z kolarską „legendą”. W niedzielę była nią stacja L’Alpe d’Huez z najczęściej wykorzystywanym finałowym podjazdem pośród znanych wyścigowi Dookoła Francji. W poniedziałek w tej samej roli miała wystąpić Col du Galibier. Najpopularniejsza przełęcz alpejska w dziejach Tour de France. Prowadzi na nią droga D902 łącząca miasto Saint-Michel-de-Maurienne z Col du Lautaret. Przez Galibier biegnie granica między departamentami Savoie (Sabaudia) i Hautes-Alpes (Wysokie Alpy). Owa przełęcz rozdziela Massif des Arves (na zachodzie) od Massif des Cerces (na wschodzie). Za swych sąsiadów ma szczyty takie jak: Pic de Trois Eveches (3118 m. n.p.m.) oraz Le Grand Galibier (3229 m. n.p.m.). Wszystkie źródła wody po obu stronach tej przełęczy należą do dorzecza Rodanu. Aczkolwiek strumyki z północnej strony zmierzają do tej wielkiej rzeki szlakiem przez potok Valoirette oraz rzeki L’Arc i Isere. Natomiast południowe poprzez nurty Guisane i Durance. Droga przez Col du Galibier została oddana do użytku w roku 1891, kiedy to ukończono budowę Tunnel du Galibier. Tunel o długości 370 metrów przekopano na wysokości 2556 m. n.p.m. W swej starej postaci służył on wszystkim podróżnym, w tym uczestnikom TdF do roku 1976. Wtedy to górską przeprawę drogową przeniesiono na wysokość 2642 metrów n.p.m. dodając w tym celu po kilometrze szosy z każdej strony góry. Wspomniany tunel po renowacji ponownie otwarto w roku 2002. Od tego czasu mamy więc dwie opcje przejazdu z Vallee de la Valloirette do Valle de la Guisane. Współczesny tunel ma 4 metry i obowiązuje w nim ruch wahadłowy regulowany sygnalizacją świetlną, która jest ponoć najwyżej zamontowaną instalacją tego typu na kontynencie europejskim. Oba wyloty owego tunelu zamykane są masywnymi drewnianymi wrotami. Z racji swej wysokości mityczna Galibier zwykła zapadać w długi, nawet ośmiomiesięczny „sen zimowy” (od października do czerwca).

Na Col du Galibier prowadzą trzy drogi. Północna wyrusza od św. Michała w dolinie Maurienne i wiedzie przez pośrednią przełęcz Telegraphe (1566 m. n.p.m.). To właśnie ta wspinaczka uchodzi za najtrudniejszą co jest opinią w pełni zasłużoną. Na tym szlaku trzeba pokonać 35,1 kilometra z przewyższeniem netto 1928, zaś brutto aż 2095 metrów. Pomiędzy 12-kilometrowym Telegrafem i 18-kilometrowym Galibierem właściwym mamy tu bowiem około 5-kilometrowy zjazd do wioski Valloire. Drugie miejsce w tym zestawieniu należy się trasie południowo-zachodniej. Ta zaczyna się w Le Clapier d’Auris w dolinie La Romanche. Jest dłuższa od pierwszej, ale niewątpliwie łagodniejsza. Ten szlak liczy sobie aż 42,7 kilometra, ma amplitudę netto 1900, zaś brutto 2001 metrów. Ostatnie 8,5 kilometra dzieli on obecnie ze ścieżką południowo-wschodnią, która swój początek ma w Briancon, najwyższej położonym ze wszystkich francuskich miast. Ten podjazd ma długość 36,4 kilometra z przewyższeniem netto „tylko” 1439, zaś brutto 1461 metrów. Tym niemniej tak na dobre zaczyna się dopiero w pobliżu Le-Monetier-les-Bains (1449 m. n.p.m.) to jest na 23 kilometry przed finałem. Według „cyclingcols” pierwsza wspinaczka warta jest aż 1534 punktów co daje jej pierwsze miejsce pośród wszystkich francuskich wzniesień. Drugą wyceniono na 1111, zaś trzecią już tylko na 759 pkt. Ciekawostkę stanowi fakt, iż do roku 1947 dwie trasy południowe miały za sobą niewiele wspólnego. Droga z Briancon skręcała w stronę przełęczy Galibier na wysokości 1970 metrów n.p.m., jakieś 2 kilometry przed Col du Lautaret. Wiodła do ówczesnego tunelu wzdłuż potoku Galibier stromym szlakiem o długości ledwie 6 kilometrów przy średnim nachyleniu aż 9,8%. Jednak gdy tuż po II Wojnie Światowej na drodze D1091 wybudowano osłony przeciwlawinowe zrezygnowano z tego traktu i odtąd oba południowe szlaki łączą się z sobą na przełęczy Lautaret czyli na wysokości 2058 m. n.p.m.

