banner daniela marszałka

Monte Subasio & Bocca Trabaria

Autor: admin o niedziela 29. Czerwiec 2014

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/167652401

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/167652418

Dziesiąty nocleg na włoskiej ziemi spędziliśmy na obrzeżach Campello sul Clitunno, małego miasteczka na umbryjskiej prowincji przy drodze ze Spoleto do Foligno. Za cenę 60 Euro zarezerwowałem nam apartament w domu gościnnym Locanda Settecamini. Na pierwszym piętrze budynku, który niegdyś służył miejscowej spółdzielni rolniczej dla turystów przygotowano trzy pokoje i jeden apartament właśnie. Poza dwoma łóżkami do naszej dyspozycji mieliśmy dobrze wyposażoną kuchnię, łazienkę, telewizor i wi-fi dobrej jakości. Na parterze tego domu znajduje się „bottega” prowadzona przez naszego gospodarza. Sklep z lokalnymi produktami, w którym można było kupić lub degustować: wina, wędliny, sery, oleje z oliwy czy miody. Po śniadaniu na tarasie i drobnych zakupach zaczęliśmy się pakować do kolejnego etapu naszej podróży. Na początek czekał nas 35-kilometrowy dojazd do św. Marii od Aniołów. To znaczy położonej ledwie 4 kilometry od słynnego Asyżu miejscowości Santa Maria degli Angeli. Transfer niedługi i nieskomplikowany tzn. niemal w całości prowadzący po drogach krajowych. Najpierw po SS3 do obwodnicy Foligno i dalej po SS75. Miał nam zająć niespełna pół godziny, więc ruszyliśmy dopiero tuż przed jedenastą. Magnesem, który przyciągnął nas w kierunku miasta św. Franciszka była górująca nad nim Monte Subasio (1280 m. n.p.m.). Według informacji z „archivio salite” to najtrudniejszy kolarski podjazd w Umbrii. Poza tym drugi na regionalnej liście największych (przewyższenie) oraz czwarty pośród najwyższych (wysokość bezwzględna). Miał on mieć długość 14,6 kilometra o średnim nachyleniu 7 % i przewyższeniu 1028 metrów. Takiego okazu nie mogliśmy pominąć. Pobliski Asyż był dodatkową atrakcją. Rzecz jasna nie tylko z uwagi na związki tego świętego miasta z wyścigiem Giro d’Italia. Wyścig Dookoła Włoch nigdy nie gościł na Monte Subasio, acz do Asyżu zajrzał cztery razy. Po raz pierwszy w 1978 roku gdy zwyciężył Włoch Bruno Zanoni. Następnie w latach 1982 i 1995 kończyły się tu czasówki wygrane przez Francuza Bernarda Hinault i Szwajcara Tony Romingera. Polscy kibice najwięcej emocji przeżyli w 2012 roku, gdy triumfował Katalończyk Joaquin Rodriguez, zaś na drugim miejscu ze stratą 2 sekund finiszował Bartosz Huzarski.

