banner daniela marszałka

Rombo

Autor: admin o poniedziałek 3. Lipiec 2006

Po wielce zasłużonym noclegu czekał nas w poniedziałek 3 lipca około 110-kilometrowy transfer dolinami: Giovo i Passiria przez Merano i dalej doliną Venosta w okolice położonej u podnóża przełęczy Stelvio miejscowości Spondigna. Po drodze czekał na nas jednak postój w San Leonardo in Passiria i wyprawa na mający ponad 29,1 kilometra długości oraz 1796 metrów przewyższenia podjazd pod przełęcz Rombo położoną na granicy włosko-austriackiej na drodze do Solden. Z Novale do San Leonardo należało dojechać znaną nam już drogą przez Vipiteno na przełęcz Monte Giovo. Tam zrobiliśmy sobie krotki i postój m.in. w celu zrobienia sobie zbiorowego zdjęcia całej 5-osobowej drużyny. Po powrocie do samochodów należało jeszcze zjechać 20 kilometrów w kierunku południowym. Tamże zatrzymaliśmy się na parkingu pod miejscowym basenem, z którego postanowiły skorzystać dziewczyny. Nam zaś pozostało się przygotować na około 3-godzinny górski rekonesans.

Podjazd jakkolwiek bardzo długi nie wydawał się szczególnie trudny z uwagi na swe średnie nachylenie rzędu 6,2%. Niemniej muszę przyznać, iż ja akurat przeliczyłem się na nim ze swymi siłami. Ze znaczną długością jak i dwoma-trzema naprawdę stromymi fragmentami tego podjazdu przyszło nam się zmagać około południa. Oznaczało to spory wysiłek przy 30-stopniowym upale co skutecznie wysysało z nas siły podczas 2 godzin wspinaczki. Podjazd zaczęliśmy w tym samym stylu co dzień wcześniej czyli z przodu trójka „młodych”, a z tyłu duet doświadczonych triathlonistów. Darek tym razem jednak nie odpuścił i około połowy podjazdu doszedł nas, po czym na 4-kilometrowym wypłaszczeniu dobrze widocznym na załączonym poniżej profilu podyktował tempo około 30 km/h nie dając nikomu szansy na wypoczynek.

Niedługo później zaczął się najtrudniejszy fragment tego podjazdu. Pierwszy odpadł Michał zmagający się z problemami żołądkowymi. Potem Darek jadący jak zwykle w sposób zdyscyplinowany taktycznie tj. z nieodzowną asysta swego pulsometru. Ja zaś zbyt długo trzymałem się Piotra i koniec końców odpadłem w sposób bardziej spektakularny. Złapał mnie kryzys głodowy, spadł poziom  cukru i nie miałem szans zabrać się na górę z Darkiem.  Musiałem się nawet ratować dwoma krótkimi postojami. Na górze wedle relacji Piotra i moich pobieżnych obliczeń Piotr zameldował się dwie i pół minuty przed Darkiem oraz osiem przede mną. Zdzisiek stracił do nowego „Króla gór” dwanaście i pół minuty, zaś najmocniejszy na poprzednim etapie Michał na skutek wspomnianych problemów zdrowotnych aż szesnaście. Gdy już wszyscy znaleźliśmy się na górze w komplecie przyszła pora na zrobienie odpowiedniej dokumentacji naszego sukcesu czyli zrobienie kilku zdjęć tak po austriackiej jak i włoskiej stronie przełęczy znanej też jako Timmelsjoch.

Na zjeździe tradycyjnie już, choć tym razem w asyście Darka zrobiłem kilka dalszych fotek. Pozostali mieli w drodze powrotnej bliskie spotkanie z lokalną fauną, bowiem Michał o włos tylko uniknął zderzenia z górską kozicą, która wtargnęła na szosę. Po powrocie do San Leonardo pozwoliliśmy sobie na krótki odpoczynek nad miejscową rzeką, ale niezbyt długi bowiem czekało nas jeszcze około 70 kilometrów podróży samochodem, drobne zakupy i znalezienie sobie lokum na kolejne dwa noclegi. Podobnie jak w lipcu 2003 roku udało się je znaleźć w Prato allo Stelvio. Niemniej tym razem z uwagi na liczniejszą ekipę nie szukałem kwatery prywatnej. Ostatecznie zatrzymaliśmy na dwie noce w pasującym nam tak ceną jak i standardem hoteliku wskazanym przez pracownicę miejscowej Informacji Turystycznej.