Przełęcz Galibier po raz pierwszy pojawiła się na trasie Tour de France w roku 1911. Dokładnie zaś 10 lipca owego roku na trasie piątego etapu, który prowadził z Chamonix do Grenoble, który liczył aż 366 kilometrów. Pierwszy na tej przełęczy pojawił się Francuz Emile Georget, który niebawem wygrał ten górski odcinek z przewagą 15 minut nad swym rodakiem Paul’em Duboc. Tego dnia podjechano tu od strony północnej. Tak samo było też rok później. Galibier niekiedy mylnie bywa uważany za pierwszy alpejski podjazd w dziejach Touru. Wszak jubileusz „stulecia TdF w Alpach” hucznie obchodzono w roku 2011. To tylko pół-prawda. „Wielka Pętla” wjechała w te góry już w sezonie 1905. Pierwszymi alpejskimi wzniesieniami były: Cote de Laffrey oraz Col de Bayard (obie na drodze Napoleona). Dwa lata później dołączyła do nich Col de Porte z masywu Chartreuse. Galibier była natomiast pierwszym alpejskim dwutysięcznikiem (dwa dni później kolejnym stała się Col d’Allos). Przez ponad ćwierć wieku była absolutnym „dachem Tour de France”. Ten tytuł utraciła dopiero w roku 1938, gdy pierwszy raz wypróbowano wyższą Col de l’Iseran. Od południowej strony peleton TdF pierwszy raz wjechał na Galibier w roku 1913. To znaczy na etapie jedenastym z Grenoble do Genewy, gdy na tą przełęcz najszybciej dotarł Belg Marcel Buysse. Jak dotąd wyścig Dookoła Francji złożył na tej przełęczy 60 wizyt. Byłoby ich 61, gdyby nie „atak zimy” na etapie do Sestriere z roku 1996. W sumie 26 razy podjeżdżano od strony północnej, zaś 34 razy od południowej. W tym drugim przypadku 15-krotnie rozpoczynano wspinaczkę na zachodzie, 18-krotnie na wschodzie, zaś raz bo w sezonie 1959 na wspólnej obu tym opcjom przełęczy Lautaret. Gdy w roku 1911 Galibier trafił na trasę Touru z miejsca stał się stałym punktem programu największego z kolarskich wyścigów. Dość powiedzieć, iż do roku 1948 nie było edycji TdF bez tego wzniesienia. W latach 1911-14, 1919-39 i 1947-48 zawsze trzeba się było wdrapać na tą przełęcz, którąkolwiek z trzech dostępnych dróg.

