banner daniela marszałka

4 etap: Beaune / Grand Village – Guillestre

Autor: admin o wtorek 25. Czerwiec 2013

TRASA ETAPU 4 > https://www.strava.com/activities/69725345

Na czwartym etapie naszej wyprawy mieliśmy do pokonania kolejne trzy przełęcze. Przede wszystkim bodaj największą legendę francuskich Alp Wysokich czyli słynny Col du Galibier (2646 m. n.p.m.) jako danie główne. Poza tym skoro jechaliśmy z północy na południe to na naszej drodze niejako na przystawkę był również Col du Telegraphe (1566 m. n.p.m.), zaś na deser czy zważywszy porę dnia na podwieczorek także Col d’Izoard (2361 m. n.p.m.). W trakcie etapu do Guillestre mieliśmy opuścić Sabaudię i zarazem wyjechać z regionu Rhone-Alpes, aby po pokonaniu przełęczy Galibier wkroczyć we francuskie Alpy Południowe tj. na szosy departamentu Haute Alpes i regionu Provence-Alpes-Cote d’Azur. Zanim jednak dane nam było ruszyć w dalszą drogę musieliśmy załatwić parę spraw natury technicznej. Przede wszystkim Darek musiał znaleźć jakiś sklep rowerowy i kupić sobie nową korbę, albowiem dotychczas używane przez niego karbonowe cacko okazało się tyleż lekkie co nietrwałe i uległo rozwarstwieniu. W tym celu pojechaliśmy przed południem do Saint-Jean-de-Maurienne. Po drodze na stacji w Saint-Michel-de-Maurienne zatankowaliśmy samochód na dalsze kilkaset kilometrów tej podróży. Tymczasem wizyta w dwóch sportowych marketach u św. Jana nie przyniosła pożądanego rezultatu. Tym niemniej dostaliśmy namiar na znajdujący się na wylocie z miasta hangar, w którym znajdował się sklep o asortymencie niekoniecznie kolarskim, aczkolwiek szczęśliwie mający na zbyciu starą korbę firmy Miche, którą Dario był w stanie dopasować do swego roweru. Wróciwszy do naszej górskiej bazy w Beaune-Grand Village spakowaliśmy bagaże do samochodu, zaś Darek rozpoczął żmudne prace nad reanimacją swego roweru.

W końcu około 12:30 wraz z Piotrem jako pierwsi ruszyliśmy na trasę. Niedługo po nas wystartował również Adam. Natomiast Darek męczył się z naprawą jeszcze około godziny i ostatecznie rozpoczął czwarty etap dopiero tuż przed czternastą. Romek z ostrożności zaczekał na szczęśliwy koniec tych prac i wsiadł do samochodu dopiero gdy ostatni z czterech wojów Hanibala zaczął zjeżdżać ku Saint-Michel-de-Maurienne. Na początku czekał nas bowiem niemal 10,5-kilometrowy zjazd do centrum tego miasteczka. Uczciwie trzeba przyznać przyjemność, na którą nie zapracowaliśmy sobie minionego wieczoru. Ponieważ podjazd ten nie leży na trasie Route des Grandes Alpes postanowiliśmy go sobie darować mając już w nogach blisko 4000 metrów przewyższenia. Nikt z nas jednak nie odmówił sobie prawa do zjazdowej rozgrzewki. Oczywiście Piotr szybko zniknął mi z pola widzenia. Pozostało mi mieć nadzieję, że złapię z nim kontakt na Col du Telegraphe. Zjazd z Beaune niemal od razu przechodził w ten podjazd. Wystarczyło przejechać skrzyżowanie w centrum miasteczka, następnie most nad rzeką l’Arc oraz przemknąć pod wiaduktem kolejowym. Do pokonania było wzniesienie o długości 11,8 kilometra i średnim nachyleniu 7,2 %, przy max. 10,6 %. Jednym słowem dość trudny podjazd na miarę pierwszej kategorii, który na Tour de France zawsze bywa pokonywany w pakiecie z północnym Galibierem. Począwszy od roku 1911 Telegraphe w tej postaci pojawił się na Tourze 26 razy. Dziesięciokrotnie jako pierwszy meldował się na tej przełęczy późniejszy zdobywca Galibiera. Podobnie było w tym roku na Giro d’Italia, gdy pierwszy w obu miejscach był Włoch Giovanni Visconti, choć ze względu na zimowe warunki pogodowe kolarzom nie było dane dotrzeć na drugą z owych przełęczy.

