banner daniela marszałka

Aremogna & Campitello Matese

Autor: admin o środa 25. Czerwiec 2014

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/167649206

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/167649218

W środowy poranek obudziła nas górska wichura. Wiatr wiejący ze szczytów masywu Majella leciał w dół ku Lettomanopello z prędkością wyższą niż ta, którą swego czasu rozwijał na zjazdach Paolo „Il Falco” Savoldelli. W oknach trzaskały okiennice, z balkonów spadały doniczki, zaś plastikowe krzesła na rynku zmieniały lokalizację. Po kilku upalnych dniach, zanosiło się na pogodowe przesilenie. Tymczasem tego dnia mieliśmy osiągnąć biegun południowy naszej wyprawy. Początkowo zakładałem, że zrobimy dwa wzniesienia, oba w Abruzji. Najpierw trzecie oblicze Blockhausu drogą zachodnią przez Roccamorice, ale „tylko” do poziomu Hotelu Mamma Rosa (1648 m. n.p.m.), aby nie powtarzać ani metra drogi poznanej we wtorek. Następnie zaś podjazd do stacji narciarskiej Aremogna (1663 m. n.p.m.), położonej powyżej mającego przebogate związki z historią Giro d’Italia miasteczka Roccaraso. Jednak kilka tygodni przed wyjazdem zmieniłem zdanie. Uznałem, iż zamiast poznawać Blockhaus od jeszcze jednej strony warto będzie zaliczyć dwa zupełnie inne podjazdy: Rionero Sannitico (1036 m. n.p.m.) oraz Campitello Matese (1433 m. n.p.m.). Oba położone w Molise czyli regionie graniczącym z Abruzją od południa. W miejsce ponad 25-kilometrowego podjazdu chciałem wstawić dwa mniejsze. Pierwszy 9-kilometrowy, drugi o długości 13 kilometrów. Głównym magnesem, który skłonił mnie do przedłużenia naszego szlaku na południe o kolejny region był ten większy czyli Campitello Matese z prowincji Campobasso. Niemniej zależało mi również na tym wcześniejszym, zgoła niepozornym położonym na terenie prowincji Isernia. Normalnie podjazd tej wielkości co Rionero Sannitico (czyli 9,1 kilometra przy średniej 6,8 %) nie zajmowałby mojej uwagi. Tym niemniej ze względów historycznych nie była to pierwsza lepsza góra. Znalazła się ona bowiem już na trasie pierwszej edycji wyścigu Dookoła Włoch z 1909 roku, acz w znacznie łatwiejszej wersji północnej. Od interesującej mnie południowej strony po raz pierwszy wspinano się w sezonie 1913. W sumie zaś od jednej bądź drugiej strony wizytowano tą przełęcz aż 29 razy, z czego 17-krotnie od południa. Po raz ostatni w 2010 roku.

Niemniej jak już zdążyliśmy się wcześniej przekonać program z trzema podjazdami i tylomaż postojami (wypakowaniami i zapakowaniami) to bardzo czasochłonne przedsięwzięcie. Pełna realizacja tego planu zależała od płynności naszej podróży. Do pierwszego postoju w Castel di Sangro mieliśmy 95 kilometrów. Wyjechaliśmy z Lettomanopello po godzinie dziesiątej. Zjechawszy do Scafy zatrzymaliśmy się jeszcze na tankowanie. Potem ruszyliśmy na zachód drogą krajową SS5 ku Popoli. Tu skręciliśmy na południe by niemal całą resztę trasy przebyć po drodze SS17. Przejechaliśmy przez Sulmonę, w której 5-krotnie kończyły się etapy Giro (ostatnio w 1992 roku). Później przemierzyliśmy Altopiano delle Cinquemiglia czyli położony na wysokości 1250 m. n.p.m. płaskowyż o długości 9 km i szerokości 1 kilometra. Nie tak imponujący jak Campo Imperatore, lecz i tak robiący spore wrażenie. Po nim pozostało nam już tylko zjechać ku Castel di Sangro, gdzie zameldowaliśmy się tuż przed południem. Zaparkowaliśmy na wylocie z miasteczka przy drodze SP119. Przed nami był podjazd do Rifugio Aremogna, który uczestnicy Giro tylko raz przejechali w pełnej postaci. Było to na dziewiątym etapie wyścigu z roku 1976. Ten odcinek wygrał Włoch Fabrizio Fabbri z ekipy Bianchi dowodzonej przez Felice Gimondiego. Na finiszu wyprzedził on swego rodaka Arnaldo Caverzasiego oraz o 1:52 Belga Jos Deschoenmackera, pomocnika Eddy Merckxa w ekipie Molteni. Liderzy przyjechali na metę ze stratą ponad czterech minut do zwycięzcy. Natomiast do położonego niespełna 10 kilometrów przed szczytem Roccaraso wyścig zaglądał wiele razy. Miasteczko to pojawiło się już na trasie trzeciego etapu pierwszej edycji włoskiego touru. Dokładnie na szlaku z Chieti do Neapolu i była to pierwsza góra w historii Giro! W sumie „la corsa rosa” gościła tu 20-krotnie, acz 12 razy jeszcze przed II Wojną Światową. We wczesnych latach pięćdziesiątych wyznaczano tu nawet etapowe finisze. W 1952 roku finiszowano od południa i na finiszu z 6-osobowej grupki Włoch Giorgio Albani wyprzedził słynnego Francuza Rafaela Geminianiego. Rok później przyjechano z północy czyli od strony Cinquemiglia. Tym razem wygrał Fausto Coppi, który na finiszu z większej grupy wyprzedził Albaniego i takich asów jak: Louison Bobet, Gino Bartali, Stan Ockers, Ferdy Kubler i Fiorenzo Magni.

