banner daniela marszałka

Hautacam & Lourdes

Autor: admin o sobota 14. Lipiec 2007

Na sobotę w planach mieliśmy wyprawę na zachód. Gdybyśmy mogli liczyć na samochód wybralibyśmy się nim do Argeles-Gazost i dopiero z tego miasteczka na rowerach w wyższe partie okolicznych gór. Przy takim założeniu w ramach 96-kilometrowej trasy z Argeles-Gazost do Laruns i z powrotem można było się pokusić o pokonanie obu najsłynniejszych w tym regionie przełęczy czyli: Col du Soulor (1474 m. n.p.m.) oraz Col d’Aubisque (1709 m. n.p.m.). Niestety 36-kilometrowy momentami wcale nie płaski odcinek do Argeles-Gazost musieliśmy pokonać na rowerach spod samych wrót hacjendy „Deezark”. W obie strony dawało to już dobre 70 kilometrów, których jedynym znaczącym atutem była możliwość zajrzenia do Lourdes. Chcąc nie chcąc swój pobyt w tej okolicy musieliśmy ograniczyć do kolejnych 40-50 kilometrów w związku z czym jedyną rozsądną, wysokogórską opcją był podjazd pod górę Hautacam (1516 m. n.p.m.).

Nawet jednak przy takim założeniu to miał być nasz najdłuższy dzień w siodełkach poza głównym daniem w menu wyprawy czyli poniedziałkowym L’Etape du Tour. Jadąc do Argeles-de-Gazost tuż za Lourdes spotkaliśmy wreszcie jakiegoś francuskiego amatora, który bez większego trudu był w stanie wytrzymać nasze tempo. Ów miejscowy okazał się na tyle sympatycznym człowiekiem, iż pokazał nam jego zdaniem najdogodniejszy dojazd do podnóża góry Hautacam. Swoją drogą pomyślałem sobie: ot szczęśliwy człowiek w jeden weekend pojedzie sobie spod domu na podbój przełęczy Soulor, w drugi na Tourmalet, w trzeci do stacji Cauterets itd. A jak już mu się znudzą wszystkie okoliczne podjazdy to wsiądzie w samochód i poszuka innej, położonej nieco dalej od swego domu pirenejskiej przełęczy i „zaliczy” ją między śniadaniem a obiadem.

Podjazd pod Hautacam zaczynał się w zasadzie tuż za Angeles-Gazost od mostu nad rzeczką Gave z poziomu 424 metrów n.p.m. W naszej opinii był to jeden z piękniejszych i zarazem trudniejszych podjazdów podczas naszej tegorocznej wyprawy. Nie brakowało całych kilometrów na poziomie 9-10 %, ale też chwil wytchnienia mających w tym wypadku postać odcinków o nachyleniu 5-6 %. Droga dość kręta cały czas wije się pośród górskich łąk i tylko momentami w początkowej fazie wzdłuż lasu. Po drodze mijaliśmy kilka urokliwych wiosek z typowymi dla tego regionu domami z kamienia. Ja tradycyjnie już urządziłem sobie górską czasówkę pod hasłem: ciekawe jak szybko zdołam się na nią wdrapać? Piotr natomiast wyraźnie postanowił się oszczędzać na dwa dni przed naszym wielkim wyzwaniem i pojechał w zasadzie w takcie na trzy-czwarte.

Udało mi się pokonać całe wzniesienie w dobrym rytmie po drodze mijając różnej klasy lokalnych turystów. Jeden z nich zagaił do mnie po polsku z mocnym francuskim akcentem. Podjazd do miejsca gdzie na etapach Tour de France w latach 1994, 1996 i 2000 triumfowali : Luc Leblanc, Bjarne Riis i Javier Otxoa miał 14,5 kilometra . jego pokonanie zabrało mi 1h 00:30 przy średniej prędkości 14,4 km/h. Zważywszy, że wspinaczka ta zajęła mi niemal równą godzinę mogę przyjąć iż stać mnie na pokonanie w ciągu godziny przewyższenia co najmniej 1100 metrów. Najwyraźniej daleko mi do rekordu VAM Gilberto Simoniego. Niemniej złamanie „magicznej” bariery tysiąca metrów było dla mnie małym powodem do dumy. Na górze poczekałem na Piotra i razem dokręciliśmy jeszcze 2,5 kilometra do kresu owej drogi kończącej się nie w Hautacam, lecz na przełęczy Col de Tramassel (1635 m. n.p.m.).

Na zjeździe do Ayros-Arbouix trzeba było nieco uważać na pasące się wokół drogi konie. Przygotowały one dla nas zresztą „śmierdzące niespodzianki”, więc na niektórych wirażach trzeba było bardziej niż zwykle uważać tak aby nie wpaść w niekontrolowany poślizg. W dolnej części zjazdu natknąłem się coś w rodzaju lokalnych amatorskich zawodów, gdyż co chwilę mijały mnie mały grupki podjeżdżających z na przeciwka kolarzy. Poziom prezentowali dość zróżnicowani. Pierwsi dziarsko pięli się pod górę w tempie przyzwoitego młodzieżowca czy juniora, zaś ostatni jadący tuż przed samochodem-miotłą gonili już ostatkiem sił i bynajmniej nie sprawiali wrażenia, że stać ich na dotarcie na sam szczyt wzniesienia. Po zjeździe wjechałem na boczną drogę by przez Boo-Silhen i Lugagnan dotrzeć do Lourdes gdzie umówiłem się z Piotrem na zbiórkę i zwiedzanie głównych atrakcji tego miasta.

Aby dotrzeć do groty św. Bernadetty w jaskini Massabielle trzeba się przedostać na północno-zachodni skraj Lourdes bodaj najsłynniejszego we Francji ośrodka kultu maryjnego. Miasto to jest ponoć odwiedzane rocznie przez 6 milionów turystów. Dlatego też przyszło mi się przedzierać przez tłumy turystów zdrowych i chorych pielgrzymów ze wszystkich stron świata. Centrum miasteczka zrobiło na mnie wrażenie specyficznego rodzaju „Jarmarku Europa”, jako że sklepy kusiły zwiedzających reklamami w najrozmaitszych językach w tym oczywiście i polskim. Rowery musieliśmy zostawić pod okiem strażnika przy wejściu do parku, na terenie którego znajduje się słynna grota i wybudowana obok jaskini imponująca neogotycka bazylika z XIX wieku. Zastanawiałem się zresztą czy w takim miejscu jak to byłoby bezpiecznie zostawić rowery bez jakiegokolwiek dozoru. Przy wyjeździe z Lourdes pomyliłem drogę i z początku skierowałem się w kierunku Tarbes zamiast od razu zjechać w mniejszą dróżkę przez Arcizas. Kosztowało mnie to konieczność nadrobienia kilku dodatkowych kilometrów. W ten sposób gdy przez Lecroup i Trebons dotarłem w końcu do Bagneres-de-Bigorre licznik pokazał mi 113 kilometrów i dzienne przewyższenie 1810 metrów. Wieczorem wtopiliśmy się w tłum miejscowych i turystów by na placu przed miejscowym kasynem podziwiać kilkunastominutowy pokaz sztucznych ogni przygotowany z okazji Święta Narodowego 14 lipca.