banner daniela marszałka

Boirolo & Prato Valentino

Autor: admin o środa 13. Sierpień 2014

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/182312458

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/182312477

Pogoda zdecydowanie nas tu nie rozpieszczała. Niemniej podczas pierwszych kilku dni naszego pobytu deszcz był tylko przelotny. Dopiero w środę aura sięgnęła dna. Od samego rana lało w najlepsze i wcale nie wyglądało na to by ulewa tym razem miała się szybko skończyć. Z jakimi warunkami mieliśmy do czynienia najlepiej widać na filmiku nakręconym przez Darka niemal w samo południe. Początkowo zakładałem, że w ramach szóstego etapu przejadę aż trzy wzniesienia: Boirolo (1580 m. n.p.m.), Val Fontana (1389 m. n.p.m.) i Dalico (1409 m. n.p.m.). Było to spokojnie do zrobienia jako, że początki tych podjazdów bezpośrednio z sobą sąsiadują. Każdy zaczyna się z poziomu drogi krajowej SS38. Ten pierwszy poniżej miasteczka Tresivio, drugi pod Ponte in Valtellina, zaś trzeci w pobliżu Chiuro. Pierwszy punkt startu jest oddalony od trzeciego o zaledwie cztery kilometry. Miałbym do przejechania 88 kilometrów, z czego 40 wspinaczkowych o łącznym przewyższeniu 3331 metrów. Z drugiej strony wciąż miałem do zrobienia dwa podjazdy w najbliższym sąsiedztwie naszego domostwa czyli: Prato Valentino (1686 m. n.p.m.) i Bratta (1220 m. n.p.m.). Niemniej ta „zaległość” nie była problemem nie do przeskoczenia. Teoretycznie oba te wzniesienia lub choć pierwsze z nich, jako to bardziej wartościowe, mogłem dorzucić do swego programu na czwartek lub piątek. Nie okazałem się równie niezłomny co Adam i Tomek. Oni wybrali się na Boirolo rowerami i to już około wpół do dwunastej. Tym samym na dojeździe do pierwszej góry mieli do pokonania 15-kilometrowy odcinek drogi w ulewnym deszczu. Ja czekałem na poprawę warunków ile tylko starczyło mi cierpliwości. W końcu około czternastej wraz z Danielem wsiadłem do jego auta, aby przynajmniej do podnóża Boirolo dotrzeć „na sucho”. Jako, że etap zaczęliśmy bardzo późno uznałem, że nie ma sensu porywać się na zdobycie aż trzech gór. Stwierdziłem, że lepiej będzie zrobić dwie, acz możliwie największe. Dlatego w miejsce Val Fontana i Dalico wstawiłem nam wspinaczkę pod Prato Valentino. Co do pozostałych członków naszej ekipy. Borys zrezygnował z górskich wojaży, lecz nie z wszelkiej aktywności fizycznej. Gdy pogoda nieco się poprawiła wsiadł na rower i pojechał na basen do Sondrio. Tym samym poza treningiem pływackim zrobił sobie 40 kilometrową przejażdżkę po płaskim terenie. Jedynie Darek nie wychylił nosa spod dachu Villa Isabella. Dzień kompletnej regeneracji dobrze mu zresztą zrobił. Na czwartkowych i piątkowych etapach spokojnie dorównywał Tomkowi zarówno na Pra’ Campo jak i na Mortirolo.