To był kolejny gorący dzień, więc dojechawszy do Santa Maria degli Angeli chcieliśmy zostawić samochód w zacienionym miejscu. Właściwą miejscówkę znaleźliśmy na podziemnym parkingu pod centrum handlowym. Wystartowaliśmy kilka minut po wpół do dwunastej przy temperaturze 33 stopni. Kilka kilometrów dzielących nas od podnóża podjazdu miało służyć za teren do rozgrzewki przed wspinaczką. Tym niemniej upał przydusił nas niemal od razu po wyjeździe na szosę. Wkrótce rozdzieliliśmy się. Ja pojechałem prosto, zaś Dario skręcił w lewo ku drodze krajowej SS147dir znanej w tym miejscu jako Via Patrono d’Italia. Rozpocząłem podjazd na skrzyżowaniu mojej Via di Valecchie z drogą Via Francesca. Większą część pierwszego kilometra spędziłem na wąskiej i stromej ścieżce o średnim nachyleniu 8,1 %, z chwilowym max. 15,7 %. Na wysokości około 310 metrów n.p.m. wjechałem na główną drogę do miasta czyli Viale Vittorio Emanuele II. Od tej chwili jakkolwiek osobno jechaliśmy już tym samym szlakiem. Przejeżdżając przez rondo 2,4 kilometra od startu należało wybrać drogę SS444, zaś pół kilometra dalej ulicę Via Giovanni XXIII. Droga ani przez moment nie wkraczała do historycznego centrum. Najpierw objeżdżała miasto od południa, a potem od strony wschodniej. Po raz ostatni zbliżyłem się do murów starówki na piątym wirażu, który minąłem po przejechaniu 3,7 kilometra. Pierwsza ćwiartka mego podjazdu miała średnie nachylenie 6,1 %. Kwarta druga zaczynała się od ostrego skrętu w prawo i wjazdu na SP251 czyli stromą Via Eremi delle Carceri. Prowadzi ona do pustelni, w której zwykł się modlić i medytować św. Franciszek. Brama wejściowa do tego miejsca znajduje się na dwunastym wirażu, który minąłem po przejechaniu 6,9 kilometra. Teren ten został podarowany Franciszkowi przez zakon benedyktynów. Znajduje się tu budynek konwentu, mały kościółek, grota z kamiennym łożem świętego oraz drzewo, na którym wedle legendy siadały ptaki z którymi rozmawiał dzisiejszy patron narodu włoskiego. Przeszło trzykilometrowy odcinek po Via Eremi delle Carceri miał średnie nachylenie 9,3 %. Na wysokości pustelni trzeba było wziąć ostry zakręt w lewo by już po chwili wjechać na teren Parco del Monte Subasio.

Nachylenie podjazdu stało się bardziej znośne, acz z drugiej strony im wyżej tym bardziej psuła się jakość drogi. Wciąż była to szosa, lecz już bardziej chropowata, momentami wręcz dziurawa i poza tym przyprószona drobnymi kamyczkami. Poza tym w połowie dziesiątego kilometra, gdy zaczął się objazd Colle San Rufino wyjechałem ponad granicę lasu i mocne słońce stało się jeszcze bardziej dokuczliwe. Nie miałem pewności czy do samego szczytu prowadzić będzie droga asfaltowa. Profil tego podjazdu wziąłem z „archivio salite”, zaś autorzy strony zanibike.net nie zawsze zawracają sobie głowę szczegółami takimi jak rodzaj nawierzchni prezentowanego wzniesienia. Ostatecznie twardy grunt pod kołami skończył mi się po przejechaniu 10,9 kilometra gdy minąłem szpaler samochodów zaparkowanych wzdłuż polany, na której opalało się chyba z kilkadziesiąt osób. Prowadzący do tego miejsca niespełna czterokilometrowy odcinek powyżej Eremo miał średnie nachylenie 7,3 %. Ostatnia „ćwiartka” czyli odcinek o długości 3,5 kilometra i średnim nachyleniu 5,6 % tylko teoretycznie była najłatwiejsza. Ze względu na kamieniste podłoże – miałem własne „strade bianche” – była to bardziej walka o zachowanie równowagi niż płynna jazda. Niemniej podobnie jak dwa lata temu na Krvavcu w Słowenii uparłem się by zgodnie ze swoim planem zrobić przeszło 1000 metrów przewyższenia. Choć teren bardziej pasował na rower górski lub choćby przełajowy jechałem dalej. Na samej górze musiałem pokonać tzw. „saliscendi” czyli pofałdowany teren składający się z krótkich zjazdów i podjazdów. W końcu gdy uznałem, że wyżej już pewnie nie wjadę, zakończyłem wspinaczkę po przejechaniu 14,4 kilometra w czasie 1h 07:11 czyli z przeciętną prędkością 12,9 km/h. Siadła mi ona w końcówce gdyż na szutrowym odcinku mimo mniejszej stromizny jechałem ze średnią tylko 12 km/h. Jednak większy kłopot miałem dopiero ze zjazdem po takiej nawierzchni. Tak dla własnego bezpieczeństwa jak i z obawy o rower (przede wszystkim opony) jechałem bardzo wolno by nie musieć gwałtownie hamować.

