banner daniela marszałka

10 etap: Sestriere – Bonneval-sur-Arc

Autor: admin o poniedziałek 1. Lipiec 2013

TRASA ETAPU 10 > https://www.strava.com/activities/69725186

Po skrajnie trudnym odcinku dziewiątym czekał nas znacznie łatwiejszy etap dziesiąty do Bonneval-sur-Arc u podnóża Col de l’Iseran, najwyższej z francuskich przełęczy drogowych. Po sześciu dniach wracaliśmy do Sabaudii. Na trasie musieliśmy pokonać przeszło 25-kilometrowy podjazd na przełęcz Mont Cenis. Niemniej otwartym pozostawało pytanie w jaki sposób dojedziemy do Susy miasteczka, w którym zacząć miała się ta największa wspinaczka. Owszem można było po prostu zjechać do Cesana Torinese, po czym pokonać już łagodniejszy, lecz wciąż wiodący w dół odcinek przez Val di Susa. Niemniej wówczas mielibyśmy do pokonania tylko jeden konkretny podjazd co znacznie odbiegałoby od wysokich standardów jakie zwykliśmy sobie wyznaczać na każdy dzień tej górskiej przygody. Ambitny wczesny plan zakładał przeto przejazd przez sławną, acz znaną tylko z dwóch występów na Grio d’Italia przełęcz Colle delle Finestre (2176 metrów n.p.m.). Wystarczyłoby ruszyć od razu na wschód i po niespełna 17 kilometrach zjechać z drogi krajowej SS23 w kierunku północnym. Tu moglibyśmy zacząć podjazd pod Finestre od przeciwnej strony, niż czynili to w roku 2005 i 2011 kolarze jadący w Giro. Niestety na tym właśnie polegał nasz problem. O ile południowa strona Finestre jest w całości pokryta asfaltem, o tyle trudniejsza północna, która nam służyć by miała za zjazd jest na górnych ośmiu kilometrach szutrowa. Zgodnie uznaliśmy, iż o ile wspinaczka po tak sypkiej nawierzchni byłaby ciekawym wyzwaniem i kłopotem możliwym do przełknięcia o tyle zjazd po tak niepewnym gruncie stanowiłby zbyt wiele ryzyko dla naszego zdrowia i sprzętu.

Znacznie rozsądniejszym wyjściem było rozpoczęcie tego etapu od zjazdu do Cesana Torinese. Niemniej śmiałkowie żądni pewnej dawki szutru mogli się przeprawić do Oulx przez Col de Basset (2424 m. n.p.m.), przełęcz leżącą na słynnej wysokogórskiej drodze gruntowej Strada dell’Assietta. Ja czułem się o poranku niewiele lepiej niż poprzedniego dnia wieczorem. W nocy prawie nie spałem, więc trudno powiedzieć bym choć częściowo mógł się zregenerować. Na dodatek zaczęło mnie boleć prawe kolano. Miałem prawo zacząć się martwić o to jakim cudem przetrwałem kolejne circa 120 kilometrów po alpejskich drogach. Dlatego bez żalu odpuściłem sobie wypad na przełęcz Basset. Naszymi reprezentantami na tym dzikim szlaku mieli zostać Adam i Darek. Z kolei Piotrek, który jako pierwszy ruszył na trasę sprzed boiska wypełnionego juniorskim narybkiem Juventusu Turyn uznał, że tego dnia przejedzie tylko to co absolutnie konieczne. Ja na starcie tego etapu czyli około południa czułem się tak padnięty, iż nawet na 11-kilometrowym zjeździe stanowiącym skądinąd przyjemny wstęp nie miałem siły kręcić. Po prostu sturlałem się do Cesana Torinese w tempie 40-45 km/h zastanawiając się co będzie później, gdy trzeba już będzie trochę pokręcić nogami. W tym samym kierunku, acz samochodem udał się Romek. Nasz dyrektor sportowy chciał tego dnia pokonać dwa spore wzniesienia. Na dobry początek Sestriere tym samym szlakiem, który dzień wcześniej przebyli Piotr, Adam i Darek. Następnie zaś już po dojechaniu do bazy w Bonneval-sur-Arc miał zamiar dokręcić kilkadziesiąt górskich kilometrów po francuskiej stronie granicy.