20140813_bloody weather

Jakkolwiek warunki pogodowe były podłe to przynajmniej miejscówkę pod Boirolo mieliśmy wyborną. Podjazd ten rozpoczyna się bowiem w bezpośrednim sąsiedztwie sprawdzonej już przeze mnie i Darka pizzerii „La Pecora Nera”. Tym samym Daniel mógł zaparkować samochód w miejscu poniekąd strzeżonym zamiast porzucać na poboczu szosy. Poza tym w drodze powrotnej „Czarna Owca” mogła nam posłużyć za strefę bufetu. Zakładałem, że pokonanie kilkunasto-kilometrowego podjazdu oraz chłodnego i zarazem mokrego zjazdu będzie kosztować sporo energii. Dlatego syty posiłek pomiędzy dwoma środowymi wzniesieniami wydał mi się obowiązkowym punktem naszego programu. Według „Passi e Valli in Bicicletta” wspinaczka pod Boirolo liczy sobie 15,5 kilometra o przewyższeniu 1264 metrów przy średnim nachyleniu 8,2 % i max. 14 %. Najtrudniejsze są początek i koniec tego wzniesienia. Z jednej strony nie można tego podjazdu zacząć zbyt mocno, z drugiej trzeba dobrze rozłożyć swe siły by zachować coś w zanadrzu na ciężki finał. Wystartowaliśmy o godzinie 14:33 przy całkiem przyzwoitej temperaturze 21 stopni. Oczywiście na taki luksus nie mogliśmy liczyć u kresu naszej wspinaczki, jakieś 1200 metrów wyżej. Deszcz już praktycznie zanikał. Na pierwszym kilometrze podjazdu wiodącym po prostej, lecz stromej drodze wśród sadów jabłkowych spotkaliśmy Adama i Tomka wracających ze swej „mokrej roboty”. Nasi koledzy zdobywali Boirolo w na tyle ciężkich warunkach, iż jak wynika z wykresu na „stravie” nawet podczas wspinaczki musieli się trzy-cztery razy zatrzymać. Nam towarzyszyła już tylko mżawka i przyznam, że na podjazdach wolę nawet takie „belgijskie” klimaty niż „włoskie” słońce w pełnej krasie. Pierwsze 1200 metrów na tej górze ma średnio 10 % przy max. 12,5 %. Na tym sztywnym odcinku dość szybko się rozjechaliśmy. Ruszyłem do przodu własnym tempem, lecz już na pierwszym rozjeździe zbłądziłem tzn. Pojechałem dalej prosto w kierunku północno-wschodnim, zamiast odbić na zachód. Tym samym po przebyciu 1600 metrów dojechałem do Via San Gregorio będącej fragmentem równoległej względem „krajówki” drogi krajobrazowej „Panoramica dei Castelli”. Dojechawszy do tego miejsca zdałem sobie sprawę ze swego błędu i zacząłem się zastanawiać jak go naprawić. Zatrzymałem się na niemal cztery minuty, po czym ruszyłem w lewo by po pokonaniu płaskich 800 metrów wrócić na właściwy szlak. Na skutek tego błędu wydłużyłem sobie wspinaczkę o czterysta metrów. Dlatego też dopiero w połowie trzeciego kilometra przejechałem przez centrum Tresivio, choć według książki miałem tu się znaleźć po przebyciu 2100 metrów o średniej 8,5 %.

