banner daniela marszałka

8 etap: Borgo San Dalmazzo – Borgata Villar

Autor: admin o sobota 29. Czerwiec 2013

TRASA ETAPU 8 > https://www.strava.com/activities/69725207

Pierwszy tydzień naszej wyprawy niemal w całości spędziliśmy na francuskiej ziemi. Ósmego dnia przyszedł czas na to by naszej przygodzie nadać bardziej międzynarodowy wymiar. Czekać nas miał stosunkowo krótki, bo około 105-kilometrowy odcinek w całości poprowadzony drogami południowo-zachodniego Piemontu. Mieliśmy się zapuścić w górskie ostępy prowincji Cuneo. W wysokie góry rzadko odwiedzane przez Giro d’Italia, które pomimo swego krótkiego stażu w tej imprezie zapadły w pamięć kolarskich kibiców i szybko zyskały sobie należny im prestiż. Przyznam, iż choć w ciągu dziesięciu lat swych górskich podróży poznałem już każdy z alpejskich regionów Włoch ten zakątek Italii darzę szczególnym sentymentem. Przybyłem tu po raz pierwszy w czerwcu 2008 roku wraz z Piotrkiem. Miałem wówczas okazję pokonać podjazd do stacji Pratonevoso oraz zdobyć przełęcz Agnello. Natomiast na zakończenie całej wyprawy, którą rozpoczęliśmy przeszło dwa tygodnie wcześniej w Południowym Tyrolu wzięliśmy jeszcze udział w GF Fausto Coppi. Na blisko 250-kilometrowej trasie pokonaliśmy pięć wzniesień, w tym południowo-wschodni podjazd pod przełęcz Sampeyre. Dwa lata później gdy tym razem z moją Iwoną ponownie odwiedziłem okolice Cuneo podjechałem pod Monviso, Faunierę (od Pradleves), Lombardę i Tendę. Większość tych podjazdem to około 20-kilometrowe wspinaczki niezbyt popularne wśród samochodowych turystów, a przy tym poprowadzone przez tereny mało tknięte duchem cywilizacji. Dzięki temu można na nich w ciszy zmagać się ze sportowym wyzwaniem najwyższej klasy jak i swoimi słabościami, a przy tym podziwiać zapierające dech w piersiach górskie piękno stworzone przez Matkę Naturę.

Na sobotnim etapie mieliśmy pokonać tylko dwa wzniesienia, ale za to jakie! Najpierw Colle dei Morti (2481 m. n.p.m.), lepiej znaną jako Fauniera. Tą drugą nazwę wzięto od wierzchołka pobliskiej góry wznoszącej się na wysokość 2515 metrów. Podjazd o przewyższeniu około 1700 metrów. Następnie zjazd i niemal od razu podjazd pod Sampeyre (2284 m. n.p.m.) południowo-zachodnim szlakiem przez Vallone d’Elva czyli przeszło 1350 metrów wspinaczki. We wstępnych hurra optymistycznych planach program tego dnia zakładał również „na rozgrzewkę” podjazd po Madonna del Colletto od południa. Od Valdieri to 6 kilometrów wspinaczki o średniej 8,8 % i max. 18 %. Niemniej ostatecznie uznałem, że skoro zdobyłem już ów podjazd w końcówce wspomnianego GF Coppi to nie będę siebie i kolegów nim zamęczał w obliczu znacznie poważniejszych wyzwań w dalszej części tego etapu. Dzień wstał pogodny i znacznie bardziej słoneczny niż piątkowe popołudnie. Było to o tyle istotne, iż po dwóch dniach przerwy znów mieliśmy kręcić się na wysokościach grubo przekraczających pułap 2000 metrów n.p.m. Na starcie etapu mieliśmy temperaturę 23 stopni. Jako pierwszy kilka minut po godzinie jedenastej ruszył Darek. Wspólnie uznaliśmy, iż będzie to dobra zagrywka taktyczna, gdy najsłabszy w naszym gronie ruszy z pewnym zapasem czasu. Ja, Adam i Piotr mieliśmy ruszyć razem około południa. Natomiast Romek początkowy odcinek miał przejechać samochodem, po czym zaparkować auto w Festionie. Tam zaś poczekać na nas abyśmy razem pokonali blisko 25-kilometrowy podjazd pod Faunierę od strony Demonte.

