banner daniela marszałka

Monte Secchieta & Croce Arcana

Autor: admin o poniedziałek 30. Czerwiec 2014

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/167652414

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/167654650

Początek ostatniego tygodnia tej podróży zastał nas w Arezzo, stolicy jednej z dziesięciu prowincji regionu Toskania. To miasto mające przeszło 103 tysiące mieszkańców było jak dotychczas największą miejscowością na naszym szlaku przez włoską prowincję. Znane już w starożytności pod nazw a Arretium było jednym z dwunastu legendarnych grodów tzw. Ligi Etruskiej. Miałem okazję zwiedzić jego starówkę w lipcu 2011 roku. Jego główną atrakcją turystyczną jest nie trzymający poziomu Piazza Grande z oryginalnie skonstruowanym kościołem Santa Maria della Pieve. Na placu dwa razy do roku odbywa się słynny turniej rycerski Giostra del Saracino. Wydanie nocne tego przedstawienia organizowane jest w przedostatnią sobotę czerwca, zaś dzienne odbywa się w pierwszą niedzielę września. Arezzo to miasto Francesco Petrarki XIV-wiecznego poety i pisarza, który zasłynął również wyprawą na Mont Ventoux w 1336 roku oraz Giorgio Vasariego XVI-wiecznego malarza i architekta. Z tego miasta pochodzi też Daniele Bennati, kolarz grupy Tinkoff-Saxo, zwycięzca etapów w każdym z trzech Wielkich Tourów. Ten wszechstronny sprinter wygrał trzy etapy na Giro, dwa na Tourze i sześć na Vuelcie. W 2007 roku na zakończenie „Wielkiej Pętli” triumfował na Polach Elizejskich. Począwszy od 1925 roku Giro d’Italia zatrzymało się w Arezzo jedenaście razy, acz po raz pierwszy przemknęło przez nie już w 1909 roku na piątym etapie z Rzymu do Florencji. Jako pierwszy ze zwycięstwa w Arretium cieszył się Costanste Girardengo. Trzy lata później triumfował tu równie sławny Alfredo Binda. Przed wojną zwyciężali jeszcze: Giuseppe Olmo (1937) i Primo Volpi (1940). Po II Wojnie Światowej również za każdym razem wygrywali Włosi, choć triumfator z roku 1992 czyli Maximilian Sciandri urodził się w angielskim Derby i od sezonu 1995 jako pół-Anglik ścigał się już dla barw Wielkiej Brytanii. Jedynym asem, który w trakcie Giro dwukrotnie wygrał w Arezzo był znakomity sprinter Mario Cipollini. Mistrz świata z 2002 roku triumfował tu w latach 1997 i 2003. To drugie zwycięstwo było jego 41-wszym w historii występów w wyścigu Dookoła Włoch, dzięki czemu wyrównał rekord wspomnianego Bindy. Od sezonu 2011 Arezzo jest też stałym punktem na trasie Tirreno – Adriatico.

Arezzo leży u zbiegu trzech toskańskich dolin. Val di Chiana dochodzi do miasta od południa, Valdarno od północnego-zachodu, zaś Cesentino od północy. Chcąc dojechać do podnóża pierwszego z poniedziałkowych podjazdów musieliśmy pojechać w głąb tej ostatniej. Pierwszy przystanek wyznaczyłem nam we wiosce Pagliericcio po przejechaniu niemal 50 kilometrów. Aby się do niej dostać należało wyjechać z miasta drogą SR71. Po 33 kilometrach dojechaliśmy do Bibbieny, gdzie w trakcie Giro z 1983 roku etap wygrał Palmiro Masciarelli. Do niedawna manager ekipy Acqua e Sapone. Zarazem ojciec chłopaków, którzy kontynuowali rodzinne tradycje w zawodowym peletonie. Za Bibbieną musieliśmy skręcić w lewo na drogę SP70 i przez Poppi dojechać do wioski Borgo a Collina. Tu raz jeszcze odbić w lewo i przejechać przez Castel San Niccolo. Ostatecznie zaparkowaliśmy w pierwszym dogodnym miejscu za rozdrożem, które wyglądało na początek podjazdu pod Monte Secchieta (1435 metrów n.p.m.). Wzniesienia w paśmie górskim Pratomagno oddzielającym wspomniane doliny Valdarano i Cesentino. Góra ta nigdy nie została sprawdzona na Giro d’Italia. Nietylko w całości, ale nawet choćby w części. Ja miałem szansę ją odwiedzić już w lipcu 2011 roku, gdy pewnego dnia podjeżdżałem od dwóch stron do pobliskiego opactwa Vallombrosa. Jednak wtedy nie zdecydowałem się na przedłużenie tych wspinaczek o dalsze dziewięć kilometrów. Okazja do nadrobienia owej zaległości pojawiła się w sezonie 2014, przy czym przyszło mi zaatakować Secchietę od zupełnie innej, bo wschodniej strony. Na zboczach tej góry rozwijało się niegdyś lokalne narciarstwo. Do roku 1988 funkcjonowały tu trzy trasy zjazdowe i jedna biegowa. Nas jednak interesowały wyłącznie kolarskie walory tego wzniesienia czyli około 1000 metrów przewyższenia. Amplituda nie do pogardzenia. Dzięki swej wielkości góra była godna naszego zainteresowania, pomimo zupełnie czystej karty na polu historii. Wystartowaliśmy kwadrans po dwunastej przy temperaturze 32 stopni. Dzień jak co dzień pod włoskim niebem. Podjazd musiałem zacząć od krótkiego zjazdu, gdyż od wspomnianego rozdroża dzieliło nas 350 metrów.

