banner daniela marszałka

5 etap: Guillestre – Le Bourguet

Autor: admin o środa 26. Czerwiec 2013

TRASA ETAPU 5 > https://www.strava.com/activities/69725248

Po długim czwartym etapie warto było dobrze odpocząć. W środę czekał nas co prawda bardzo wysokogórski, lecz w sumie dość krótki odcinek. Jak miało się okazać najkrótszy w całej dwutygodniowej wyprawie. Według planu na trasie z Guillestre ku dolinie rzeki Tinee mieliśmy do pokonania tylko dwie wzniesienia: Col du Vars (2111 m. n.p.m.) i Cime de la Bonette (2802 m. n.p.m.). Natomiast sam wybór kolejnego „miasta etapowego” był sprawą otwartą. Gdy zimą opracowywałem szczegóły trasy i dawałem Piotrowi wytyczne co do wyboru miejsca noclegowego w grę wchodziła praktycznie każda lokalizacja pomiędzy Saint-Etienne-de-Tinee a Saint-Sauveur-de-Tinee, W tym dość odludnym zakątku Francji faworytami była stacja Auron lub miasteczko Isola u podnóża podjazdu do Isola 2000, który pojawił się na trasie Tour de France 1993. Niemniej Pietro znalazł ostatecznie coś innego pośrodku tej krainy, a mianowicie górskie schronisko we wiosce Roya położonej ponad leżącą w dolinie osadą Le Bourguet. Taka meta oznaczała, że do przejechania będziemy mieli około 105 kilometrów. Dzięki temu mogliśmy sobie pozwolić na leniwe przedpołudnie. Mogliśmy wyspać się do woli, bez pośpiechu zjeść śniadanie, a nawet poświęcić dłuższą chwilę na doglądnięcie swych karbonowych rumaków przed dalszą drogą na południe. Około dziesiątej wszyscy jak jeden mąż wyprowadziliśmy swe „wierzchowce” na ganek aby im się bliżej przyjrzeć. Tam dobrą godzinę spędziliśmy na naprawie drobnych usterek i czyszczeniu rowerów. Słońce mocno grzało. Upału nie sposób było uniknąć, niezależnie od godziny startu. Ostatecznie około 12:20 jako pierwszy ruszył Darek. Startując z zapasem około pół godziny nad pozostałymi członkami naszej ekipy mógł mieć pewność, że sporą część tego odcinka przejedzie przed nami lub też później w naszym towarzystwie. W każdym razie plan był taki, żeby do mety środowego etapu dotrzeć razem lub prawie jednocześnie.

Z kolei zadaniem Romka było pokonanie samochodem całej trasy do Saint-Etienne-de-Tinee i następnie wyjechanie już rowerem na spotkanie z nami. Tym sposobem Romano jako jedyny w naszym gronie miał do „zrobienia” Col de la Bonette od strony południowej. Ja wraz z Adamem i Piotrem ruszyłem do boju około trzynastej. Jako, że Gite du Villard położone jest w dolnej części Guillestre startowaliśmy z poziomu ledwie 915 metrów n.p.m. Tym samym mieliśmy do pokonania podjazd pod Vars w wersji o dwa kilometry dłuższej niż profil zaczerpnięty z „archivio salite”. Tym sposobem na pierwsze danie trzeba było przetrawić wzniesienie 21,3 kilometra wspinaczki o średnim nachyleniu 5,6 % i max. 10,5 %. Przełęcz Vars była niegdyś popularną sceną zmagań podczas Tour de France. W sumie przejeżdżano przez nią aż 33 razy, lecz ostatni raz w roku 2000, gdy jako pierwszy na górę wjechał Niemiec Jens Heppner. Zazwyczaj bo aż 22-krotnie pojawiała się na tym wyścigu w swej wersji południowej, w pakiecie ze swą wyższą sąsiadką Izoard na etapach do Briancon. Pierwszym zdobywcą tej przełęczy był w roku 1922 trzykrotny zwycięzca „Wielkiej Pętli” Belg Philippe Thys. Czterem kolarzom udało się tu triumfować dwukrotnie. Dokonali tego Włoch Bartolomeo Aimo, Luksemburczyk Nicolas Frantz, Belg Edward Vissers i Francuz Jean Robic. Jednym słowem górale z międzywojennej i tuż powojennej ery Touru, gdy wyścig ten znacznie częściej niż obecnie zaglądał w południowe rejony francuskich Alp. Warto dodać, że południowy Vars czterokrotnie wystąpił też w Giro d’Italia. Po raz pierwszy w 1949 roku na legendarnym etapie do Pinerolo, na którym wielki Fausto Coppi zmasakrował swych rywali.