Zacząłem podjazd pod Telegraphe energicznie i już na czwartym kilometrze dogoniłem Piotra. W tym momencie chciałem zwolnić i kontynuować jazdę w tempie swego kolegi. Niemniej Pietro stwierdził żebym jechał swoje i poczekał na niego na przełęczy. Dla nas obu było to już trzecie spotkanie z Telegrafem, gdyż w latach 2005-2006 startowaliśmy w wyścigu La Marmotte. Ponieważ Darek i Piotr też mieli za sobą po jednym występie w słynnym Świstaku można powiedzieć, że dla całej naszej czwórki był to powrót do przeszłości. Tym niemniej po raz pierwszy jechaliśmy w bardziej turystycznej niż sportowej formule, więc mogliśmy się w końcu lepiej przyjrzeć otaczającej nas przyrodzie. Tym niemniej mając zielone światło od swego kompana pojechałem dalej w dość mocno dojeżdżając na przełęcz w czasie niespełna 48 minut. Na Piotra nie musiałem długo czekać. Zrobiliśmy sobie zdjęcia pod tablicą. Poprosiliśmy przygodnego turystę o zrobienie nam wspólnych fotek. Po czym Piotr ruszył w stronę Valloire stwierdziwszy, iż nie czuje się tego dnia najlepiej, więc lepiej będzie jak zacznie podjazd pod Galibier z pewnym zapasem czasu. Zanim ja zabrałem się do tego mini-zjazdu na przełęczy pojawił się Adam, więc jemu również zrobiłem zdjęcia do albumu z podróży. Następnie ruszyliśmy w ślad za Piotrem. Na krótkim zjeździe Adam nieco mnie zdystansował, lecz dołączyłem do niego na brukowanym uliczkach Valloire, dzięki czemu ten bodaj najbardziej kultowy podjazd ze wszystkich na naszym szlaku zaczęliśmy razem.

Galibier to wielka legenda Tour de France. Przed 102 laty był pierwszym alpejskim „dwutysięcznikiem”, który przetestowano na trasie Wielkiej Pętli. Od tego czasu organizatorzy użyli go aż 58 razy w trzech różnych wariantach. Za klasyczną i zarazem najtrudniejszą uchodzi droga północna. Pozornie to tylko 18,1 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i max. 11,8 %. Niemniej zważywszy na to, iż przełęcz Telegraphe od początku właściwego Galibiera dzieli niespełna 5 kilometrów powiedzieć można, że praktycznie jedno wzniesienie w dwóch aktach. Przełęcz ta jest nieco niższa od Bonette czy Iseran, lecz rzecz można największa pod względem wysokości względnej. Otóż pominąwszy stratę wysokości między Telegraphe a Valloire na 35 kilometrach dzielących Saint-Michel-de-Maurienne od Col du Galibier trzeba pokonać aż 2096 metrów przewyższenia! Ta wersja podjazdu na trasie TdF pojawiła się 26 razy. Po raz pierwszy we wspomnianym już roku 1911. Odkrywcą zarówno Telegraphe jak i Galibier został Francuz Emile Georget. Na przełęcz prowadzą też dwie drogi z południa tzn. południowo-wschodnia od Monetier-les-Bains oraz południowo-zachodnia od Les Clapiers. Obie łączą się na Col du Lautaret (2068 metrów n.p.m.). Drogą zachodnią kolarze jechali 14 razy, po raz pierwszy w 1913 roku. Natomiast wschodnią 18-krotnie, począwszy od roku 1922. Chcąc uczcić stulecie Wielkich Alp na trasach TdF kolarzom zaserwowano aż dwukrotny przejazd przez tą przełęcz. Najpierw od strony południowo-wschodniej w końcówce osiemnastego etapu i dzień później od północy na początku etapu dziewiętnastego. Wśród wielu zdobywców tej mitycznej góry wymienić należy siedmiu „recydywistów”. Swój wyczyn powtarzali jedynie: Henri Pelissier, Honore Barthelemy, Federico Ezquerra, Federico Bahamontes, Charly Gaul, Julio Jimenez i przed dwoma laty Andy Schleck. Dla mnie zaś atak Zenona Jaskuły na tej właśnie górze w trakcie TdF 1993 sprawił, iż kolarstwem szosowym przestałem się interesować i … zacząłem się nim pasjonować.