Na pierwszych siedmiu kilometrach nachylenie z rzadka przekraczało 6 %. Na drugim kilometrze minąłem skręt w prawo ku Vertelli (1,1 km) oraz w lewo ku Barbiano (1,4 km). Dojechawszy do Montemignaio (6,2 km) trzeba było skręcić w prawo i objechać romański kościół z wieżyczką. Co ciekawe z tej liczącej niespełna 600 mieszkańców miejscowości pochodzi Marcello Mugnaini. Kolarz, który w latach 1964-67 wygrał dwa górskie etapy Giro d’Italia, zaś w Tour de France z roku 1966 „pirenejski klasyk” Pau-Luchon. Nieograniczał się przy tym do polowania na etapowe sukcesy. We wspomnianym Tourze był bowiem piąty w generalce, zaś na Giro siódmy i czwarty w latach 1964-65. Po przejechaniu 7,4 kilometra dojechałem do wioski Castello Prato (805 m. n.p.m.) i tu popełniłem błąd w nawigacji. Pojechałem prosto nie zauważając drogi skręcającej ostro w lewo pod kątem niemal 180 stopni. Chwilowy zjazd niespecjalnie mnie zdziwił. Minął mnie na nim cyklista wyglądający na włoskiego młodzieżowca. Siadłem mu na koło, lecz po chwili zaniepokojony przedłużającym się „falsopiano” zapytałem go czy ta droga prowadzi na Secchietę. Dobrze zrobiłem, gdyż dowiedziałem się, że jedziemy na passo della Consuma (1060 m. n.p.m.). Musiałem więc zawrócić by w centrum Castello Prato skręcić w prawo, od razu stromo pod górę. Na całej pomyłce straciłem trzy minuty, nadrabiając około 1100 metrów. Dario mocno się zdziwił gdy już po raz drugi na tej samej górze go wyprzedziłem. Pierwsze pięć kilometrów za Castello Prato było zdecydowanie najtrudniejszym fragmentem całego wzniesienia. Średnie nachylenie wynosiło tu 7,7 %, lecz dwucyfrowa stromizna wcale nie należała do rzadkości. Dojechawszy do przełęczy Croce Vecchia – 1200 m. n.p.m. (12,5 km) zatrzymałem się by poczekać na Darka. Droga rozchodziła się stąd na prawo i lewo. Ta pierwsza biegła w dół ku wspomnianej Vallombrosie. Pojechaliśmy więc w lewo w głąb ciemnego i mokrego lasu, który mocno kontrastował z nasłonecznionym terenem poniżej przełęczy. Wspinaczkę zakończyłem po przejechaniu 17 kilometrów czyli podjazd w wersji netto miałby 15,9 kilometra i według danych z programu „veloviewer” około 960 metrów przewyższenia. Ten odcinek przejechałem w czasie 1h 00:59 przy przeciętnej prędkości 15,6 km/h. Na górze zastaliśmy nieczynną restaurację. Przed nami mieliśmy  szutrową ścieżkę i widok na maszty radiowo-telewizyjne. Natomiast za plecami zamknięty teren wojskowy należący do 3. Regimentu Łączności – Batalionu „Abetone”.

