banner daniela marszałka

Stelvio, Foscagno & Torri di Fraele

Autor: admin o sobota 16. Sierpień 2014

PODJAZD NR 1 > https://www.strava.com/activities/182313449

PODJAZD NR 2 > https://www.strava.com/activities/182313428

PODJAZD NR 3 > https://www.strava.com/activities/182313596

Przez cały poprzedni tydzień zwiedzając górskie trasy Valtelliny dzień po dniu przesuwaliśmy się w górę tej doliny. A zatem u kresu tej wyprawy mieliśmy dotrzeć do rejonu znanego jako Alta Valtellina. Zwieńczeniem naszej dziesięciodniowej podróży miały być dwie wycieczki do Bormio. Jeśli o mnie chodzi w ciągu pierwszych ośmiu dni zaliczyłem szesnaście wzniesień. Pięć na terenie Comunita Montana Morbegno. Tyleż samo wokół stołecznego Sondrio. Do tego sześć w najbliższym naszej bazie noclegowej rejonie Tirano. Jeśli chodzi o pozostałe nam na koniec okolice Bormio to na celownik wziąłem pięć poważnych podjazdów. Przede wszystkim legendarne olbrzymy czyli przełęcze Stelvio (2757 m. n.p.m.) i Gavia (2621 m. n.p.m.). Poza nimi jeszcze jeden „dwutysięcznik” w postaci przeprawy przez Foscagno (2291 m. n.p.m.). Do tej trójki dodałem zaś dwa wzniesienia, które w ostatniej dekadzie znalazły się na trasach Giro d’Italia i Giro Rosa tzn. Bormio-2000 (1942 m. n.p.m.) i Torri di Fraele (1941 m. n.p.m.). Nie ulegało dla mnie wątpliwości, iż przy takich planach trzy podjazdy będę musiał zrobić w sobotę. Ostatni etap musiał być nieco krótszy, albowiem początek drogi powrotnej do kraju zaplanowaliśmy na niedzielny wieczór. Zostawiając sobie najwyższe premie górskie na dwa ostatnie dni podróży sporo ryzykowaliśmy. Jak wiadomo pogoda w górach bywa kapryśna. Mieliśmy dość świeżych przykładów by o tym dobrze pamiętać. Na finałowy weekend potrzebowaliśmy dobrej aury. Tymczasem Dario, nasz „samozwańczy synoptyk”, po lekturze internetowych prognoz wieścił opady i minusowe temperatury na wysokości powyżej 2500 metrów n.p.m. Na nasze szczęście tym razem realia okazały się znacznie jaśniejsze od prognoz. Zresztą co by się nie działo i tak pojechalibyśmy do Bormio. Poddanie się bez walki nie wchodziło w rachubę. Przypuszczam, że jedynie w obliczu prawdziwie zimowych warunków poddalibyśmy się już na trasie, być może ograniczając się do zdobycia najniższych spośród wyżej wymienionych wzniesień.