Tymczasem ja dojechawszy do Cesana Torinese miałem jeszcze około dwadzieścia minut na zastanowienie czy zmierzam do Susy najłatwiejszym ze szlaków wybranym przez Piotra czy też może na przekór własnej kondycji fizycznej utrudniam sobie to zadanie na wysokości Oulx. W miasteczku tym zaczyna się ledwie 5-kilometrowy, acz dość stromy podjazd do stacji narciarskiej Sauze d’Oulx (1505 m. n.p.m.), który na Giro wypróbowano w 1986 roku. Na czternastym etapie triumfował wówczas Irlandczyk Martin Earley o 20-30 sekund wyprzedzając swych dwóch towarzyszy z ucieczki oraz doborowe grono możnych tego wyścigu z liderem Roberto Visentinim na czele. Stwierdziłem, że muszę dotrzeć przynajmniej do tego kurortu, choć wiedziałem iż asfalt kończy się dopiero na wysokości 1865 metrów n.p.m. Instytucie Zootechnicznym położonym powyżej osady Bonafous. W normalnych warunkach spróbowałbym pewnie dotrzeć jeszcze wyżej. Jeśli nie na samą Col de Basset to przynajmniej do osady Sportinia leżącej na wysokości 2137 metrów n.p.m. Zrealizowałem swój plan minimum zjechawszy z szosy SS24 tuż przed Oulx i zaczynając ów podjazd na poziomie około 1110 m. n.p.m. Niemal na samym początku trzeba było przejechać przez czterystumetrowy tunel św. Marka. Kilometr dalej dojechałem do osady San Marco (1,6 km). Ponieważ wspinaczka była solidna chcąc oszczędzać bolące kolano pedałowałem na swych najluźniejszych przełożeniach 34×24 i 34×28. Przejechawszy 4,3 kilometra odbiłem z drogi SP214 w ulicę via Assietta, na której wkrótce spotkałem Adama zjeżdżającego już z Col de Basset. Ostatecznie poprzez Via Triplex przebywszy 5,3 kilometra o średnim nachyleniu 8,1 % dojechałem do miejsca, które uznałem za swego rodzaju centrum Sauze d’Oulx kończąc tą wspinaczkę na poziomie około 1540 m. n.p.m.

Po chwili dojechałem do mnie Adam, który zobaczywszy mnie z naprzeciwka wykonał w tył zwrot i dołączył do mnie w miejscu mojego postoju z widokiem na pierwsze metry bardzo groźnie wyglądającej szosy SP236. Uczciwie przyznam, że widok tej węższej i jeszcze bardziej stromej asfaltowej ścieżki skutecznie odwiódł mnie od dalszej. Zmaganie się ze stromiznami typu 10-12 % i więcej mogłoby się dla mnie źle skończyć, a przecież z tego miejsca do mety miałem jeszcze do pokonania około 90 kilometrów. Postanowiliśmy chwilę pozwiedzać Sauze d’Oulx. Zjechaliśmy do drogi SP214, po czym pokonaliśmy siedmiusetmetrowy odcinek w górę Via Monfol kończąc go w okolicy kina Sayonara. Podczas naszego kilkunastominutowego postoju w centrum nawiązaliśmy kontakt telefoniczny z Darkiem. Nasz ironman błąkał się gdzieś wysoko po szutrowych bezdrożach. Z informacji jakie przekazywał Adamowi, których wszak przybył właśnie z tych stron nie wynikało by zdołał już dotrzeć na Col de Basset. Okazało się, że niechcący wsadziłem swego kolegę na niezłą minę. Adam prawidłowo odrobił zadanie domowe z kartografii i z naszego lokum ruszył w kierunku północno-wschodnim. Ja nie planując wypadu na Basset nie przyjrzałem się na planie miasta, którędy trzeba z niego wyjechać by dotrzeć na tą przełęcz. W dobrej wierze zasugerowałem Darkowi jedyną znaną sobie asfaltową uliczkę wiodącą w górę na północny-zachód. Dario w zaufaniu do mych zdolności nawigacyjnych śmiało nią podążył. Tym sposobem po przejechaniu i przejściu (ze względu na niezdatną do jazdy jakość części tej drogi) 6,1 kilometra o średnim nachyleniu 7,1 % dotarł do około 13:00 Rifugio Martin na wysokość 2485 metrów n.p.m. Za ciosem poszedł nawet kilkadziesiąt kilometrów wyżej w kierunku Monte Fraiteve (2701 m. n.p.m.), ale nigdzie nie znalazł drogowskazów na Col de Basset. Dlatego też zawrócił i jak sam ironicznie przyznał „o 15:00 byłem z powrotem na starcie w Sestriere, a zjadłem już wszystkie bułeczki”. Na szczęście za drugim razem znalazł właściwy szlak przebyty trzy godziny wcześniej przez Adama, dzięki czemu poprzez Basset (5,1 km przy średniej 8,2 %), Sportinię, Bonafous i Sauze d’Oulx dotarł w końcu do Oulx około 17:00.

