banner daniela marszałka

6 etap: Roya – Menton

Autor: admin o czwartek 27. Czerwiec 2013

TRASA ETAPU 6 > https://www.strava.com/activities/69725232

W czwartek mieliśmy zrealizować pierwszy z głównych celów naszej wyprawy. Rano obudziliśmy się w Roya, cichej górskiej wiosce u bram Parku Narodowego Mercantour, zaś już popołudniu lub najdalej wieczorem mieliśmy się znaleźć w Menton, mieście na gwarnym Lazurowym Wybrzeżu. Od kresu klasycznej Route des Grandes Alpes dzielił nas dystans około 130 kilometrów i wedle mojego projektu dwa solidne wzniesienia oraz jedno znacznie mniejsze na sam deser. Po śniadaniu znalazłem jeszcze czas na krotki spacer w górę wioski do ostatnich zabudowań tej osady położonej w cieniu góry Las Donnas (2474 m. n.p.m.). Następnie zapakowaliśmy bagaże do samochodu i umówiliśmy się z Romkiem na spotkanie w okolicy Saint-Sauveur-de-Tinee by wspólnie pokonać pierwszą premię górską szóstego etapu tzn. podjazd od zachodniej strony pod przełęcz Saint-Martin (1500 m. n.p.m.). Około 9:45 ruszyliśmy w dół krętej i wąskiej Vallon de Roya by dotrzeć do D 2205, głównej drogi w dolinie rzeki Tinee. Na zjeździe naszym głównym zmartwieniem była kiepska jakość tej ścieżki. Trzeba było uważać na dziury i kamienie, aby nie przebić dętki już na samym początku przygody. Piotr z Adamem szybciej uporali się z tym zjazdem. Tym bardziej, że ja i Darek zrobiliśmy sobie parę przystanków celem uwiecznienia na zdjęcia uroków tego miejsca. Gdy dotarliśmy do Le Bourguet nasi dwaj koledzy byli już pewnie ze dwa-trzy kilometry z przodu. Na dole skręciliśmy w prawo i ruszyliśmy w pościg za nimi. Ja wcieliłem się w rolę robotnika, zaś Dario siadł mi na kole.

Do podnóża przełęczy św. Marcina mieliśmy blisko 28 kilometrów i ponad 560 metrów wysokości do stracenia. Po przejechaniu pierwszej tercji tego odcinka minęliśmy wioskę Isola. W niej zaczyna się podjazd pod Col de Lombarde (2351 m. n.p.m.) i zarazem do stacji Isola 2000, która w 1993 roku gościła uczestników Tour de France. Chociaż wiatr w dolinie był niesprzyjający to opadający teren sprawił, iż jechaliśmy całkiem żwawo tzn. ze średnią prędkością 35,7 km/h. Piotra i Adama złapaliśmy tuż przed Saint-Sauveur. Niedługo później dołączył do nas Romek i ostatnie kilometry łagodnego zjazdu pokonaliśmy już razem. Cztery kilometry za miastem skończyła się sielanka. W tym miejscu od zmierzającej na południe D 2205 odchodzi w lewo pod kątem 180 stopni droga D 2565 ku Col Saint-Martin. Czekało nas teraz 16,5 kilometra solidnego podjazdu o przewyższeniu 1018 metrów ze średnim nachyleniem 6,2 % i max. 10 %. Przełęcz św. Marcina tylko dwukrotnie znalazła się na trasie „Wielkiej Pętli”. Organizatorom TdF wpadła w oko przed czterdziestu laty. Najpierw w 1973 roku na etapie z Embrun do Nicei zdobył ją od naszej zachodniej strony Hiszpan Pedro Torres. Dwa lata później jechano od nieco łatwiejszej południowo-wschodniej flanki. Była pierwszym z pięciu wzniesień na legendarnym etapie z Nicei do Pra Loup. Na odcinku tym Francuz Bernard Thevenet znokautował wielkiego Eddy Merckxa, zaś kolarze poza Saint-Martin i podjazdem finałowym mieli do pokonania również przełęcze: Couillole, Champs i Allos. Premia górska u św. Marcina padła zaś łupem słynnego Belga Lucien’a Van Impe.