W obliczu spotkania ze Stelvio w naszym zespole panowała pełna mobilizacja. Udało nam się wyjechać z Bianzone o wiele wcześniej niż zwykle. Pomimo przeszło 40-kilometrowego dojazdu do Bormio dotarliśmy około wpół do dziesiątej. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej Agip przy Via Milano, będącej przedłużeniem SS38. Bormio położone jest u zbiegu Addy i potoku Frodolfo. Ma zaledwie 4100 stałych mieszkańców, lecz z racji walorów turystycznych znane jest milionom. To uzdrowisko i ośrodek sportów narciarskich. Z miejscowych wód geotermalnych korzystano już ponoć w czasach rzymskich. W późniejszych wiekach szły tędy szlaki kupieckie z Republiki Weneckiej do Szwajcarii. Do dziś zachowało się unikalne średniowieczne centrum tego miasteczka. Współcześnie Bormio znane jest przede wszystkim miłośnikom „białego szaleństwa”. Stacja ta ma 33 wyciągi i trasy zjazdowe o łącznej długości 99 kilometrów. W latach 1985 i 2005 była gospodarzem Mistrzostw Świata w narciarstwie alpejskim. Poza tym Bormio aż trzykrotnie organizowało kilkudniowe zawody wieńczące alpejski Puchar Świata (1995, 2000 i 2008). Co roku 29 grudnia na trasie Stelvio organizowany jest pucharowy bieg zjazdowy, uważany obok tego z Kitzbuhel za najtrudniejszy w całym cyklu. Niemniej za sprawą przełęczy takich jak Stelvio i Gavia sportowa historia Bormio to nie tylko narciarstwo. Począwszy od roku 1953 Giro d’Italia zaglądało w te strony kilkanaście razy. Niekiedy tylko przejazdem jak choćby w sezonie 2014, gdy kolarze przemknęli przez to miasteczko po zjeździe z Gavii i przed podjazdem na Stelvio w trakcie mroźnego etapu szesnastego. Wyścig Dookoła Włoch zatrzymał się w tym mieście pięciokrotnie, zaś za szóstym razem w pobliskiej stacji narciarskiej. Po raz pierwszy w sezonie 1953 na etapie z Bolzano, na którym swój chrzest bojowy przeszedł północny podjazd na przełęcz Stelvio. Po śmiałym ataku zwyciężył wówczas słynny Fausto Coppi. „Campionissimo” wygrał ten odcinek z przewagą 2:18 i 2:48 nad swymi rodakami: Pasquale Fornarą i Gino Bartalim. Przede wszystkim jednak zyskał aż 3:28 nad Szwajcarem Hugo Kobletem, dzięki czemu na dzień przed końcem wyścigu odebrał Helwetowi koszulkę lidera zapewniając sobie piąty triumf w Giro.

Przy następnej okazji czyli w 1960 roku dojechano do Bormio przez Gavię. Wielkich emocji znów nie brakowało, acz tym razem koszulka lidera nie zmieniła właściciela. Etap z początkiem w Trento wygrał Luksemburczyk Charly Gaul z przewagą ledwie 14 sekund nad pechowym Imerio Massiganem. Trzeci ze stratą 1:07 był Gastone Nencini, któremu tego dnia zabrakło tylko 28 sekund do zdetronizowania liderującego w wyścigu Francuza Jacquesa Anquetila. Rok później do Bormio znów wystartowano z Trento, lecz tym razem pojechano północnym szlakiem przez Stelvio. Ponownie wygrał Gaul nazywany „Aniołem Gór”. Tym razem Luksemburczyk wyprzedził o 2:07 Arnaldo Pambianco, o 3:04 Antonio Suareza oraz o 3:08 Guido Carlesiego i Anquetila. Niemniej te zyski niewiele dały kolarzowi z „Wielkiego Księstwa”. Tą edycję Giro wygrał Pambianco przed Anquetilem i Suarezem. Gaul awansował jedynie z dziesiątego na czwarte miejsce w „generalce”. Czwarty przystanek w Bormio zorganizowano dopiero w 1988 roku. Ten etap również przeszedł do legendy włoskiego touru. Start wyznaczono w Chiesa in Valmalenco, więc jechano od południa czyli przez Gavię. Jednak w zimowej scenerii liczył się nie tyle podjazd, co zjazd. Zdecydowanie najlepiej poradzili sobie z nim Holender Erik Breukink i Amerykanin Andrew Hampsten. Breukink wygrał etap z przewagą 7 sekund nad Hampstenem, lecz to Jankes z Colorado został nowym liderem wyścigu. Reszta stawki się nie liczyła. Trzeci na mecie Stefano Tomasini stracił 4:39, zaś dotychczasowy lider Franco Chioccioli 5:04. W końcu zaś w sezonie 2000 na etapie z Selva di Val Gardena najszybszy był tu Gilberto Simoni. Tym razem jednak na Gavii wiało nudą. Górski etap skończył się z finiszem z 4-osobowej grupki, zaś w przedziale niespełna 40 sekund zmieściło się pierwszych czternastu zawodników. Tuż za „Gibo” finiszowali: Eddy Mazzoleni, lider Francesco Casagrande i Wladimir Belli. Cztery lata później na deser po Tonale i Gavii zaserwowano jeszcze kolarzom podjazd do Bormio-2000 i dlatego o szczegółach tego etapu wspomnę przy innej okazji. Ja w ramach dziewiątego etapu chciałem zdobyć: Stelvio, Foscagno i Torri di Fraele. Nie wszyscy moi koledzy mieli w planach aż tyle wspinaczek, lecz każdy chciał wjechać przynajmniej na najwyższą przełęcz drogową we Włoszech. Dlatego Passo dello Stelvio stało się naszym pierwszym i zarazem jedynym wspólnym celem.