Nie wiem jak o tej porze, ale gdy parę godzin wcześniej wraz z Adamem przemierzałem 24-kilometrowy odcinek w dół Val di Susa jazda wcale nie był atak łatwa i przyjemna jak sugeruje to profil tego terenu. Już na samym wstępie obolałe ścięgna w mym kolanie nadwrężył przydługi odcinek bruku i chodnika przy przejeździe przez centrum Oulx. W zasadzie przez cały ten dystans mocno dawał nam się we znaki porywisty i generalnie przeciwny wiatr. Poza tym nie cały ten odcinek prowadził w dół. Po drodze trzeba było też pokonać półtorakilometrowy hopek w okolicy Deveys o średnim nachyleniu 7,1 %. Ponieważ kolano nadal mnie bolało zrezygnowałem z twardych przełożeń. Adam choć mógłby jechać szybciej w geście solidarności zdecydował się asekurować mej Via Dolorosa. W okolicy Exilles minęliśmy imponujących rozmiarów fort będący obok tych z Fenestrelle i Vinadio największym na terenie Piemontu. Co ciekawe początki militarnego budownictwa w tym miejscu aż VII wieku. Dalej przemknęliśmy przez Chiomonte i Mollare, na czym skończyło się męczące „falsopiano” i cały ów odcinek zakończył szybki 4-kilometrowy zjazd do Susy. Zjechaliśmy z drogi krajowej SS24 i ulicami Via Montegrappa i Via XX Settembre dotarliśmy do centrum tego miasta. Tu na niemal pół godziny zatrzymaliśmy przed restauracją tłumnie obleganą przez turystów, w tym cyklistów z różnych stron świata. W tym gwarnym miejscu nieopodal mostu nad rzeką Dora Riparia wyznaczyliśmy sobie strefę bufetu. Kawka i ciasteczko plus cola miały nas wzmocnić przed głównym tego dnia wyzwaniem. Po drugiej stronie rzeki czekał nas bowiem jeden z najdłuższych i największych podjazdów całej wyprawy czyli „Góra Popiołów” – Col du Mont-Cenis (2094 m. n.p.m.). Jedyny dwutysięcznik na naszym szlaku, o który dotychczas nie udało mi się zahaczyć.

Przełęcz ta wyznacza granicę między Alpami Kotyjskimi (na południu) i Grackimi (na północy). Już w średniowieczu szły tędy pielgrzymki do Rzymu, bowiem odcinek miedzy Lanslebourg i Susą leżał na szlaku Via Francigena. Pierwszą droga z prawdziwego zdarzenia powstała tu w latach 1803-1810 z inspiracji Napoleona Bonaparte. Szła tedy nawet linia kolejowa, rozebrana po tym jak w 1871 roku wykuto nieopodal tunel Frejus. Kiedyś była na przejściem granicznym, jednak od czasu Traktatu Paryskiego z roku 1947 leży już wyłącznie na terenie Francji, choć jadąc od południa pierwsze 18 kilometrów i ponad 1200 metrów przewyższenia wiedzie jeszcze przez terytorium Włoch. Południowy podjazd pod Mont Cenis (wł. Moncenisio) liczy sobie 25,4 kilometra przy średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11 %. Co daje przewyższenie niemal 1600 metrów! Na Tour de France przełęcz tą wykorzystano dotychczas pięciokrotnie. Po raz pierwszy w sezonie 1949 na etapie z Briancon do Aosty wygranym przez Fausto Coppiego. Tego dnia „Campionissimo” po raz pierwszy założył żółtą koszulkę lidera. Tym niemniej zanim do głosu doszli faworyci na drugiej tego dnia premii gorskiej jako pierwszy zameldował się mało znany Francuz Pierre Tacca. Siedem lat potniej przełęcz ponownie zdobywano od południa i tym razem pierwszy doleciał tu „Orzeł z Toledo” czyli Federico Bahamontes. W roku 1961 po raz pierwszy jechano od północy gdy na etapie z Grenoble do Turynu uciekali Francuzi: Guy Ignolin i Manuel Busto. Ten pierwszy wygrał etap, zaś drugi premię górską. Północne Mont Cenis powróciło jeszcze na Tour w 1992 roku na słynnym maratonie z Saint-Gervais do Sestriere wygranym w cuglach przez Claudio Chiappucciego. „Il Diablo” wygrał wówczas wszystkie premie górskie na trasie. W końcu zaś w sezonie 1999 na odcinku z Sestriere do L’Alpe d’Huez od południowej strony najszybciej wjechał tu Rosjanin Dmitrij Konyszew. O dziwo Giro d’Italia wykorzystało tą przełęcz po raz pierwszy dopiero w 2013 roku. Niemniej od razu z obu stron tzn. od południa na etapie piętnastym do Col du Galibier i od północy na etapie szesnastym do Ivrei. Na premiach zwyciężali: Stefano Pirazzi i Wenezuelczyk Jackson Rodriguez.