Północny Galibier sensu stricto czyli 18-kilometrowy odcinek od Valloire zaczyna się dość niewinnie. Na pierwszych dziesięciu kilometrach do większego wysiłku zmusza jedynie drugi kilometr na dojeździe do Les Verneys, a następnie kilometry: ósmy i dziewiąty. W żadnym momencie nie jest to wspinaczka trudniejsza niż przebyta wcześniej Telegraphe, acz widoki już na tej wysokości są przecudnej urody. Po pewnym czasie na długich prostych w oddali ujrzeliśmy znajomą sylwetkę Piotra. Na tej górze zabawa kończy się w miejscu zwanym Plan Lachat leżącym na wysokości około 1980 metrów n.p.m. To tu droga opuszcza alpejskie hale, skręca w prawo i pnie się dalej po półce skalnej. Każdy z pozostałych do szczytu ośmiu kilometrów ma nachylenie od 7,5 do 10 %, zaś w samej końcówce stromizna sięga blisko 12 %. Oczywiście trzeba było wrzucić bardziej miękkie przełożenia by sobie poradzić z takim wyzwaniem. Około pięciu kilometrów przed przełęczą dogoniliśmy Piotra i zdecydowaliśmy się jechać dalej w trójkę. Minęliśmy Les Granges ze szklanym pomnikiem Marco Pantaniego na wysokości około 2300 metrów n.p.m. Po drodze niczym na imprezie cyclosportive czyhali na nas profesjonalni fotografowie robiący zdjęcia i rozdający wizytówki z adresem swej strony internetowej. Niespełna kilometr przed finałem na wysokości 2566 metrów n.p.m. minęliśmy boczną drogę prowadzącą do tunelu, w którym do roku 1976 kończyła się ta wspinaczka. Na ostatnim kilometrze Adam przyśpieszył i jako pierwszy z nas przeciął linię górskiej premii. Ja do końca jechałem w towarzystwie Piotra robiąc za głównego aktora krótkometrażowego filmu, który mój kolega kręcił za pomocą swego telefonu. Dlatego na ostatniej prostej niejako „pod publiczkę” zerwałem się do sprintu aby przed szczytem dognać trzech wyraźnie wolniejszych od nas cykloturystów.

