banner daniela marszałka

Alpes-Maritimes & Alpes-de-Haute-Provence

Autor: admin o piątek 15. Styczeń 2021

Górskie zakątki Starego Kontynentu zwiedzam od blisko dwóch dekad, a dopiero po raz drugi przyszło mi ruszyć na kolejną wyprawę we wrześniu. Pierwszy tak późny kalendarzowo wyjazd miał miejsce w 2015 roku. Zarówno tamten do Ligurii i Piemontu, jak i tegoroczny we francuskie Alpy Nadmorskie i Prowansalskie nie był przewidziany w tak późnym terminie. Oba zostały wymuszone okolicznościami. Przed pięciu laty powód tego „czasowego poślizgu” był natury stricte prywatnej. Zerwanie więzadeł prawego barku po upadku na czerwcowym treningu, ledwie dwa tygodnie przed planowanym wypadem i około miesięczna rehabilitacja związana z tym faktem. Tym razem przyczyną późno-letniej wycieczki w Alpy było zjawisko o charakterze globalnym. Niesławny Covid-19, który od początku roku 2020 ostro miesza w życiu mieszkańców Błękitnej Planety. Szczęśliwie w moim i mojej rodziny nie wywołał on wielkich wstrząsów. Ot mniej rodzinnych spotkań, inna organizacja pracy zawodowej i konieczne roszady w programie wakacyjnych podróży. Musiałem „ścieśnić” terminy swych rowerowych eskapad. Mimo to jakimś cudem między jedną a drugą falą pandemii udało mi się zorganizować i odbyć dwie alpejskie wycieczki. W dodatku zakończone zdobyciem aż 59 nowych premii górskich.

Celem mojej drugiej wyprawy w sezonie 2020 były Alpy francuskie, a ściślej ich południowa tercja przylegająca do Morza Śródziemnego. W ujęciu północ-południe zwiedzałem teren od wysokogórskiej doliny Ubaye po słynne Lazurowe Wybrzeże. To był mój jedenasty wypad rowerowy do Francji. Tematem sześciu z dziesięciu wcześniejszych wypraw do tego kraju były Alpy. Swoją przygodę z tymi górami zacząłem od południowego podjazdu na legendarną przełęcz Col d’Izoard. Właśnie we francuskich Alpach zaliczyłem swe pierwsze wyścigi z gatunku „Granfondo” czyli: La Marmotte 2005 i 2006 oraz L’Etape du Tour 2006. Każdy z nich kończąc bardzo wyczerpującą (na skutek wcześniejszych premii i dystansu) wspinaczką do stacji L’Alpe d’Huez. Po raz trzeci we francuskie Alpy dotarłem w 2009 roku. Tym razem zwiedzałem je przez dwa tygodnie, przy okazji zaliczając L’Etape z metą na Mont Ventoux. Czwarte spotkanie miało miejsce w sezonie 2013 podczas niezapomnianej wyprawy pod szyldem Route Grandes Alpes. Na trasie od jeziora Genewskiego do Morza Śródziemnego i z powrotem, aż dwanaście z czternastu odcinków wiodło w całości lub częściowo po francuskich szosach. Mimo tych czterech wizyt wciąż sporo zostało mi do zobaczenia w tej części Alp Zachodnich.