Zaczęliśmy podjazd całkiem żwawo i po pewnym czasie jechałem już tylko z Adamem. Piotr z dnia na dzień narzekał na większe zmęczenie i wolał rozpocząć kolejny dzień naszych zmagań z własnymi słabościami w spokojniejszym tempie. Jako się rzekło pogoda była wyborna, więc mimo iż był to dzień powszedni w samym środku tygodnia na drodze ku przełęczy Vars mijaliśmy całe rzesze kolarzy-amatorów. Rzecz jasna widok kolejnych kolarskich sylwetek przed nami wzmagał tylko nasze ambicje by podkręcić tempo i łyknąć kolejnego „zająca”. Policzyłem, że udało nam się wyprzedzić po drodze aż 31 takich osób, w tym hurtem całą 9-osobową drużynę na płaskim odcinku przy przejeździe przez stacje narciarską Saint-Marie–de-Vars. Dwóch „galerników” z ciężkimi sakwami do tego rachunku nie wliczyłem. Na całym podjeździe czułem się bardzo dobrze. W górnej części wzniesienia byłbym chyba nawet w stanie zerwać z koła Adama gdybyśmy się tu bili o punkty na górskiej premii. W każdym razie był to kolejny znak, iż moje lekkie nie dotrenowanie przed wyjazdem nie było problemem, lecz raczej atutem. Wychodziło na to, iż przyjechałem w Alpy na tyle świeży, że na razie jeszcze codzienny wysiłek nie robi na mnie złego wrażenia, a wręcz przeciwnie z etapu na etap nabieram mocy. Adam również radził sobie dobrze, więc do końca podjazdu zgodnie współpracowaliśmy i na przełęcz wjechaliśmy razem. Darka jednak nie zastaliśmy, zdołał umknąć przed naszą pogonią. Jakkolwiek był to ledwie dwudziesty drugi kilometr etapu postanowiliśmy skorzystać z kulinarnej oferty vars-u.

Na przełęczy wyznaczającej granicę między departamentami Haute-Alpes i Alpes-de-Haute-Provence funkcjonuje restauracja L’Igloo. Postanowiliśmy się przy niej zatrzymać. Starszy jegomość prowadzący ten przybytek zadziwił nas znajomością polskiej geografii. Gdy tylko powiedziałem, że kolega jest z Gdańska od razu wymienił dwa pozostałe grody Trójmiasta. Zakupiwszy po kawce i ciastku doczekaliśmy przyjazdu Piotra. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej Pietro jako pierwszy ruszył w dół obierając taktykę a’la Dario czyli „czuję się słabiej, więc jadę przodem i tak mnie pewnie dojdziecie na Bonette”. Jako, że jest on świetnym zjazdowcem i dostał od nas w zapasie co najmniej 10 minut nie było na to większych szans. Zjazd z Vars składa się ze stromych 8 kilometrów do Saint-Paul i następnie łagodnych 6 kilometrów wzdłuż rzeczki Ubaye. Następnie trzeba jeszcze pokonać siedem, raczej płaskich kilometrów po szerszej drodze D900. Górują nad nią po prawej stronie wśród skał imponujące forty Tournoux i Caurres wybudowane w latach 40-tych XIX wieku. Niespodziewanie na dojeździe do Jausiers mieliśmy przymusowy przystanek. Zmurszałe przydrożne skały zagrażały bezpieczeństwu podróżnych. Dlatego miejscowi drogowcy zdecydowali się na akcję profilaktyczną. Jeden z nich musiał wspiąć się na skalną ściankę i odrąbać co bardziej niepewne jej elementy. Natomiast drugi wstrzymywał ruch na drodze, po czym kruszył opadłe odłamki za pomocą mini-walca. Na śledzeniu postępów tych prac minął nam dobry kwadrans. W tym czasie dojechało do nas jeszcze kilkunastu amatorów dwóch kołek, niejeden „znajomy” z podjazdu pod Vars czy też samej przełęczy.

