banner daniela marszałka

Gran Fondo Pantani

Autor: admin o niedziela 22. Czerwiec 2008

W niedzielę oczywiście pobudka wraz z kogutami. Bardzo wczesne śniadanie i blisko godzinny dojazd samochodem przez Edolo, na start do Apriki. Po wjechaniu na główną ulicę miasta czyli Corso Roma zrobiło nam się zielono przed oczyma. Na starcie stanęło bowiem około dwu tysięcy uczestników i niemal wszyscy zgodnie z surowym regulaminem zawodów ubrani w oficjalne „maglia verde” z napisem Mercatone Uno, twarzą Pantaniego oraz logiem „Il Pirata”. Cała ta dwutysięczna rzesza musiała zaraz po starcie zjechać przez Corteno Golgi do Edolo i tam zacząć zrazu spokojny podjazd pod Gavię. Pierwsze kilometry masowej imprezy wyznaczone na zjeździe to pomysł dość ryzykowny. Jazda w rozochoconym tłumie 10-krotnie liczniejszym od przepisowego peletonu zmusza do pewnej ostrożności. Na szczęście zjazd ten nie należy do trudnych technicznie. Dla wszystkich śmiałków organizatorzy przewidzieli zaś w sumie trzy trasy tzn. Corto (85 km), Medio (152 km) i Gran (172 km). Najdłuższa od średniej różniła się tylko koniecznością przejechania dodatkowej 20-kilometrowej rundy wokół małego Mortirolo czyli Valico San Cristina. Trasa krótka była zbieżna z dwoma pozostałymi tylko na pierwszych 20 kilometrach do Monno oraz w swej ostatniej fazie od Mortirolo przez Trivigno do Apriki. Co najistotniejsze jednak w tej opcji słynne Mortirolo trzeba było pokonać od znacznie łatwiejszej południowej strony. Największą popularnością cieszyło się Medio Fondo, które ukończyło 1129 kolarzy.

Po 16-kilometrowym zjeździe do Edolo rozpoczęło się szukanie swego miejsca w szeregu. Przyszedł czas na 38-kilometrowy podjazd pod passo Gavia (2621 m. n.p.m.), albowiem jechaliśmy pełną wersje tego podjazdu, szlakiem śnieżnego etapu z Giro 1988, na którym to w głównych rolach wystąpili Amerykanin Andy Hampsten i Holender Erik Breukink. Zasadnicza część tego wzniesienia ma około 16 kilometrów przy średnim nachyleniu 8,1 % i max. 16%. Niemniej już sam przydługi wstęp czyli 22-kilometrowy odcinek z Edolo przez Vezza d’Oglio do Ponte di Legno do płaskich nie należy. Droga wznosi się tu pod średnim kątem 3% i przy maksymalnym nachyleniu 7%. Ten fragment trasy to był jeszcze czas, w którym można było sobie pozwolić na jakieś skoki z grupki do grupki.

Dwukrotnie musiałem odpracowywać wcześniej wywalczoną pozycję z uwagi na półminutowe postoje do których skłonił mnie zbyt wyluzowany magnes jeżdżący po szprysze w moim przed nim kole. Dodam, że po trzecim przejawie takiego „buntu” tzn. już na początku zjazdu z Gavii poniechałem prób naprawy i do końca wyścigu pozbawiony byłem odczytu danych uzależnionych od tzw. przebiegu. Pozostało mi kierować się wskazaniami pulsometra, altimetra i zegara. Pod Gavię jechało mi się rewelacyjnie. Znając to wzniesienie wiedziałem gdzie zrobić odpowiedni użytek z trybu „28”. Pogoda była piękna, zaś temperatura mimo sporej wysokości bezwzględnej wciąż dość przyjemna. Dość powiedzieć, iż na samym szczycie mimo porannej pory czyli godziny wpół do dziesiątej było już 15 stopni! Pokonanie stromego odcinka od Ponte di Legno zajęło mi tylko 69 i pół minuty czyli ponad osiem mniej niż w 2006 roku. Na przełęczy byłem zaś 67 pośród 510 ludzi, którzy ostatecznie dotarli na metę Gran Fondo. Mój wielki podziw wzbudził pewien Włoch, który jechał w bardzo zbliżonym do mojego tempie, choć zamiast jednej z nóg miał protezę.

