banner daniela marszałka

Colle dell’Agnello

Autor: admin o piątek 27. Czerwiec 2008

Na piątek jako ostatni cel naszych prywatnych wycieczek obraliśmy Colle dell’Agnello (2744 m. n.p.m.). Ta przełęcz jest najwyższym drogowym przejściem granicznym pomiędzy Włochami a Francją i zarazem drugim pod tym względem wzniesieniem w całej Italii pośród wszystkich szosowych podjazdów. Mieliśmy w swym dorobku przełęcze: Stelvio i Gavia, więc zdobycie Przełęczy Anielskiej oznaczało podbój całej wielkiej trójki. Podobnego wyczynu dopuściliśmy się już wcześniej na szosach Francji zdobywając w lipcu 2005 roku: Bonette, Iseran i Galibier – czyli podówczas trzy najwyższe wzniesienia w historii Touru.

Jednak aby dostać się w pobliże przełęczy Agnello musieliśmy przejechać samochodem około 60 kilometrów z Cerialdo przez Buskę, Piasco i Sampeyre (w dolinie Varaita) aż do rynku w Casteldelfino na wysokości około 1300 metrów n.p.m. Od tego miejsca podjazd liczy sobie 21 km przy średnim nachyleniu 7,7 %, lecz w praktyce wyróżnić na nim trzeba dwa zasadnicze fragmenty. Pierwszy od wspomnianego Casteldelfino do dawnego punktu celnego tuż za wioską Chianale to bardzo nierówne 12 kilometrów o średnim nachyleniu tylko 5,1 %. Mamy na nim m.in. dwukilometrowy niemal płaski odcinek wzdłuż jeziora Castello, ale też szczególnie na pierwszych trzech kilometrach momenty o stromiźnie ponad 11 %. W sumie jednak mimo znacznych zmian rytmu ów odcinek jedzie się dość szybko. Licznik pokazał mi średnią owego odcinka 19,4 km/h.

Jednak za wspomnianym punktem celnym zaczyna się zupełnie inna zabawa. Ostatnie 9 kilometrów wspinaczki to już teren dla prawdziwych górskich kozic. Średnie nachylenie tego odcinka to 9,7 %, zaś na trzecim kilometrze droga piętrzy się na poziomie 15 %. Na posterunku celnym niepokojem natchnęły nas tablice mówiące o tym, iż droga na przełęcz jest dziś zamknięta! Po długiej podróży z Polski byliśmy zbyt zdeterminowani na to by tego rodzaju zakazy mieszały nam w planach, lecz przyznam iż zacząłem główkować co też może być przyczyną tego zarządzenia. Przy słoneczku i temperaturze 26 stopni w okolicy Chianale czyli na wysokości ponad 1800 metrów n.p.m. nie można było się spodziewać śnieżycy czy lawiny błotnej niespełna tysiąc metrów wyżej. Okazało się że powodem wstrzymania ruchu były prace drogowe i kładzenie nowiutkiego asfaltu na wielu odcinkach drogi w pobliżu szczytu. To po prostu Italia szykowała się na powitanie peletonu Tour de France. Tymi drogami miał on wszak wkraczać do Włoch na etapie do Pratonevoso.

Kilka kilometrów przed szczytem koła naszych rowerów zaczęły się lepić do szosy i bardzo trudny sam w sobie podjazd zaczął się powoli przeobrażać w trudna do wytrzymania golgotę. Opony stawały się coraz bardziej lepkie. Szczególnie zaś bardziej obciążona tylna opona łapała małe kamyczki, które stanowiły pewne niebezpieczeństwo dla funkcjonowania hamulców czy też groziły porysowaniem tylnego widelca. Co więcej dwa i pół kilometra przed finałem mogliśmy się przyjrzeć pracy włoskich drogowców z najbliższej odległości, albowiem z naprzeciwka powitał nas walec drogowy równający świeżo wylany asfalt. W tym miejscu nie było już innego wyjścia jak zatrzymać się, zsiąść z roweru i poboczem po trawie przejść około 200 metrów do miejsca gdzie droga nie robiła już wrażenia powstałej przed paroma minutami.

Podczas dalszej jazdy nie dało się uniknąć następnych lepkich zasadzek, choć przynajmniej żadna z nich nie była na tyle nowa by zmusić nas do kolejnego postoju. Tuz przed samym szczytem należało jeszcze obejść szlaban podkreślający fakt, iż tego dnia od włoskiej strony nie można wjechać w majestacie prawa. Sam podjazd w całej swej okazałości zajął mi 84 i pół minuty przy średniej prędkości 14,9 km/h. Wspominany przez mnie wskaźnik VAM był stosunkowo niski tzn. 974 m/h, lecz nie mógł on być zbyt wysoki i to nie tylko z uwagi na warunki drogowe i spacerek w górnej partii trasy, lecz przede wszystkim z uwagi na płaskie odcinki w początkowej fazie podjazdu. Na odcinkach „falsopiano” może nawet jedzie się szybko i przyjemnie, lecz z pewnością traci się nieco czasu, zaś zyski w pionie są mizerne.

Na przełęczy zastaliśmy niemałą grupkę kolarzy-amatorów, którzy nadjechali od francuskiej strony. Chcąc nie chcąc swój pobyt na przełęczy przedłużyliśmy do blisko pół godziny, albowiem dobry kwadrans przyszło na poświęcić na skrobanie opon z nadmiar lepkiej mazi. Oczywiście nasze starania co do przywrócenia gumom dawnej świetności były skazane na niepowodzenie, ale chodziło nam przynajmniej o to by przywrócić je do jako-takiego stopnia używalności przed niebezpiecznym zjazdem z powrotem do Casteldelfino. W momencie gdy pochylałem się nad swym biednym rowerem odebrałem kilka sms-ów od francuskich operatorów telefonii komórkowej. Okazuje się więc, iż współczesny człowiek nawet w górskiej dziczy jest na tyle skutecznie inwigilowany, że wystarczy choć na parę metrów przekroczyć granicę państwową by nie uszło to uwagi zainteresowanych. Po powrocie do naszej bazy w Cerialdo mieliśmy parę godzin na odpoczynek.