Czekał nas podjazd o długości 17,1 kilometra i średnim nachyleniu 5 % przy przewyższeniu 857 metrów („cyclingcols” uwzględniając wszelkie zjazdy i odzyski podaje nawet 930 metrów). Pierwsze osiemset metrów na wprost. Po przejechaniu 2,7 kilometra minąłem skręt w kierunku wioski Roccacinquemila. Dokładnie po pięciu kilometrach trzeba było opuścić zaciszną SP119 i chcąc nie chcąc na parę minut wjechać na ruchliwą SS17. Na drodze krajowej trzeba było pokonać 800 metrów, zaś przy pierwszej okazji zjechać w lewo by jadąc po Viale Napoli dojechać do wspomnianego już Roccaraso (7,5 km). W centrum tej miejscowości przejechałem krótki odcinek po Viale Roma, aby po zakręcie w lewo skierować się w górę przez Via Claudio Mori. Jakieś 8,2 kilometra po starcie byłem już praktycznie powyżej poziomu miasta. Jeszcze 600 metrów na Via Vallone San Rocco i pod koniec dziewiątego kilometra należało skręcić w prawo na górską drogę Via Aremogna, wciąż trzymając się drogi SR437. Kolejne 2,7 kilometra umiarkowanie trudne, z krótkimi odcinkami w lesie. W połowie dwunastego kilometra zakręt w lewo i wyjazd na prostą o długości 1200 metrów, z pięknym widokiem po prawej ręce na Altopiano delle Cinquemiglia. W międzyczasie mija się skręt ku Monte Zurrone (12,2 km). W tym momencie droga jest już na wysokości 1480 metrów. Potem wznosi się jeszcze na poziom 1510 metrów by znów opaść do poprzedniego pułapu za sprawą krótkiego zjazdu, który kończy się na rondzie po przejechaniu 14,6 kilometra. Do szczytu pozostało mi więc jeszcze 2,5 kilometra. Kilkaset metrów stosunkowo łatwych. Przynajmniej jeśli chodzi o teren, bo przy przeciwnym wietrze w tym zupełnie otwartym terenie nie było wcale tak łatwo. Końcówka wymagająca. Szczególnie ostatni kilometr o średnim nachyleniu 10,5 % i max. dochodzącym do 13 %. Dojechawszy do ośrodka początkowo odbiłem od głównej drogi w lewo w kierunku różowego budynku schroniska i kościoła. Wspinaczka zajęła mi w sumie 59:49, czyli jechałem z przeciętną 17,1 km/h. Po prostu godzina solidnej roboty. Ponieważ jednak w tym opuszczonym przez ludzi miejscu zaczęła się mną niezdrowo interesować sfora lokalnych piesków wolałem zawczasu wycofać się do głównej drogi. Następnie zjechałem w poszukiwaniu Darka i tym sposobem już wraz z kolegą powtórzyłem sobie ostatnie dwa kilometry podjazdu. Na sam koniec wjechaliśmy jak najwyżej się dało czyli na plac przed miejscową szkółką narciarską.