Zjazd do Lautaret

Cały podjazd przejechany tym razem w towarzyskiej atmosferze zajął mi godzinę i 23 minuty. Na przełęczy było dość gwarno tak, iż musieliśmy czekać na swą kolei do pozowania przed tablicą wyznaczającą granicę między północną i południową częścią francuskich Alp. Ze szczytu roztaczały się przepiękne widoki na obie strony góry. Niemniej szczególnie imponujące wrażenie robiła panorama południowa w kierunku Briancon. To tam mieliśmy teraz podążyć. Niemniej zanim na dobre zaczęliśmy zjeżdżać zatrzymaliśmy się już po 900 metrach przy wylocie z tunelu, w którym obowiązuje ruch wahadłowy. Zrobiliśmy tam kilka zdjęć, przede wszystkim pod stojącym nieopodal pomnikiem ku czci Henri Desgrange, pomysłodawcy i pierwszego dyrektora Tour de France. Następnie zjechaliśmy ku przełęczy Lautaret by i tu zatrzymać się na krótką chwilę. Najbardziej stromą i krętą 8,5-kilometrową część zjazdu mieliśmy już za sobą. Teraz musieliśmy skręcić w lewo i pokonać szybkie trzynaście kilometrów, prowadzące długimi prostymi odcinkami do Le Monetier-les-Bains. W górnej części tego odcinka mocno wiało. Na wylocie z jednej z dwóch tamtejszych galerii nagły podmuch wiatru niemal mnie przewrócił. Piotr i Adam czekali na mnie na obrzeżach tego miasteczka. Na dłużej zatrzymaliśmy się jednak dopiero sześć kilometrów dalej w La Salle-les-Alpes. Tu zrobiliśmy sobie strefę bufetu uzupełniając bidony po wizycie w sklepie spożywczym oraz kupując sobie coś konkretnego do zjedzenia, a mianowicie naleśniki z serem przyrządzone na słono. Pozostałą część już łagodnego zjazdu pokonaliśmy razem. Minęliśmy Chantemerle / Serre Chevalier, osadę w której kończył się wspomniany etap TdF z 1993 roku. Po chwili dotarliśmy do Braincon czyli najwyżej położonego miasta we Francji. Tym niemniej na zwiedzanie położonej wyżej starówki nie mieliśmy czasu. Natomiast przez dolne miasto tylko przemknęliśmy, gdyż skoro już wcześniej pojedliśmy i popiliśmy zabrakło nam szczególnego powodu do zatrzymywania się.

Od razu zaczęliśmy szukać drogi wylotowej z miasta w kierunku Col d’Izoard czyli D902. W tym miejscu warto wspomnieć co wczesnym popołudniem porabiali stanowiący naszą ariergardę Darek i Romek. Romano z uwagi na późny start postanowił zrezygnować z przejechania przełęczy Telegraphe i od razu pojechał do Valloire mijając Darka robiącego zdjęcia na moście w Saint-Michel-de-Maurienne. Tym samym na Col du Galibier dotarł jako czwarta osoba z naszego grona. Dario dotarł na tą przełęcz tuz przed siedemnasta, po drodze na szczyt spotykając zjeżdżającego do samochodu Romana. Ten wsiadł następnie do auta i już w roli kierowcy raz jeszcze pokonał przełęcz. Dalej podobnie jak my zjechał do Briancon, po czym wybrał drogę N94 aby najkrótszą z możliwych dróg dotrzeć do kolejnej bazy noclegowej. Nas czekało tym czasem spotkanie ze słabiej znaną stroną słynnej Izoard. O ile południowa wersja tego podjazdu pokazała się na trasie Wielkich Tourów aż 33-krotnie tzn. 27 razy na Tourze i 6 razy na Giro d’Italia, o tyle północna jej strona tylko sporadycznie trafiała do programu francuskiego wyścigu. Pojawiła się na nim tylko 6-krotnie, począwszy od roku 1936. Przed drugą wojną światową górę tą zdobyli: Antonin Magne i rok później Julian Berrendero. W trakcie pierwszej powojennej edycji pierwszy na szczycie był Jean Robic. Następnie w roku 1973 premia ta padła łupem Jose Manuela Fuente, zaś w bliskim sercu polskich kibiców TdF 1993 triumfował tu Claudio Chiappucci. W końcu na trasie etapu do Gap z 2003 roku, który przeszedł do historii z uwagi na groźny upadek Belokiego i przełajowe wyczyny Armstronga, jako pierwszy z grupy harcowników na przełęczy tej zameldował się Aitor Garmendia.