Przed kilkoma laty zbadałem temat bliżej i uznałem, iż warto byłoby zaliczyć jeszcze co najmniej sto alpejskich podjazdów na ziemi francuskiej. Oczywiście realizację tak śmiałego planu musiałem rozłożyć na lata. Cały obszar francuskich Alp podzieliłem sobie zatem na trzy strefy: północną, centralną i południową. Zacząłem to zwiedzanie właśnie w takiej kolejności. To znaczy w czerwcu 2017 roku od departamentów Haute-Savoie & Savoie. Wespół z Darkiem Kamińskim i Tomkiem Busztą, zaś od piątego dnia także z Romkiem Abramczykiem i Piotrem Podgórskim „rozpracowałem” w sumie 29 kolarskich wzniesień po francuskiej stronie. Dwa lata później w tym samym wczesno-czerwcowym terminie wybrałem się z Darkiem i Tomkiem na zwiedzanie kolarskich podjazdów w departamentach Isere & Hautes-Alpes. Znów wpadło mi do kolekcji 29 premii górskich poczynając od Saint-Nizier-du-Moucherotte w okolicy Grenoble po unikalną Col du Parpaillon górującą nad Embrun. Pozostało już tylko dopiąć celu i rozegrać ostatnią tercję potyczki z francuskimi Alpami. Jej sceną musiały być górskie szosy departamentów Alpes-Maritimes oraz Alpes-de-Haute-Provence, acz finał całej wyprawy zaplanowałem sobie na Mont Ventoux, który jak wiadomo leży w „rejonie” Vaucluse.

W trakcie minionych kilkunastu lat byłem w tych stronach trzykrotnie. Niemniej zawsze w ramach dłuższych wypraw czyli nie koncentrując się akurat na tym obszarze. Dlatego poznałem dotąd jedynie 12 solidnych wzniesień z południowej części Alp francuskich. Najpierw w lipcu 2005 roku wjechałem na Cime de la Bonette od strony północnej. Cztery lata później zaliczyłem Mont Ventoux (od Bedoin), południową Col de Vars, północną Col de la Cayolle, wschodnią Col des Champs i południową Col d’Allos. Natomiast w sezonie 2013 poznałem zachodnie strony Col Saint-Martin i Col de Turini, południową Col de la Madone, zachodnią Col de Braus, południową Col de Brouis oraz kończący się na granicy z Italią podjazd pod Tunnel de Tende. Dopiero w tym roku całe dwa tygodnie mogłem poświęcić na zwiedzanie wyłącznie Alp Nadmorskich i Prowansalskich. W najnowszej podróży towarzyszył mi po raz pierwszy Adrian Zdrojewski, mój krajan z Sopotu. Człowiek z bogatym górskim doświadczeniem, acz niekoniecznie zdobytym na rowerze. To był jego kolarski debiut w Alpach, gdyż długie podjazdy testował dotąd na Gran Canarii. Dotarliśmy nad Cote d’Azur w pierwszą sobotę września, dokładnie tydzień po tym jak z Nicei wystartowała mocno opóźniona 107. edycja Tour de France. Chcąc zahaczyć o wszystkie najciekawsze podjazdy w tych okolicach ze względów logistycznych musiałem wynająć aż pięć baz noclegowych. Dwie pierwsze w Le Broc i Saint-Dalmas starczały na dłużej tzn. na sześć nocy każda. Trzy kolejne w Annot, Barcelonnette i Faucon były już tylko krótkimi przystankami na naszym długim szlaku.

Jak mogłem się spodziewać sierpniowa „Lombardia” zagwarantowała mi pewną zwyżkę formy. Straciłem parę kilogramów i nabrałem nieco mocy. Nie zakładałem jednak by mogło to wystarczyć do grania pierwszych skrzypiec w naszym górskim tandemie. Zbyt wiele kilogramów nas dzieliło. Adriano ma warunki fizyczne godne „kolarskiej kozicy”, a przy tym moc taką, iż w niczym nie ustępuje mi na pagórkowatych szosach Kaszub. Niemniej dzięki wspomnianej „włoskiej zaprawie” mogłem przynajmniej ograniczać skalę swych strat. Przejechaliśmy razem 28 podjazdów, niemal co drugi kończąc razem. Na 15 nie wytrzymałem tempa mocniejszego kolegi, ale też nie traciłem  zbyt wiele. To jest od kilkudziesięciu sekund do max. 5 minut. Wspinaczkę na Col d’Allos zakończyłem zaś honorowym „zwycięstwem”. Etapy 1-11 przejechaliśmy na drogach Alpes-Maritimes, zaś odcinki 12-14 na szosach Alpes-de-Haute-Provence. Tylko ostatni (piętnasty) wytyczyłem nam poza granicami tych dwóch departamentów. Całą wyprawę chciałem bowiem zwieńczyć wjazdem na Mont Ventoux od strony północno-zachodniej czyli z Malaucene. Na skutek gwałtownego załamania pogody musieliśmy jednak odwołać swój występ w ostatnim akcie naszego górskiego serialu. Tym samym na szlaku przez południowe Alpy francuskie podobnie jak w strefach północnej i centralnej zaliczyłem kolejne 29 wzniesień o przewyższeniu co najmniej 500 metrów. Pośród nich zaś 19 o amplitudzie przeszło tysiąca metrów. Pod względem wysokości bezwzględnej jak i względnej (różnice wzniesień) podjazdy francuskie przewyższały te lombardzkie.