Na przełęczy tej byłem już wcześniej trzy razy. Niemniej za każdym razem czyli w 2003, 2006 i 2011 roku (przy ostatniej okazji podczas wyścigu Dreilander Giro) podjeżdżałem pod nią od strony północno-wschodniej. Ponadto na dzień przed wspomnianym Gran Fondo wspinałem się też w kierunku Stelvio szwajcarskim szlakiem od Santa Maria Val Mustair. Niemniej wtedy zatrzymałem się na granicznej Umbrailpass alias Giogo di Santa Maria (2501 m. n.p.m.). Tym samym do kompletu brakowało mi tylko wspinaczki południowo-zachodnią drogą od Bormio. Lombardzki podjazd na przełęcz jest nieco krótszy, nieco mniejszy i ogólnie nie tak słynny jak jego tyrolski „sąsiad”. Niemniej to wciąż kawał solidnej góry i bez dwóch zdań premia górska najwyższej kategorii. Podjazd z Bormio ma bowiem 21,8 kilometra oraz 1560 metrów przewyższenia przy średnim nachyleniu 7,2 % i max. 13 %. Peleton Giro przejeżdżał przez Stelvio bądź finiszował na tej przełęczy w sumie jedenaście razy. Poza tym trzykrotnie (1984, 1988 i 2014) pogoda skłaniała dyrekcję wyścigu do odwołania lub zmiany trasy etapu. Tym niemniej tylko czterokrotnie wspinano się naszym sobotnim szlakiem przez Valle del Braulio. Po raz pierwszy w 1956 roku na etapie z Sondrio do Merano gdy na szczycie najszybciej znalazł się mało znany Hiszpan Aurelio Del Rio. W sezonie 1965 lombardzkie Stelvio miało być finałem dwudziestego etapu. Niemniej na drodze kolarzy stanęła lawina i organizatorzy musieli obniżyć metę do poziomu 1906 metrów n.p.m. Finiszowano zatem po nieco ponad 10 kilometrach wspinaczki tuż powyżej ostatniej galerii. Zwyciężył Graziano Battistini (drugi kolarz Tour de France z roku 1960) z przewagą 10 sekund nad Ugo Colombo i 3:11 nad grupą liderów, którą przyprowadził Italo Zilioli. Potem przez kolejne cztery dekady wspinano się na Stelvio tylko pięć razy i zawsze od tyrolskiej strony. Dopiero w 2012 roku lombardzki podjazd sprawdził się w roli finałowej wspinaczki na przedostatnim odcinku ze startem w Caldes (Val di Sole). Po ataku już w okolicy Mortirolo etap ten wygrał Thomas De Gendt z przewagą 56 sekund nad Damiano Cunego i 2:35 nad Baskiem Mikelem Nieve. Dzięki tej śmiałej akcji Belg wypracował sobie trzecie miejsce w generalce. W końcu zaś na Giro 2014 podjechano z Bormio na Stelvio podczas pełnego kontrowersji etapu do Val Martello. Przy tej okazji premię Cima Coppi zgarnął Dario Cataldo. Warto dodać, że na tym podjeździe zakończył się też przedostatni odcinek Giro Donne z 2010 roku. Wygrała go Amerykanka Mara Abbott z przewagą 27 sekund nad Angielką Emmą Pooley i 1:43 nad Niemką Judith Arndt.