Południowy zjazd z Col du Galibier był też „odpowiedzialny” za pierwszy zgon zawodnika na trasie Tour de France. Tą ofiarą był Hiszpan Francisco Cepeda, który 11 lipca 1935 roku zaliczył tragiczny w skutkach upadek na trasie etapu z Aix-les-Bains do Grenoble. Kolarz z Iberii zmarł trzy dni później nie odzyskawszy przytomności. Z kolei 19 lipca 1949 roku po tej samej stronie przełęczy (jakieś 200 metrów przed wjazdem do tunelu) odsłonięto pomnik ku czci pierwszego dyrektora wyścigu Henri Desgrange’a. Jak na ironio właśnie owego lata przełęczy tej po raz pierwszy od roku 1911 zabrakło na trasie „Wielkiej Pętli”. Powróciła w sezonie 1952 i od tego czasu pojawia się na niej z grubsza co drugi rok. W latach 50. wykorzystano ją 5-krotnie, w latach 60. i 70. po 4 razy, w latach 80. znów 5-krotnie i ponownie w latach 90. tylko 4 razy. Na początku trzeciego tysiąclecia Galibier zyskała większe uznanie, gdyż między rokiem 2000 a 2008 wykorzystano ją 7-krotnie. Doliczając zaś lata 1998 i 1999 można powiedzieć, iż pojawiła się wtedy na trasie Touru aż 9 razy na przestrzeni 11 kolejnych edycji. W minionej już drugiej dekadzie XXI wieku wykorzystano ją 4-krotnie. Dwa razy podczas „świątecznej” edycji z roku 2011, po czym w latach 2017 i 2019. We wspomnianym sezonie 2011 najpierw na południowym zboczu tej góry zorganizowano finisz osiemnastego etapu. Tym samym Galibier zdetronizował Col du Granon (2413 m. n.p.m.) z pozycji najwyższej etapowej mety w dziejach TdF. Następnego dnia podjechano zaś na „naszą” przełęcz od strony północnej, na dynamicznym etapie dziewiętnastym z Modane do L’Alpe d’Huez. Jak dotąd siedmiu zawodników udało się dwukrotnie zdobyć to wzniesienie podczas TdF. Pierwszym był Francuz Honore Barthelemy w latach 1919 i 1921. Niebawem w jego ślady poszedł jego rodak Henri Pelissier (1914 i 1923). W okresie międzywojennym udało się to jeszcze Hiszpanowi Federico Ezquerze (1934 i 1936). Później dokonali tego tylko tak znakomici górale jak: Charly Gaul (1955 i 1959), Federico Bahamontes (1954 i 1964), Julio Jimenez (1966-67) oraz Andy Schleck (obie wersje z roku 2011).

Ja na zawsze będę miał w pamięci zmagania kolarzy z północnym obliczem Galibier w latach 1993 i 1998. To pierwsze z uwagi na atak Zenona Jaskuły u podnóża góry, na wyjeździe z Valloire. O owym roku premię górską na tej przełęczy wygrał Tony Rominger. Szwajcar był też pierwszy na mecie w Serre-Chevalier. Jaskuła był tego dnia piąty. Na swój życiowy triumf poczekał równo tydzień. Pięć lat później na zimnym i deszczowym Galibier wspaniałym skokiem popisał się Włoch Marco Pantani. Popularny „Pirat” zaatakował na 5,5 kilometra przed szczytem gubiąc liderującego Niemca Jana Ullricha. Na mecie w stacji Les Deux-Alpes dołożył mu niemal 9 minut. Dziesiąty na tym etapie finiszował Dariusz Baranowski. Ostatnim zdobywcą Galibiera od strony północnej jest Słoweniec Primoz Roglić (na odcinku do Serre-Chevalier z roku 2017), zaś od strony południowej Kolumbijczyk Nairo Quintana (na tegorocznej trasie do Valloire). Obaj wygrali owe etapy. Jedyny w historii Touru finisz na tej przełęczy padł łupem Andy Schlecka. Młodszy ze Schlecków niczym Pantani zaatakował na przedostatniej premii górskiej. W owym dniu była to słynna Izoard. Wygrał ten etap z przewagą 2:07 nad swym bratem Frankiem. Tym razem jednak tak lider wyścigu Thomas Voeckler jak i główny rywal atakującego Luksemburczyka czyli Cadel Evans wyszli obronną ręką z opresji. Australijczyk finiszował trzeci ze stratą 2:15, zaś Francuz piąty z „bagażem” 2:21. Ostatecznie Evans wygrał ten wyścig dzięki czasówce wokół Grenoble, zaś Voeckler pożegnał się z żółtym trykotem po etapie do L’Alpe d’Huez. Godzi się też wspomnieć, iż północna strona Galibier pojawiła się na trasie mroźnego Giro d’Italia anno domini 2013. Ze względu na trudne warunki atmosferyczne finisz odcinka rozpoczętego w olimpijskiej Cesana Torinese wytyczono w Les Granges na wysokości około 2300 metrów n.p.m. tj. jakieś 4 kilometry przed przełęczą. W zimowej scenerii triumfował kolarz wychowany na gorącej Sycylii czyli Giovanni Visconti. Włoch o 42 sekundy wyprzedził Kolumbijczyka Carlosa Betancura oraz dwójkę Polaków: Przemysława Niemca i Rafała Majkę.