Daniel pojechał prawidłowo i choć tego nie wiedział w tym momencie był na prowadzeniu. Wyprzedziłem go ponownie dopiero pod koniec piątego kilometra. Kilometr dalej tzn. na wysokości około 780 metrów n.p.m. droga schowała się w lesie. Jednak bez względu na otoczenie nie odpuszczała. Względnie łatwe odcinki na poziomie 5-6 % należą tu rzadkości. Średnie nachylenie na odcinku pomiędzy 2,1 a 7,5 kilometra od startu wynosi 8 %. Nieco łatwiej jest na kolejnych czterech kilometrach. Na dojeździe do osady Prasomaso (11,5 km) średnia spada do poziomu 6,6 %. Nieco wcześniej, bo w połowie jedenastego kilometra przejeżdża się obok wybudowanego w początkach XX wieku Sanatorium im. Umberto I, króla Włoch z lat 1878-1900. Na wysokości tego opuszczonego w latach sześćdziesiątych uzdrowiska droga prowadziła po drobnej kostce. Po deszczu na takim odcinku drogi trzeba było szczególnie uważać. Z drugiej strony jedenasty kilometr jest najłatwiejszy na całym wzniesieniu, gdyż ma średnio tylko 5,4 %. Po dotarciu do Prasomaso do przejechania pozostały jeszcze kolejne cztery kilometry czyli najtrudniejsza „kwarta” o średnim nachyleniu 9,7 %. Przejazd przez las kończy się po dotarciu do osady Prati di Boirolo (14,0 km). Do przejechania pozostaje wtedy jeszcze półtora kilometra. Na tym odcinku im wyżej tym trudniej. Pierwsze 500 metrów ma „tylko” 7,4 %, kolejny taki kawałek 9,8 %, zaś finał aż 12,8 %. Dojechałem do samego końca asfaltowej drogi. W moim wykonaniu, za sprawą błędu na drugim kilometrze, podjazd ten miał 15,9 kilometra. Jazdę zakończyłem w czasie netto 1h 12:57 (avs. 13,1 km/h). Gruntowa droga, którą miałem tu przed oczyma mogłaby mnie zawieść znacznie wyżej. To znaczy przynajmniej do Rifugio Alpini Santo Stefano (1805 m. n.p.m.), a może nawet do osady Alpe Rogneda (2180 m. n.p.m.). Na stronie „strava.com” nie znalazłem wyników z całego wzniesienia. Niemniej zaznaczono tu niespełna 9-kilometrowy odcinek pomiędzy Tresivio a Pratomaso. Dystans 8,7 kilometra pomiędzy tymi wioskami pokonałem w czasie 38:33 (avs. 13,6 km/h). To czwarty wynik pośród ledwie czternastu zanotowanych rezultatów. Tomek i Adam mieli tu czasy netto o ponad dwie minuty gorsze tzn. odpowiednio 40:48 i 41:18, zaś Daniel na pokonanie tego odcinka potrzebował 45:57. Na górze było tylko 13 stopni, więc zabawiłem tam tylko osiem minut. Ubrałem się cieplej i rozpocząłem zjazd po wciąż jeszcze mokrej drodze. Po kilkuset metrach spotkałem kończącego swą wspinaczkę Daniela.

Do samochodu zjechaliśmy razem kwadrans przed siedemnastą. W poczuciu dobrze wykonanego zadania zasiedliśmy za stołem u „Czarnej Owcy”. W tym czasie Adam z Tomkiem kończyli już swą wspinaczkę pod Brattę-Campei. W teorii na koniec swego piątego etapu wybrali solidne wzniesienie o długości 10,3 kilometra i średnim nachyleniu 8 %. W praktyce wycisnęli z tej góry ile tylko się dało. Przedłużyli sobie ten podjazd o cztery kilometry docierając na wysokość ponad 1600 metrów n.p.m. W sumie przejechali zaś niespełna 90 kilometrów. Tymczasem my po obiedzie wsiedliśmy do samochodu aby podjechać do Tresendy. Zanim wskoczyliśmy na swe karbonowe rumaki zrobiliśmy jeszcze małe zakupy w miejscowym sklepie spożywczym. Daniel zakupił też w pobliskiej aptece maść na pobolewające go kolano. W końcu ruszyliśmy pod górę o godzinie 18:03. Według „PVB” czekał nas podjazd o długości 17,5 kilometra z przewyższeniem 1311 metrów przy średnim nachyleniu 7,5 % i max. 15 %. Na starce w dolinie było dość ciepło czyli 22 stopnie, lecz zanosiło się na deszcz. Złapał on nas już po kilku minutach jazdy. Pierwsze 3,4 kilometra na drodze SP21 czyli odcinek do skrętu na wioskę Posseggia wiódł cały czas w kierunku zachodnim, długim trawersem wzdłuż miejscowych winnic. Przypominało mi to podjazd pod szwajcarską przełęcz Forclaz. Podjazd od Martigny w kantonie Valais, z którym zmierzyłem się dwukrotnie w latach 2009 i 2013. Początkowo starałem się holować Daniela, lecz mój kolega wkrótce stwierdził bym się na niego nie oglądał, bo on pojedzie własnym spokojniejszym tempem. Jeszcze przed końcem czwartego kilometra zawracając na wschód przejechałem przez Castelvetro (3,7 km). Pierwsze cztery kilometry były stosunkowo łatwe tzn. ze średnim nachyleniem 6 %. W połowie szóstego kilometra minąłem osadę Branchi (5,4 km). Drugi wiraż przyszło mi pokonać dopiero po przejechaniu 6,3 kilometra. Stąd było już tylko czterysta metrów do pierwszych domostw na terenie Teglio, miasteczka od którego wzięła swą nazwę cała dolina Valtellina. Pierwsze wzmianki o osadnictwie w tych stronach pochodzą już z III wieku p.n.e. Dwieście lat później miejscowość ta weszła w skład Imperium Rzymskiego i znana była pod łacińską nazwą Castrum. Do centrum tej miejscowości dotarłem po przejechaniu 7,2 kilometra. Ta część wzniesienia w 2012 roku znalazła się na trasie przedostatniego etapu Giro d’Italia, którego metę wyznaczono na Passo dello Stelvio. Pierwszy na premii górskiej trzeciej kategorii zameldował się tu Matteo Rabottini. Dziś ta licząca około 4,5 tysiąca mieszkańców gmina znana jest przede wszystkim jako ojczyzna „pizzocchero” – ciemnego makaronu będącego odmianą tagliatelle, wyrabianego na bazie mąki gryczanej.