Przed ruszeniem do góry zrobiliśmy sobie kilkuminutowy postój aby zdjąć z siebie ciuchy, które były przydatne na niezbyt ciepłym zjeździe w ten pochmurny dzień. Około jedenastej sygnał do ataku dał Romek, lecz wkrótce okazało się, że nie miał w czwartek najlepszego dnia. Pierwsze dwa kilometry tego wzniesienia były w zasadzie najtrudniejsze na całej górze. Prowadziły krętą drogą po półce skalnej z pięknym widokiem na prawo przez rzekę w kierunku Col de la Sinne (1440 m. n.p.m.). Czułem się dobrze i szybko okazało się, że podczas tej wspinaczki mogę liczyć tylko na towarzystwo Adama. Droga była dobrze oznaczona. Co kilometr informacja ile kilometrów i zarazem metrów przewyższenia zostało nam do przełęczy. Według tablic miejscowość Valdeblore zdawała się nie mieć końca. Niemniej w praktyce byłą to gmina złożono z szeregu wiosek. Po kolei mijaliśmy La Bolline, La Roche, Saint-Dalmas by w końcu na samej przełęczy dotrzeć do La Colmiane. Przy przejeździe przez Bolline musiałem lekko zwolnić aby nie zerwać z koła Adama. Wolałem nie przesadzać. Moc na pierwszej górze czasami bywa złudna. Na przełęcz dojechaliśmy razem. Zastaliśmy tam kilka brzydkich hoteli, sporej wielkości parking i na nasze szczęście kilka otwartych barów. Postanowiliśmy powtórzyć wczorajszy manewr z przełęczy Vars i po zrobieniu pierwszych zdjęć zamówiliśmy sobie po kawce i ciastku. Oczekiwanie na kolegów nieco nam się dłużyło, bowiem tak Piotr, Romek jak i Darek potraktowali ten podjazd raczej ulgowo. Strzeliliśmy kolejne fotki do archiwum z podróży, po czym Romek rozpoczął zjazd do samochodu, zaś Piotr jako pierwszy ruszył na wschód w kierunku Saint-Martin-de-Vesubie.

Czekał nas przeszło 20-kilometrowy zjazd do podnóża Col de Turini (1607 m. n.p.m.). Na pierwszych ośmiu kilometrach (do wspomnianego miasteczka) dość szybki, zaś na kolejnych dwunastu na tyle łagodny, iż wymagał od już dokręcania. Ja wraz z Adamem i Darkiem rozpocząłem zjazd dopiero kilka minut przed trzynastą. Niemniej zjeżdżaliśmy bez zbędnej zwłoki, robiąc sobie po drodze jedynie parominutowy postój w Roquebiliere. Miasteczko było puste niczym po wybuchu bomby. Najwyraźniej wszyscy mieszkańcy rozpoczęli już sjestę. Tymczasem temperatura wzrosła 26 stopni, więc zasadne było zdjęcie kamizelki, rękawków czy nogawek założonych na zjazd. Cztery kilometry dalej trzeba było skręcić w lewo, aby wjechać na drogę D 2566. To w tym miejscu miał się zacząć podjazd pod znaną bardziej z rajdu Monte Carlo niż Tour de France przełęcz Turini. Na „Wielkiej Pętli” pojawiała się ona tylko trzykrotnie. Dwa razy tuż po II Wojnie Światowej. W tych czasach brylowali tu idole francuskich kibiców czyli Louison Bobet i Jean Robic. Po dłuższej przerwie przypomniano sobie o niej w 1973 roku na wspomnianym już przez mnie etapie do Nicei. Jechano wówczas od czekającej i nas zachodniej strony, zaś jako pierwszy na premii górskiej pojawił się rodak Torresa – Vicente Lopez-Carill. Do pokonania mieliśmy 15,3 kilometra o średnim nachyleniu 7,2 % i max. 10 %. W sumie 1107 metrów przewyższenia. Jak nam się wydawało miała to być ostatnia większa przeszkoda przed upragnionym widokiem lazurowych wód Morza Śródziemnego.