20140629_monte subasio

Zanim jeszcze dojechałem do asfaltu spotkałem jadącego z naprzeciwka Darka. Ot pomyślałem sobie, że jednak nie jestem jedynym wariatem na szosówce na tym grząskim gruncie. Z późniejszej opowieści jak i zdjęć kolegi wynikało, że zajechał dalej niż ja. Zatrzymał się dopiero na wysokości pastwiska z owcami, które pasły się pobliżu zwieńczających tą górę masztów telewizyjnych. Po asfalcie zjeżdżałem już pewniej i szybciej, lecz nadal bardzo spokojnie. Mając za plecami Darka nie śpieszyło mi się do samochodu. Robiłem liczne zdjęcia. Poza tym uznałem, że musimy jeszcze wpaść do Asyżu. Miasto spodobało mi się już w 2011 roku na wycieczce w trakcie toskańskich wakacji z Iwoną. Teraz chciałem pokazać je swemu „amico”. Zakładałem też, iż w mieście pełnym turystów będzie można zjeść coś gorącego i smacznego przed wyruszeniem w dalszą drogę. Dlatego dojechawszy do bram miasta poczekałem na Darka dobre dwadzieścia minut przy Porta dei Cappucini. Potem już razem z wolna przetoczyliśmy się przez wąskie uliczki Assisi. Choć mieszka tu na codzień tylko 28 tysięcy mieszkańców w mieście tym jest jedna katedra, trzy bazyliki, siedem kościołów parafialnych, opactwo i na dokładkę pałac biskupi. Nie mieliśmy czasu na dokładne zwiedzanie tego szczególnego miejsca. Zerkaliśmy tylko na atrakcje turystyczne znajdujące się w bezpośrednim sąsiedztwie naszego swobodnego zjazdu. Zatrzymaliśmy się przed Katedrą św. Rufina i Bazyliką św. Klary, po czym na przeszło pół godziny spoczęliśmy w ogródku jednej z restauracji robiąc sobie zasłużoną strefę bufetu. W końcu była okazja zjeść coś porządnego pomiędzy górami. Ponieważ nie krążyliśmy po całym miasteczku nie zajrzeliśmy na leżący po zachodniej stronie grodu plac przed Bazyliką św. Franciszka. Ze starówki wyjechaliśmy ulicami Sant’ Appolinare i Borgo San Pietro, po raz ostatni zatrzymując się na placu przed Chiesa di San Pietro. Końcówkę zjazdu zrobiliśmy po wybranej wcześniej przez Darka SS147. W dolinie upał był wręcz nieznośny. Gorszy niż przed południem. Na samym dole, kilka minut przed wpół do czwartej licznik pokazał mi 35 stopni.

