banner daniela marszałka

Col du Gondran

Autor: admin o środa 12. Czerwiec 2019

DANE TECHNICZNE

Miejsce startu: Briancon (D 902)

Wysokość: 2347 metry n.p.m.

Przewyższenie: 1137 metrów

Długość: 16,2 kilometra

Średnie nachylenie: 7,0 %

Maksymalne nachylenie: 11,5 %

PROFIL

SCENA i AKCJA

Zjechawszy z Sarenne mieliśmy przed sobą 55 kilometrów na szlaku do Briancon. Górska trasa po drodze D1091 z przejazdem przez Col du Lautaret. Nie śpieszyliśmy się zbytnio. Na kilka kilometrów przed przełęczą zrobiliśmy sobie przystanek foto-video. Powietrze tego dnia było nadzwyczaj przejrzyste. Mogliśmy zatem podziwiać ośnieżone szczyty gór w masywie Ecrins. Przepiękne widoki, których aura poskąpiła nam w niedzielę i poniedziałek. Potem zatrzymaliśmy się jeszcze raz na samej Lautaret, gdzie spotkaliśmy znajomego kelnera z restauracji Hotel des Glaciers. Po zjeździe straciliśmy nieco czasu na ulicach Briancon. W końcu znalazłem jednak miejsce, o którym myślałem. Postój nr 2 wyznaczyłem nam bowiem przy rondzie za rzeką Durance. Na samym początku drogi D902, prowadzącej na Col d’Izoard. Briancon to miasto ciekawe pod kilkoma względami. Słynie z licznych fortyfikacji jakie na początku XVIII wieku wybudował w jego granicach jak i okolicach Sebastien Le Preste de Vauban, architekt i inżynier wojskowy na usługach Króla-Słońce czyli Ludwika XIV. Ze swą starówką na wysokości 1326 metrów n.p.m. uchodzi ono za najwyżej położone miasto we Francji. Tym mianem określane są wszystkie miejscowości mające co najmniej dwa tysiące mieszkańców. Wedle ostatniego spisu Briancon ma ich 12.270, zaś każdej zimy nawet trzykrotnie więcej za sprawą turystów przybywających do ośrodka narciarskiego Serre Chevalier. W mieście tym urodził się Luc Alphand specjalista od narciarskich zjazdów i supergigantów, zwycięzca alpejskiego Pucharu Świata z sezonu 1996/97. Przede wszystkim jednak Briancon to bardzo popularna meta etapowa na trasach Tour de France. Zresztą nie ma się co temu dziwić skoro leży pomiędzy tak legendarnymi przełęczami jak Galibier oraz Izoard. Jak dotąd 33 razy organizowano w tym mieście etapowe finisze „Wielkiej Pętli”. Po raz pierwszy w roku 1922, gdy po inauguracyjnej w dziejach TdF wspinaczce na Izoard wygrał tu znakomity Belg Philippe Thys. Po raz ostatni w sezonie 2007, gdy po solowej akcji przez Galibier triumfował tu Kolumbijczyk Mauricio Soler. Dwa lata wcześniej oglądałem w tym mieście dwójkowy finisz, na którym Kazachstańczyk Aleksander Winokurow ograł Kolumbijczyka Santiago Botero.