Pierwotna droga przez tą przełęcz powstała z inspiracji cesarza Austrii Franciszka II. Za jego rządów nie tylko cały Tyrol, lecz również Lombardia należała do Habsburgów. Tym samym Imperator chciał połączyć obie prowincje swego rozległego państwa z pominięciem Szwajcarii. Wykonanie tego zadania zlecono pochodzącemu z Brescii inżynierowi Carlo Doneganiemu, który już wcześniej sprawdził się jako architekt równie spektakularnej drogi przez Passo della Spluga. Budowę drogi przez Stelvio ukończono w zaledwie trzy lata (1822-25), lecz Austriacy zachowali nad nią pełną kontrolę jedynie do roku 1859. Wtedy to Lombardia weszła w skład Królestwa Włoch, jednoczonego pod berłem dynastii Sabaudzkiej. Kolejna zmiana zaszła po tym jak Cesarstwo Austro-Węgierskie przegrało I Wojnę Światową i rozpadło się. W ramach powojennych rozrachunków południowa część Tyrolu (dzisiejsza prowincja Bolzano) przypadła Italii. Tym samym od roku 1919 droga przez Stelvio biegnie już w całości po włoskim terytorium. Ciekawe czy taki obrót sprawy śnił się jej włoskiemu architektowi? Współczesna droga łącząca doliny: Val Venosta i Valtellina ma aż 84 wiraże tzn. 48 zakrętów po tyrolskiej i 36 po lombardzkiej stronie. Zasadniczo otwarta jest tylko od czerwca do października. Z przystanku na stacji benzynowej do rozjazdu Stelvio-Gavia mieliśmy ledwie kilkaset metrów. Licznik włączyłem właśnie w tym miejscu o godzinie 9:51. Na starcie komputer pokładowy pokazał mi aż 20 stopni. Ruszyliśmy całą szóstką i pierwszy kilometr biegnący jeszcze po ulicach miasta pokonaliśmy razem. Nasza grupka rozciągnęła się i pękła dopiero na drugim kilometrze. Borys musiał przejść na „tryb ekonomiczny” czyli znaleźć swój sposób na pokonanie tej wielkiej góry. Daniel wyraźnie zwolnił, gdy ponownie zabolało go kolano. Rozstając się przypuszczaliśmy, że nie będzie w stanie kontynuować tej wspinaczki. Darek postanowił się jednak nie napinać i spokojnie rozpocząć ten długi podjazd. Tym samym w okolicy trzeciego wirażu tj. po przejechaniu 1800 metrów miałem koło siebie już tylko Adama i Tomka. Na tym wstępnym odcinku nachylenie jest umiarkowane i wynosi średnio 5 %. Musieliśmy tu skręcić w prawo, albowiem jazda na wprost oznaczałaby wjazd do Valdidentro czyli wycieczkę w stronę Livigno. Kolejny odcinek długości 3200 metrów zwiastował już prawdziwy charakter tej góry, bowiem trzymał na poziomie 7,7 %. Pod koniec czwartego kilometra tuż za krótkim tunelem minęliśmy zjazd ku uzdrowisku Bagni Vecchi. Po kilku trudniejszych kilometrach oddech można było złapać na łatwym szóstym kilometrze o średniej 4 %. W połowie szóstego kilometra droga zmieniła kierunek z północnego na wschodni.

Z kolei wraz z początkiem siódmego kilometra zaczyna się druga seria wiraży. Na dystansie ledwie 2300 metrów trzeba ich pokonać aż osiem od piątego do dwunastego, choć numeracja podobnie jak na Mortirolo leci od największego numeru do najmniejszego. Co godne podkreślenia każdy zakręt ma swoją tablicę z dokładną wysokością bezwzględną i grafiką przedstawiającą roślinkę z lokalnej flory. Na tym odcinku odjechałem ostatniemu ze swych kompanów czyli Adamowi. Tomek stracił z nami kontakt już nieco wcześniej. Z kolei na tysiącu metrów pomiędzy 8,7 a 9,7 kilometra od startu trzeba było pokonać trzy tunele na tyle mroczne, że gubił się w nich sygnał GPS z mojego licznika. Wykres moich danych na tyle „ześwirował” w tej okolicy, że na strava.com nie odnotowałem swego wyniku z całej góry. Najdłuższym odcinkiem, na którym zdołałem się odnaleźć było 11,9 kilometra liczone od wyjazdu z ostatniego tunelu do samej przełęczy. Najtrudniejszy na całym tym podjeździe jest kilometr jedenasty o średniej 9,7 %. Po przejechaniu 10,7 kilometra rozpoczyna się trzecia, najbardziej efektowna seria wiraży. Na dojeździe do tego odcinka wzniesienie osiąga swą maksymalną stromiznę czyli 13 %. Potem na kolejnych trzech kilometrach trzeba pokonać aż czternaście zakrętów. W międzyczasie przejeżdża się obok elektrowni wodnej (11,1 km) oraz należącego do Parco Nazionale dello Stelvio baru pod wodospadem Cascata del Braulio (11,8 km). Pokonawszy ten kręty odcinek dociera się na wysokość około 2200 metrów n.p.m, gdzie szosa ponownie wybiera kierunek północny. Na szesnastym kilometrze przejeżdża się obok trzeciego z czterech Domów Dróżnika tzw. Casa Cantoniera (15,4 km) oraz Oratorio di San Ranieri (15,8 km). Powyżej tych zabudowań można odetchnąć na łatwym Pian di Grembo (1200 metrów przy średniej 3,5 %). Następne 1600 metrów trzyma już jednak na przyzwoitym poziomie 6,6 %. Ten odcinek kończy się czterema wirażami na dystansie ledwie 700 metrów. Po przejechaniu 18,6 kilometra docieramy w końcu na wysokości czwartej Casa Cantoniera przy bivio Umbrail (2490 m. n.p.m.). W tym miejscu odbijając w lewo można po przejechaniu około dwustu metrów wjechać do Szwajcarii. Aby kontynuować wspinaczkę pod Stelvio trzeba zaś skręcić w prawo. Wkrótce tzn. dokładnie po 19 kilometrach od startu nasza droga niemal styka się z terytorium Konfederacji Helweckiej. Finałowy odcinek o długości 3200 metrów z sześcioma wirażami należy do najtrudniejszych na całym wzniesieniu. Ten fragment podjazdu ma średnio 8,3 % i naprawdę potrafi „przytrzymać”.

