banner daniela marszałka

Campo Staffi & Monte Autore

Autor: admin o piątek 27. Czerwiec 2014

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/167652377

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/167652381

Ósmą noc pod włoskim niebem spędziliśmy we Fiuggi. Ta licząca sobie niespełna 10 tysięcy mieszkańców miejscowość jest słynącym z wód termalnych uzdrowiskiem. Jak na tak niewielkie miasteczko ma bogate związki ze światowym kolarstwem. Od lat chętnie zaglądają do niego największe włoskie wyścigi etapowe. Giro d’Italia finiszowało tu już osiem razy. Po raz pierwszy już w 1940 roku. Natomiast w ostatnich dwóch dekadach trzykrotnie. W sezonie 1994 triumfował tu Hiszpan Laudelino Cubino, zaś w 2011 roku jego rodak Francisco Ventoso. W międzyczasie podczas Giro anno domini 1996 pierwszy do mety dotarł Włoch Enrico Zaina, który o 4 sekundy wyprzedził niewielki peleton. Z grupy pościgowej najszybciej finiszował jego rodak Fabrizio Guidi, przed naszym Zbigniewem Spruchem. Z racji swej popularności wśród turystów niewielkie Fiuggi ma drugą największą bazę hotelową w Lacjum. Rzecz jasna tylko z Rzymem nie może się równać. Nasza przystań czyli Hotel Iris Crillon przy via Fiume 7 okazał się bardzo dobrym wyborem. Pokój na pierwszym piętrze o przyzwoitym standardzie. Miła i uprzejma obsługa. Miejsce dla samochodu na hotelowym parkingu. Do tego obfite jak na włoskie zwyczaje śniadanie. Zaleta nie do przecenienia przy naszym sposobie spędzania wolnego czasu. To wszystko w umiarkowanej cenie 54 Euro od dwóch osób. Żal było opuszczać to miejsce, ale wzywały nas sportowe obowiązki. Ostatecznie w dalszą drogę ruszyliśmy około jedenastej. Na początek ponad 20-kilometrowy dojazd autem w kierunku północno-wschodnim ku dolinie rzeki Aniene. Tam mieliśmy porzucić samochód by następnie już na rowerach podjechać do stacji narciarskiej Campo Staffi (1787 m. n.p.m.). Profil tego wzniesienia wydrukowany w „Passi e Valli in Bicicletta” startuje na wysokości 624 m. n.p.m. tzn. z poziomu Ponte delle Tartare. Niemniej sam autor tego przewodnika stwierdza w opisie, iż podjazd na dobre zaczyna się dopiero od dziewiątego kilometra. Dlatego zatrzymaliśmy dopiero kilka kilometrów za miejscowością Trevi nel Lazio by wspinaczkę rozpocząć z poziomu około 740 metrów n.p.m.