Trzykrotnie kończyły się w nim również górskie odcinki Giro d’Italia. W roku 1996 wygrał tu Szwajcar Pascal Richard (siedem lat po podobnym zwycięstwie na etapie Touru), zaś w latach 2000 i 2007 Włosi: Paolo Lanfranchi i Danilo Di Luca. Ostatnie francuskie etapy kończyły się na płaskim terenie w dolnej części miasta, zaś wszystkie włoskie „tappone” w położonej przeszło sto metrów wyżej cytadeli. Podobnie zresztą jak etap TdF z roku 2000 wygrany przez wspomnianego już Santiago Botero czy liczne odcinki Criterium du Dauphine (Libere), w tym ostatni z sezonu 2009 wygrany przez Francuza Pierricka Fedrigo. W Briancon rozdzieliśmy się, bowiem Tomka czekał „lot na księżyc”. To znaczy stroma wspinaczka na Col du Granon (2413 metrów n.p.m.) wiodącą wąską drogą przez skaliste i ogołocone z roślinności pustkowia. Musiał tylko wyjechać z miasta w kierunku północnym i przejechać jakieś 6 kilometrów do podnóża owego podjazdu, przy drodze D234 między miejscowościami Saint-Chaffrey i Chantemerle. Zadanie miał z gatunku trudnych. Sztywne wzniesienie o długości 11,5 kilometra i średnim nachyleniu co najmniej 9%. Wypróbowane na Tour de France tylko raz, bo na siedemnastym etapie z roku 1986. Ten odcinek wygrał Hiszpan Eduardo Chozas z przewagą 6:26 nad Szwajcarem Ursem Zimmermann’em i Amerykaninem Gregiem Lemond’em. To tutaj pożegnał się z trykotem lidera i nadziejami na swą szóstą wiktorię sławny Bernard Hinault. Granon zyskała zaś na kolejne ćwierćwiecze miano najwyższej etapowej mety w historii Touru. To jest do czasu wytyczenia finiszu na Col du Galbier podczas TdF 2011. Tommy na Granon spisał się bardzo dobrze. W drodze na szczyt połknął pewnego francuskiego amatora, któremu nie pomogła nawet asysta wozu technicznego. Nasz kolega na dystansie 11,29 kilometra uzyskał czas 1h 01:35 (avs. 11,3 km.h z VAM 1041 m/h). Z ciekawości spojrzałem w „archiwa” jak mi i Darkowi się tu powiodło przed dziesięcioma laty. Ja wykręciłem czas 55:43 z VAM na nieosiągalnym dziś poziomie 1133 m/h, zaś Dario też ładny wynik 58:52. Tommy miał jednak nieco trudniej, bowiem czuł w nogach Col de Sarenne, podczas gdy my ową wspinaczkę poprzedziliśmy znacznie łatwiejszym wjazdem na Col de Montgenevre.

Dla siebie i Darka wyszukałem w „archivio salite” wspinaczkę na Col du Gondran (2347 m. n.p.m.). Niemniej nie mogłem być pewien czy jest to podjazd szosowy. Pozytywną odpowiedź znalazłem jednak w artykule ze strony „alpes4ever.com”. Zapewniano tam, iż jedna z trzech dróg, a mianowicie zachodnia, wiedzie po asfalcie choć nie najlepszej jakości. Czekało nas 16-kilometrowe wzniesienie o przewyższeniu 1135 metrów to jest o średnim nachyleniu 7,1 i maksymalnym 11,5%. Kilka minut przed siedemnastą ruszyliśmy w górę D902, jako że pierwsze kilometry tej wspinaczki pokrywają się z północnym Col d’Izoard. Wystartowałem całkiem mocno. W przeciwieństwie do Darka, który tego dnia obie góry brał na spokojnie. Po przejechaniu 3,3 kilometra czyli segmentu po gładkim asfalcie miałem już nad nim przewagę 4:25. Niestety szosa na drodze wojskowej „Route strategique de la Cerveyrette” bardziej straszyła niż umożliwiała płynną jazdę. Miejscami była kiepska, innym razem fatalna, a gdzieniegdzie jedynie wspomnieniem. W najsłabszych miejscach był to po prostu kamienisty dukt. Po przejechaniu 6,2 kilometra i zrobieniu 424 metrów w pionie, na odcinku przed Fort d’Anjou, przeciąłem oponę i usłyszałem wystrzał dętki. Co prawda miałem drugą w zapasie, ale biorąc pod uwagę stan opony musiałem zrezygnować z dalszej wspinaczki. Poczekałem na Darka, który dotarł w to miejsce po ośmiu minutach. Przejąłem od niego klucze do samochodu, po czym po zmianie ogumienia jak najostrożniej zjechałem do Briancon. Udało mi się dotrzeć do auta o wpół do siódmej, bez żadnych złych przygód. Tym samym w naszym przypadku sprawdziło się rosyjskie przysłowie: „tiszej jediesz, dalsze budiesz”. Dario nieśpiesznie, acz uparcie zmęczył całą górę. Ba, nie poprzestał na dojechaniu na Col de Gondran. Pociągnął aż do Fortu Gondran przy Sommet des Anges. Zatrzymał się dopiero na wysokości około 2440 metrów n.p.m. Ogólny dystans 16,8 kilometra pokonał w 1h 47:26 (avs. 9,4 km/h). Na szczycie zrobił ponoć wiele ślicznych zdjęć. Niestety te obrazy pozostaną tylko w jego pamięci, bowiem jak wszystkie fotki kolegi z pierwszych 12 dni tej wyprawy przepadły „na amen” po awarii karty Darkowym Samsungu.