Tu za romańskim kościołem św. Piotra trzeba było skręcić w Via Egisto Pruneri, aby następnie poprzez Via Milano wyjechać z miasteczka w kierunku północno-zachodnim. W drugiej połowie ósmego kilometra na wysokości szkoły i pokaźnych rozmiarów hali sportowej trafił się nam krótki zjazd o wartości ujemnej 15 metrów. Druga „kwarta” wzniesienia do skrętu na Ligone (8,5 km) miała średnio tylko 5,4 %. W teorii miałem za sobą już niemal połowę wzniesienia. W praktyce czyli w pionie znacznie mniej, bowiem na pozostałych do szczytu 9 kilometrach miałem jeszcze do pokonania 830 metrów. Na całej górze jest 15 zakrętów, z czego cztery poniżej Teglio i jedenaście powyżej tej miejscowości. W połowie dziesiątego kilometra droga weszła do lasu. Niedługo później czyli wraz z początkiem dwunastego kilometra góra ta w końcu pokazała swe surowsze oblicze. Profile z „PVB-23” na ogół podzielone są na 500-metrowe odcinki. O ile na pierwszych 11 kilometrach najtrudniejszy z takich kawałków miał średnią wartość 7,8 %, o tyle najłatwiejszy z trzynastu fragmentów tego typu miał 8,6 %. Pierwsze sześć kilometrów na dojeździe do Baite Bollone (14,5 km) ma średnio 8,7 %, przy czym końcówka czternastego kilometra już 10,8 %. Jednak to był dopiero wstęp do finału, który wieńczył to trudne dzieło. Stromizna na ostatnich trzech kilometrach wynosiła 10,3 %, zaś w pierwszej połowie siedemnastego kilometra aż 12,6 %. W dodatku momentami asfalt był dziurawy, co rzecz jasna nie ułatwiało nam zadania. Do mety przy hotelu „Baite del Sole” i wyciągu kolejki linowej dotarłem przejechawszy 17 kilometrów w czasie 1h 23:24 (avs. 12,2 km/h). Podobnie jak na Boirolo droga asfaltowa przechodziła tu w gruntową, więc od biedy można było pojechać jeszcze wyżej. Tym niemniej zbliżała się godzina 19:30, a mi zależało na zrobieniu zdjęć na zjeździe. Dlatego znów po ledwie kilku minutach na górze rozpocząłem odwrót. Na najbardziej stromym odcinku spotkałem Daniela dzielnie walczącego z maksymalnym nachyleniem jak i własną słabością. Według „stravy” 17-kilometrowy odcinek od Tresendy do kościółka w Prato Valentino pokonałem w czasie 1h 22:34, podczas gdy Daniel spędził na tej samej trasie 1h 40:24. Tym większy szacunek dla mojego kolegi, iż choć góra dała mu mocno w kość to nie dał jej się złamać. Podczas zjazdu na dłużej zatrzymałem się w Teglio tak byśmy razem pokonali dolną część zjazdu. Do dotarciu do Tresendy zliczywszy dane z dwóch środowych podetapów ustaliłem, że tego dnia przejechałem 66 kilometrów o łącznym przewyższeniu 2683 metrów. Całkiem niezły dorobek, jak na dzień pod zapłakanym niebem.