W poniedziałkowe przedpołudnie pogoda była nie najgorsza. Owszem było pochmurno, ale przynajmniej nie padało. Dlatego postanowiłem nie tracić czasu i tuż po dziesiątej wraz z Tomkiem opuściłem naszą bazę. Darek tego dnia zafundował sobie wspinaczkę do Lac Besson. Start o 10:05 był dla mnie najwcześniejszym na tej wyprawie, ba jedynym przed godziną jedenastą! Po kilometrze dotarliśmy do ronda na styku dróg D1091 i D211, na którym skręciliśmy w kierunku wschodnim. Na przeszło 4-kilometrowej prostej do Le Clapier d’Auris zrobiliśmy sobie lekką rozgrzewkę w tempie 28 km/h. Po dwunastu minutach jazdy zaczęliśmy wspinaczkę ku legendarnej przełęczy. Każdy w swoim stylu czyli ja szybciej, a Tomek zrazu wolniej. Na początek przeszło 3 kilometry solidnego podjazdu z przejazdem przez Tunnel des Commeres wygięty na łuku drogi. Następnie blisko 3 kilometry płaskiego terenu i zjazdów na dojeździe do Freney d’Oisans. W tej miejscowości miałem 50 sekund przewagi nad kolegą. Kolejny nieco ponad 2-kilometrowy odcinek wspinaczkowy doprowadził mnie do Lac de Chambon (8,3 km). W tym miejscu Tommy tracił do mnie już 3:10, gdyż kilkaset metrów za wspomnianym Freney zatrzymał się na dwie minuty. Przed wjazdem na koronę zapory minąłem skręt na drogę D213, która prowadzi do stacji Les Deux Alpes. Po przedostaniu się na północny brzeg sztucznego jeziora minąłem drogę D25, która prowadzi na Col de Sarenne. Tymczasem Tomek przed wjazdem na tamę Tomek zrobił sobie kolejny, tym razem aż 4-minutowy postój. Niemal cały dziesiąty kilometr spędziłem w klaustrofobicznej scenerii Grand Tunnel du Chambon. Następne kilometry były łagodne, więc zleciały całkiem szybko. Niestety zaczęło padać. Początkowa mżawka, niebawem przeszła w ulewny deszcz. Gdy w połowie piętnastego kilometra mijałem tablicę witającą w departamencie Hautes-Alpes lało już na całego. Temperatura spadła z początkowego poziomu 18 do ledwie 13 stopni. Niemniej nie miałem zamiaru się zatrzymywać. Któż mógł przewidzieć ile potrwa ta ulewa. Wolałem jechać będąc rozgrzanym niż moknąć na stojąco.

W połowie osiemnastego kilometra wjechałem do Tunnel du Grand Clos. W tym miejscu licznik zupełnie mi zwariował. Jak widać na stravie wykres mojej trasy poleciał daleko na północ w stronę górskich szczytów „dodając” mi niemal 16 kilometrów dystansu i „notując” maksymalną prędkość 383 km/h. Dlatego też rzekomą średnią prędkość tej wspinaczki miałem godną zawodowca czyli 22,6 km/h 😉 Bieżące odczyty wróciły do normy na dojeździe do stacji La Grave (23 km). Niestety gorzej było z aurą, więc nie dane mi było podziwiać wiecznie białych szczytów gór z La Meije na czele. Tymczasem Tomek zabrał się do roboty i powoli odrabiał swe przystankowe straty. Z okolic Lac Chambon ruszył przeszło 7 minut po mnie. Na granicy departamentów tracił 6:56, w La Grave 6:09, zaś trzy kilometry dalej w pobliżu wioski Villar d’Arene 6:02. W tych okolicach podjazd był już całkiem odczuwalny. Pomiędzy La Grave a Col du Lautaret każdy z dziesięciu kilometrów trzyma na poziomie od 4,5 do 6,5%. W dodatku na otwartej przestrzeni kilku ostatnich kilometrów przed tą przełęczą bardzo mocno wiało i co gorsze na ogół z przeciwka. W takich warunkach umiarkowane nachylenie „ważyło” znacznie więcej niż w teorii. Jakoś sobie poradziłem z tą wichurą. Na pewno lepiej niż mój niespełna 60-kilogramowy „amico”, który na Lautaret (33,8 km) dotarł ze stratą 7:23. Na tą przełęcz wjechałem po godzinie i 58 minutach jazdy. Do przerobienia został mi jeszcze najtrudniejszy odcinek całej wspinaczki czyli 8,7 kilometra ze średnim nachyleniem 6,7%. Wjechałem zatem na drogę D902, gdzie byłem już osłonięty od wiatru. W dodatku niebo się rozpogodziło i ostatnie kilometry mogłem pokonać w całkiem przyjemnych warunkach. Uznałem to za dar od niebios i nagrodę za wcześniejszy upór. W całkiem niezłym stylu dojechałem do otwartego w roku 1937 schroniska, po czym jakoś „zmęczyłem” finałowy, stromy kilometr powyżej tunelu. Po raz czwarty w życiu wjechałem na Col du Galibier, ale pierwszy raz od tej strony. Cała blisko 43-kilometrowa wspinaczka zabrała mi 2h 39:53 (avs. 16,024 km/h). Jak wynika ze stravy finałowy segment przejechałem w 42:22 (avs. 12,4 km/h), o 50 sekund szybciej od Tomka.