Do samochodu zjechaliśmy kilka minut po 14:30. Tymczasem czekał nas długi i skomplikowany transfer do uzdrowiska Bagni di Lucca. Jakieś 145 kilometrów i przeszło dwie i pół godziny jazdy w kierunku północno-zachodnim. Najpierw przez Castello Prato ku drodze SR70. Wkrótce byliśmy już na passo Consuma, przełęczy przez którą sześć razy przejechał peleton Giro. Po raz ostatni na ubiegłorocznym etapie do Florencji wygranym przez Rosjanina Maxima Biełkowa. Następnie przez Pontassieve dotarliśmy do Bagno a Ripoli. Za tą miejscowością można było wejść na wyższe obroty wjechawszy na autostradę A1 objeżdżającą stolicę Toskanii od południa. Potem na węźle Firenze Nord trzeba było zjechać na autostradę A11 by przemykając obok Prato i Pistoi dotrzeć w pobliże Montecatini Terme. Tu chcąc skrócić sobie drogę zjechaliśmy już na lokalne drogi, choć jak się miało okazać nie była to chyba najszybsza, a już z pewnością najprostsza opcja. Za miejscowością Collodi wjechaliśmy na drogę SP35. Po minięciu Villa Basilica musieliśmy pokonać górski odcinek specjalny czyli wąski i trudny technicznie „szlak tysiąca i jednego zakrętu”. Najpierw w górę przez Pracando, Colognorę i Boveglio z finałem na passo del Trebbio (735 m. n.p.m.), potem w dół przez Benabbio. Odcinek ciężki tak dla samochodu, kierowcy jak i bodaj najbardziej dla pasażera-pilota. Na szczęście bez przygód dotarliśmy do wciśniętej między okoliczne góry doliny rzeki Lima. Na dole skręciliśmy w lewo by po kilku kilometrach znaleźć nasz Hotel Ristorante Corona przy Via Serraglia 78. Udało mi się w nim wynająć pokój z łazienką za skromną opłatą 68 Euro od dwóch osób za dwie doby. Po ciężkiej podróży pocieszający był fakt, że we wtorek 1 lipca nie czekała nas żadna przeprowadzka. Podczas tej pięknej, acz wyczerpującej podróży na taki luksus mogliśmy sobie pozwolić tylko w dwóch miejscach. Pierwszym było Lettomanopello, zaś drugim właśnie Bagni di Lucca. Uzdrowisko słynące z wód, którymi już w 56 roku p.n.e. raczyli się ponoć członkowie I triumwiratu: Pompejusz, Krassus i Juliusz Cezar. Co więcej uchodzić może ono też za kolebkę nowożytnego hazardu jako, że w latach 1835-37 wybudowano tu pierwsze w świecie kasyno.

Niemniej w planach na ostatni wieczór czerwca nie miałem spaceru powiązanego z poznawaniem uroków tego miasteczka. Miałem nadzieję, że okazja ku temu będzie we wtorek, gdy znacznie mniej czasu przyjdzie nam tracić na samochodowe transfery. Dlatego po rozpakowaniu się i krótkim odpoczynku zacząłem się szykować do wyprawy na drugie z poniedziałkowych wzniesień. Plan zakładał dojazd autem do wioski La Lima i z tego miejsca wspólny start ku dwóm różnym celom naszej wspinaczki. Darek miał pokonać niezbyt trudny, acz jeden z najsłynniejszych podjazdów w Apeninach czyli Passo dell’Abetone (1388 m. n.p.m.). Począwszy od roku 1928 wielkie Giro odwiedzało tą przełęcz aż 18 razy. Dziesięciokrotnie podjeżdżano na nią od naszej południowej strony. Między innymi w 1940 roku podczas etapu z Florencji do Modeny, na którym to rozbłysła gwiazda Fausto Coppiego. Zresztą wyścig Dookoła Włoch zwykł się również zatrzymywać w stacji narciarskiej Abetone. Trzykrotnie organizowano tu finisze górskich etapów. Gdy w 1954 roku wspinano się od południa wygrał Włoch Mauro Gianneschi. Przy kolejnych dwóch okazjach za górski finał służył kolarzom łatwiejszy północny podjazd od Pievepelago. W 1959 roku triumfował Luksemburczyk Charly Gaul, zaś w sezonie 2000 nie miał sobie równych kontrowersyjny Włoch Francesco Casagrande. W przyszłym roku Abetone już po raz czwarty wystąpi w roli etapowej mety. Peleton Giro 2015 zmierzy się z podjazdem południowym na etapie piątym ze startem w La Spezii i przejazdem m.in. przez Bagni di Lucca. Ponieważ to oblicze Abetone poznałem już w lipcu 2011 roku nie zamierzałem towarzyszyć swemu koledze do samego końca. W połowie piątego kilometra w okolicy wioski Casotti (600 m. n.p.m.) miałem odbić w prawo na Cutigliano i pokonać słabiej znany, acz niewątpliwie trudniejszy podjazd na Passo di Croce Arcana (1678 m. n.p.m.). Niestety zmordowany naszym samochodowym transferem Dario postanowił sobie odpuścić tą wieczorną wycieczkę by wypocząć przed następnymi dniami pełnymi kolejnych górskich atrakcji. Nie pozostało mi nic innego jak wybrać się w te strony samemu. W tej sytuacji aby zyskać nieco na czasie i nie powtarzać ani metra drogi przejechanej przed trzema laty postanowiłem dojechać autem nieco dalej. To znaczy przemknąć przez La Lima i „wyładować się” dopiero w Casotti tuż za mostem nad rzeczką Lima.