Pierwsza część zjazdu z Gavii co bardziej lękliwych zjazdowców może przyprawić o gęsia skórkę. Wąska i niekiedy bardzo stroma droga, a dlatego po kiepskiej szosie miejscami nieźle pociętej przejawami ostrej zimy. Straciłem kontakt z jedną mała grupką, potem drugą. Potem na bardziej otwartym odcinku wiodącym po lepszej jakościowo drodze w środkowej części zjazdu mimo „młynka” na przełożeniu 53×12 zaczęli mi umykać kolejni kamikadze. W tym momencie żałowałem, że nie działa mi prędkościomierz gdyż zapewne w swej desperacji utrzymania kontaktu z asami downhillu pobiłem swój rekord prędkości rodem ze słowackich czyli 86 km/h. Na płaskim odcinku w okolicy Santa Caterina Valfurva „stanąłem na głowie” by złapać ogon najbliższej grupki, zaś potem nie dałem się urwać do samego Bormio gdzie miał miejsce półmetek mojego wyścigu (87 km) i koniec zjazdu z Gavii. Po wyjeździe z owego centrum narciarstwa alpejskiego wkraczaliśmy na szosy Val Valtellina gdzie czekał nas 27-kilometrowy odcinek do Mazzo prowadzący niemal cały czas w dół tzn. z poziomu 1217 na 552 metrów n.p.m. Droga opada tu jednak na tyle spokojnie, że ów fragment trasy uchodzić może za szybki kawałek płaskiego terenu. Dlatego ważne było by znaleźć się na nim w większej grupce zawodników po to by szybko i zarazem możliwie najmniejszym nakładem sił dotrzeć do Mazzo di Valtellina u podnoża passo Foppa, lepiej znanej jako Mortirolo. Z punktu pomiaru czasu na bufecie wynika, iż przejechałem matę na 101 miejscu. Jednak w istocie moje straty w porównaniu z pozycją zajmowaną na Gavii były niewielkie jako, że do Mazzo wjechałem na końcu około 30-osobowego peletoniku.

Oczywiście nasza jedność prysła już na pierwszym kilometrze włoskiej ściany płaczu. Stopniowo zacząłem przesuwać się w wyścigowej tabeli. Góra ta jest zaiste piekielna, a zadania nie ułatwiał nam fakt, iż przyszło nam zaczynać przy temperaturze 28 stopni. Pierwsze trzy kilometry podjazdu do San Mate mają jeszcze dość „skromne” nachylenie 8,8 % dlatego też w tej fazie wspinaczki kręciłem na przełożeniu 39×28. Środek wzniesienia to już z pewnością – parafrazując tekst bohatera jednej z bajek – „to co kozice lubią najbardziej”. Owe sześć kilometrów ma bowiem przewyższenie 739 metrów przy średnim nachyleniu 12,35 % i max. 18 %! Przeto nie miałem żadnych wątpliwości czy godzi się skorzystać z tajemnego trybu na czarną godzinę czyli „32”.

Aby lepiej zilustrować stromiznę tego fragmentu trasy dodam, iż trudów podjazdu nie wytrzymał motocykl pomocy technicznej, który to mocno zgrzany stał na poboczu wraz ze swym zmartwionym właścicielem. Ostatnie 3,4 kilometra to ponownie czas względnego odpoczynku na łatwiej przyswajalnym średnim poziomie 8,7 %. Na szczycie byłem już 75. ze stratą 44:14 do trójki liderów (Fontana, Negrini, Bażenow). Sam podjazd pod Mortirolo zajął mi 1h 08:03 (średnia prędkość 10,93 km/h) co okazało się nawet 56 czasem tego odcinka. Jeszcze lepiej pojechał Piotrek, który tradycyjnie spokojnie zaczynając ściganie do Mazzo przyjechał blisko 14 minut później, lecz pod Mortirolo wdrapał się w czasie 1h 07:48. Jak zwykle mój kolega dobrze rozłożył swe siły i ostatecznie na metę w Aprice wpadł 109. już tylko osiem minut za mną.