Po przejechaniu na północny brzeg rzeki szybko znaleźliśmy się na drodze krajowej SS25, która w tym okolicach zmienia swe miejskie nazwy jak dama rękawiczki. Najpierw zowie się Corso Stati Uniti, w samym centrum miasta przybiera szyld Corso Inghilterra by w raz początkiem podjazdu na Mont Cenis przybrać wiele mówiący tytuł Corso Francia. Jakkolwiek sam pojazd nie jest szczególnie stromy to jego pierwsze sześć kilometrów jest dość wymagające. Normalnie na takim odcinku używałbym przełożenia 34×21. Ponieważ nadal bolało mnie kolano wrzuciłem tryb 24, a potem 28. Jechaliśmy więc luźno i tym samym wolno jak nasze co prawda niewygórowane, lecz chyba mimo wszystko ponadprzeciętne możliwości. Ból w kolanie stawał się szczególnie dokuczliwy w chwilach gdy co kilkaset metrów próbowałem wstawać w pedałach by dać odpocząć plecom. Każda próba podkręcenia tempa kończyła się dla mnie kłującym ostrzeżeniem. W tym czasie po przejechaniu 1,4 kilometra minęliśmy zjazd ku wiosce Novalesa i chwilę później wjazd na autostradę A32. Pod ta drogą szybkiego ruchu mieliśmy następnie parokrotnie przejechać na czwartym i piątym kilometrze w okolicy Giaglione. Po dziesięciu kilometrach zatrzymaliśmy się na chwilę by odebrać telefon. Dzwonił Piotr informując nas iż jest już na mecie. Pietro może i wybrał najkrótszą z tras, acz prawdę mówiąc bodaj tylko ze 12-kilometrów krótszą od mojej wersji, lecz uwinął się z nią nad wyraz sprawnie. Wystartował znacznie szybciej od pozostałych członków ekipy i na ile go znam prawie nie stawał po drodze. Tym sposobem do Bonneval-sur-Arc dotarł przed 16:00 uprzedzając nawet podróżującego samochodem Romka. Dojechawszy tak szybko do bazy Piotrek miał czas by wybrać się na zakupy do miasta. Taki plan odpowiadał Romkowi, który przekazał stery mojej Kia swemu krajanowi z Mazowsza i dał się podwieźć do Lanslevillard. Tym samym Romano zdobył Mont Cenis od północnej strony przeszło godzinę przed nami, a następnie wrócił do Bonneval wspólnym dla wszystkich szlakiem przez Petit Col de la Madeleine (1746 m. n.p.m.).