Tym niemniej szybko okazało się, iż organizacja i zgranie nie było tego dnia naszą mocną stroną. Ruszyłem wraz z Adamem m/w kwadrans po dwunastej. Piotr odrobinę dłużej zabawił przed B&B Il Melograno niemniej miał nas dogonić na drodze SP21 wiodącej w głąb Doliny Stura. Tymczasem okazało się, że Pietro miał zakodowany w głowie mój stary plan ósmego etapu. Dlatego zamiast na zachód udał się na południe ku Valle Gesso by drogą SP22 dojechać do Valdieri i przypomnieć sobie po latach podjazd pod Madonna del Colletto. Niestety na tym krótkim, acz stromym wzniesieniu potwierdziły się jego obawy co do stanu swej kondycji i po zjechaniu do Festiony zrezygnował z ataku na Faunierę czy Sampeyre. Potrzebował luźniejszego dnia, więc w nadziei na odzyskanie utraconej świeżości do Borgata Villar pojechał ponad 70-kilometrowym, równinnym szlakiem przez Buskę. Tymczasem ja i Adam po przejechaniu pierwszych 15 kilometrów zjechaliśmy z SP21 w kierunku Festiony, gdzie na parkingu zastaliśmy nasz samochód, lecz bez Romka. Chwilę poczekaliśmy rozglądając się po najbliższej okolicy i nie widząc naszego kompana uznaliśmy, że musiał już ruszyć w stronę Demonte. Dlatego też zawróciliśmy licząc na to, iż Romano nie zacznie wspinaczki zbyt mocno i będziemy mogli go dogonić w trakcie około dwugodzinnego podjazdu. Wedle lokalnego języka oksytańskiego południowy szlak pod Faunierę zaczyna się nie w Demonte, lecz w Edmount jak nazywają to dwutysięczne miasteczko tubylcy. Co prawda Giro nie miało jeszcze okazji forsować tego podjazdu, lecz owa droga została już ochrzczona przez wyścig w roku 1999, gdy kolarze tędy zjeżdżali.

Wtedy to Fauniera zadebiutowała na trasie GdI i została zdobyta od swej najtrudniejszej strony czyli szlakiem z Pradleves w dolinie Grana. Premię górską wygrał będący w ucieczce Gabriele Missaglia. Niemniej w pamięci kibiców zapisał się przede wszystkim Marco Pantani, po ataku na ostatnich 10 kilometrach wspinaczki. Przegrany tego dnia Jose Maria Jimenez nazwał ów podjazd najtrudniejszym jaki w życiu jechał, acz działo się to na cztery miesiące przed jego zwycięstwem na debiutującym w Vuelcie Alto de Angliru. Niemniej sam etap należał wówczas do „Sokoła” czyli Paolo Savoldellego, który zaatakował właśnie na zjeździe i dojechał do mety w Borgo San Dalmazzo z przewagą 1:47 nad Pantanim, Danielem Clavero i Ivanem Gottim. Słynny „Pirat” musiał się zadowolić odzyskaniem koszulki lidera, którą odebrał Francuzowi Laurent Jalabertowi. Tym samym szlakiem w 2001 roku miał być poprowadzony etap do Sant’Anna di Vinadio, lecz plany organizatorów pokrzyżowała policja swym wieczornym nalotem na hotele kolarzy w San Remo. Południowa droga na Colle dei Morti jest tylko nieznacznie łatwiejsza od wschodniej. Bardzo surowa w swych ocenach seria wydawnicza „Passi e Valli in Bicicletta” daje temu wzniesieniu szkolną czwórką, zaś wspinaczce od Pradleves cztery z plusem. Startując z Demonte trzeba pokonać 24,5 kilometra o średnim nachyleniu 7 % i max. 13 %. Łączne przewyższenie wynosi nawet 1711 metrów za sprawą krótkiego obniżenia terenu na początku czwartego kilometra. Kilometry trzynasty, czternasty, dwudziesty oraz ostatnie osiemset metrów przed Colle Valcavera (2416 m. n.p.m.) mają średnie nachylenie na poziomie 10 % i więcej. Jak zwykle w przypadku tak długich wzniesień po drodze spotyka się co najmniej trzy pietra górskiej flory. W tym przypadku do wysokości około 1600 metrów n.p.m. łąki, trochę drzew i krzewów. Na ostatnich jedenastu kilometrach już tylko teren otwarty. Najpierw trawiaste hale, zaś w samej końcówce gołe skały czyli krajobraz niczym z księżyca. Ostatnie ludzkie zabudowania to Gias Cavera po przejechaniu 16,7 kilometra na wysokości 1880 m. n.p.m.