Na początku wzniesienia spotkała nas miła niespodzianka. Darek rozpoczął wspinaczkę w wielce bojowym nastroju. Zaczął ten podjazd w stylu na jaki nie było stać w poprzednich trzech sezonach. W tym roku Dario nareszcie solidnie przepracował wiosnę. Dzięki temu był w stanie poradzić sobie z każdym etapem tej arcytrudnej wyprawy. Co więcej jak miało się okazać przy dobrym dniu, przyjaznej mu temperaturze i odpowiednim nastawieniu był w stanie zmusić do większego wysiłku swych młodszych i na co dzień mocniejszych kompanów. Na pierwszym kilometrze Turini poszedł tak mocno, iż praktycznie zerwał nas z koła. Od razu przypomniał mi się ostatni taki atak Darek – u podnóża Col du Granon w lipcu 2009 roku. Jakkolwiek mogłem się zmobilizować by utrzymać jego tempo, ale nie byłaby to dla mnie komfortowa jazda i za tego typu zryw mogłem wyżej zapłacić. Adam był najwyraźniej podobnego zdania i dotrzymywał mi kroku, nie próbując gonić za Darkiem. Na pierwszych trzech kilometrach utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy z naszym kolegą dojeżdżając do miasteczka La Bollene-Vesubie ze stratą około 20-30 sekund. Tu spotkał mnie pewien problem. Ponieważ nie chciałem zapocić nogawek i rękawków zamiast do kieszonek włożyłem je pod siodełko. Te zaś na jednym z tzw. śpiących policjantów wypadły po czym wkręciły się pomiędzy łańcuch i tryby kasety. Musiałem się zatrzymać. Adam poczekał na mnie i pomógł poradzić sobie z owym kłopotem. To dało Darkowi dodatkowe dwie minuty zapasu. Dario choć przyznał się do lekkiego kryzysu w górnej partii wzniesienia do końca jechał dzielnie i w sumie równo. Choć jechaliśmy dość mocno to ponownie ujrzeliśmy go przed sobą dopiero na ostatnich dwóch kilometrach. Niemniej nie zdołaliśmy dogonić osiągając przełęcz jakieś kilkanaście sekund po nim.

Na Turini było gwarno i to nie tylko za sprawą turystów, w tym podobnych nam amatorów kolarstwa. Pewien pasterz, prowadził akurat przez przełęcz liczne niczym peleton TdF stado owiec. Zresztą dość rozległy plac wybudowany na tej przełęczy wydaje się miejscem, które nie narzeka na brak gości. Na przełęcz wiodą w końcu nie dwie, lecz trzy drogi łączące się dopiero na samej górze. Co więcej z przełęczy tej w kierunku północno-wschodnim odchodzi jeszcze kolejna, ślepa droga w kierunku Circuit de l’Authion osiągająca maksymalny pułap 2016 metrów n.p.m. Według luźnych ustaleń na Turini mieliśmy spotkać się z Piotrem. Niemniej ponieważ nad przełęczą zbierały się coraz to gęstsze i ciemniejsze chmury Pietro najwyraźniej wolał się salwować ucieczką w dolinę ku cieplejszym klimatom. Z tego samego powodu i my nie mogliśmy tu dłużej zabawić. Przejechawszy na drugą stronę placu minęliśmy odchodzący w prawo zjazd do Luceram via Peira-Cava. Następnie w niewielkich odstępach czasu rozpoczęliśmy nasz zjazd do Sospel. Niestety w górnej części zjazdu nie udało nam się uniknąć przelotnych opadów deszczu. Taki opad w połączeniu z temperaturą ledwie 11 stopni przeszywał nas chłodem. Liczący sobie ponad 24 kilometry, kręty i trudny technicznie zjazd zdawał się nie mieć końca. Tym bardziej, że za Moulinet nie był już tak szybki i zmuszał do kręcenia. Mimo nie najlepszej pogody nie sposób było zaprzeczyć urokom tej krainy. Dlatego żałowałem, że na foto-stopa zatrzymałem się tylko raz w pobliżu kaplicy Notre-Dame de la Menour. W środkowej i dolnej części zjazdu zdążyłem wyschnąć, acz temperatura urosła tylko do skromnych na tej szerokości geograficznej 16 stopni.