Tymczasem ja z Adamem minęliśmy po przejechaniu 11,8 kilometra zjazd ku wiosce Moncenisio i dokładnie dwa kilometry dalej zatrzymaliśmy się by zaczerpnąć wody z fontanny na zakręcie w osadzie Bar Cenisio. Nie wiem czy woda ta miała cudowne właściwości lecznicze, ale właśnie w połowie podjazdu ból w kolanie ni stąd ni zowąd zniknął. Na Górze Popiołów odrodziłem się niczym mityczny Feniks. Znów mogłem jechać swoje tzn. w stylu mi wygodnym i na tyle szybko na ile mnie jeszcze było stać. Przejechawszy 17 kilometrów wjechaliśmy na teren Francji o czym w tych spokojnych czasach informują tylko tablice drogowe. Posterunki graniczne opuszczono przed dwoma dekadami, zaś przygraniczne forty wyludniły się jeszcze wcześniej. Już po francuskiej stronie granicy znaleźliśmy się na płaskim jak stół odcinku drogi przy Pas de Paradis. Na blisko kilometrowej długości prostej z oddali widać było piętrzące się przed nami kolejne serpentyny. Mylnie zakładałem, że po przebyciu tych kilku wiraży będziemy już na wysokości sztucznego Lac du Mont Cenis. Tymczasem po przebyciu dwudziestu kilometrów byliśmy dopiero w La Grande Croix na poziomie 1870 metrów n.p.m. Do przełęczy brakowało jeszcze ponad pięciu kilometrów, lecz już przy bardzo umiarkowanym nachyleniu. Przydrożne tablice informowały nas, iż znaleźliśmy się w krainie sera Beaufort. W końcu na wysokości 2094 metrów n.p.m. ta długa wspinaczka skończyła się w Le Fontainettes. Wjazd nieśpieszny za sprawą mych wcześniejszych kłopotów z kolanem zajął nam blisko dwie godziny (1h 52:27) przy średniej prędkości 13,5 km/h. Rozpoczął się teraz około pięciokilometrowy odcinek na płaskowyżu. Mieliśmy już w nogach ponad 85 kilometrów, więc zdecydowaliśmy się stanąć w przydrożnym barze z widokiem na jezioro i charakterystyczny kościółek-piramidę, wybudowany w roku 1968 dla upamiętnienia egipskich podbojów Napoleona. Posiliwszy się ruszyliśmy w dalszą drogę ku miejscu gdzie oficjalnie znajduje się przełęcz. Zatrzymaliśmy się raz jeszcze przy tablicy z widokiem na Chapelle Saint-Pierre. Niemniej tym razem na krótko, bowiem nad płaskowyżem zbierały się chmury i na wszelki wypadek warto było szybko zjechać na niższy pułap do doliny Maurienne.

Zjazd na północ drogą D1006 liczy sobie 9,9 kilometra o średnim nachyleniu 6,9 % i kończy się w Lanslebourg na wysokości 1399 metrów n.p.m. Tym niemniej można również pominąć dwa ostatnie kilometry i odbiwszy w prawo po przejechaniu 9,3 kilometra o średniej 6,5 % dotrzeć do Lanslevillard na wysokości 1474 m. n.p.m. Ten wariant drogi wykorzystał Romek przy forsowaniu północnego Mont Cenis. Skorzystaliśmy z niego i my skracając sobie drogę do mety o trzy kilometry. Zjechawszy do Lanslevillard niemal od razu rozpoczęliśmy kolejny podjazd. Na skromny deser pozostała nam bowiem wspinaczka trzeciej kategorii pod tzw. małą Magdalenkę. Wspinaczka krótka o długości 4,2 kilometra przy średniej 6,5 %, lecz na pierwszych dwóch kilometrach wymagająca. Dodatkowo przy wyjeździe z miasteczka trzeba było uważać na grząską nawierzchnię czyli małe kamyczki wysypane na szosę w ramach jakiegoś remontu. Cały ów podjazd zajął nam niespełna dwadzieścia minut. Z niego do bazy zostało już tylko 13 kilometrów, w większości wiodących po kolejnym „altopiano” czyli płaskim terenie. Na ostatnim odcinku przejechaliśmy przez Bessans mekkę narciarstwa biegowego. Wioskę liczącą sobie około 350 mieszkańców, w której zanotowano niegdyś europejski rekord opadów śniegu czyli 1720 mm w ciągu 19 godzin! W końcu kilka minut po dziewiętnastej dotarliśmy do Bonneval-sur-Arc zroszeni w samej końcówce kilkoma kroplami nieśmiałego deszczu. Nasza meta nr 10 okazała się uroczą wioską pełną starych domów z kamienia. Naszą przystanią była Auberge d’Oul. Sypialnia z trzema piętrowymi łóżkami była jeszcze mniejsza niż ta w Beaume po trzecim etapie. Łazienka i toaleta również w dość spartańskich warunkach. Niemniej miejsce miało swój miły klimat, a poza tym jak przystało na oberżę do jadalni mieliśmy ledwie kilka kroków przez korytarz. Do późna czekaliśmy na przyjazd Darka, który dotarł do mety o 22:30. W sumie przejechał tego dnia 122,6 kilometra. Dla porównania szlak Piotra liczył sobie 101 kilometrów. Adam był na trasie o długości 105 kilometrów. Natomiast ja pokonałem w sumie 117,3 kilometra o łącznym przewyższeniu 2742 metrów w czasie netto 5 godzin 11 minut i 44 sekund przy średniej prędkości 22,7 km/h.