Północny Izoard to w sumie 19,1 kilometra o średnim nachyleniu 6 % i max. 9,6 %. Podjazd dość nieregularny i na pierwszych 10 kilometrach przed Cervieres dość łatwy jak na alpejskie warunki. Wyjechawszy z Briancon zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilę by odpowiedzieć na tzw. zew natury. Potem ruszyliśmy z Adamem na tyle żwawo, iż Piotr włączył swój tryb oszczędny. Adam na tyle mocno się rozbujał, iż na wylocie z Cervieres urwał również mnie. Postanowiłem nie jechać za wszelką cenę jego tempem. Wolałem skupić się na równej jeździe z rytmie na który mnie stać. Okazało się to dobrym pomysłem, gdyż na dojeździe do Le Laus nie tylko go dogoniłem, ale nawet chwilowo wyprzedziłem. Niemniej nie przyjechaliśmy w Alpy aby ścigać się między nami, lecz po to by przejechać pełen dystans koleżeńskiej atmosferze. To znaczy współpracując z sobą, przynajmniej w te dni gdy forma poszczególnych członków naszej ekipy będzie zbliżona. Dlatego też ostatnie siedem kilometrów tej wspinaczki pokonaliśmy znów razem, zgodnie zmieniając się na prowadzeniu. Na przełęczy poczekaliśmy około dziesięciu minut na przyjazd Piotra. Zbliżała się godzina dziewiętnasta i było tu pustawo. Do Guillestre mieliśmy jeszcze ponad 30 kilometrów, więc czym prędzej zabraliśmy się do pokonania tego odcinka. Na 14-kilometrowym zjeździe zatrzymałem się tylko w Casse Deserte przy pomniku Fausto Coppiego i Louison Bobet. Zjazd zakończyłem w towarzystwie Adama. W przepięknym wąwozie Queyras jechałem już na rezerwie i na ogół korzystałem z koła kolegi.

Piotr czekał na nas na rondzie przy wjeździe do Guillestre. W tym miejscu wyłączyłem licznik, który wskazał mi dystans 134,8 kilometra o łącznym przewyższeniu 3363 metrów. Na pokonanie tego etapu potrzebowałem 5 godzin 57 minut i 38 sekund przy przeciętnej prędkości 22,6 km/h. Piotr telefonicznie próbował uzyskać od gospodyni wskazówki w sprawie sposobu dojazdu do Gite du Villard. Efekt przyniosła dopiero rozmowa z mężem tej miłej kobiety. Okazało się, że do pokonania mamy jeszcze 4,3 kilometra, gdyż baza noclegowa nr 5 leży przy ulicy Route de Campings w dolnej części tego miasta. Nieco ponad kilometr od biegnącej doliną rzeki Durance drogi krajowej nr 94. Nasza kolejna przystań okazała się dużym domem o wiejskim charakterze. Mieliśmy w nim do dyspozycji, poza pomieszczeniami wspólnymi dla wszystkich gości, duży pokój z sześcioma łóżkami i okradłem stołem w centralnej części tej sypialni. Po rozgoszczeniu się na miejscu trzymałem rękę na pulsie w sprawie postępów Darka. Dobiegał już zmierzch a naszego kolegi nie było jeszcze w bazie. Później okazało się na Col d’Izoard wjechał dopiero o godzinie 21:00 czyli w promieniach zachodzącego słońca. Pierwszą część zjazdu pokonał gdy na dworze robiło się już szaro. Gdy dotarł do Combe de Queyras było już niemal ciemno. Według relacji Darka najgorzej czyli najmroczniej w pierwszej fazie tego odcinka z uwagi na utrudniony dostęp resztek dziennego światła do najwęższej części tego kanionu. Gdy udało nam się nawiązać kontakt telefoniczny ustaliliśmy, iż podjadę samochodem do znanego mi ronda aby go odebrać. To było lepsze rozwiązanie niż tłumaczenie zawiłej drogi do bazy, którą musiałby przecież pokonać po ciemku.