Jakkolwiek podróżowaliśmy każdy w tempie sobie właściwym mieliśmy się odnaleźć w Sospel, by już razem pokonać ostatni pagórek na trasie do Menton i wspólnie dojechać do tej mety nad Morzem Śródziemnym. Jako pierwszy do punktu zbornego dojechał oczywiście Piotr. Potem Adam, który minął mnie na zjeździe. Mi też udało się umknąć przed deszczem, choć dojechałem do miasta z ciemnymi chmurami na karku. Gdy około 15:50 dojechał do nas Darek rozpadało się już na dobre. Do tego było tylko 14 stopni. Postanowiliśmy przeczekać załamanie pogody. Niestety aura sprzysięgła się przeciwko nam. Rozpadało się na dobre i tym sposobem utknęliśmy pod dachem gościnnego sklepu spożywczego na dobre dwie godziny. Swoją drogą cóż za ironia. Od soboty do tego miejsca przebyliśmy 654 kilometry pokonując szesnaście solidnych podjazdów, w tym pięć dwutysięczników. Tymczasem najwięcej czasu potrzebowaliśmy na pokonanie ostatnich 20 kilometrów przed Cote d’Azur. Zaskoczył nas chłód i deszcz, którego najmniej się spodziewaliśmy w miejscu kojarzonym ze słonecznym wypoczynkiem. Postanowiliśmy zawezwać telefonicznie Romka aby przybył nam z odsieczą tzn. dodatkową partią ciuchów, które mieliśmy w naszym samochodzie. Romano po zjechaniu z Col Saint-Martin wsiadł do samochodu i dojechał nad Lazurowe Wybrzeże najkrótszą możliwą drogą czyli przez D 6202. Dotarł na wybrzeże około godziny czternastej na wysokości Nicei i następnie skręcił na wschód by dobić do Menton. Oczywiście nie pozostawił nas w potrzebie i zjawił się w Sospel z koniecznym wsparciem.

Ponieważ nadal lało zaprosiliśmy kolegę pod dach i tym sposobem już w piątkę kontynuowaliśmy „okupację” sklepu spożywczego. Romek stanął na bramce wcielając się w role odźwiernego. Piotr zabawiał sprzedawców i gości konwersacjami. Adam co chwilę robił rundkę po sklepie kupując co raz to nowe zakąski. Darek jak zwykle bawił towarzystwo dowcipami. Ja zaś aby nas rozgrzać przed dalszą drogą zakupiłem mała buteleczkę Porto Cruz (0,2 litra) co by każdy łyknął sobie łyczka i rozgrzał się dla kurażu przed pozostałym nam do pokonania mokrym odcinkiem drogi. W końcu po osiemnastej przeszliśmy się pod stojący nieopodal sklepu wielki biały namiot gdzie narzuciliśmy na siebie cieplejsze i przede wszystkim suche rzeczy. Tak zaopatrzeni byliśmy w końcu gotowi dokończyć szósty etap. Ruszyliśmy w stronę Castillon (707 m. n.p.m.) podjazdu, który w odróżnieniu od Saint-Martin i Turini aż 21 razy pojawiał się na trasie Tour de France. Niemniej jego sława już dawno przeminęła. Był niemal obowiązkowym punktem na trasie „Wielkiej Pętli” w latach 1919-1936, po czym przypomniano sobie o nim jeszcze czterokrotnie tuż po II Wojnie Światowej w latach 1947-1948, 1950 i 1952. Szesnastokrotnie zdobywano go od strony północnej, najczęściej na etapach do Nicei. Wśród zdobywców tego wzniesienia mamy takich kolarzy jak: Firmin Lambot i Philippe Thys (obaj dwukrotnie) czy też inni triumfatorzy Touru jak Ottavio Bottecchia, Lucien Buysse, Andre Leducq czy Louison Bobet. Ostatni zwycięzcą górskiej premii w tym miejscu był Francuz Jean Dotto. Ponieważ w ostatnich dziesięcioleciach TdF jak ognia unika wizyt na Cote d’Azur w szczycie sezonu turystycznego nie wydaje się możliwe by wyścig wrócił na ten szlak w najbliższej przyszłości. Start całego wyścigu w Monaco przed czterema laty czy tegoroczna drużynówka w Nicei to ledwie skromne wyjątki od tej wieloletniej reguły.