Z powrotem przy samochodzie byliśmy około 14:30. Teraz czekał nas 56-kilometrowy dojazd do podnóża masywu Matese. Po drodze mogliśmy jeszcze zahaczyć o wspomniany podjazd pod Rionero Sannitico. Niemniej całą „operację” z kolejnym wypakowaniem się, 9-kilometrową wspinaczką, zdjęciami, zjazdem i ponownym zapakowaniem do auta obliczałem na co najmniej półtorej godziny. Dlatego postanowiłem zrezygnować z tego wzniesienia, aby skupić się na drugiej „lekturze obowiązkowej” czyli Campitello Matese. Pojechaliśmy zatem prosto do San Massimo omijając Rionero wschodnim wariantem drogi SS17. Niedługo później wjechaliśmy do regionu Molise. Pod względem administracyjnym to najmłodszy z dwudziestu włoskich regionów. Powstał dopiero w 1963 roku, po wydzieleniu prowincji Isernia i Campobasso z regionu Abruzja. Przed wspinaczką pod drugą górę chcieliśmy jednak zjeść coś na gorąco. Trzeba było lepiej poszukać w Isernii, bowiem w maleńkim San Massimo nie znaleźliśmy żadnego lokalu. Musieliśmy więc zjechać z optymalnego szlaku i podjechać do pobliskiego Bojano. Tu na biegunie południowym naszej wyprawy znaleźliśmy w końcu jakiś bar nieopodal rynku. Zamówiliśmy odgrzewaną pizzę al taglio w myśl zasady „lepszy rydz niż nic”. Po takim lunchu byliśmy gotowi na kolejne wyzwanie. Na upatrzone miejsce przy rondzie poniżej San Massimo wróciliśmy kwadrans po siedemnastej. Stąd mieliśmy zdobyć podjazd, który w dziejach Giro jest najpopularniejszym górskim finiszem spośród tych położonych na południe od Rzymu. Po raz pierwszy wspinano się tu już w 1969 roku. Wygrał Włoch Carlo Chiappano, który na finiszu wyprzedził swego rodaka Ugo Colombo. Trzeci ze stratą 1:13 był kolejny przedstawiciel gospodarzy Silvano Schiavon. Najczęściej wyścig zaglądał tu w latach osiemdziesiątych. W 1982 roku wygrał w tej stacji narciarskiej słynny Bernard Hinault, który o sekundę wyprzedził Włocha Mario Beccię i o 21 sekund Szweda Tommy Prim’a. Dzięki temu Francuz odebrał różową koszulkę lidera wielkiemu Francesco Moserowi. Rok później też wygrał „stranieri”. Tym razem był to Hiszpan Alberto Fernandez, który o 23 sekundy zdystansował Włochów: Giuseppe Saronniego i Franco Chiocciolego. Ten ostatni okazał się najlepszy w sezonie 1988, gdy wyprzedził o 12 sekund Amerykanina Andy Hampstena i Szwajcara Ursa Zimmermanna.