Na rowery wsiedliśmy w samo południe. Na początek musiałem zjechać jakieś 1200 metrów do miejsca, które wybrałem dla siebie na początek tego podjazdu. Na starcie licznik pokazał mi 28 stopni Celsjusza. Po przeszło godzinnej wspinaczce okazało się, iż aby dotrzeć na szczyt musiałem przejechać 18,4 kilometra o średnim nachyleniu 5,7 % i przewyższeniu 1046 metrów. Podjazd był stosunkowo regularny oraz nieszczególnie stromy. Najtrudniejsze kilometry znajdujące się w okolicy przełęczy Valico di Serra San Antonio (1608 m. n.p.m.) trzymały na poziomie około 8 %. Maksymalna stromizna na krótszym odcinku miała tylko 9 %. Niemniej po kolei. Po przejechaniu 1800 metrów minąłem dróżkę odchodzącą w lewo ku źródłom rzeki Aniene. W połowie piątego kilometra wjechałem na ulice buntowniczej wsi Filettino. W tej stosunkowo rozległej miejscowości mieszka tylko 559 osób. Tymczasem zgodnie z planami włoskiego rządu wszystkie miejscowości liczące sobie mniej niż 1000 mieszkańców miały stracić status ośrodka gminnego. W proteście przeciwko takim oszczędnościom miejscowe władze 1 stycznia 2012 roku ogłosiły symboliczną niepodległość gminy jako Księstwa Filettino. Co więcej rozpoczęły też emisję lokalnej waluty o nazwie fiorito. Na razie te działania przynoszą pożądany skutek, bowiem Filettino pozostaje gminą, do tego leżąc na wysokości 1063 m. n.p.m. najwyżej położoną w całym Lacjum. Powyżej wsi droga zmienia nazwę z SR28 na SR30 i wiedzie przez rzadko zalesione tereny Parku Krajobrazowego Monti Simbruini. Na początku dziesiątego kilometra minąłem skręt ku restauracji „Il Sagittario” i osadzie Valle Granara (9,1 km). Natomiast dwa kilometry dalej na kolejnym wirażu w lewo sporych rozmiarów hotel. W końcu po przebyciu 15,2 kilometra znalazłem się na przełęczy św. Antoniego. Po prawej stronie drogi stoi głaz wyznaczający początek górskiego szlaku wędrownego im. Jana Pawła II. Tymczasem szosa skręca w lewo by już na terenie Abruzji rozpocząć zjazd ku Capistrello. Niemniej biorąc zakręt o całe 180 stopni można sobie wydłużyć wspinaczkę o 3200 metrów, z czego środkowe dwa kilometry na solidnym poziomie od 6,2 do 8,0 %. Wspinaczkę skończyłem w czasie 1h 08:36 jadąc z przeciętną prędkością 16,1 km/h. Campo Staffi zrobiło na mnie wrażenia ośrodka porzuconego nie przed paroma miesiącami, lecz kilkoma laty. Niektóre budynki były zdewastowane. Klimat miejsca jak z zapadłej dziury na Dzikim Zachodzie. Co ciekawe we wczesnych latach siedemdziesiątych w górach tych nakręcono niektóre „spaghetti westerny”.

Po zjechaniu do samochodu mieliśmy do pokonania autem jakieś 30 kilometrów. Najpierw drogą SP28 przez Trevi nel Lazio do Altipiani di Arcinazzo, a następnie już szybszą SR411 w kierunku północno-zachodnim do Subiaco u podnóża Monte Autore (1623 m. n.p.m.). Miasteczko to podobnie jak poznane dzień wcześniej San Donato Val di Comino znajduje się na liście atrakcji turystycznych spod znaku „i borghi piu belli dell’Italia”. Urodziło się tu kilka znanych osób. Między innymi księżna Lukrecja Borgia, aktorka Gina Lollobrigida oraz piłkarz Francesco Graziani – napastnik mistrzowskiej drużyny z mundialu Espana’82. Podjazd na Monte Autore nigdy nie został w pełni wykorzystany przez wielkie wyścigi. Niemniej w połowie lat siedemdziesiątych górskie etapy Tirreno – Adriatico dwukrotnie kończyły się w położonym nieco niżej ośrodku narciarskim Monte Livata. Najpierw w sezonie 1975 wygrał tu Włoch Italo Zilioli z przewagą odpowiednio 4 i 13 sekund nad swymi rodakami: Wladimiro Panizzą i Giuseppe Perletto. Natomiast rok później nie było mocnych na Eddy Merckxa, który na finiszu wyprzedził Rogera De Vlaemincka. Trzy sekundy później do mety dotarł Gianbattista Baronchelli. Etap ustawił „generalkę” tego wyścigu. Wspomniana trójka zajęła miejsca na podium, acz Belgowie zamienili się miejscami tzn. „Cygan” przeskoczył „Kanibala” i po raz piąty z rzędu wygrał T-A. Tym niemniej brak mi informacji o tym czy na płaskowyż Monte Livata wspinano się wówczas od strony Subiaco czy też łatwiejszym szlakiem prowadzącym przez miejscowość Jenne. My kierowani ambicją ani myśleliśmy ułatwiać sobie zadanie. Wybraliśmy podjazd, który według mojej podręcznej lektury jest numerem dwa pośród najtrudniejszych w całym regionie Lacjum. W sumie mieliśmy do pokonania 21,6 kilometra o średnim nachyleniu 5,6 % i przewyższeniu 1215 metrów. Co godne podkreślenia najtrudniejsze fragmenty na tym wzniesieniu mają aż 15 %. Niemniej załączony do mojego tekstu profil z „archivio salite” jest przykrótki, tak na dole jak i samej górze. Jakby tego było mało gdy tuż przed szesnastą szykowaliśmy się do wyjazdu słońce grzało w najlepsze. Na kilku pierwszych kilometrach licznik pokazywał mi temperaturę powyżej 30 stopni Celsjusza, acz na samej górze było ich już tylko 15.