Wspinaczkę rozpocząłem o 18:49. Podjazd miał mieć długość 17,4 kilometra przy średnim nachyleniu 6,2 % i przewyższeniu 1076 metrów. Maksymalna stromizna niemal 14 %. Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa na przełęcz miałem dotrzeć około dwudziestej. Początek wyznaczyłem sobie u zbiegu SP 37 z drogą krajową SS12. Pierwsze 2100 metrów z przejazdem przez Cutigliano (0,9 km) miało średnio 8,1 %. Następne półtora kilometra było znacznie łatwiejsze. Dobry moment na wyrównanie oddechu przed zasadniczą częścią wzniesienia. To znaczy niemal 9-kilometrowym odcinkiem o średnim nachyleniu 7,1 %. Najtrudniejszy był tu 700-metrowy odcinek od połowy szóstego kilometra. W połowie siódmego przejechałem przez Melo (6,4 km). Powyżej tej wioski czekał mnie długi odcinek przez las. Droga wiodła długimi prostymi odcinkami. Z rzadka można było tu napotkać typowe wiraże (pierwszy 8,5, drugi 10,2 i trzeci 11,1 kilometra po starcie). Po przejechaniu 12,3 kilometra nachylenie ponownie złagodniało by kilometr dalej przejść w zjazd o długości niespełna 400 metrów. Podjazd ponownie odżył pod koniec czternastego kilometra, w pobliżu malutkiego Lago di San Gualberto. W połowie piętnastego kilometra dojechałem do pierwszych zabudowań na terenie uśpionej stacji narciarskiej Doganaccia. Na plac w centrum tego ośrodka dotarłem w czasie 57:08 po przebyciu 14,9 kilometra. Tu skręciłem w lewo, zamiast w prawo. Wkrótce dobiłem do końca ślepej drogi u wrót małego kościółka. Wróciwszy na plac ruszyłem w górę już we właściwym kierunku. Na całym zamieszaniu nadrobiłem niespełna 700 metrów. Powyżej placu czekało mnie już tylko 300 metrów spokoju. Na pierwszym zakręcie w prawo (około 1560 m. n.p.m.) pod kołami skończył mi się asfalt. Zaczęła się walka o przetrwanie na nawierzchni gorszej od tej z Monte Subasio. Poza kamienistym podłożem przeszkadzały mi także poprzeczne rynny melioracyjne, zaś na przedostatnim kilometrze spora stromizna. Ostatni kilometr był już łatwiejszy, zaś ostatnie kilkaset metrów wręcz przyjemne, bo na dobrze ubitej gruntowej drodze. Wspinaczkę ukończyłem w czasie 1h 10:35 z przeciętną prędkością 14,8 km/h. Zgodnie z obecną nazwą tej przełęczy (dawniej zwanej Passo dell’Alpe alla Croce) na górze zastałem krzyż i dwie armaty strzegące wojskowego pomnika. Przełęcz ta łączy Toskanię z regionem Emilia-Romagna. Niedaleko stąd do miasteczka Fanano oraz wzniesień Monte Cimone i Corno alle Scale czyli miejsc, które miałem poznać na samym końcu tej podróży. Tymczasem jednak chciałem już tylko dotrzeć do samochodu. W miarę możliwości przed zmierzchem. Udało się bezpiecznie, acz po zmroku. Licznik zatrzymałem o 21:36. Tego dnia przejechałem w sumie 70 kilometrów pokonując 2105 metrów przewyższenia.