Mało kto z tej grupy wybierał się jednak na spotkanie z „Jej wysokością” czyli Cime de la Bonette. Gdy tylko dojechaliśmy do Jausiers większa część naszego peletoniku pojechała prosto w kierunku Barcelonette. My dwaj zatrzymaliśmy się na chwilę przy wjeździe na drogę D64. Chcieliśmy sobie zrobić zdjęcia pod tablicą anonsującą najwyższą drogę asfaltową Europy. Nie jest to najbardziej aktualna informacja, albowiem nieco wyżej kończy się austriacka szosa na lodowiec Tiefenbachferner powyżej tyrolskiego Solden. Aczkolwiek w przeciwieństwie do Cime de la Bonette to droga jednokierunkowa. W każdym razie Bonette jest niewątpliwie najwyższym punktem, na który kiedykolwiek wjechali kolarze tak w historii samego Tour de France jak i podczas wszystkich trzech Wielkich Tourów łącznie. Co ciekawe najwyższy punkt na tej drodze prowadzi nie przez przełęcz, która wypada na wysokości 2715 metrów n.p.m., lecz 87 metrów wyżej na zachodnim zboczu Cime de la Bonette, góry której wierzchołek sięga 2860 metrów n.p.m. Szosa osiągająca wysokość 2802 m. n.p.m. to wynik ambicji i pomysłowości miejscowych władz, które koniecznie chciały mieć u siebie drogę rekordzistkę. Aby pobić wysokość sabaudzkiej Col de l’Iseran (2770 m. n.p.m.) położono więc asfalt wokół wierzchołka góry dodając do naturalnej drogi pętle długości 1900 metrów czyli m/w po kilometrze wspinaczki od każdej strony. Dodać należy, że owe dodatki należą do najbardziej stromych odcinków każdego z wariantów wzniesienia, więc załączony przeze mnie profil północnego podjazdu wydaje się niedowartościowany w końcówce.

Trzeba powiedzieć, że „Wielka Pętla” w te strony zagląda od wielkiego święta. W ostatnim półwieczu kolarze zdobywali Bonette tylko czterokrotnie, po dwakroć od każdej ze stron. Po raz pierwszy w 1962 roku gdy na etapie do Briancon górę tą od południa zdobył słynny „Orzeł z Toledo” Hiszpan Federico Bahamontes. Ten sam kolarz dwa lata później najszybciej pokonał to wzniesienie od północnej strony na etapie do Monaco. Po raz trzeci Bonette pojawiła się na trasie Touru dopiero w 1993 roku. Jechano wówczas od północnej strony mając już za plecami przełęcze Izoard i Vars. Przy tej okazji premie górską wygrał Szkot Robert Millar, zaś etap kończył się w stacji narciarskiej Isola 2000. Po raz ostatni kolarze pojawili się tu w roku 2008, gdy na etapie do Jausiers najszybciej od południa wspiął się kolarz z RPA John-Lee Augustyn, który chwilę później wyleciał z drogi na jednym z pierwszych zakrętów. Z naszej piątki w zasadzie tylko Adam i Romek byli debiutantami na tym szlaku. Dla mnie i Piotra był to powrót na północną Bonette po ośmiu latach. Byliśmy tu już bowiem w lipcu 2005 roku podczas drugiego dnia wyprawy, której główną atrakcją był nasz pierwszy start w La Marmotte oraz oglądanie etapów TdF z finiszami w Courchevel i Briancon. Natomiast Darek zdobył Bonette cztery lata później, gdy wybraliśmy się we francuskie Alpy z myślą przede wszystkim o starcie w L’Etape du Tour kończącym się na Mont Ventoux. Przy czym gdy mój kolega zmagał się wówczas z tym podjazdem ja zaliczałem południowy Col de Vars i finałowy podjazd do Pra-Loup. Tymczasem sytuacja na trasie piątego etapu ułożyła się tak, iż Piotr dogonił Darka w dolinie Ubaye, gdy ten podobnie jak my nieco później musiał przystanąć w związku ze wspomnianymi robotami na przydrożnej skale. Tym sposobem na podbój północnej Bonette rzuciliśmy w odstępie 20-30 minut dwa dwuosobowe podzespoły. Mniej więcej w tym samym czasie Romek, chwilowo zablokowany przez przemarsz owczej nawały, dojechał już do Saint-Etienne-de-Tinee i szykował się do ataku na przełęcz od jej południowej strony. Jednym słowem dach kolarskiej Europy braliśmy w dwa ognie.