Jechało nam się całkiem dobrze, acz na pierwszych kilku kilometrach trudno było złapać dobry rytm jazdy z uwagi na bardzo nieregularny teren. Strome ścianki przeplatają się tu z momentami wypłaszczeń czy nawet mini-zjazdów. Ostatni taki łatwy kawałek znajduje się na dziewiątym kilometrze. Za osadą San Giacomo wspinaczka przybiera już na tyle konkretnych i regularnych kształtów, że pozwala na dobranie odpowiedniego przełożenia niejako na stałe i skupienie się na samej jeździe, w tym kontrolowaniu oddechu. Jakieś pięć kilometrów przed finałem na długiej i bardzo wietrznej prostej do nieba dojrzeliśmy przed sobą Darka. Nasz kolega spędził na tej górze w sumie trzy bite godziny. Niemniej nie z racji tego, że nie mógłby szybciej pojechać. Mając nad nami spory zapas czasu skupił się na jak najlepszym udokumentowaniu piękna tutejszej przyrody. Potem przytrafił mu się kolejny defekt roweru. Wieczorem ustalił, że tym razem rozsypało się mu łożysko w tylnej piaście. Nie znając jeszcze dokładnej przyczyny tego problemu wiedział, że musi jechać ostrożnie pedałując na miękkim przełożeniu, a przy tym rytmicznie i co ważne nie przestawać również na czekających nas później zjazdach. Złapawszy Darka na tych paru ostatnich kilometrach nieco zwolniliśmy aby mu nie odjeżdżać. Ponieważ po pewnym czasie nieco go zdystansowaliśmy zrobiliśmy sobie postój na Colle Valcavera. Z tego miejsca odchodzi w lewo bardzo już zdegenerowana droga na Colle del Mulo (2527 m. n.p.m.). My ruszyliśmy dalej przed siebie i po przejechaniu jeszcze 1700 metrów na łuku w lewo dobiliśmy do Colle dei Morti. Jak wynika z zapisu na Garminie wspinaliśmy się z Adamem niemal dwie godziny (dokładnie 1h 57:29) w średnim tempie 12,5 km/h. Przełęcz Umarłych zwana jest tak od czasu gdy w 1744 roku żołnierze sabaudzcy w tych górskich ostępach zmasakrowali połączone siły francusko-hiszpańskie.