O ile w sierpniu tylko raz wjechałem powyżej 2000 metrów n.p.m., o tyle tu ów pułap przekroczyłem dziewięciokrotnie. Przede wszystkim po długich piętnastu latach wróciłem na najwyższą ze swoich premii górskich. Ponownie wjechałem na Cime de la Bonette (2802), acz tym razem od strony południowej. Poza tym znacznie ponad wspomniany poziom wspięliśmy się zdobywając przełęcze: Moutiere (2452), Lombarde (2347) i Cayolle (2326). Trzy wrześniowe podjazdy miały przewyższenia przeszło 1500 metrów. Najwięcej metrów w pionie trzeba było pokonać podczas wjazdu z L’Escarene na Authion (1670), zaś niewiele mniej na wspomnianej już Bonette (1658). Do tego jeszcze Millefonts (1554), Lombarde (1481) i Andrion (1453) również pod tym względem górowały nad największymi z moich sierpniowych wzniesień. Francuskie podjazdy były też z reguły dłuższe od włoskich. O ile w Lombardii zaliczyłem tylko dwie przeszło 20-kilometrowe wspinaczki, o tyle na francuskich szosach pokonałem aż jedenaście gór tak znacznej długości. W tym dwie iście maratońskich rozmiarów. Po pierwsze Authion liczącą sobie aż 33,1 kilometra. Po drugie Greolieres-les-Neiges, od której zaczęliśmy całą zabawę, mającą 31,6 kilometra. W sumie na trasach 14 etapów przejechałem 1058 kilometrów z łączną amplitudą 31.404 metrów. Co prawda nieco więcej metrów w pionie nabiłem w Lombardii, ale tam wszystkich podjazdów miałem 30. Tu zaś do pełni szczęścia zabrakło nam Mont Ventoux, która w burzowe przedpołudnie 20 września okazała się górą niedostępną dla zwykłych śmiertelników.

Poniżej przedstawiam listę premii górskich, które poznałem na wrześniowym szlaku od Pont du Loup do Valbelle.

Mój rozkład jazdy:

6.09 – Greolieres-les-Neiges & Col de Vence

7.09 – Mont Vial & Mont Chauve

8.09 – Col d’Andrion & Valberg (S)

9.09 – L’Authion (SW) & Col de Turini (SE)

10.09 – Mont Agel & Fort de la Revere (via Col d’Eze)

11.09 – Madone d’Utelle & Vallon de la Gordolasque (Pont du Countet)

12.09 – Madone de Fenestre & Parking de Salese

13.09 – Cime de la Bonette & Col de la Moutiere

14.09 – Col de la Lombarde & Col de la Couillole

15.09 – Parking de Millefonts & Col de la Sinne

16.09 – Valberg (W) & Col de la Cayolle

17.09 – Lac d’Allos & Col des Champs

18.09 – Col d’Allos, Super-Sauze & Saint-Anne-la-Condamine

19.09 – Montagne de Lure (N) & Montagne de Lure (S)