Co ciekawe po minięciu passo Foppa nie dane nam było odpocząć na zjeździe. Najpierw trzeba się było przez blisko pół godziny pomęczyć na krętych, wąskich oraz pagórkowatych drogach płaskowyżu, który położony jest na wysokości ponad 1800 metrów n.p.m. Dopiero po minięciu osady Trivigno przyszedł czas na zjazd do Apriki (1176 m. n.p.m.), który częściowo pokrywał się z czekającym nas jeszcze zjazdem z Valico San Cristina. Do Apriki dotarłem w czasie 5h 40:06 (minus 5:16 zgubione na starcie) co dawało mi w tym momencie 69 lokatę wśród „granfondistów”. Niemniej po pokonaniu 152 kilometrów trasy i blisko 3500 metrów przewyższenia przy temperaturze 26 stopni mój silnik zaczął się już nieco przegrzewać. Tymczasem do pokonania mieliśmy jeszcze solidną rundkę o długości dwudziestu kilometrów ze stromym 7-kilometrowym podjazdem pod Valico San Cristina (1427 m. n.p.m.) na deser. Kilka pozycji straciłem na sześciu kilometrach zjazdu w kierunku Tresendy. Zjazd ten jakkolwiek szeroki wbrew pozorom nie należał do przyjemności gdyż trwały na nim roboty drogowe. W pewnym momencie z owej głównej drogi trzeba było zboczyć na wąską, leśną alejkę by zacząć ostatnią tego dnia katorgę.

Podjazd pod San Cristina od tego miejsca ma tylko 6,8 km, lecz przy średnim nachyleniu 9,5 % oraz max. 16 % śmiało może uchodzić za „mniejszego brata” Mortirolo. Zresztą potrafił on pogrążyć nawet tej miary mistrza co Miguel Indurain. Na ostatnich kilkunastu kilometrach wspomnianego przeze mnie etapu Giro 1994 „Big Mig” zmożony stromizną „Krystyny” stracił do szalejącego Marco Pantaniego aż trzy i pół minuty! Ja również przeżywałem tu od połowy podjazdu ciężkie chwile. Chcąc nie chcąc w pewnym momencie wrzuciłem tryb „32” i na miękko z wolna przemierzałem kolejne, coraz „dłuższe” kilometry wyglądając końca tego podstępnego podjazdu. Oczywiście straciłem jeszcze kilka pozycji i na górze byłem 79. Do mety pozostało jeszcze siedem kilometrów, z czego sześć na zjeździe. Ostatnie dziesięć minut z hakiem wysiłku i koncentracji i w końcu upragniona meta. Z wyniku byłem zadowolony. Realnie uzyskałem 79 czas tzn. 6h 37:14 (średnia 25,98 km/h).

W wyścigu zająłem 86 miejsce z czasem 6h 42:30, a to przez nasze dalekie miejsca na starcie. Mniejsza o szczegóły. W swoim przypadku miejsce wśród 15-20 % najlepszych uczestników uważam za bardzo dobre, szczególnie że średni poziom włoskich imprez wydaje mi się być wyższy niż choćby francuskich zawodów spod znaku „cyclosportive”. Cały wyścig podobnie jak GF Campagnolo wygrał Rosjanin Aleksander Bażenow o 2:40 przed Giannim Fontaną i 5:36 przed Emanuele Negrinim. Za nami był pełen tydzień pięknych przygód i drugi niezapomniany wyścig po legendarnych przełęczach. A przed nami trzeci tydzień naszego prywatnego Giro i najdłuższy maraton na rowerze, ale o tym opowiem w trzecim odcinku swej mini-powieści.