Z miejsca startu mieliśmy ładny widok na górujący ponad miastem XI-wieczny zamek Rocca Dei Borgia. Początkowe 1200 metrów wiedzie w kierunku północno-zachodnim. Następnie droga SP40b skręca w prawo i 400 metrów dalej mija Zespół Szkół Medycznych im. Arnaldo Angelucciego. Pod koniec drugiego kilometra przejeżdża się na wprost przez skrzyżowanie. Natomiast kilometr dalej należy skręcić w prawo by ostatecznie zjechać z drogi SP40b. Niedługo po owym zakręcie mamy zupełnie płaski odcinek o długości 600 metrów. Niemniej już po chwili podjazd skręca w lewo wjeżdżając na drogę SP44b di Monte Livata. Kolejne dwa kilometry to zdecydowanie najtrudniejszy fragment całego wzniesienia. Średnie nachylenie na całym tym odcinku wynosi aż 11,6 %. O maksymalnej stromiźnie informują nas znaki drogowe. Pomiędzy początkiem siódmego kilometra a połową jedenastego kilometra trzeba pokonać dziewięć wiraży. Po 15 kilometrach tuż przed wjazdem do ośrodka Monte Livata (1347 m. n.p.m.) droga robi się płaska na odcinku 500 metrów. Po przebyciu 16,1 kilometra wjeżdża się do lasu i w cieniu drzew pozostaje się już niemal przez całą resztę podjazdu. Jadąc dalej po Viale dei Boschi (czyli Alei Leśnej) dociera się do kolejnej górskiej osady czyli leżącego na wysokości 1580 m. n.p.m. Campo dell’Osso (20,2 km od startu). Powyżej niej asfalt jest już kiepskiej jakości, acz jadąc uważnie można uniknąć problemów technicznych. Szosa kończy się na wysokości 1623 metrów n.p.m. w terenie należącym do osady Monno dell’Osso. Dojechałem do tego miejsca w czasie 1h 19:58 przy przeciętnej 16,3 km/h. Dario wspinał się wolniej, ale wytrwalej. To znaczy nie poprzestał na dotarciu do końca asfaltowej drogi, lecz przedłużył sobie tą wspinaczkę jeszcze o kilkaset metrów szutrowego duktu. Ostatecznie zatrzymał się na polanie Campo Minio w pobliżu schroniska Nibbio czyli na wysokości około 1670 m. n.p.m. Ogółem tego dnia przejechałem 80 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2333 metrów. Po zjechaniu do Subiaco mieliśmy jeszcze przed sobą blisko 80 kilometrów dojazdu do Rieti. To znaczy ponad półtorej godziny jazdy po lokalnych drogach, za wyjątkiem końcówki na krajówce SS4. Natomiast już w samym mieście niełatwe poszukiwania naszego noclegu nr 9 na Vicolo Arco dei Ciechi 9. Po czym okazało się, iż lokal ten znajduje się na starówce. Natomiast samochód trzeba było oczywiście zostawić przed murami Starego Miasta. Tym sposobem na dobicie musieliśmy jeszcze targać nasze tobołki przez jakieś trzysta metrów.

20140627_monte autore