W drodze na szczyt, ani też na samej górze nie spotkaliśmy Romka. Okazało się, że czekał na nas dłużej w Festionie, lecz poza zasięgiem naszego wzroku. Ostatecznie ruszył na górę jako ostatni z naszej czwórki i dotarł na przełęcz już po nas. My na przełęczy w cieniu pomnika, na którym uwieczniono w akcji ś.p. Marco Pantaniego spędziliśmy m/w dwadzieścia minut. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż jak na tak dużą wysokość było ciepło tzn. 18 stopni. Za plecami mieliśmy właśnie pokonany przez nas podjazd. Przed nami był zjazd ku Val Grana. Niemniej nie tam mieliśmy się udać. Po przebyciu ledwie 1400 metrów trzeba nam było odbić w lewo na Colle d’Esischie (2370 m. n.p.m.), by następnie zamiast na wschód zjechać na północ ku Valle Maira. Tymczasem jednak czekała nas niemiła niespodzianka, która hasłu „górska przeprawa” nadała dosłowne znaczenie. Otóż droga na północ została zablokowana zaspą śnieżną trzymetrowej wysokości i długą na około sto metrów. Objazd owej blokady poprzez Valle Maira i miasteczko Dronero raczej nie wchodził w grę, gdyż wydłużałby naszą trasę aż o 45 kilometrów. W tej niespodziewanej sytuacji trzeba było szukać nadzwyczajnych rozwiązań. Nadzieję dawał fakt, iż zbocza góry po obu stronach zaspy były wolne od śniegu. Postanowiłem wspiąć się na jedno z nich by z góry zobaczyć jak szeroka jest ta biała zasłona. Okazało się, że ma w głąb może ze 30 metrów i bez większego trudu można ją obejść pieszą ścieżką po zboczu góry. Nie mając innego wyjścia wzięliśmy rowery na swe barki i z buta pokonaliśmy przeszkodę. Po drugiej stronie zaspy przystanęliśmy na przełęczy Esischie, która pojawiła się na Giro w 2003 roku. Podjeżdżano wówczas tak samo jak w 1999 roku czyli od strony Pradleves. Jednak ponieważ metę etapu wyznaczono w położonej na północy prowincji wiosce Chianale wspinaczka tym razem nie dotarła na Colle dei Morti. Z ucieczki w której uczestniczył m.in. reprezentujący CCC-Polsat Dariusz Baranowski najszybciej finiszował Kolumbijczyk Fredy Gonzalez.

Czekał nas teraz ponad 20-kilometrowy zjazd do Ponte Marmora. W 2008 roku droga ta została zniszczona przez majową lawinę błotną wobec czego GF Coppi, które wraz z Piotrem ukończyliśmy z konieczności wiodło trasą inną od klasycznej. Z naszego grona północną stronę Esischie miał okazję poznać jedynie Adam, który startował w tym samym wyścigu w sezonie 2010. Na początku zjazdu minęliśmy polanę z jednym domem i kilkoma zabudowaniami gospodarskimi będącą zapewne letnią siedzibą tutejszego pasterza. Człowieka, który najwyraźniej cenił sobie kontakt z cywilizacją o czym świadczyła antena satelitarna na ścianie domostwa. Wkrótce mieliśmy sobie uświadomić, iż napotkana przed Esischie śnieżna blokada nie do końca była tworem samej natury. Najwyraźniej wiosenne deszcze ponownie dały się we znaki piemonckim drogowcom i raz jeszcze podmyły drogę. Po niespełna dwudziestu minutach ostrożnego zjazdu natknęliśmy się na rumowisko czyli wyrwę na naszym szlaku. Woda podmyła tu ziemię i asfalt runął wraz z nią po zboczu góry. Droga po kilku latach znów była więc nieprzejezdna dla samochodów i dlatego zapewne zasypano zakręt na górze by nikt nie próbował przejazdu tą szosą. Zadbano tylko o odśnieżenie drogi z Pradleves do Colle dei Morti, gdyż już 7 lipca miała tędy przemknąć kolejna edycja GF Fausto Coppi. Nas owa luka w twardej nawierzchni zmusiła jedynie do zejścia z rowerów i pokonania kolejnego krótkiego odcinka na pieszo. W dalszej części zjazdu nie było już takich niespodzianek, aczkolwiek w dwóch miejscach asfalt został przykryty nieprzyjemną dla szosowych kół chropowatą powłoką z naniesionych przez wodę kamieni. Na tej głębokiej prowincji również dachy domostw w mijanej przez nas wiosce były w kiepskiej kondycji. Starając się utrzymać kontakt z Adamem zjechałem do Ponte Marmora w dolinie Maira. Tu w barze u styku dróg SP113 i SP422 postanowiliśmy zrobić sobie jedyną na tym etapie strefę bufetu. Przede wszystkim jednak chcieliśmy poczekać na Darka, który z konieczności musiał zjeżdżać bardzo ostrożnie by utrzymać swą maszynę przy życiu.