Drugim punktem naszego niedzielnego programu miał być podjazd pod Monte Amiata. Wygasły wulkan leżący na pograniczu toskańskich prowincji Grosseto i Siena. Góra ta wznosi się 1734 metrów n.p.m., zaś rowerem szosowym można dotrzeć do wysokości 1669 metrów. Ze względu na wyniosłość tego wzniesienia ponad okoliczny pagórkowaty teren ochrzciłem go przed trzema laty mianem „toskańskiego Mont Ventoux”. Wielkie Giro po zboczach tej góry jechało trzykrotnie. W latach 1968, 1980 i 1983 premie górskie wygrywali tu kolejno: Hiszpan Mariano Diaz, Francuz Jean-Rene Bernaudeau oraz Belg Lucien Van Impe. Szosowych dróg prowadzących na ten szczyt jest co najmniej kilka. Strona „zanibike.net” publikuje ich aż siedem. Natomiast „cyclingcols” podaje tylko pięć, lecz każda z nich ma przewyższenie ponad 1000 metrów. Poszczególne szlaki łączą się z sąsiednimi na różnych pułapach, a wspólna dla wszystkich jest jedynie ponad kilometrowa końcówka od poziomu 1581 m. n.p.m. W 2011 roku zdobyłem tą górę od zachodniej strony czyli ze startem w Castel del Piano. Teraz chciałem wjechać na nią od wschodu startując z poziomu drogi SR2 jakieś sześć kilometrów poniżej miasteczka Abbadia San Salvatore. Problemem był jednak czas, a raczej jego brak. Późno opuściliśmy Campello sul Clitunno i przede wszystkim bardzo długo zabawiliśmy na Monte Subasio. Trzeba było się poważnie zastanowić czy możemy sobie pozwolić na tego rodzaju wycieczkę. W samochodzie byliśmy z powrotem około 15:30. Tymczasem na dwa blisko 100-kilometrowe transfery (pierwszy do podnóża Amiaty i drugi na nocleg w Arezzo) potrzebowalibyśmy co najmniej trzech godzin. Drugie tyle czasu spędzilibyśmy na rowerach, biorąc pod uwagę iż wybrany podjazd miał mieć niemal 20 kilometrów. Takie pobieżne kalkulacje sugerowały, iż podejmując to wyzwanie dojedziemy na naszą nocną stancję najwcześniej o 21:30 i to przy wątpliwym założeniu, że po drodze nie będzie żadnych poślizgów. Z tych względów Dario wolał zrezygnować z czasochłonnych i męczących szczególnie dla pasażera przejazdów. Ja mając już tą górę w swym dorobku nie nalegałem na ścisłe trzymanie się planu podróży. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na korektę programu i przejazd do Arezzo bardziej optymalnym szlakiem. Oczywiście w drodze do tego miasta chcieliśmy znaleźć jakieś zastępstwo dla porzuconej Monte Amiata.

W tym celu zajrzeliśmy do atlasu drogowego spod znaku Touring Editore. Wiedziałem, że w północnej Umbrii nie ma podjazdów tak wymagających jak Colle Bertone czy Monte Subasio. Tym bardziej zaś wzniesień porównywalnych z Monte Amiatą. Niemniej jadąc drogą SS3bis mogliśmy znaleźć coś ciekawego na pograniczu Umbrii i regionu Marche. Postanowiliśmy się zatrzymać po 73 kilometrach jazdy w San Giustino. Niewielkim miasteczku leżącym pomiędzy większymi Citta di Castello a Sansepolcro na terenie Alta Valle del Tevere czyli w dolinie górnego Tybru. Stąd mogliśmy zaatakować dość długi, acz stosunkowo łatwy podjazd pod przełęcz Bocca Trabaria (1049 m. n.p.m). Wzniesienie to miało mieć 14,5 km długości przy średnim nachyleniu 5 % i przewyższeniu 720 metrów. Góra na której można było kręcić także na dużej tarczy. Według „cyclingcols” najtrudniejszy (ostatni) kilometr miał mieć nachylenie tylko 6,5 %, zaś max. na krótszym odcinku miało wynieść ledwie 7,3 %. Ta przełęcz tylko raz pojawiła się na trasie Giro d’Italia tzn. na maratońskim etapie z Corinaldo do Prato w 2000 roku. Wjeżdżano jednak wówczas od łatwiejszej wschodniej strony z początkiem w Mercatello sul Metauro. Na premii górskiej pierwszy był Hiszpan Jose Javier Gomez Gonzalo, lecz etap zakończył się zwycięstwem Belga Axela Merckxa. Zaparkowaliśmy po wschodniej stronie miasta, na placu przy Via Anconetana. Na rowery wskoczyliśmy około 17:20. Wciąż było ciepło. Na starcie 29 stopni. Dario od razu ruszył w górę wspomnianej ulicy. Ja zaś poprzez Via della Resistenza dojechałem do drogi SS73bis i zacząłem wspinaczkę od skrzyżowania. Dość szybko złapałem mojego wspólnika, jako że tego rodzaju łagodny podjazd niespecjalnie mu leżał. Na pierwszych pięciu kilometrach było siedem wiraży. Na piątym z nich minąłem drogę w lewo ku osadzie Ca’ di Magnano (2,2 km). Na początku siódmego kilometra przejechałem obok wzgórza Monte Giove. Natomiast dokładnie po siedmiu kilometrach minąłem kolejny skręt w lewo, tym razem ku wiosce Messena. Podjazd był bardzo regularny, niemal cały czas na poziomie 5-6 %. Pod koniec dziewiątego kilometra przemknąłem obok wzgórza Colle di Raso. Od tego miejsca już do samego końca droga biegła przez las. Kolejne dwa kilometry minęły mi bardzo szybko, po tym jak teren stał się prawie płaski. Na niemal całym dziesiątym kilometrze jechałem z prędkością powyżej 20 km/h, zaś na jedenastym nawet + 25 km/h.