Przyznam, że Campitello Matese było pierwszym górskim finiszem z prawdziwego zdarzenia, który oglądałem na żywo w telewizji. Działo się to dokładnie przed 20 laty, zaś relacja dostępna była w niemieckiej stacji DSF. Był to finał czwartego etapu Giro z roku 1994. Wygrał go Rosjanin Jewgienij Bierzin, który na finiszu wyprzedził Włocha Oscara Pelliciolego. Trzeci ze stratą 17 sekund przyjechał linię mety Wladimir Belli. Za ich plecami finisz z grupy po czwarte miejsce wygrał pozostający do dziś w kolarskim peletonie Davide Rebellin. Wyścig Dookoła Włoch zajrzał tu po raz ostatni w 2002 roku. Najmocniejszy okazał się wtedy Włoch Gilberto Simoni, który po zaciętym finiszu pokonał swego rodaka Francesco Casagrande. Sześcioosobową grupkę pościgową ze stratą 4 sekund przyprowadził na kreskę Franco Pellizotti. W październiku tego roku ogłoszono, iż Campitello Matese po raz siódmy pojawi się na trasie Giro już w 2015 roku, na etapie ósmym ze startem we Fiuggi. Góra jest całkiem solidna. Liczy sobie 13 kilometrów ze średnim nachyleniem 6,7 % i max. niespełna 12 % pod koniec pierwszego kilometra. Podjazd ma 872 metry przewyższenia, zaś jego najtrudniejszy kilometr 9,3 %. Niemniej gdy zatrzymaliśmy się u jego podnóża wydawało się, że naszym głównym przeciwnikiem będzie tu huraganowy wiatr. Chyba nigdy jeszcze nie spotkałem się z takim wietrzyskiem podczas swych górskich wojaży. Wiało z południowego-zachodu czyli dokładnie od strony góry. Zastanawiałem się w jakim tempie będziemy mogli posuwać się do przodu. Gdyby ten wiatr był boczny to pewnie by nas powywracał. Ruszyliśmy około 17:20 na tyle szybko na ile się dało. Najgorzej było na samym początku czyli najbardziej stromym odcinku, który na domiar złego prowadził wprost pod wiatr. W tym czasie po przejechaniu dokładnie kilometra minęliśmy skręt ku centrum San Massimo. Na szczęście 1,7 kilometra po starcie na wysokości skrętu ku Roccamandolfi, nasza droga po szerokim łuku skręciła w lewo i tym samym schowaliśmy się przed wiatrem niejako w cieniu góry. Wiatr, choć odczuwalny nie dokuczał nam już tak bardzo.

W połowie trzeciego kilometra minąłem serię blisko siebie położonych wiraży, zaś po przejechaniu 3,1 kilometra osadę Serra San Giorgio. Cały czas po prawej ręce miałem górskie zbocze. Na odcinku trzech kilometrów, między 4,7 oraz 7,7 kilometra od startu, trzeba było pokonać długie proste zamykane klasycznymi agrafkami. W połowie dziesiątego kilometra wyjechałem na polanę wokół osady Pianelle. Napotkałem tu stado koni, które przechadzały się nie tylko po pobliskiej łące, lecz i niemal pozbawionej ruchu samochodowego szosie. Po kolejnym wirażu w prawo droga SP 106 przez dobre dwa kilometry wiła się w kierunku północnym. W międzyczasie po przebyciu 10,9 kilometra od startu minąłem wiadukt, z którego miałem dobry widok na dolinę, w której rozpoczęliśmy naszą wspinaczkę. Na końcu tego odcinka przypomniał nam o sobie huraganowy wiatr. Na wirażu w lewo zaatakował z taką furią, iż moja prędkość w jednej chwili spadła z 14 do 12 km/h. Natomiast Darek przyznał, że aby utrzymać równowagę zmuszony był czym prędzej wybrać największy tryb, aby mieć na czym kręcić. Z miejsca tej wietrznej zasadzki do końca wspinaczki pozostało jeszcze 1300 metrów. Niemal cały odcinek „prosto w paszczę lwa” czyli pod wiatr. Podjazd kończy się na wysokości wiaty. Z tego miejsca w lewo odchodzi droga ku Sella del Perrone. Natomiast my musieliśmy skręcić w prawo by zakończyć całą zabawę na 300-metrowej prowadzącej lekko w dół. Na finiszu po lewej ręce mieliśmy zielone stoki Monte Miletto (2050 m. n.p.m.), zaś po prawej liczne hotele, najwidoczniej niezamieszkane o tej porze roku. Jazdę zakończyłem na placu przed miejscowym kościółkiem. Moja wspinaczka trwała 55:24 co na dystansie 13,4 kilometra obejmującym też finałowy mini-zjazd na metę rodem z Giro przełożyło się na przeciętną rzędu 14,5 km/h. Zanim na dobre zaczęliśmy wspólny zjazd Dario próbował jeszcze zdobyć boczną drogę prowadzącą na wysokość 1490 metrów n.p.m. Prawie mu się udało, lecz tym razem żywioł okazał się silniejszy od człowieka. Do samochodu zjechaliśmy około 19:30. Ze sportowego punktu widzenia etap siódmy był relatywnie łatwy. Przejechałem tylko 61,5 kilometra o łącznym przewyższeniu 1845 metrów. Na koniec dnia mieliśmy jeszcze do pokonania autem odcinek 72 kilometrów drogami SS17, SS85 i SS6 przez Isernię i Venafro do B&B Le Ninfee w okolicy Cassino, już na terenie stołecznego regionu Lacjum.

20140625_campitello matese