Na szczycie spotkałem kilkanaście osób. Na Tomka czekałem ponad osiem minut. Gdyby się nie zatrzymywał na dole to różnica między nami wyniosłaby ledwie dwie minuty. Niestety nad przełęczą szybko zbierały się ciemne chmury. Tym prędzej zaczęliśmy nasz „epicki” zjazd. Zaatakował nas lodowaty deszcz z drobnym gradem, który kłuł w dłonie i policzki. Po zjechaniu w rejon tunelu na całą godzinę schowaliśmy się w Refuge du Galibier. Wypiliśmy tu coś gorącego. Nie pomnę czy była to kawa, herbata lub czekolada. Osuszyliśmy się nieco. Spotkaliśmy też grupkę młodych Niemców, którzy w tych dniach przemierzali klasyczną Route des Grandes Alpes. Przed wpół do trzecią nawałnica ustała, więc odważyliśmy się wrócić na szosę. Tomek czym prędzej zjechał do przełęczy Lautaret. Ja starałem się zrobić zdjęcia z finałowego odcinka, przez co jeszcze na drodze D902 znów nadziałem się na ulewę. Cóż było robić, na kolejną godzinę schowaliśmy się pod dachem. Tym razem w gościnnych progach Hotel de Glaciers. Tu nie skończyło się na napitku. Pora była obiadowa, więc w tamtejszej restauracji zamówiliśmy „galettes” czyli naleśniki na słono. Gdy deszcz nieco zelżał kilka minut przed czwartą ruszyliśmy w dalszą drogę. Nic przyjemnego. Deszcz, wiatr i chłód z temperaturą na poziomie 11-13 stopni. Padało raz mocniej, raz słabiej, ale niemal bez ustanku. Zatrzymywaliśmy się co najwyżej na chwilę. Oczywiście w tej sytuacji nie było mowy o zaliczeniu Col de Sarenne, w ramach „dokładki” po wielkim Galibierze. Myśleliśmy już tylko o tym jak bezpiecznie dotrzeć do Le Bourg d’Oisans. Po pewnym czasie Tomek zaczął mieć problemy z hamowaniem. Klock przestały współpracować z karbonowymi obręczami kół marki Reynolds. Na odcinku poniżej Freney d’Oisans musiał nawet „prostować” jeden z zakrętów. Dlatego na samym dole czekałem na niego kilka minut. Na płaskim dojeździe do domu przebijaliśmy się dosłownie przez ścianę wody. Do La Poya zajechaliśmy kwadrans po siedemnastej. Do zmroku brakowało jeszcze czterech godzin. Spokojnie zdążylibyśmy zaliczyć przed zmierzchem lokalną wspinaczkę do Villard-Notre-Dame. Niemniej w tych warunkach byłoby to czyste szaleństwo.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2440095051

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2440095051

ZDJĘCIA

20190610_001

FILMY

VID_20190610_134807

VID_20190610_142704