banner daniela marszałka

Envalira & Chioula

Autor: admin o wtorek 17. Lipiec 2007

Po wyczerpującym poniedziałku wtorkowe przedpołudnie postanowiliśmy przeznaczyć na spacer po Ax-les-Thermes i bliższe poznanie tej miejscowości słynącej z najgorętszych wód leczniczych w całych Pirenejach. Zeszliśmy do miasta pospacerować po starówce. Na rynku trwał akurat kilkugodzinny jarmark. Piotr odwiedził też lekarza by uzyskać fachową poradę co do charakteru swych wyścigowych obrażeń i sposobu ich leczenia. Tego dnia mój kolega postanowił sobie odpocząć od roweru. Korzystając z uprzejmości marokańskiego kierowcy pół-ciężarówki pojechał autostopem na turystyczną wycieczkę do Foix. Ja znajdując się szczęśliwie w pełni zdrowia i mając świadomość, że to nasz przedostatni dzień w Pirenejach postanowiłem nie próżnować. Na popołudnie wyznaczyłem sobie randkę z „jej wysokością”. Mam tu na myśli Port d’Envalira czyli przełęcz wznosząca się na wysokość 2407 metrów n.p.m. – najwyższą „kolarską górę” w całym łańcuchu górskim Pirenejów.

Nie sądzę by można było o niej powiedzieć najtrudniejsza, lecz sama długość tego podjazdu jak i przewyższenie muszą na każdym śmiałku robić wrażenie. Od ronda w centrum Ax-les-Thermes do wierzchołka położonego przeszło 5 kilometrów w głąb terytorium Andory było dokładnie 35,35 kilometra z różnicą wzniesień blisko 1690 metrów. Już z samych tych suchych danych widać, że nie jest to podjazd szczególnie stromy – średnie nachylenie wynosi na nim 4,8 %. Prawdziwy „łagodny olbrzym”, lecz sam dystans sprawia, że podjeżdżając ma się wrażenie nieskończoności owej wspinaczki. Pierwsza 18-kilometrowa połowa podjazdu do miejscowości L’Hospitalet-pres-l’Andorre (1430 m. n.p.m.) jest dość luźna. Nachylenie kolejnych kilometrów waha się między 3 a 5,5 %, więc jako że czułem się tego dnia bardzo dobrze mogłem kręcić ze średnią prędkością około 20 km/h. Raz jeszcze sprawdziło się przysłowie „co cię nie zabije to cię wzmocni” przez co dzień po L’Etape du Tour nie robił na mnie większego wrażenia tego rodzaju podjazd.

Przystopował mnie dopiero odrobinę znacznie trudniejszy kilkusetmetrowy odcinek za samym L’Hospitalet gdzie moje tempo spadło do około 15 km/h. Niemniej kolejne kilometry aż do rozjazdu na przełęcz Puymorens pięły się pod górę przy średnim nachyleniu od 4 do 6 % co pozwalało mi na zachowania dobrego rytmu. Po około 30 kilometrach wzniesienia przekroczyłem w końcu granicę Księstwa Andory w miejscu znanym jako Pas de la Casa (2091 m. n.p.m.) i pojechałem nie niepokojony przez celników dalej podczas gdy samochody stały w niezłym korku w obie strony. Byłem zresztą swego rodzaju „białym krukiem” na tej drodze gdyż cykliści należą tu rzadkości. Niestety jest to w końcu droga krajowa N-20 i zarazem jedyny szlak z Francji do Andory przez co trzeba się na niej liczyć z ciągłą asystą samochodów, w tym również ciężarówek. Ostatnie kilometry miały już średnie nachylenie rzędu 6,5 czy 7 % z niektórymi serpentynami na poziomie 8 % co przy momentami przeciwnym wietrze potrafiło mnie już „przytrzymać” do prędkości 14 km/h. Ostatecznie dojechałem na szczyt w czasie 1h 49:40 (przeciętna 19,34 km/h) czyli grubo poniżej bariery dwóch godzin, której złamanie postawiłem sobie za punkt honoru. Na górze udało mi się złapać jakiegoś człowieka stojącego na parkingu, który strzelił mi dwie fotki, po czym pojechałem jeszcze kilkaset metrów w stronę centrum Księstwa.

Co ciekawe na przełęczy pasło się niemałe stadko koni jakby nie zrażone wysokością i związaną z tym skąpą roślinnością. Na samej przełęczy były też ni mniej ni więcej dwie stacje benzynowe z charakterystycznymi dla tego wolnocłowego państewka cenami paliwa na poziomie o 30% niższym od francuskich. Niżej w okolicy Pas de la Casa pierwsze miasteczko po stronie andorskiej robiło wrażenie jednego wielkiego hipermarketu. Sam zjazd byłby czystą przyjemnością gdyby nie wiatr i ledwie umiarkowana temperatura na pierwszych kilometrach czy też ruch samochodowy na całej długości drogi. W każdym razie droga jest szeroka i raczej dobrej jakości z łagodnymi wirażami. Przy zamkniętym ruchu drogowym byłoby się gdzie rozpędzić, przy czym na niektórych odcinkach trzeba by sobie pomoc w nabraniu szybkości pedałując. Do Ax-les-Thermes zjechałem już po godzinie 19:30, lecz nie zamierzałem poprzestawać na czekającym nie dwukilometrowym podjeździe do L’Alpage.

Droga wiodąca do naszej bazy była bowiem zarazem początkiem dwóch podjazdów tzn. 10-kilometrowego pod Col du Chioula (1431 m. n.p.m.) i 18-kilometrowego pod Port-de-Pailheres (2001 m. n.p.m.). Decyzję który z nich wybrać należało podjąć po pokonaniu około 3,5 kilometrów wzniesienia. Zważywszy, że zbliżała się już godzina 20:00, nie chcąc wracać w ciemnościach nie miałem wielkiego wyboru i na rozdrożu musiałem skręcić w lewo ku górze Signal de Chioula. Podjazd ten jakkolwiek z pewnością stanowił mniejsze wyzwanie niż Paillheres nie należy z pewnością do łatwych. Niemal przez całe 10 kilometrów średnie nachylenie kolejnych kilometrów waha się między 6 a 9 % (przy średniej całego wzniesienia około 7 %), zaś niespełna dwa kilometry przed szczytem jest też bardziej „trzymający” kilkusetmetrowy odcinek o stromiźnie 12 %. Na tą przełęcz dojechałem w czasie równo 40 minut co jak policzyłem dało mi średnią około 15,4 km/h.

Było już niemal szaro, lecz na szczęście i tu nie zabrakło turystów a dokładnie rzecz ujmując pewnej starszej pani z wnukami dzięki czemu mogłem się uwiecznić pod kolejną tablicą. Z przełęczy pozostawało mi już tylko zjechać około 8,5 kilometra wprost do L’Alpage. Tego dnia przejechałem w sumie 92 kilometry pokonując łączne przewyższenie 2330 metrów. Piotr wrócił z Foix niedługo przede mną i opowiedział mi co nieco o zaletach tego miasta jak i specyfice jazdy francuskim autostopem. Okazało się, że aby przejechać powrotne 45 kilometrów musiał skorzystać z pomocy aż trzech kierowców: praktykującej katoliczki, wolontariusza zaangażowanego w L’Etape oraz małżeństwa hippisów. Typowi przedstawiciele francuskiej klasy średniej jakoś nie byli zainteresowani w udzieleniu pomocy bliźniemu.