Z tego miejsca do końca etapu pozostało nam około 35 kilometrów, przy czym połowa tego dystansu prowadziła pod górę. Już po przejechaniu niespełna kilometra na wysokości kampingu musieliśmy skręcić w lewo i wjechać na widowiskową drogę SP104. Przed nami był południowo-zachodni podjazd pod przełęcz Sampeyre. We wspomnianym już przez mnie podręczniku dla górskiego cykloturysty oceniony na piątkę! Osobiście nie jestem przekonany co do tego czy jest on trudniejszy od obu znanych mi wspinaczek pod Faunierę. Niemniej długość 16,3 kilometra przy średnim nachyleniu 8,3 % i max. 15 % musi robić wrażenie. Na całym naszym szlaku był to najbardziej stromy z wielkich podjazdów. Na trasie Giro podjazd ten pojawił się dwukrotnie. Najpierw w 1995 roku na etapie, który miał się zakończyć we francuskim Briancon, lecz z uwagi na lawinę która zeszła w okolicy Colle dell’Agnello skończył się w Chianale. Premię górską wygrał wówczas Kolumbijczyk Nelson „Cacaito” Rodriguez, zaś cały odcinek przyszły mistrz olimpijski z Atlanty Szwajcar Pascal Richard. Osiem lat później etap już zgodnie z planem zakończono w Chianale. Pierwszy na tej górze był triumfator tamtej edycji Gilberto Simoni, lecz po zwycięstwo etapowe sięgnął niesławny Dario Frigo. Dariusz Baranowski, który tego dnia jechał aktywnie stracił do niego blisko siedem minut zajmując trzynaste miejsce. Przede wszystkim jednak „Ryba” awansował wówczas w generalce z czternastej na jedenastą pozycję i przez chwilę mieliśmy nadzieję, iż zastępczy (po wycofaniu się Pawła Tonkowa) lider ekipy z Polkowic skutecznie zawalczy o top-10 w 86. Giro d’Italia. Południowe drogi na Sampeyre są dwie. Drugą zaczyna się przeszło trzy kilometry dalej na wschód we wiosce Stroppo. Ten nieco dłuższy i łagodniejszy wariant podjazdu poznałem na wyścigu Coppiego. Obie drogi łączą się z sobą na wysokości około 1940 metrów.

Na południowo-zachodnim zboczu góry największe wrażenie robi pierwsza tercja o długości 5,5 kilometra. Spora jej część prowadzi po wąskiej drodze na półce skalnej. Droga wije się raz stromo, innym razem łagodniej cały czas przytulona do górskiego zbocza. Po prawej ręce wysoka ściana, która dawałaby cień nawet w najbardziej słoneczny dzień. Po lewej barierka zabezpieczająca podróżnych przed przepaścią, której widok mógłby strwożyć osoby cierpiące na lęk wysokości. Zakładam, że Giro nigdy nie będzie tędy zjeżdżać. W razie jakiegoś fatalnego wypadku nawet wstawiennictwo miejscowej Matki Boskiej mogłoby nie uratować nieszczęśnika. Odcinek ten kończy się serią aż dziesięciu tuneli wykutych w skale. Na ogół króciutkich, za wyjątkiem pierwszego który liczy sobie 200 metrów. Po jego przejechaniu droga zrobiła się szersza. Na dojeździe do osady Serre d’Elva (1640 m. n.p.m.) trzeba pokonać sześć serpentyn. Mimo, że przy drodze nie brak drzew łatwo sobie wyobrazić, iż w ciepły letni dzień na tym wystawionym na południe zboczu góry słońce może przypiec. My nie mieliśmy tego zmartwienia. Mogliśmy się skupić na walce ze stromizną, która za osadą Gorio Subirano już niemal do końca wzniesienia trzymała się na stałym poziomie 9-10 %. Niespełna cztery kilometry przed szczytem dojechaliśmy do łącznika z drogą od Stroppo. Powyżej tego miejsca wspinaczka wiodła przez otwarty teren, tak iż złudzenie optyczne nie oddawało realnej stromizny. Prawdziwymi gospodarzami owej krainy były świstaki. O ile zazwyczaj stworzenia te znacznie łatwiej usłyszeć niż zobaczyć to tu naliczyłem ich chyba kilkanaście. Jedna para w ogóle się nami nie przejęła. Na tyle zaciekle się goniła, iż niemal wskoczyła pod przednie koło Adama. W takiej oto spokojnej i nieco dzikiej scenerii dotarliśmy na przełęcz kwadrans przed dziewiętnastą w czasie niespełna półtorej godziny (1h 29:21) przy średniej prędkości 10,9 km/h.