Finał mnie zmęczył, ale nie złamał. Wspinaczkę o długości 21,7 kilometra ukończyłem w czasie 1h 37:33 (avs. 13,4 km/h). Przeglądając nasze dane ze strava.com znalazłem wynik Adama 1h 41:10 na dystansie 21,9 kilometra oraz rezultat Tomka 1h 39:23 na odcinku 21,4 kilometra. W praktyce Adam stracił do mnie około dwie, zaś Tomek trzy minuty. Najdłuższy odcinek na którym mogłem porównać nasze dane obejmował ostatnie 10 kilometrów z przewyższeniem 703 metrów. Ten dystans przejechałem w czasie 46:12 (avs. 13,0 km/h) co daje mi 651 miejsce pośród 4458 użytkowników „stravy”. Te liczby dają dobre pojęcie o popularności tej legendarnej przełęczy pośród amatorów kolarstwa. Adamo wykręcił tu czas 46:31, zaś Tommy 47:23. Rekord to 31:52, zaś drugi wynik 32:01 należy do francuskiego profesjonała Christophe’a Le Mevela. Holender Wilco Keldermann w trakcie Giro 2014 przejechał ten fragment trasy w czasie 34:05. Na liście zdobywców Stelvio znalazłem też kilku znacznie szybszych od nas rodaków. Pierwszym z Polaków jest znany góral i przełajowiec Marek Konwa, który w sierpniu 2013 roku przejechał ten odcinek w 36:07. Z kolei Michał Kwiatkowski na treningu z 27 sierpnia 2014 roku wykręcił czas 38:54. Nieco wolniej od niego pojechali Konrad Herba (38:57) oraz Bartosz Bolewski (39:14). Tym niemniej z wszelakich tabel ze „stravy” nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków. Jedni jadą tu na pełen gaz w trakcie wyścigu czy górskiej czasówki, drudzy tylko trenują mając w głowie inne cele (jak nasz mistrz z Ponferrady), zaś jeszcze inni jadą czysto rekreacyjnie ciesząc się urokami górskiej przyrody lub towarzystwem swych ukochanych, przyjaciół, kolegów czy znajomych. Nasza trójka potraktowała ten podjazd poważnie, acz bez „zaginania się na maksa”. Na Stelvio nie kończyła się nasza przygoda z górami. Tak dla mnie jak i dwóch moich kolegów była to ledwie pierwsza z trzech sobotnich wspinaczek. Na górze było tylko 8 stopni, więc niemal od razu zaczęliśmy się cieplej ubierać. Dzień był pogodny i na dachu kolarskiej Italii zastaliśmy ruch jak na Marszałkowskiej. Po kilkunastu minutach dojechał do nas Darek (1h 51:25). Po dłuższym czasie ucieszyliśmy się ze zwycięstwa Borysa nad prawem ciążenia. W końcu zaś prawdziwy entuzjazm w naszej grupie wzbudziła wiktoria Daniela nad własną słabością czyli kontuzją kolana. Dzięki temu mogliśmy się cieszyć z naszego zespołowego zwycięstwa nad Passo dello Stelvio i wspólnie świętować zdobycie tej przełęczy.