Owczy peleton

Według informacji z „cyclingcols” północna Bonette to 23 kilometry o średnim nachyleniu 6,9 i max. 11,4 %. Natomiast południowa to 25,3 kilometra o średniej 6,6 % i max. 16 % w samej końcówce. Jako pierwsi do góry ruszyli Piotr z Darkiem dokumentując swój wyczyn serią wykorzystanych tu przeze mnie zdjęć z podróży. Dario starał się dotrzymać tempa Piotrowi i przez sporą część tego wzniesienia mu się to udawało. Ja jechałem cały czas z Adamem, który wydawał się być mocniejszy niż na Vars, więc momentami musiałem się sprężać by dotrzymać mu kroku. Oczywiście im wjeżdżaliśmy wyżej tym robiło się nieco chłodniej. Niemniej nawet po minięciu zabudowań wojskowych fortu Restefond (2558 m. n.p.m.) śniegu na okolicznych zboczach było niewiele, więc nic nie wskazywało na to, iż u kresu wspinaczki będziemy mieli jakikolwiek problem. Na łatwiejszym odcinku dwa-trzy kilometry przed finałem mimo, iż z racji przyjaznego profilu de facto przyspieszyliśmy w praktyce nieco odpuściliśmy szykując się na stromy finał wspinaczki. Tymczasem dojechawszy do ostatniego kilometra ujrzeliśmy tam najpierw śnieżną zaspę blokującą dojazd na wierzchołek od północnej strony, a zaraz potem trzech naszych kolegów stojących na przełęczy z informacją iż po południowej stronie również nie ma przejazdu. Oczywiście niczym niewierny Tomasz musiałem zbadać te śnieżne zawaliska z najbliższej odległości. Romek podkuszony przez Piotra i Darka również dotarł do białej ściany od każdej ze stron. Drogowcy zapewne zwieźli śnieg w te dwa miejsca aby odciąć ludziom niebezpieczną drogę na szczyt, której zagrażały śnieżne zaspy ze skrajów wierzchołka góry. Z tej przyczyny nie dane nam było osiągnąć zaplanowanego dachu naszej wyprawy. Miano to miało przypaść ostatecznie przełęczy Iseran, którą była do zdobycia w drodze powrotnej nad Lac Leman. Niemniej i tak mieliśmy niemało szczęścia, bowiem z powodu długiej zimy i kapryśnej wiosny tak ta jak i niektóre niższe przełęcze jeszcze w połowie czerwca były nieprzejezdne.

Temperatura na Bonette była jak na tą wysokość dość przyjazna tzn. 12 stopni Celsjusza. Niemniej na długi i przynajmniej z początku zimny zjazd trzeba było się odpowiednio ubrać. Najbardziej przed spodziewanym chłodem zabezpieczył się Darek, dzięki czemu z racji oryginalnego wyglądu zasłużył sobie na przydomek człowiek-rakieta. Temu zadaniu poświęciliśmy wszyscy kilka minut, po czym zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia po obu stronach przełęczy. Piotr dla żartu zabrał się nawet za odśnieżanie północnej drogi, ale była już godzina siedemnasta więc nawet jakby wytrwał w swym zapale to i tak pewnie nie skończyłby roboty przed zmierzchem. Na zjeździe chłopacy dość szybko mi odjechali. Niemniej nie starałem się koniecznie dotrzymać im tempa. Zatrzymał się też aby zrobić zdjęcia koszarom, które niegdyś wybudowano również po tej stronie przełęczy. Około 17:45 byliśmy już wszyscy w Saint-Etienne-de-Tinee. Tu postanowiliśmy poszukać restauracji i zjeść główny posiłek dnia, bowiem to była ostatnia „większa” miejscowość na naszym szlaku. Dlatego tez już w tym miejscu wyłączyłem licznik wskazujący, iż od Guillestre przejechałem 93 kilometry z łącznym przewyższeniem 2761 metrów w czasie 4 godzin 30 minut i 13 sekund (avs. 20,7 km/h). Po godzinnym przystanku gastronomicznym ruszyliśmy dalej w dół doliny. Przy czym to Piotr wcielił się na ten krótki odcinek w rolę kierowcy samochodu, zaś Romek towarzyszył nam na rowerze. Po przejechaniu pagórkowatych sześciu kilometrów dojechaliśmy do wioski Le Bourguet, gdzie musieliśmy skręcić w prawo i przejechać przez mostek nad Tinee. Gdybyśmy chcieli dojechać do leżącej poza szlakiem Route des Grandes Alpes wioski Roya (1540 m. n.p.m.) musielibyśmy z tego miejsca pokonać jeszcze podjazd wąską doliną po bardzo kiepskiej drodze. Dodatkowe 480 metrów przewyższenia na dystansie 6,5 kilometra przy średniej 7,4 %. Niemniej tak mi, Adamowi jak i Darkowi dopiero co zjedzony posiłek zbyt ciążył by decydować się na trzecią tego dnia wspinaczkę. Dlatego poprosiliśmy Piotra aby zostawił bagaże w schronisku, zjechał i zabrał nas na górę autem. Jedynie Romek mający w nogach „zaledwie” Bonette był na tyle głodny wrażeń, iż dotarł do mety na głębokiej górskiej prowincji o własnych siłach.