Czekając na przyjazd kolegów przeglądałem w komórce wieści z internetu. Był to akurat dzień, w którym fatalny upadek na rozgrzewce przed czasówką Delfinatu zaliczył Chris Froome. Tommy nadjechał całkiem szybko, bo kwadrans po dziewiętnastej. Na Darka czekałem znacznie dłużej, ale wiedząc z czym na zjeździe będzie miał do czynienia wiedziałem, iż musimy się uzbroić w cierpliwość. Ostatecznie Dario dotarł do Briancon około wpół do dziewiątej. Czym prędzej zapakowaliśmy się do samochodu, by ruszyć w dalszą drogę do bazy nr 3 w Embrun. Mieliśmy do przejechania kolejne 47 kilometrów czyli było więcej niż pewne, iż „wylądujemy” tam po godzinie 21-wszej. Na miejscu czekały nas same niemiłe niespodzianki. Najpierw ciężko było odnaleźć wskazany adres na mapce z „booking.com”. Dzięki wskazówkom pewnej niewiasty udało mi się namierzyć właściwy blok. Gdy dostaliśmy się na jego klatkę schodową i namierzyliśmy mieszkanie okazało się, iż przed kilkoma miesiącami zmienili się jego właściciele. Nowi nie wystawili zaś tego lokalu do wynajmu na holenderskim serwisie. Natomiast  „booking” najwyraźniej zapomniał zdjąć tą ofertę ze swego „afisza” i ten sposób wpakował nas na minę. Zacząłem dzwonić na ich infolinię. Jej polska wersja językowa już dawno „poszła spać”, więc trzeba było się dogadywać z anglojęzyczną centralą. Skasowali trefną rezerwację, zaś wpłaconą „kasę” zwrócili po paru dniach. Niemniej nie mieli dla nas w zanadrzu jakieś sensownej alternatywy. Pierwsza propozycją był apartament w Risoul czyli za daleko i za wysoko by miało sens się fatygować. Druga dotyczyła lokalu na starym mieście w Embrun. Niemniej po nocy mimo długiego biegania po okolicy nie udało nam się go znaleźć. Koniec końców około drugiej w nocy zmęczeni, głodni, wkurzeni i zniechęceni postanowiliśmy zawiesić nasze poszukiwania do rana. Wyjechaliśmy z miasta i zjechaliśmy ku dolinie w poszukiwaniu cichej miejscówki na noc. Spędziliśmy ją w samochodzie, szybko uśpieni tak trudami dnia jak i szumem bystrego nurtu rzeki Durance. Przyznam, że pomimo niewygód tego noclegu lepiej się tu wyspałem niż przez niektóre noce w gorącym Echirolles.

GÓRSKIE ŚCIEŻKI

https://www.strava.com/activities/2447820293

https://veloviewer.com/athletes/2650396/activities/2447820293

ZDJĘCIA

20190612_057

FILMY

Col du Lautaret

VID_20190612_153255

VID_20190612_154221

Col du Gondran

VID_20190612_175152