20140816_stelvio 1

20140816_stelvio 2

20140816_stelvio 3

20140816_stelvio 4

20140816_stelvio 5

Po przeszło godzinnym pobycie na przełęczy swój blisko 20-kilometrowy zjazd ze Stelvio rozpocząłem dopiero o godzinie 12:40. Kilka minut wcześniej ruszył Adam. Chwilę po mnie pozostała czwórka. Borys, Daniel i Tomek śmignęli obok mnie na moim foto-przystanku przy Terza Casa Cantoniera. Darek podobnie jak ja zatrzymywał się na zjeździe celem zrobienia zdjęć. Do tego nakręcił jeszcze kolejne filmiki swym telefonem komórkowym. Na zjeździe tylko przez kilka minut zrobiło się nieprzyjemnie za sprawą przelotnego deszczu, który przy mocnym wietrze nieźle zacinał smagając nas kroplami po twarzy. Nie planowałem zjazdu do Bormio. Przed powrotem do samochodu chciałem odwiedzić dwa wzniesienia w Valdidentro. Jeszcze w trakcie pobytu na Stelvio namówiłem do Tomka na wyprawę w głąb tej doliny. Bury, który poszalał sobie na zjeździe wraz z kolegami-zjazdowcami czekał już na mnie przy wspomnianym trzecim wirażu. Z tego miejsca pojechaliśmy dalej drogą krajową SS301. Najpierw na północ przez Molina-Bagni, po czym skręciliśmy na zachód przejeżdżając ponad wioską Premadio. Na wysokości Fior d’Alpe-Torripiano dojrzałem boczną drogę w kierunku Torri di Fraele. Tymczasem jechaliśmy jednak dalej po płaskim wzdłuż potoku Viola Bormina do miejscowości Isolaccia, gdzie miał się zacząć podjazd pod Passo di Foscagno (2291 m. n.p.m.). Zanim jednak rozpoczęliśmy tą wspinaczkę zarządziłem strefę bufetu w barze przy Piazza IV Novembre. W nogach mieliśmy już 48 kilometrów, zaś w najbliższej perspektywie 15-kilometrowe wzniesienie o przewyższeniu 946 metrów przy średnim nachyleniu 6,3 % i max. 11 %. Przy Stelvio góra ta mogła wyglądać na „młodszego brata”, lecz z pewnością nie można było jej zlekceważyć. Przed godziną wymagającej wspinaczki pozwoliliśmy sobie na sjestę w cieniu Chiesa di Santa Maria Nascente. Wokół tego kościoła co kilka minut przemykali kolarze obojga płci, zapewne przebywający na zgrupowaniach w Livigno. W barze rzuciła mi się w oczy gablota z banknotami z różnych stron świata. Powiało odległą historią gdy spostrzegłem, iż polskie znaki pieniężne były reprezentowane są przez „stówkę” i „dwusetkę” z podobiznami Ludwika Waryńskiego i Jarosława Dąbrowskiego.