Wspomniany podjazd pod Castillon to od strony Sospel ledwie 6,7 kilometra wspinaczki o średnim nachyleniu 5,3 % i max. tylko 8 %. Niemniej my omyłkowo zamiast starej drogi D 2566 wybraliśmy nową D 2566A nie mając świadomości, że z miasta w stronę Menton wychodzi jeszcze jedna szosa nieco dalej na wschód. Nasza wersja Castillon okazała się podjazdem bardzo łatwym. Jechałem na dużej tarczy, używając przełożeń 50×19 i 21. Po przejechaniu 4,8 kilometra na wysokości około 570 metrów n.p.m. wjechaliśmy do 700-metrowego tunelu Le Muret, przebiegającego pod starą drogą do Castillon. Nasz podjazd skończył się wraz z tunelem na wysokości około 610 metrów n.p.m. Dwieście metrów dalej nasza droga połączyła się ze starą D 2566, więc odkrywszy nasz błąd mogliśmy jeszcze dotrzeć do Castillon niejako pod prąd. Niemniej przy tej deszczowej pogodzie chcieliśmy już czym prędzej dotrzeć do naszej nadmorskiej mety. Jedynym niezłomnym twardzielem w naszym gronie okazał się Darek, który straciwszy z nami kontakt na podjeździe postanowił do końca trzymać się rozkładu jazdy i skręcił w lewo dodając sobie ponad dwa kilometry wzniesienia. My w tym czasie rozpoczęliśmy już zjazd ku Menton. Niestety nie obyło się bez złych przygód. Najpierw ja przebiłem dętkę w tylnym kole i w strugach deszczu musiałem sobie radzić z wymianą ogumienia, znajdując dach nad głową w ruderze stojącej nieopodal feralnego dla mnie wirażu. Nieco niżej Piotrek zaliczył upadek na mokrej szosie, na szczęście niegroźny. Gdy jako ostatni w naszym gronie dotarłem do Hotelu Lemon na ulicy Alberta I było już kilka minut po dwudziestej. Przejechałem w sumie 132,6 kilometra o łącznym przewyższeniu „tylko” 2380 metrów w czasie netto 5 godzin 42 minut i 10 sekund (avs. 23,3 km/h). Niemniej doliczając wszystkie dobrowolne i przymusowe przerwy na trasie spędziłem ponad 10 godzin. Po wzięciu pryszniców i przebraniu się w cywilne ciuchy po 21-wszej udaliśmy się na miasto. Zeszliśmy na kamienistą plaże aby nasz sukces przypieczętować zamoczeniem nóg w falach Morza Śródziemnego. Następnie weszliśmy do jednej z restauracji przy nadmorskim bulwarze zjeść jakże zasłużony obiad w porze kolacji.