Dopiero na ostatnich 2400 metrach trzeba było się nieco sprężyć. Na trzynastym i czternastym kilometrze droga znów kręciła się po serpentynach. Trzeba było pokonać sześć na dystansie 1900 metrów, z czego ostatni wiraż na 630 metrów przed przełęczą położoną pomiędzy wzgórzami Poggio del Romito i Monte Sant’Antonio. W moim wydaniu ten podjazd miał 14,7 kilometra. Przejechałem go w czasie 48:12 z przeciętną prędkością 18,3 km/h. Tak przy samej przełęczy jak i na ścianie frontowej mijanego w połowie wzniesienia domu dróżnika (casa cantoniera) spostrzegliśmy tablice upamiętniające postać Giuseppe Garribaldiego, bohatera walk o zjednoczenie Włoch. W lipcu 1849 roku uciekał on tędy w kierunku Wenecji wraz z ciężarną żoną Anitą i oddziałem 1500 żołnierzy ścigany przez Francuzów, Austriaków, Hiszpanów i Neapolitańczyków czyli koalicję wojsk, które pokonały go w czerwcowych walkach o Rzym. Bocca Trabaria znana też jest jako punkt startu Grande Escursione Appenninica. Wieloetapowej pieszej trasy wycieczkowej o długości aż 375 kilometrów. Prowadzi ona przez wiele innych przełęczy oraz schronisk górskich do mety na Passo dei Due Santi, na pograniczu prowincji Massa-Carrara i Parma. Do samochodu zjechaliśmy tuż po dziewiętnastej. Ze sportowego punktu widzenia był to jeden z łatwiejszych dni. Przejechałem tylko 64 kilometry o łącznym przewyższeniu 1795 metrów. Pozostało nam jeszcze przejechać przeszło 40 kilometrów do Arezzo gdzie za cenę 50 Euro zarezerwowałem nam nocleg w B&B La Casa di Elide. Ten lokal znajdował się na pierwszym piętrze kamienicy przy Via Alessandro dal Borro 18. Nasz gospodarz okazał się przemiłym i pełnym ekspresji człowiekiem. Dario nazwał go mistrzem PR-u. Niemniej prawda jest taka, iż choć facet miał świetną gadkę to bynajmniej nie służyła mu ona do reklamy słabego produktu. Mieszkanie było zadbane i spełniało wszelkie nasze potrzeby. Jedyną niedogodnością mogłaby się okazać wspólna łazienka czy kuchnia (skądinąd dobrze wyposażona), gdyby lokal miał akurat zajęte wszystkie trzy pokoje. To jednak nie miało miejsca i mogliśmy wypoczywać w spokoju oraz pełnym komforcie. Jednak przed spoczynkiem poszliśmy na miasto, by w końcu zjeść kolację we włoskim stylu. W ramach spaceru zaliczyliśmy dwa lokale m.in. pizzerię La Galleria prowadzoną przez rodzinę Guerra.