Gdy w końcu o 14:19 ruszyliśmy na spotkanie z przełęczą Foscagno mogliśmy się cieszyć słońcem i przyjemną temperaturą 22 stopni. Niemniej wiał też dość mocny i na nasze nieszczęście zachodni wiatr. Tym samym przez większą część tej wspinaczki zmagać się musieliśmy nie tylko z własną słabością, ale i dodatkowym przeciwnikiem. Pierwsza droga przez przełęcz Foscagno powstała w latach 1912-14, lecz była gruntowa i nadawała się do wykorzystania tylko w sezonie letnim. Współczesna nam szosa została oddana do użytku w roku 1952. To jedyna droga do wolnocłowej strefy Livigno w całości prowadząca przez terytorium Włoch, albowiem tak od północy jak i południa tą górską enklawę otaczają ziemie szwajcarskiego kantonu Graubunden. Wielkie Giro d’Italia gościło na tej przełęczy tylko trzykrotnie. Po raz pierwszy w 1972 roku na etapie z Parabiago do Livigno. Pierwszy na premii górskiej był wtedy znakomity hiszpański góral Jose Manuel Fuente, lecz na zjeździe do mety skutecznie zaatakował Eddy Merckx. „Kanibal” wygrał ten przeszło 250-kilometrowy odcinek z przewagą 18 sekund nad Francisco Galdosem i minuty nad Włochem Marcello Bergamo. W sezonie 2005 również jechano naszym wschodnim szlakiem na etapie z Egna do Livigno. Na tym odcinku rządzili południowoamerykańscy górale z drużyny dyrektora Gianniego Savio. Tak na przełęczy jak i mecie pierwszy był Kolumbijczyk Ivan Parra, który wygrał ten odcinek z przewagą 1:50 nad Słoweńcem Tadejem Valjavcem i Wenezuelczykiem Jose Rujano. Danilo Di Luca i Gilberto Simoni stracili po 3:15, zaś lider Paolo Savoldelli 3:42. Na etapie tym jechano wcześniej przez Stelvio od tyrolskiej strony. Wielki kryzys miał główny faworyt tego wyścigu Ivan Basso, który do mety z kolosalną stratą 42:15. W końcu przy trzeciej okazji Foscagno pojawiło się na trasie Giro w roku 2010 w swej ulgowej zachodniej wersji (3,9 km przy średniej 6,9 %) w środkowej fazie etapu z Bormio do Passo del Tonale. Na premii górskiej pierwszy był Włoch Stefano Pirazzi, lecz etap wygrał Szwajcar Johan Tschopp.

Pierwsze 2600 metrów tego wzniesienia wiedzie prosto na zachód. Już pod koniec pierwszego kilometra trzeba się zmierzyć ze stromizną na poziomie 11 %. Pod koniec drugiego na krótkim wypłaszczeniu dociera się do wioski Semogo (1,8 km). Za tą miejscowością skręca się na południe w stronę San Carlo (3,6 km). Pierwsza część podjazdu jest dość wymagająca, ale za to regularna. Na 8-kilometrowym odcinku między Isolaccią a Arnogą średnie nachylenie wynosi 6,7 %. Najtrudniejszy na całym wzniesieniu jest kilometr ósmy o średniej 8,4 %. Podczas całej 15-kilometrowej wspinaczki bierze się tylko trzy zakręty. Pierwszy w połowie szóstego kilometra, drugi po przejechaniu 6,4 kilometra, zaś trzeci na szerokim łuku wokół restauracji we wspomnianej Arnodze (8,3 km od startu). Druga część podjazdu jest nieco łatwiejsza, bo trzyma na umiarkowanym poziomie 5,8 %. Po przejechaniu 11,7 kilometra wjeżdża się do pierwszej z trzech galerii. Ta jest najdłuższa, bowiem liczy sobie około 540 metrów. Dwie pozostałe mają przeszło 300 metrów każda. Na szczęście są półotwarte i dobrze oświetlone. Po wyjechaniu z ostatniej do szczytu pozostaje tylko półtora kilometra. Przed dotarciem na przełęcz przejeżdża się obok Lago di Foscagno (14,7 km). Jakieś 150 metrów przed finałem stoi posterunek celny strzegący strefy wolnocłowej Livigno. Zatrzymałem się po przejechaniu 15,4 kilometra w czasie 1h 04:49 (avs. 14,2 km/h). Cały dystans przejechaliśmy razem, przy czym w obliczu niekorzystnego wiatru ustaliliśmy, iż Tomek ma dyspensę od roboty na przodku. Na „stravie” znalazłem jedynie wyniki na dystansie 13,1 kilometra czyli ze startem w Semogo. Ten odcinek przejechałem w czasie 55:56 (avs. 14,0 km/h) co daje mi 219 miejsce wśród 932 osób. Rekord 38:18 należy do kolarza Etix-Quick Step Guillaume’a Van Keirsbulcka. Nasi rodacy z tej ekipy na swym ubiegłorocznym zgrupowaniu pojechali kilka minut wolniej tzn. Michał Kwiatkowski 43:51, zaś Łukasz Wiśniowski 46:17. Rok wcześniej sprawdziła się tu również nasza dwukrotna mistrzyni w scratchu Katarzyna Pawłowska uzyskując czas 48:24. Foscagno zwykło się pokonywać w pakiecie z przełęczą Eira (2208 m. n.p.m.). Do Livigno brakowało nam nieco ponad 13 kilometrów czyli 3,9 km w dół do Ponte del Rez i 2,9 km w górę na Passo d’Eira, zaś na koniec 6,5 kilometra w dół do miasteczka. Z przełęczy widzieliśmy leżącą na tym szlaku wioskę Trepalle (2104 m. n.p.m.), najwyżej położoną stałą osadę ludzką w całej Italii. Niemniej zamiast robić dodatkowe 27 kilometrów podzielone na trzy krótkie zjazdy i podjazdy wolałem zachować resztki naszych sił na tylko jeden, acz bardziej konkretny podjazd czyli Torri di Fraele. Najpierw jednak po niespełna kilometrze zjazdu zatrzymaliśmy się na kolejny popas w hotelu Interalpen. Właściwy zjazd do Fior d’Alpe-Torripiano zaczęliśmy dopiero około szesnastej.