Na górze było tylko 12 stopni, lecz mimo tego postanowiliśmy do skutku poczekać na Darka, który odpadł od nas na pierwszych kilometrach tego wzniesienia. Wiedząc o jego problemach z rowerem mieliśmy zamiar go ubezpieczać na zjeździe do Sampeyre by upewnić się, że nie tylko dotrze, ale przede wszystkim dojedzie do mety tego etapu. Tym sposobem na owym górskim pustkowiu z kolejną figurą Matki Boskiej i paroma tablicami drogowymi spędziliśmy w oczekiwaniu na kolegę pół godziny. Niemniej Dario nie nadjeżdżał, zaś próby nawiązania z nim kontaktu telefonicznego zawodziły. W końcu zdecydowaliśmy rozpocząć zjazd w dwójkę nie tracąc nadziei, że zobaczymy naszego druha w dobrym zdrowiu pod dachem B&B „La Calendula”. Czekał nas teraz ponad 16-kilometrowy, trudny technicznie zjazd, na którym podczas Giro z 2003 roku upadli Stefano Garzelli i Marco Pantani. Dodatkowo droga była bardzo kiepskiej jakości, więc w obawie o własne bezpieczeństwo i stan roweru nie należało przekraczać prędkości 40 km/h. Można by wymienić całą listą zarzutów względem stanu nawierzchni. Nawet na dole po minięciu wioski Sant’Anna droga zaskakiwała nas coraz to nowymi pułapkami. Tym samym przyjemności z jazdy prawie nie było, zaś jedynym naszym życzeniem było aby dotrzeć do Sampeyre cało i w miarę możliwości bez żadnego defektu. Na szczęście udało się nam się przetrwać ów odcinek specjalny bez strat. Po wjechaniu do Sampeyre musieliśmy skręcić w lewo i przejechać kolejne trzy kilometry po drodze SP105. Na sam koniec czekało nas jeszcze troszkę wspinaczki do naszej kolejnej nocnej przystani. Ot 750 metrów przy średniej 9,2 % i max. 20 % tak na dobicie. Do bazy, w której czekali już na nas Piotr z Romkiem dotarliśmy około godziny dwudziestej. Darek dołączył do nas pół godziny później. Jednym słowem etap choć krótki okazał się nad wyraz ciekawy i trudny. Dystans 104,7 kilometra z przewyższeniem 3475 metrów przejechałem w czasie netto 5 godzin 43 minut i 41 sekund czyli ze średnią ledwie 18,3 km/h! Za wyjątkiem pierwszych kilkunastu kilometrów prawie nie było na nim płaskiego odcinka. Z tego względu jak i przede wszystkim za sprawą kiepskiej jakości dróg na zjazdach był to dla mnie najwolniejszy ze wszystkich czternastu etapów.