Według naszego podręcznika podjazd pod Torri di Fraele (1941 m. n.p.m.) zaczyna się w Premadio i liczy sobie 10 kilometrów z przewyższeniem 692 metrów czyli o średnim nachyleniu 6,9 % przy max. 9,5 %. My jednak startowaliśmy z poziomu drogi krajowej SS301 przy Chiesa Madonna della Pieta. Tym samym nasza wspinaczka miała mieć tylko 9,1 kilometra o amplitudzie 624 metrów. Góra ta nie została dotąd odkryta przez Giro d’Italia, lecz sprawdziły ją panie na trasie ósmego etapu Giro Donne (dziś Giro Rosa) z sezonu 2011. Blisko 90-kilometrowy etap z Teglio wygrała Angielka Emma Pooley, która wraz z liderującą w tym wyścigu Holenderką Marianne Vos zdystansowała trzecią na mecie Australijkę Ruth Corset o 1:29. Wystartowaliśmy o 16:55 przy wciąż przyjemnej temperaturze 19 stopni. Po pierwszych 400 metrach trzeba było skręcić w prawo i wjechać na drogę wojskową Strada Militare Fior d’Alpe Cancano. Prowadzi ona w dużej mierze wzdłuż granic Parco Nazionale dello Stelvio. Do połowy drugiego kilometra droga jest kręta, wije się przez cztery wiraże. Potem przez trzy kilometry wiedzie niemal prosto w kierunku północno-wschodnim. Pierwsza połowa wzniesienia jest trudniejsza i ma średnie nachylenie 7,5 %. Druga „połówka” jest nieco łatwiejsza, ale za to bardziej widowiskowa. Po przejechaniu 4,8 kilometra zaczęliśmy się kręcić po tutejszych serpentynach. Jest ich w sumie siedemnaście na dystansie ledwie 3700 metrów co daje zmianę kierunku jazdy średnio co 220 metrów! Karuzela skończyła się w połowie dziewiątego kilometra. Na ostatnich trzystu metrach przejeżdża się przez dwa ciemne tunele, stąd widoczną do dziś linię mety z Giro Donne 2011 wyznaczono przed wjazdem do pierwszego z nich. Wspinaczka kończy się w cieniu dwóch historycznych wież, które niegdyś strzegły kupieckiego szlaku Via Imperiale di Alemagna. Dalej w kierunku jezior Cancano i San Giacomo wiedzie już tylko ponoć dobrej jakości droga szutrowa. Na pokonanie tego 9-kilometrowego wzniesienia potrzebowałem 39:52 (avs. 13,6 km/h). Najdłuższy odcinek policzony na „stravie” obejmuje 8,5 kilometra (między 0,4 a 8,9 km od naszego startu). Ten fragment przejechałem w 38:25 co daje mi 174 miejsce w peletonie liczącym 1341 osób. Tomek z wynikiem 38:23 sklasyfikowany jest dwie lokaty wyżej. Tymczasem rekordzista wykręcił tu czas 27:05. Parę godzin przed nami wdrapał się tu jeszcze Adam, który tego dnia zdobył też stację Bormio-2000 w towarzystwie Borysa. Do mety w Bormio pozostało nam tylko 14 kilometrów. Do samochodów zjechaliśmy tuż przed 18:30 po pokonaniu 106 kilometrów o łącznym przewyższeniu 3157 metrów. Tym samym dla mnie był to najdłuższy i zarazem najtrudniejszy etap całej podróży.